poniedziałek, 24 października 2011

UŚNIJ WRESZCIE!

Dramat z nocnymi pobudkami Blanki osiągnął ostatnio apogeum - Młoda potrafiła wybudzać się w nocy kilkanaście razy, najpierw wstawała co dwie godziny, potem co godzinę, w ostatnim tygodniu sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Malutka budziła się z płaczem co pół godziny, czasem co czterdzieści minut, niekiedy cudem udało się jej przespać pełną godzinę.
Nie pomagał smoczek, kołysanie, czułe przemawianie do marudzącego ssaka, jedynym ratunkiem był... cycek. Wystarczyło, że przystawiłam ją do piersi, a possała chwilę i ... odlatywała niemal natychmiast. Odkładałam śpiące dziecko do łóżeczka, mijało kilkadziesiąt minut i cała zabawa zaczynała się od nowa. Nie jestem nawet w stanie opisać ogromu mojego zmęczenia, narastającego zamulenia, niedospania i frustracji; nie byłam wstanie przespać w ciągu nocy nawet godziny, łapałam tylko krótkie, kilkunastominutowe drzemki.
Kiedy przychodził kolejny poranek i musiałam się zwlec do pracy po kolejnej bezsennej nocy, miałam ochotę się poryczeć...
. Jednocześnie coś mi zaczęło świtać...
Blanka nie budziła się, żeby jeść. Owszem, zawsze wypiła trochę mleka, ale niewiele, choć jednocześnie spożywanie małych porcji przez całą noc powodowało, że rano, po przebudzeniu, interesowało ją wszystko, tylko nie jedzenie. Wstawała o szóstej, a pierwszy porządny posiłek potrafiła spożyć dopiero o jedenastej, w sumie nie było się czemu dziwić, po całonocnym tankowaniu zbiorniczek był pełny przez ładnych parę godzin. Za to ja jechałam już na rezerwie... sił i cierpliwości
. Przypomniało mi się, że kiedyś moja "blogowa" koleżanka pisała mi, że miała identyczny problem ze swoimi synkami,  wspomniała mi w mailu, że półroczne dzieci nie potrzebują już nocnego karmienia i że odzwyczaiła swoje od tego, stosując się do rad z książki "Uśnij wreszcie".
Przeczytałam ją kilka dni temu i wyszło mi czarno na białym, że moja córka jest książkowym przypadkiem dziecka, które nie potrafi prawidłowo spać. Dorosły człowiek budzi się kilkanaście razy w ciągu nocy, ale nawet tego nie pamięta, przekręca się na drugi bok, zmienia pozycję i znowu zasypia... A nie woła mamę.. Już w trakcie lektury odkryłam, że moja córka po wybudzeniu po prostu nie potrafi znowu zasnąć, zrobiła więc sobie z mojego cycka smoczek, który jej w tym pomaga. A konsekwencją nocnych pobudek było nie tyko moje zmęczenie, ale i Blanki -  w dzień była ciągle marudna, zapadała w krótkie drzemki, z których wybudzał ją każdy głośniejszy dźwięk, każde zasypianie poprzedzał płacz,  wieczorem dziecko nie miało już siły na nic poza marudzeniem.
Po kilku tygodniach tego dramatu doszłam do ściany - miałam dość, tak serdecznie dość, że postanowiłam spróbować, choć na myśl, że będę musiała zignorować jej płacz, krajało mi się serce.
Zaczęłam w sobotę. Wykąpaliśmy Młodą, zaśpiewałam jej kołysankę, pobawiłam się z nią chwilę i zaniosłam do łóżeczka. Owinęłam kocykiem, położyłam obok niej białego, mięciutkiego misia, wytłumaczyłam, że będzie z nią spał, powiedziałam, że bardzo ją kocham, ucałowałam, pogłaskałam i wyszłam z sypialni, nie czekając aż zapadnie w sen. Na efekty też nie musiałam długo czekać. Natychmiast się rozryczała. Odczekałam minutę, wróciłam, dałam smoczek, przytuliłam, uspokoiła się, a ja wznów wyszłam. To były najdłuższe trzy minuty w moim życiu - Blanka łkała, zanosiła się płaczem, aż się zachłystywała. Mężyk wymiękł po minucie słuchania naszej małej syrenki, ale nie pozwoliłam mu wejść do sypialni. Odczekałam wymagany czas, potem poszłam, wyjęłam ją z łóżeczka, przytuliłam, pokołysałam i spokojnie wytłumaczyłam jej jeszcze raz, że będzie spała sama, że bardzo ją kocham, ale teraz potowarzyszy jej miś. Uspokoiła się, więc odłożyłam ją do łóżeczka i znowu zostawiłam samą. Rozbeczała się żałośnie, miałam tym razem odczekać pięć minut, ale po dwóch Blanka doszła do wniosku, że to nie ma sensu, ten cały lamet, bo efektów nie przynosi i po prostu... przestała płakać. Wydała jeszcze kilka wrzasków, jakby się skarżyła i ciągle pochlipując... zasnęła. 
Sama. Bez przystawiania do piersi. Przebudziła się po godzinie i cała historia się powtórzyła, ale tym razem Młoda odpuściła już po trzech minutach. Nakarmiłam ją o jedenastej i o czwartej - "na śpiocha", uważając bardzo, żeby przystawienie do piersi nie było reakcją na płacz. Bo ten towarzyszył nadal każdej pobudce. Tej nocy beczała jeszcze wiele razy; dobrze, że Luby poszedł do pracy, bo chyba by nie wytrzymał tych jej lamentów. O piątej dała prawdziwy koncert, protestując głośnym rykiem przeciwko dalszemu spaniu przez blisko czterdzieści minut.  Nie poddałam się. Zasnęła.
Wczoraj już było lepiej, nadal się wybudzała co godzinę, dwie, ale po krótkim płaczu sama zasypiała, nawet nie musiałam do niej wstawać, uspokajałam ją może z dwa razy. 
Dziś po kąpieli po raz kolejny zrobiłam to samo - poprzytulałam, zaśpiewałam kołysankę, wytłumaczyłam, że idzie spać razem ze swoim misiem, ucałowałam i włożyłam do łóżeczka. Pogłaskałam ją po głowie i wyszłam. Usiadłam w dużym pokoju na sofie i czekam. Czekam minutę, dwie, jak na szpilkach, kiedy ta moja Blanka zacznie płakać... A tu cisza. Zajrzałam na palcach do sypialni i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam.
Moje dziecko spało przytulone do pluszaka.
Po raz pierwszy od kilkunastu tygodni zasnęła sama, bez płaczu, lamentów, bez wierzgania, kopania i marudzenia. Dochodzi jedenasta, a ona śpi dalej; co prawda przebudziła się już dwa razy, ale nawet nie zapłakała, pokręciła się chwilę w łóżeczku, znów zasnęła i ... ciągle śpi. Tak po prostu śpi. Cud. Prawdziwy cud. Nie mogę w to uwierzyć. 
Maciejko, dziękuję.
Kocham Cię :-))))

