niedziela, 23 października 2011

MASZERU ALBO GIŃ!

Mało mam ostatnio czasu. Praca i opieka nad Blanką pochłania jego większość, do tego dochodzą spacery z Travisem, jakieś pranie, sprzątanie, gotowanie, na przyjemności i zwykły odpoczynek już go nie starcza, tak jak na wiele innych rzeczy. Pomyślałam o tym z lekkim smutkiem wczoraj wieczorem, stojąc na środku sypialni i przymierzając się do układania blanciakowych ubranek. Ale zanim się za to zabrałam, spojrzałam w okno i przypadkiem zobaczyłam, że jeden z kwiatków jest już niestety nieco powiędnięty...
Nie umiałam sobie nawet przypomnieć, kiedy je podlewałam, poszłam więc do kuchni po dzbanek i dyskretnie, żeby Mężyk nie zauważył, zaczęłam nawadniać naszą doniczkową plantację. Efekt był oczywiście odwrotny od zamierzonego, Luby natychmiast zwrócił uwagę na zdychającą roślinkę i zaczął sobie żartować, że pewnie znów próbuję zmotywować nasze rośliny do zakwitnięcia. Próbowałam się jakoś tłumaczyć i bronić, że ja nikogo nie zmuszam, jak mają ochotę, to kwitną, a jak nie, to nie, ale przerwał mi w pół słowa, mówiąc:

- U Ciebie kwiatki mają  wybór jak w Legii Cudzoziemskiej ...
....???? - popatrzyłam na niego pytająco, więc dokończył:
... maszeruj albo giń, kwitnij albo schnij!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz