piątek, 30 września 2011

SPOTKANIE

Szłam chodnikiem szybkim krokiem. Bez kurtki, tylko w sukience, z torbą  przewieszoną przez ramię. Słońce przygrzewało. Jak zwykle byłam trochę spóźniona. Stukałam rytmicznie, miarowo obcasami. Szłam i gryzłam jabłko. Pachnące, soczyste. Delikates. Aż chrupało. Minęłam ubranego na szaro starszego pana; miał mlecznobiałe włosy i puchatą brodę. W zębach trzymał długi, zielony, jesionowy liść, gryzł łodyżkę i uśmiechał się.
Pomyślałam przez moment, że tak pewnie wygląda Pan Bóg. A on spojrzał na mnie i powiedział:
- Smacznego!
Nie zastanawiając się wiele, odpowiedziałam:
- Dziękuję!
Po chwili obejrzałam się za nim i z uśmiechem dodałam:
- I nawzajem!
Znów się uśmiechnął.
A potem każde z nas poszło swoją drogą.

środa, 21 września 2011

ŚMIESZNA NOGA ZIABUCHY

Nasza córka ma "śmieszną nogę". Konkretnie lewą. Od kilku tygodni, kiedy leży na plecach uparcie próbuje przyciągnąć swoją łydkę do klatki piersiowej. Łapie się za pajaca, spodenki lub skarpetkę i targa ze wszystkich sił, za wszelką cenę próbując umieścić swoją stopę w buzi. Z prawą nogą nie idzie jej tak dobrze, więc skoncentrowała się na lewej; kilkadziesiąt razy dziennie uprawia taką gimnastykę.

Czasem kładę ją sobie na kolanach i delikatnie pomagam, dotykając czubkiem małej stopy do policzka Blanki. Wtedy moja córka zaczyna się szeroko uśmiechać. Kiedy powtarzam całą operację, Malutka zaczyna chichotać. Gdy po raz kolejny mała stopa, dzięki mojej pomocy, wchodzi w bliski kontakt z policzkiem Blanciaka, ten zaczyna się zanosić głośnym śmiechem. Rechocze tak, że aż dostaje czkawki.

Mój mąż też ma swój sposób na rozbawienie Młodej - pochyla się nad Blanką i mówi do niej "Zzzziiiaaaabucho!, zzzziiiaaaabucho!". Nie umiem tego powtórzyć i bardzo żałuję, bo efekt jest zawsze ten sam - na małej buzi najpierw pojawia się uśmiech, taki od ucha do ucha, który po chwili przechodzi w radosny rechot. Mała śmieje całą gębą.

Śmiejemy się razem z nią, głównie z faktu, że śmieszy ją ... śmieszna noga Ziabuchy.

piątek, 16 września 2011

CODZIENNOŚĆ

Dzień nagle się skurczył. Z początkiem września wróciłam do pracy - w niepełnym wymiarze godzin, ale i tak zaczęło mi dramatycznie brakować czasu. Na wszystko. Biegiem lecę do firmy i biegiem wracam do domu, do Malutkiej. Próbuję jakoś to wszystko poukładać, uporządkować, choć coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy się da. Wszystko z wszystkim połączyć, dobrze wybrać i nie ominąć niczego, niczego nie stracić lub chociaż jak najmniej... 

sobota, 10 września 2011

NOCNY KOSZMAR

Niestety trwa. Już blisko drugi miesiąc i sprawia, że kompletnie nie mam na nic siły, ani ochoty. Codziennie kąpiemy Blankę o dwudziestej, potem karmienie i kładziemy ją spać. Zawijam ją w kocyk i rożek - niestety, nie mogę jej po prostu przykryć, bo natychmiast się przekręci na brzuch, a miękka tkanina, którą ją otulam, trochę ogranicza jej mobilność. Potem całuję, głaszczę po włosach, mówię, że bardzo ją kocham, chwilę szepczę jej do ucha, coś nucę i po kilku minutach, około dwudziestej trzydzieści Mała zasypia. I tak zaczyna się nocny koszmar...

Ten tydzień był po prostu straszny. Przywykłam już nawet do tego, że budzi się na pierwsze, nocne jedzenie o dwudziestej trzeciej, po prostu nie idę spać wcześniej, bo mi się nie opłaca. Ale w środę Młoda obudziła się już o dwudziestej drugiej... W czwartek zaś pobiła swój pobity dzień wcześniej niechlubny rekord i pierwszego tankowania zażądała o dwudziestej pierwszej dwadzieścia, równo godzinę po zaśnięciu. Głodna nie była, ale nie dawała się uspokoić w żaden sposób, dopiero przystawienie do piersi na dosłownie kilkanaście sekund pomogło, znowu zasnęła. By wstać po raz kolejny za godzinę... Zjadła i zrobiła karczemną awanturę, z krzykami, wrzaskami, przez bite dwie godziny beczała, bo nie mogła zasnąć. Ja razem z nią.

Ostatnio każda nocna pobudka na karmienie tak się kończy - godziną wiercenia się, kopania i popłakiwania w takim płytkim pół - śnie. Przyzwyczaiłam się już nawet do tego, że budzi się na jedzenie dokładnie co dwie godziny, jak w zegarku, ale kiedy dołożyła do tego grafiku te swoje narzekania, zaczęłam wysiadać. Fizycznie i szczerze mówiąc, psychicznie trochę też. Myślałam, że może jest głodna, że może nie dojada, więc kilka razy przed zaśnięciem dostała jeszcze dodatkowo mleko z butelki. Efekt żaden, i tak się obudziła po dwóch godzinach. A żeby było jeszcze zabawniej, w tym tygodniu zwiększyła jeszcze częstotliwość pobudek i zaczęła wstawać w nocy co godzinę, półtorej. A w czwartek zrobiła mi niespodziankę i nowy piękny dzień postanowiła powitać już o godzinie trzeciej rano. Jak sama nazwa mówi, w końcu było już rano... O piątej złapała czterdziestopięciominutową drzemkę i tuż przed szóstą była gotowa do dalszego brykania...

Wszystko to sprawia, że ilość mojego snu uległą dalszym ograniczeniom. Jak mi się uda przespać półtorej, dwie godziny - z przerwami oczywiście, żeby nie było za miło, to mam powody do świętowania. Bo zwykle jest to może godzina krótkich, nocnych drzemek, śpię lekko, wybudza mnie każdy szelest, każdy jej płacz stawia mnie na równe nogi. Z początkiem września wróciłam do pracy, na razie na pół etatu, pracuję tylko cztery godziny dziennie, ale po ósmej muszę już wyjść z domu, nie mam więc kiedy odespać. Kiedy wracam wczesnym przedpołudniem, Blanka już zaczyna marudzić ze zmęczenia, w końcu wstawanie o trzeciej, czwartej dla takiego malca to spore obciążenie. Między osiemnastą a dziewiętnastą, kiedy wracamy ze spaceru, dziecięce narzekanie zaczyna narastać, by tuż przed kąpielą zmienić się w regularny ryk. I tak codziennie. Szczerze mówiąc, mam dość, po tym tygodniu zaczynam podejrzewać, że radość z macierzyństwa polega na tym, że człowiek się bardzo cieszy, że jego dziecko dorosło i wyprowadziło się z domu.... 

wtorek, 6 września 2011

CZWARTY MIESIĄC Z ŻYCIA WESOŁEJ, RUCHLIWEJ DROBINKI

Czteromiesięczna Blanka jest dzieckiem bardzo ruchliwym i uśmiechniętym. Nawet chwili nie uleży spokojnie, macha łapami, wierzga, kopie, wystarczy moment i sprawnie, bez czyjejkolwiek pomocy, przekręca się na brzuch. Pierwszy raz dokonała tego wyczynu tuż po ukończeniu trzeciego miesiąca życia – teraz zostawiona na jakiekolwiek płaskiej, w miarę twardej powierzchni natychmiast obraca się na bok, wygina w łuk, balansuje nogami przez moment, żeby wyciągnąć rączkę, która zwykle utyka gdzieś pod spodem i... już leży na brzuchu, z głową zadartą do góry. Zaczyna się też powoli w tej pozycji opierać na rękach, do wyprostowanych jeszcze daleko, ale pierwsze próby już podejmuje. Nie potrafi jednak jeszcze utrzymać tak długo głowy, jak by chciała – to znaczy najlepiej w nieskończoność – więc po pewnym czasie zaczyna narzekać, popłakiwać i prosić o ratunek, bo sztuki przewracania się z powrotem na plecy jeszcze nie opanowała. Więc mama musi przyjść, pomóc córeczce i przekręcić ją, co zwykle wiąże się z eskalacją lamentów. Blankę dopada bowiem tymczasowy zanik pamięci, natychmiast po zmianie pozycji dochodzi do wniosku, że jednak na fajnie się leżało na brzuszku, więc co robi? Zaraz po odwróceniu przekręca się na bęben ponownie. Poleży trochę, już krócej i ponownie zaczyna płakać. Więc mama po raz kolejny wkracza do akcji i pomaga zmienić pozycję. Blanka wtedy znów dostaje amnezji i natychmiast, po raz kolejny z rzędu zaczyna kombinować, jak by się tu przekręcić na brzuch… I tak do momentu, kiedy już naprawdę nie wie, czego chce i płacze w każdej pozycji. Wtedy po raz kolejny muszę interweniować...

Muszę wziąć na ręce albo posadzić na kolanie, bo siedzenie na nim jest najfajniejsze; dużo widać - Blanka ciągnie się oczywiście do przodu, żeby zobaczyć jeszcze więcej, żeby już samodzielnie usiąść. Kombinuje jak siwek pod gorę, a sił trochę brak na te zapędy, Gwiazdeczka jest nadal drobna, żeby nie powiedzieć – chuda. Dwa tygodnie temu, kiedy byliśmy na szczepieniu, ważyła 6,10 kilograma i mierzyła 66 cm, była na 25 centylu z wagą i na 90 ze wzrostem. Ledwo wchodzi w rozmiar 68, każde spodenki są na nią za krótkie, body ledwo dopinają się w kroku, za to wszystkie są zdecydowanie na szerokie. Szukam więc po wszystkich sklepach ubranek jak na dżdżownicę, czasem udaje mi się coś kupić, ale wielkiego wyboru nie ma; niestety także w zabawkach. 

Ciężko znaleźć coś kolorowego, bezpiecznego, pomysłowego i rozwijającego dla takiego malucha. Jeszcze trudniej zainteresować jakąś grzechotką  Blankę, jej ulubioną zabawką jest  zielono – niebieska torba z pampersami ustawiona tuż obok przewijaka. Kiedy kładę na nim Małą, natychmiast przekręca się na bok, łapie za folię, targa nią, maca, próbuje przyciągnąć do siebie i wcisnąć ją do buzi. Generalnie usiłuje tam umieścić wszystko, co uda się jej złapać. A nie ma z tym już najmniejszego problemu, swobodnie sięga po wybraną rzecz, przekłada ją sobie z rączki do raczki i oczywiście pakuje do gęby. Bardzo długo próbowała bezskutecznie dosięgnąć do zabawek wirujących jej nad głową w rytm melodyjki z pozytywki, aż się w końcu wycwaniła. Odkryła, że jak się przekręci na bok i wyciągnie łapę do góry, to jest w stanie w końcu je złapać. Co niniejszym czyni, tak więc niedługo zabawkę, przeznaczoną ponoć dla dzieci w wieku do 6 miesięcy, trzeba będzie zdemontować, bo Młoda próbuje także te pluszaki doholować do gęby, pałąk aż trzeszczy, kiedy się na nim uwiesi. 

Generalnie wszystko, co się nadaje do włożenia do buzi, ląduje w niej, a jeśli Blanka nic nie ma akurat w dłoni, to pakuje do buzi samą rękę, już niemal cała łapa mieści się w małym pysiaku.  Czasem moja córka zachowuje się tak, jakby próbowała  włożyć sobie rękę do gardła, albo ją po prostu zjeść. Nadal ślini się jak dog de bourdeaux, do tego nauczyła się jeszcze pluć, tak efektywnie sobie pruka i fiuka przez cały dzień, że muszę jej zakładać śliniak. Alternatywą jest zmienianie ulanego do pasa body co godzinę...