niedziela, 23 października 2011

MASZERU ALBO GIŃ!

Mało mam ostatnio czasu. Praca i opieka nad Blanką pochłania jego większość, do tego dochodzą spacery z Travisem, jakieś pranie, sprzątanie, gotowanie, na przyjemności i zwykły odpoczynek już go nie starcza, tak jak na wiele innych rzeczy. Pomyślałam o tym z lekkim smutkiem wczoraj wieczorem, stojąc na środku sypialni i przymierzając się do układania blanciakowych ubranek. Ale zanim się za to zabrałam, spojrzałam w okno i przypadkiem zobaczyłam, że jeden z kwiatków jest już niestety nieco powiędnięty...
Nie umiałam sobie nawet przypomnieć, kiedy je podlewałam, poszłam więc do kuchni po dzbanek i dyskretnie, żeby Mężyk nie zauważył, zaczęłam nawadniać naszą doniczkową plantację. Efekt był oczywiście odwrotny od zamierzonego, Luby natychmiast zwrócił uwagę na zdychającą roślinkę i zaczął sobie żartować, że pewnie znów próbuję zmotywować nasze rośliny do zakwitnięcia. Próbowałam się jakoś tłumaczyć i bronić, że ja nikogo nie zmuszam, jak mają ochotę, to kwitną, a jak nie, to nie, ale przerwał mi w pół słowa, mówiąc:

- U Ciebie kwiatki mają  wybór jak w Legii Cudzoziemskiej ...
....???? - popatrzyłam na niego pytająco, więc dokończył:
... maszeruj albo giń, kwitnij albo schnij!

sobota, 22 października 2011

O PORANKACH I POMYŁKACH

Przez kilka tygodni po narodzinach Małej ciągle się myliliśmy. Kiedy psiur warował przy drzwiach, czekając na spacer, obiecywałam mu "Tata zaraz z Tobą wyjdzie", a Luby podając mi Blanką, nie raz powiedział: "Idź do Pani na rączki". Travis sterczący przed lodówką cierpliwie jak słup soli dowiadywał się, że tata zaraz mu da coś dobrego, a Blanka była informowana, że pan jej zaraz zrobi kąpiu - kąpiu..
Potem jakoś połapaliśmy się w tym nazewnictwie. Ale coraz częściej śmiejemy się z mężem, że mamy dwoje dzieci. Starsze i młodsze. Travisa i Blankę... Co najciekawsze, nadal mieścimy się całą rodziną na łóżku. Młoda wybudza się w okolicach godziny szóstej, więc owijam ją w kocyk i zabieram do naszego wyrka. Kładę ją pomiędzy poduszkami, gdzie sobie w miarę spokojnie leży, macha nogami w powietrzu, bawi się pościelą, grucha, gada i gaworzy. A my łapiemy resztki uciekającego snu.
Zwykle o tej samej porze przyłazi też do sypialni Travis, merda ospale ogonem, staje w nogach łóżka, patrzy na nas wymownie i czeka... No, żebyśmy zrobili mu miejsce. Zazwyczaj to ja się posuwam, zabieram swoje kończyny, tak, żeby psiur mógł wskoczyć na kapę, co natychmiast robi. Zwija się w kłębek, przytula do moich kolan i z ciężkim westchnieniem spokojnie zasypia. Młoda niestety rzadko idzie w jego ślady, zabawa tekstyliami nudzi jej się dość szybko, więc zaczyna nas zaczepiać - dotyka rączkami naszych twarzy, łapie mnie za włosy, a tatę za nos, zagaduje, coraz intensywniej domagając się naszej uwagi. Mus nie rada, trzeba więc oczy otworzyć, pozbawiać małego ssaka, pogadać z nim...
I tak zazwyczaj, w takiej konfiguracji zastaje nas nowy dzień, całą naszą piątkę. 
Tak, piątkę. Zapomniałam napisać, że Travis niezmiennie przychodzi do nas z Dinusiem w mordzie, tak więc podczas porannej drzemki towarzyszy nam teraz w łóżku dziecko, pies i...  gumowy dinozaur.

środa, 19 października 2011

MYYYYYMMMMAAA...


Kiedy Blanka jest bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwa, kiedy jej się coś nie podoba, kiedy łka żałośnie, zanosi się płaczem, kiedy wyciąga do mnie rączki, oczekując natychmiastowego ukojenia wszelkich boleści i zlikwidowania dziecięcych nieszczęść, czasami pomiędzy kolejnymi pochlipywaniami wymawia coś na kształt słowa "mymmaaa"...

I choć zawsze bardzo mi żal rozpaczającego, narzekającego malca, to kiedy słyszę tę zbitkę głosek, tak zbliżoną to tego wyczekanego, wytęsknionego słowa, coś we mnie mięknie i się uśmiecha...

poniedziałek, 17 października 2011

PLAN NA JUTRO


Travis śpi. Mężyk poszedł do pracy. Siedzę przed komputerem i myślę. Planuję i układam. Zapisuję, notuję, tworzę punkty. Zadzwonić do mamy. I do huty szkła. I do Pana P. Najlepiej od rana. Posprzątać. Pomyśleć, co na obiad. Zrobić zakupy jak będę wracać. I manicure. Pranie wstawić przed wyjściem. Odebrać pocztę. Wysłać paczkę. Zapłacić rachunki. Młodej kupić kombinezon. Odpisać na maile. Nanieść poprawki na projekt. Zadzwonić do drukarni. I do firmy wynajmującej powierzchnie magazynowe. Dopytać, czy ta cena to brutto czy netto. Podpisać umowę. Naszykować umowę. Umówić się jej podpisanie. Przesunąć dostawę z soboty na piątek. Zrobić zamówienie. Zadzwonić do Pana A. Konieczne o 14. I do M. I do fryzjera. I do Warszawy. Wysłać płytę z wzorem do Krakowa. I maila do zarządcy. I kopie faktur do biura. Zrobić rozliczenie. Na wczoraj. Poprawić poprzednie. Oddać segregatory do księgowości. Zajrzeć do kadr po zaświadczenie.
Siedzę i myślę, co jeszcze. 
Sklonować się.
Plan na jutro. 

poniedziałek, 10 października 2011

ŚWIEŻA DOSTAWA


Siedzieliśmy w niedzielę z Mężykiem przy stole w kuchni i jedliśmy śniadanie, korzystając z faktu, że nasze dziecko zajęło się samo sobą. Blanka leżała w łóżeczku i uparcie polowała na zwierzaki z pozytywki, latające jej nad głową. A my delektowaliśmy się chwilą spokoju. Luby podgrzał i pokroił w grube plastry kaszankę, posmarował masłem kilka kromek chleba, ja zrobiłam herbatę dla siebie i kawę inkę dla niego.
Usiadłam na krześle, zaczęłam jeść, ale czegoś mi brakowało. Naszła mnie ochota na musztardę. Zajrzałam do lodówki, ale nie było, potem do szafki i nic, w końcu zapytałam Mężyka, czy mamy na stanie. Odpowiedział, że nie kupował ostatnio, więc raczej nie posiadamy i poszedł do sypialni po Blankę, bo zaczęła jej już doskwierać samotność. Delikatne postękiwanie zamieniło się w całkiem głośne narzekanie, więc wyjął ją z łóżeczka i przyniósł do kuchni.
Uśmiechnął się szelmowsko, więc już wiedziałam, że coś tu śmierdzi; w wyciągniętych rękach trzymał Małą i coś nader niecierpliwie usiłował mi ją wręczyć. Nie śpieszyłam się do przejęcia małego ssaka, wietrząc jakiś podstęp i miałam rację, bo w końcu Mężyk oświadczył "zachęcająco":
- Chciałaś musztardę, to masz :-)

piątek, 7 października 2011

PIĄTY MIESIĄC Z ŻYCIA UŚMIECHNIĘTEJ DZIEWCZYNKI

Pięciomiesięczna Blanka jest dzieckiem pogodnym i wesołym. Uśmiecha się od ucha do ucha na widok mamy, taty, psa, a nawet obcych osób, pod warunkiem, że dadzą jej moment na oswojenie się ze swoją obecnością. Bo Malutka już doskonale wie, kto jest członkiem naszej małej rodziny, a kto do niej nie należy. Z poważną miną przygląda się więc zagadującemu ją sąsiadowi, zafrasowana obserwuje moje koleżanki, nieufnie zerka na badającą ją przy okazji szczepienia lekarkę. Każda obca osoba musie zostać dokładnie obejrzana, zanim będzie mogła zbliżyć się do Blanki, która przy każdej próbie zbyt natarczywego spoufalenia się, gwałtownie protestuje. Najpierw na buzi pojawia się podkówka niezadowolenia, a po chwili dziecko uderza w płacz. Ostatnio w ten sposób przywitała swoich dziadków.
Na szczęście na widok swojej opiekunki, cioci Eli, uśmiecha się szeroko i radośnie. Od początku września bowiem spędza z nią cztery godziny dziennie; podczas gdy ja wychodzę do pracy. Kiedy wracam, wyciąga do mnie małe łapki i zaczyna domagać się spotkania z pysznym, mlecznym bufetem. Nadal jest karmiona piersią, butelkę dostaje rzadko, za to w jej diecie pojawiły się pierwsze owoce i warzywa, przyjęte jak na razie z umiarkowanym entuzjazmem. Ich główna wada jest taka, że nie są mlekiem :-)
To Młoda pochłania bardzo chętnie, zwłaszcza w nocy - niestety nadal budzi się na karmienie co dwie godziny, a czasem i częściej. Niekiedy rano nie potrafię sobie nawet przypomnieć, ile razy do niej wstawałam. Na szczęście Mała została się już ze swoim barbarzyńskim nawykiem wstawania o piątej. Teraz budzi się punkt szósta :-) Czasem uda się ją jeszcze zmusić do małej drzemki, wtedy wita nowy, piękny dzień między siódmą a ósmą, co już jestem w stanie przeżyć. Nie ma jednak nic za darmo, w zamian zrezygnowała ze spania na spacerze. W dzień zasypia trzy razy - o dziesiątej, trzynastej i szesnastej, w mało elegancki sposób - wypina po prostu na mnie tyłek - odwraca się na bok, pupą do całego mieszkania, wciska twarz w kocyk i dosłownie po minucie już śpi. Za każdym razem pół godziny, z zegarkiem w ręku. Kiedy wstaje o 16.30 ubieramy się, zabieramy psa Travisa i idziemy na spacer. 
Wszystko musi być sprawnie zorganizowane, gdyż Blanka jest dzieckiem niecierpliwym - pięć minut siedzenia w wózku, który nie jedzie do przodu i awantura gotowa. Marudzi już podczas ubierania, zwykle pozwala sobie założyć na spokojnie body, rajstopki i spodenki. Przy zakładaniu bluzy już narzeka, a włożenie jej czapki i bucików za każdym razem wiąże się z dantejskimi scenami. Blanka nie toleruje niczego, co w jakikolwiek sposób krępuje jej ruchy i ogranicza swobodę. Już kilkakrotnie próbowałam założyć jej chociaż cienką kurtkę; nic z tego, wyje jak obdzierana ze skóry... Uspokaja się dopiero, gdy odpuszczę.
Generalnie jeśli się jej coś nie podoba, żadna siła nie jest jej w stanie zmusić, żeby to zaakceptowała, taki ma charakterek. Kiedy zobaczy, że zbliżam się do jej twarzy z fridą, celnym ruchem łapie za rurkę i tak ściska, że się duszę. Albo tak kręci głową na prawo i lewo, że za nic nie jestem w stanie wyciągnąć baboli z nosa. Nie życzy sobie i już. Od jakiegoś czasu myjemy ją w wanience, każdej kąpieli towarzyszył ryk, zanoszenie się płaczem, łzy jak grochy i rozpaczliwe łkanie. Dopóki nie zorientowaliśmy się, że dziecko próbuje nam powiedzieć: "Nie kładźcie mnie, ja się nie chcę kąpać na leżąco!". Sadzamy więc Małą i myjemy, delikatnie podtrzymując, a ona odwzajemnia się radosnym uśmiechem, wystarczy jednak ją trochę za mocno odchylić do tyłu, a już na buzi Blanki pojawia się ostrzegawczy grymas, informujący nas, rodziców: "Nie radzę, będę ryczeć...". Idziemy więc na rękę małej terrorystce, która uwielbia tę pozycję nie tylko w kąpieli. 
Bardzo lubi przesiadywać u taty na kolanie, gdy ten czyta gazetę, małe rączki natychmiast wyciągają się do szeleszczącego papieru, robią wszystko, żeby go dorwać i wymiętolić. A my robimy wszystko, żeby jej to uniemożliwić, bo prasa po bliższym kontakcie z naszą córką nie nadaje się już do czytania. Blanka dosłownie ją... pożera. Nadal pcha do buzi wszystko, co uda się jej złapać w rączki, a chwyt już ma pewny i precyzyjny, potrafi wyjąć sobie z buzi smoczek i samodzielnie włożyć go z powrotem, zwykle odwrotną stroną, ale czasem trafia właściwą. Za to stopą umie idealnie wcelować do dzioba, dzięki czemu ma notorycznie mokre, obślinione skarpetki.
Nauczyła się też używać nóg zgodnie z przeznaczeniem, podtrzymywana pod pachami stoi na nich pewnie, zachwycona nową pozycją. Potrafi też już siedzieć z podparciem, próbuje też bez, przyjmując charakterystyczną pozycję na żabę. Rechocze równie często jak to stworzenie, wszystko ją śmieszy, wystarczy wydać z siebie dziwny dźwięk albo pocałować ją w szyję, a już się zanosi głośnym śmiechem. To tylko jedna ze stron dziecięcego zachwytu nad światem, drugą są coraz większe problemy z jedzeniem - żebym mogła ją nakarmić, mój mąż musi chować się w drugim pokoju, zabierać z sobą psa i obaj muszą siedzieć tam bez ruchu, dopóki mały ssak nie zostanie zatankowany do pełna. Bo wystarczy, że tata pojawi się w zasięgu wzroku, pies zaszura pazurami, a już Blanka przerywa cycolenie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie omija jej coś fascynującego.
Interesuje ją absolutnie wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku, ku mojej rozpaczy szczególną atencją obdarza takie rzeczy jak: telewizor, komputer, klawiatura, telefon, pilot od telewizora i aparat fotograficzny. Aż pieje z zachwytu, kiedy w końcu uda się jej wydrzeć mi z ręki komórkę, kiedy trzymam ją na kolanach, aż się cała wygina, żeby się odwrócić i rzucić okiem na wieczorne wydanie wiadomości, które ogląda jej tata. Ciężko ją utrzymać, tak się wierci - widać, że marzy się jej już samodzielne przemieszczanie się. Kiedy leży na brzuchu, wije się jak dżdżownica,  odpycha się z całej siły rączkami od materaca, próbując podciągnąć się na nich do przodu, albo unosi w górę pupę, boksując nogami w miejscu i usiłując się nimi odepchnąć. Niestety nie udaje się jej jeszcze skoordynować jednego z drugim :-) Ale uparcie próbuje i podejrzewam, że w ciągu najbliższego miesiąca w końcu się jej uda. Piąty zakończyła z szeregiem nowych umiejętności, z wagą 6,7 kilograma i 69 centymetrami wzrostu. 
Patrzę na nią i czasem nie wierzę własnym oczom, jak błyskawicznie się zmienia.

