środa, 31 sierpnia 2011

KOLEŻANKI

Travis spędził ostatni weekend razem ze swoimi wiejskimi kumplami; nie chciałam mamie zawracać głowy jeszcze opieką nad psem, dlatego nasz czworonogi przyjaciel pojechał na wczasy pod gruszą. Wrócił niestety w towarzystwie skaczących i podgryzających go "kuleżanek", bo moi teściowie uważają, że szczepienie, odpchlanie i odrobaczanie podwórkowych kundelków to zbędny wydatek i miejska fanaberia. Pchły są po to, żeby psa gryzły, a ten je ma, żeby mu się nie nudziło i żeby miał co łapać.

Nie podzielam tych poglądów, więc po spędzeniu zaledwie jednego dnia z rozpaczliwie czochrającym się labem, pognałam do sklepu zoologicznego po szampon, który, jak szumnie obiecywała etykieta, miał błyskawicznie wytruć wszystkie insekty. Kupiłam też trzy obroże przeciwpchelne dla wiejskich kumpli Białasa. Tego ostatniego mąż wykąpał i zabrał od razu na spacer, bo mokry Kundello natychmiast ruszył w rajd po mieszkaniu. Wskoczył na łóżko, żeby wytrzeć się w kapę, zaczął się tarzać, ale tam dorwał go Luby, przypiął do obroży smycz i zaholował rozczarowanego sierściucha przed blok, gdzie Białas musiał dokończyć swoją "tualetę" wycierając mokre kudły o nieco mniej chłonną trawę...

Dołączyłyśmy do nich z Blanką i poszliśmy całą naszą rodziną na późny obiad do restauracji. Po drodze Travis kilka razy zatrzymywał się, siadał na środku chodnika i nadal czochrał się jak oszalały. Trochę mnie to zmartwiło, Lubego też, mieliśmy nadzieję, że szampon zadziała od razu, ale po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że nawet pchała, jako skazaniec ma prawo do ostatniego posiłku :-)

wtorek, 30 sierpnia 2011

MLEKO WYSOKOPROCENTOWE A MARZENIA...


W sobotę byliśmy na weselu u naszych przyjaciół. Blanka została w domu, pod opieką zestresowanej babci, ja jechałam na imprezę cała w nerwach, zastawiając się, jak moja mama sobie poradzi z obsługą mocno marudnego ssaka, któremu upalna pogoda zdecydowanie nie odpowiadała. Chciało mi się płakać, jak wychodziłam z domu, na szczęście byliśmy już trochę spóźnieni, więc tylko dałam Małej buziaka na szybko i poleciałam do męża czekającego w aucie. Jakoś przetrwałam to pierwsze rozstanie z córcią, ona zdecydowanie lepiej je zniosła niż ja. Niby bawiłam się fajnie, ale myślami ciągle byłam z Młodą, zastanawiałam się, czy nie płacze, czy była spokojna na spacerze, czy udało sę jej bezproblemowo zasnąć. Nie mogłam się powstrzymać i dzwoniłam do mamy co jakiś czas.

Wróciliśmy o drugiej w nocy, Blanka spała mocno i spokojnie, w przeciwieństwie do swojej babci, która siedziała przy zapalonej lampce i pilnowała spokojnego snu wnuczki. Impreza była udana, choć dla mnie oczywiście bezalkoholowa, z czego musiałam się tłumaczyć kilku osobom, bo państwo młodzi gwarantowali nocleg i moje niepicie było ewenementem. Zwłaszcza faceci jakoś nie kojarzyli mojej abstynencji z karmieniem piersią. Jeden z kolegów mojego męża kompletnie nie rozumiał, dlaczego nie mogę wypić nawet lampki wina. W końcu palnęłam mu wprost:

- Paweł, przecież dziecka mlekiem wysokoprocentowym nie nakarmię!!!

Usłyszał to mój mąż siedzący obok, natychmiast zaświeciły mu się oczy i rozmarzonym głosem dodał:

- Ale by wtedy spała...

czwartek, 25 sierpnia 2011

ZABAWA

Przez kilka ostatnich nocy Młoda rozrabiała aż miło. Budziła się na pierwsze karmienie już o dwudziestej czwartej, o drugiej, trzeciej w nocy żądając dokładki. Po jedzeniu zaś dochodziła do wniosku, że to idealna pora na zabawę - przekręcała się na brzuszek, machała łapami, wierzgała nogami, gadała, rozkopywała się z kocyka. Cierpliwie przewracałam ją z powrotem na plecy, zawijałam, wciskałam smoczek i usiłowałam namówić do kontynuacji nocnego odpoczynku. Już, już zasypiała, wydawało mi się, że łapie drzemkę, więc kładłam się, podciągając kołdrę pod brodę, zamykałam oczy... i po kilku minutach do moich uszu docierało po raz kolejny radosne gaworzenie i tłuczenie małymi piętami w materac. Wstawałam więc i cała zabawa zaczynała się od nowa. I tak kilkadziesiąt razy, przez dwie, trzy godziny, kilka razy udało nam się tak dotrwać do następnego karmienia, ku mojej nieopisanej rozpaczy. Spałam po dwie godziny dziennie.

Wczoraj późno poszliśmy spać, czekałam na Lubego, aż wróci z pracy, potem zebrało nam się na nocne pogaduchy w łóżku. Dopiero w okolicach północy zaczęliśmy się na serio zabierać za zasypianie. I w tedy znów je usłyszałam... znajome odgłosy dobiegające z łóżeczka, przypominające pochrząkiwanie głodnego prosiaka. Znak, że korytko czas udostępnić. Załamałam się trochę; pomyślałam sobie, że pewnie znów przede mną kolejna noc pełna atrakcji. Nakarmiłam miłośniczkę cyca, odłożyłam - o dziwo, zasnęła bardzo szybko, żeby obudzić się dopiero... o piątej rano! Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy spojrzałam na zegarek, że tak mi się dziecko zaspało. W ramach rekompensaty przyssała się do cyca jakby tydzień nie jadła, napełniła brzucho, trochę porozrabiała i znów, o dziwo, spokojnie zasnęła. Na kolejne trzy godziny. Cud! Po prostu cud nad cudami! Moja córka w końcu wstała o ósmej, zamiast zrywać się bladym świtem!

A jej tata, zamiast docenić, próbował jeszcze raz namówić Blankę na kontynuację drzemki, w mało elegancki sposób, bo odwracając się do nas tyłkiem i mrucząc przez ramię "Jeszcze 10 minut..." Ale Młoda nie odpuszczała, było już zbyt jasno, żeby jej wmówić, że ma jeszcze pospać. Rozbudziła się na dobre i zaczęła zagadywać, mruczeć i pokrzykiwać na swojego ojca. Powiedziałam więc do Lubego:

- Tata, dziecko chce się z Tobą pobawić :-)

Ten odwrócił się w końcu do nas, spojrzał na uśmiechniętą córę i zaspanym głosem zaproponował:

- Pobawmy się w śpiocha. Sprawdzimy, kto pośpi najdłużej...

Niestety, udziałem w tej zabawie były zainteresowane tylko dwie osoby z trzech...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

POJAZD UPRZYWILEJOWANY


Mieliśmy z mężem ochotę na wypad nad morze, ale po krótkim namyśle uznaliśmy, że Mała jest jednak jeszcze za mała na takie wojaże. Nawet krótkie, kilkugodzinne wyjazdy do dziadków są dla niej sporym obciążeniem - już w trakcie drogi powrotnej głośno manifestuje swoje niezadowolenie związane z unieruchomieniem w foteliku, które zwykle kończy się regularnym płaczem. Głośnym i nieutulonym, prawdopodobne wynikającym z nadmiaru wrażeń, dlatego staramy się je jeszcze ograniczać. Długo zastanawialiśmy się, czy wybrać się nad jezioro w weekend. W końcu spakowaliśmy dziecko, psa i pojechaliśmy. W drodze powrotnej zmęczona Malutka zasnęła, a my zaglądaliśmy co chwilę do fotelika, sprawdzając, czy się przypadkiem nie przebudziła. Pocieszałam męża, że jakoś dojedziemy, nawet jeśli się poryczy. Uśmiechnął się tylko i głośno wyraził nadzieję, którą oboje mieliśmy:

 - Obyśmy się tylko nie stali pojazdem uprzywilejowanym... 

sobota, 20 sierpnia 2011

ROZTERKI

Zostać, czy odejść... Cały czas się jeszcze zastanawiam.

Wczoraj, kiedy wracałam z Małą i psem ze spaceru, zaczęło delikatnie kropić. Skręciłam więc w bramę, żeby na skróty, pomiędzy kamienicami dotrzeć do domu. Często tamtędy chodzimy, psiur zna trasę na pamięć, więc nas wyprzedził, pobiegł obwąchiwać sobie tylko znane miejsca, ja chwilę jeszcze zamarudziłam z wózkiem w przejściu, przystanęłam, żeby przykryć Młodą kocykiem. W bramie siedziała siwowłosa staruszka w chustce na głowie, z wielkim, fioletowym pypciem na oku i robiła małe, kolorowe bukieciki. Na kolanach, w obszernym fartuchu miała całe naręcze polnych i ogródkowych kwiatów: drobnych rumianków,  różowych floksów, ogródkowych goździków, czerwonych georginii  i żółto - pomarańczowych nagietków. Układała je ciasno, główkami jeden przy drugim, do każdego bukietu doprawiając od dołu kryzę z liści piwonii, a wystające spod niej łodyżki roślin owijała ciasno cienkim kawałkiem starych rajstop. Uśmiechnęłam się do niej, powiedziałam "Dzień dobry" - znamy się z widzenia, mój mąż zawsze podczas spaceru kupuje mi u niej te kwiatki. A ona poprosiła, żebym wybrała sobie najpiękniejszy bukiecik i po prostu mi go dała. Za darmo. Chciałam jej zapłacić, ale wzbraniała się, argumentując, ostatnim razem sprzedał mojemu mężowi brzydkie kwiaty, bo innych już nie miała i koniecznie musi to naprawić. Przyjęłam więc podarunek, zanurzyłam w nim nos - pachniał jak cały ogródek mojej babci. Niebo zaciągnięte było ciężkimi, nasiąkniętymi deszczem chmurami, a mimo to, świat nagle zrobił się bardziej kolorowy....

Wszystkie komentarze, ciepłe maile z prośbami o kontakt, o nowy adres,  żeby nie odchodzić, żeby bal jeszcze trwał, to był właśnie taki wielki, kolorowy bukiet, który dostałam od ludzi, o istnieniu których często nie miałam nawet pojęcia. Dlatego się zawahałam i cały czas się zastanawiam - wrócić tam, na bal, czy zostać jednak tutaj. Z tamtym miejscem wiąże się tyle ciepłych wspomnień, jeszcze z rozpędu, kiedy siadam do komputera, wybieram stary adres. To jest ciągle nowe, trochę obce, tamto - moje, bliskie, udomowione, oswojone... 

Ponoć człowiek jest odpowiedzialny za to, co oswoił...  

piątek, 19 sierpnia 2011

KURCZAK PRERIOWY

Postanowiłam wczoraj upiec na obiad udka z kurczaka i zrobić sałatkę grecką. Danie fajne, można je szybko przygotować, a co najważniejsze, Ślubny je bardzo lubi. Przyprawiłam więc kuraka, zapakowałam do naczynia żaroodpornego, wstawiłam do piekarnika i zabrałam się do krojenia warzyw na sałatkę. Ukochany wylazł z łóżka akurat w porze obiadowej, rozejrzał się po mieszkaniu i już pierwszym swoim pytaniem podniósł mi ciśnienie. Rozejrzał się po mieszkaniu i mówi:
 
- A co tu tak nadymione, przypaliłaś coś?
 
Policzyłam do dziesięciu i spokojnie przypomniałam Lubemu, że to on ostatnio robił karczek w warzywach, więc on powinien wyszorować to, co wykipiało z naczynia, a teraz się właśnie elegancko zwęgla na dnie piekarnika. Nie zwróciłam wcześniej na to uwagi, a kiedy już go rozgrzałam, nie było szans na mycie. Oczywiście mój mąż nie zamierzał uznać swojej winy. Po piętnastu minutach zajrzał do kuchni, żeby wtrącić swoje trzy grosze:
 
- Weź może przykryj tego kurczaka, bo będzie suchy jak wór
 
Zachowując wyniosłe milczenie i kamienną twarz, sięgnęłam po folię aluminiową. Wtedy Wujek Dobra Rada uaktywnił się po raz kolejny:
 
- Ale nie folią, weź przykrywkę od tego naczynia, tam jest, w szafce
 
Wzięłam, przykryłam, nadal nic nie mówiąc, choć ciśnienie mi nieco skoczyło. Wyjęłam z lodówki margarynę, zamierzałam ukroić kilka plasterków i położyć na piekącym się mięsie, żeby było bardziej soczyste. Mój mąż, niczym duch opiekuńczy swojego obiadu po raz kolejny zmaterializował mi się za plecami, skrzywił się i zaordynował:
 
- Eeee, nie margarynę, weź dodaj masło!
 
Wyjęłam więc masło z lodówki, dusząc w sobie przemożną chęć oświadczenia Lubemu, żeby sobie sam w takim razie ugotował ten obiad, skoro wszystko wie lepiej. Posypałam kuraka wiórkami zambrowskiego, wcisnęłam z powrotem do piekarnika i postanowiłam, że już się do niego palcem nie dotknę, niech ekspert w dziedzinie gotowania go teraz pilnuje. Jednak kiedy wyciągał upieczone udka, nie wytrzymałam i wyraziłam wątpliwość, że jest chyba trochę za wcześnie. Mój domowy prześmiewca tylko zarechotał mało uprzejmie i powiedział:
 
- Wybacz Kochanie, że popsułem Ci plany, rozumiem, że to miał być kurczak preriowy?
-???? Jaki kurczak preriowy, o co ci chodzi?
- No taki wysuszony na wiór, taki do żucia podczas długiej podróży po prerii...

POGRÓŻKI


Moja kochana córeczka uznała dziś, że nie ma ochoty na kolację. Zjadła ładnie o dziewiętnastej, po powrocie ze spaceru, pobawiła się trochę, pogadała, ale kiedy wykąpaliśmy ją godzinę później, ogłosiła strajk. Przy piersi zrobiła piękny mostek, wykręciła buzię w drugą stronę, a kiedy ją próbowałam jakoś zgadać i zachęcić, zaczęła popłakiwać. Próbowałam ją nakarmić mlekiem z butelki - potrzymała trochę smoczek w buzi, popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się rozbrajająco... i wypluła go, razem z jego zawartością. Pomyślałam sobie zirytowana - nie, to nie. I dodałam głośno, nieco wnerwiona:

- Nie chcesz? Trudno. Zobaczysz, nie będę do Ciebie wstawać w nocy, żeby Cię nakarmić!

 A ta szelma uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej, jakby doskonale wiedziała, że to nieprawda, za ta mąż siedzący obok zachichotał i rzucił, jakby od niechcenia:

 - Będziesz, będziesz...:-)

No i wykrakał... 



środa, 17 sierpnia 2011

POŻEGNANIE Z BALEM

W końcu przyszła, szybciej niż się spodziewałam.
Pora na pożegnanie.
Z moim balem, z gośćmi, z tym miejscem. Pewnie z czasem opustoszeje, jak sala, gdy przestaje grać muzyka. Miałam wymknąć się po angielsku, potem zdenerwowana, z hukiem trzasnęłam drzwiami, a teraz, po namyśle, postanowiłam zajrzeć i się po prostu pożegnać. Z wszystkimi, którzy tu zaglądali, poświęcając swój czas na czytanie moich opowieści, którzy wracali regularnie, odwiedzając nas tutaj czasem codziennie. Nie tak miało być. Myślałam, że bal będzie trwał dłużej, bardzo lubiłam to miejsce i żal mi z niego odchodzić, w końcu zostawiłam tu kawał mojego życia. Dzięki niemu poznałam wielu fantastycznych ludzi. Będę tęsknić i będzie mi go brakować. Ale jednocześnie wiem, że to dobra decyzja, że tak powinnam zrobić. Czasem po prostu trzeba spakować walizkę i odejść...
Ostatnia awaria serwerów była kroplą goryczy, która przepełniła czarę. Wystraszyłam się, że pewnego dnia onet znowu poinformuje mnie, że wystąpił błąd i po prostu wykasuje mi wiele miesięcy pisania, a potem przeprosi za to uprzejmym komunikatem. Nie mam już siły i cierpliwości, żeby oglądać go po raz kolejny, brak mi jej na kolejne próby logowania, żeby coś napisać. Nie mam już ochoty na onetowskie "polecenia" i "główne strony", na dorabianie do moich tekstów chwytliwych nagłówków, na wkładanie mi w usta słów, których nie napisałam, na wyrywanie zdań z kontekstu, co kompletnie wypacza ich treść. Mam dosyć tabunów "trolli" przetaczających się przez to miejsce po każdej takiej "akcji promocyjnej" ze strony portalu, mam dość łapania za słowa, czytania bez zrozumienia, komentarzy obrażających mnie, bliskich i innych komentujących. Ci, którym bal był solą w oku, mogą sobie pogratulować - skończył się. Z przykrością jednak informuję, że nie zmienia to faktu, iż nadal jesteśmy szczęśliwą rodziną :-) Tylko o tym już tutaj na pewno pisać nie będę. Pewnie zajrzę raz na jakiś czas, może nawet coś skrobnę, ogólnego, ogólnikowego. Przespaceruję się po pustej, balowej sali, wśród resztek serpentyn, powspominam, przejrzę stare historie i wrócę do domu. Nowego blogowego domu. A tymczasem zabieram stąd sierściucha Traviska, Blankę o szalonej czuprynie i Mężyka, tu już opowieści kudłatych o moich kudłaczach nie znajdziecie. Będą trwały, tak jak zapowiedziałam - w sieci.
Dziękuję wszystkim czytającym i komentującym (no tutaj może akurat nie wszystkim:- ), dziękuję zwłaszcza cichym czytaczom, że byli, że zaglądali, że balowali ... Szkoda, że nie mogę Was spakować w walizkę i zabrać ze sobą...
Mam cichą nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy...
A więc:
Do zobaczenia.
Do napisania.
Do poczytania.
Kiedyś.
Gdzieś. 

