środa, 17 sierpnia 2011

PRZEPROWADZKA

Mąż w pracy, Malutka śpi, pies leży na balkonie. Jaki spokój. Błoga cisza. Tylko ulica szumi za oknem, szeroka jak rzeka. W mieszkaniu półmrok. Lampka na biurku rzuca mi snop światła na klawiaturę, przygląda się uważnie, obserwuje jasnym wzrokiem, jak zaczyna powstawać nowa opowieść. O Czupurku, naszej trzymiesięcznej córce, posiadaczce szalonej grzywy włosków długich i cienkich jak babie lato. O labradorze, którego bujna i wszechobecna sierść, niczym perski dywan, pokrywa każdy centymetr podłogi w naszym mieszkaniu, o meblach nie wspominając. O moim mężu, który co prawda nadmiarem owłosienia na głowie nie grzeszy, ale za to nadrabia zarostem na bodzie. I o mnie, właścicielce wroniego gniazda na łepetynie. Słowem - opowieści o Kudłaczach, a w nich sierściuchowe historie, potargane losy naszej małej rodziny, opowiastki o rozczochranej Malutkiej, moje zwichrzone przemyślenia i myśli nieuczesane. W nowym miejscu, pod nowym adresem, ciąg dalszy "balu" zaczyna się pisać, słowo po słowie, notatka po notatce. W spokoju i ciszy... 

Dobrze mi tu. Zaczynam powoli przyzwyczajać się do innego pseudonimu, do trochę bardziej skomplikowanych ustawień panelu administracyjnego, po prostu - do innego bloga. Będzie mi brakować poprzedniego. Bardzo. Zostawiłam na nim kawał życia. Przykro mi, kiedy o tym wszystkim pomyślę; nie lubię przeprowadzek, tym bardziej w nieznane. Do tej dojrzewałam bardzo długo. Kolejna awaria serwerów była kroplą, która przepełniła czarę goryczy, przestraszyłam się, że pewnego dnia całe to moje pisanie, wszystkie te wspomnienia ubrane w słowa postów, po prostu znikną, przepadną bez śladu i już ich nie odzyskam. Pomyślałam wtedy, że może czasem po prostu trzeba spakować walizki i zacząć wszystko od nowa. Trochę czasu zajmie mi przeniesienie archiwum, jednak smutno mi, bo doskonale wiem, że wszystkiego nie da się skopiować i tego mi żal. Nie atmosfery, nie odwiedzin i komentarzy liczonych w tysiącach, nie durnych poleceń, tylko ludzi, których tam zostawiłam (no może nie wszystkich :-)). Najbardziej tych milczących, wiernych czytaczy, którzy wracali pod tamten adres cichutko jak duchy. Sama w ten sposób odwiedzam wiele blogów, mam miejsca, do których codziennie zaglądam, czytam i tylko się uśmiecham, nie zostawiając najmniejszego śladu, niczego więcej. Gdyby zniknęły, poranna kawa z mlekiem, pita przy komputerze, straciłaby część swojego smaku... Chwilowo co prawda mogę o niej tylko pomarzyć, muszę się zadowalać słomkową herbatą, ale kiedyś, gdy przestanę już karmić małego ssaka piersią, wrócę do swojego rytuału. Tak jak wróciłam do pisania. Chyba nie umiem bez niego żyć, brakowało mi go, jak na poprzednim blogu powietrza. Tam już zbyt długo musiałam się zastanawiać, co mogę napisać, a czego nie powinnam. Tu, w tym miejscu, nareszcie mogę odetchnąć. 

 W końcu pilnuje go najlepszy na świecie pies stróżujący, jak widać na załączonym obrazku :-) 

5 komentarzy:

  1. nie wszystkich zostawiłaś:)
    na szczęście:)
    ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze raz dziękuje za udostępnienie nowego adresu. Beata

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że jesteś tutaj. Blogger jest znacznie wygodniejszy i łatwiejszy niż onet. Zobaczysz, szybko się do niego przekonasz.

    Pozdrawiam mocno i wracam do czytania. Dotarłam na razie tutaj.

    Ada

    PS.
    Ja "na balu" byłam takim cichym czytaczem. Rzadko się odzywałam, ale zaglądałam prawie codziennie :)

    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  4. i ja cieszę się też z prezentu "pourodzinowego" :)
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  5. ni i oto tym komentarzem przestałam być cichym czytaczem....a i kawa dziś smakowała wyjątkowo.

    OdpowiedzUsuń