wtorek, 4 października 2011

ŚWIAT SMAKÓW

Pierwszą marchewkę Blanka dostała tydzień temu. Posadziłam dziecię w leżaczku, owinęłam pieluchą, nabrałam odrobinę papki na łyżeczkę, wycelowałam... by po chwili zebrać całą jej zawartość z dziecięcej brody. Blanka się wykrzywiła, jakbym ją co najmniej cytryną karmiła i wszystko wypluła. Na twarzy miała wypisane i zdziwienie, i niezadowolenie, mina wyraźnie mówiła: "Ale to nie jest mleko!" Niewiele trafiło do dziecięcego żołądka, każda kolejna porcja w szybkim tempie była eksmitowana na zewnątrz. Na drugi dzień poszło nam nieco lepiej, zjadła więcej, ale pozbyła się nowej strawy jeszcze szybciej - na spacerze zwróciła większość skonsumowanej marchewki, radośnie rozsmarowując pomarańczową maź po spodenkach, buzi i włosach. Cudownie wyglądała... 
Przerzuciliśmy się więc na owoce. Jabłko także nie zyskało aprobaty małej degustatorki, już po pierwszej porcji zaczęła kręcić głową na prawo i lewo, skutecznie uniemożliwiając mi trafienie łyżeczką do buzi, zaciśniętej nota bene z całej siły. Dopiero jabłko z morelą na tyle zasmakowało małej księżniczce, że zdecydowała się zjeść, ale tylko odrobinę. Hitem tygodnia okazał się mus z bananów. Blanka z otwartym dziobem czekała na więcej, domagając się dalszego karmienia.
Musi jednak jeszcze popracować nad techniką jedzenia, bo uparcie próbuje ssać łyżeczkę i jest bardzo niezadowolona, kiedy nic z niej nie leci. A ja muszę popracować na technikami gotowania, a dokładniej - podgrzewania jedzenia dla Blanki. Nawet to mnie ostatnio przerosło. Zanurzyłam słoiczek w misce z gorącą wodą, mieszałam, mieszałam, a marchewka ciągle była zimna, zniecierpliwiona Gwiazdka próbowała już wydostać się z leżaczka, zaczynała popłakiwać, więc wetknęłam marchewkę do mikrofalówki i poleciałam ratować dziecko.
A Mężyk - jedzenie dla szkraba, które tymczasem zaczęło w kuchence... syczeć, pryskać i bulgotać. Wyciągnął słoiczek, popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział:
- Blanka, mamusia Ci zdetonowała obiadek...