Nadal je tylko tyle, żeby podtrzymać podstawowe funkcje życiowe i ani mililitra więcej, przy czym trzeba bardzo uważać, żeby nic jej w jedzeniu nie przeszkodziło. Bo wszystko jest od niego ciekawsze. Pies przejdzie w zasięgu wzroku dziecka, tata się odezwie – już mała głowa się odwraca i patrzy, co tam ciekawego się dzieje. Od pewnego czasu z wielkim zainteresowaniem przygląda się, jak jemy – wczoraj zafascynowana patrzyła, jak zajadam się arbuzem, dzień wcześniej, podczas obiadu w restauracji próbowała zabrać mi kawałek panierowanego kurczaka, który trzymałam w ręce. Trzeba będzie pomyśleć nad rozszerzeniem dziecięcej diety, bo jak na razie, mimo trudności, moich wahań i rozterek, nadal jest karmiona przede wszystkim piersią. Mleko z butelki dostaje rzadko, zwykle pod moją nieobecność i wtedy zjada je nawet chętnie. Ale wystarczy, że apetyczny, mleczny bufet pod postacią mamy pojawi się w domu, a silikonowy substytut jest natychmiast odrzucany

Blanka nie przepada także za smoczkiem, w ciągu dnia, kiedy próbuje ją nim zakorkować, zachowuje się rozbrajająco - po prostu wyjmuje go sobie z buzi ręką, wystarczy chwila, precyzyjny chwyt i już go trzyma w łapie, przygląda mu się przez chwilę… i wyrzuca. W nocy zasypia co prawda ze swoim gumowym przyjacielem, ale tylko po to, by go wypluć po kilkunastu minutach, co nie zmienia faktu, że kiedy się przebudzi, zaczyna beczeć, że go nie ma. Bo Blanka śpi jak zając pod miedzą – wystarczy, że coś stuknie, puknie i zrywa się natychmiast, wybudza i popłakuje. 

Cały czwarty miesiąc, jeśli chodzi o spanie, był po prostu tragiczny. Dziecko, które wcześniej potrafiło przespać nawet sześć, siedem godzin, zaczęło w nocy wstawać co godzinę, półtorej, żądając natychmiastowego widzenia się z cycem, pod groźbą rozbeczenia się... Dzień w dzień Młoda zasypiała o dwudziestej pierwszej, a o dwudziestej trzeciej już żądała pierwszego posiłku. Czasem wstawałam do niej siedem, osiem razy w ciągu nocy, spałam po dwie godziny dziennie i to z przerwami, co spowodowało, że po ostatnich tygodniach po prostu padam na pysk. Nie będę ukrywać, że poranne świergoty mojej córki, dobiegające z łóżeczka o stałej porze, dokładnie o czwartej trzydzieści, zamiast gorącej miłości, budzą we mnie najgorsze instynkty. Ale wystarczy jeden uśmiech tej małej paskudy i wszystko mija.

Młoda uśmiecha się często, czasem wręcz zaśmiewa się w głos, choć bardziej przypomina to rechotanie małej żabki; najbardziej ją bawi, kiedy trzymam ją za nóżki i dotykam nimi jej policzków. Próbuje to zrobić sama, nauczyła się łapać za stopy, skutkiem ubocznym licznych ćwiczeń było podrapanie całych łydek, wyglądają, jakby ich właścicielka bawiła się z wściekłym kotem. Ale mina Małej, kiedy leży na plecach i robi taką „kołyskę” jest po prostu nieziemska. 

Jak i cała Blanka ... :-)

niedziela, 4 września 2011

ZIELARKA

Postanowiłam ususzyć natkę pietruszki. Obskubałam listki z łodyżek, rozłożyłam na balkonie tetrową pieluszkę i rozsypałam na niej zielone listki. Poleżały trzy dni, trochę też poleżał na nich Travis, jakoś tak mu było wygodnie uwalić akurat na moim zielniku swój biały tyłek. Wrzasnęłam na niego i przegnałam go natychmiast; wlazł z powrotem do mieszkania, delikatnie zniesmaczony, kompletnie nie rozumiejąc, o co ta cała afera. Dziś wyszło, że w sumie o nic, bo wieczorem komisyjnie mój mąż całą natkę z pietruszki wyrzucił do kosza na śmieci. Nawet nie protestowałam, bo do niczego się nie nadawała, w ogóle nie wyschła. Przez te trzy dni leżakowania na balkonie tylko zwiędła i zżółkła. Zebrał ją więc Luby, zutylizował, uśmiechnął się z politowaniem i powiedział:

- Pogódź się z tym Kochanie, że najlepiej wychodzi Ci suszenie kwiatów...