Ps. Kiedy pisałam tego posta, Blanka spała. Kiedy postawiłam ostatnią kropkę, rozpłakała się, nagle, żałośnie i rozpaczliwie, bez powodu....

PRZEPROWADZKA

Mąż w pracy, Malutka śpi, pies leży na balkonie. Jaki spokój. Błoga cisza. Tylko ulica szumi za oknem, szeroka jak rzeka. W mieszkaniu półmrok. Lampka na biurku rzuca mi snop światła na klawiaturę, przygląda się uważnie, obserwuje jasnym wzrokiem, jak zaczyna powstawać nowa opowieść. O Czupurku, naszej trzymiesięcznej córce, posiadaczce szalonej grzywy włosków długich i cienkich jak babie lato. O labradorze, którego bujna i wszechobecna sierść, niczym perski dywan, pokrywa każdy centymetr podłogi w naszym mieszkaniu, o meblach nie wspominając. O moim mężu, który co prawda nadmiarem owłosienia na głowie nie grzeszy, ale za to nadrabia zarostem na bodzie. I o mnie, właścicielce wroniego gniazda na łepetynie. Słowem - opowieści o Kudłaczach, a w nich sierściuchowe historie, potargane losy naszej małej rodziny, opowiastki o rozczochranej Malutkiej, moje zwichrzone przemyślenia i myśli nieuczesane. W nowym miejscu, pod nowym adresem, ciąg dalszy "balu" zaczyna się pisać, słowo po słowie, notatka po notatce. W spokoju i ciszy... 

Dobrze mi tu. Zaczynam powoli przyzwyczajać się do innego pseudonimu, do trochę bardziej skomplikowanych ustawień panelu administracyjnego, po prostu - do innego bloga. Będzie mi brakować poprzedniego. Bardzo. Zostawiłam na nim kawał życia. Przykro mi, kiedy o tym wszystkim pomyślę; nie lubię przeprowadzek, tym bardziej w nieznane. Do tej dojrzewałam bardzo długo. Kolejna awaria serwerów była kroplą, która przepełniła czarę goryczy, przestraszyłam się, że pewnego dnia całe to moje pisanie, wszystkie te wspomnienia ubrane w słowa postów, po prostu znikną, przepadną bez śladu i już ich nie odzyskam. Pomyślałam wtedy, że może czasem po prostu trzeba spakować walizki i zacząć wszystko od nowa. Trochę czasu zajmie mi przeniesienie archiwum, jednak smutno mi, bo doskonale wiem, że wszystkiego nie da się skopiować i tego mi żal. Nie atmosfery, nie odwiedzin i komentarzy liczonych w tysiącach, nie durnych poleceń, tylko ludzi, których tam zostawiłam (no może nie wszystkich :-)). Najbardziej tych milczących, wiernych czytaczy, którzy wracali pod tamten adres cichutko jak duchy. Sama w ten sposób odwiedzam wiele blogów, mam miejsca, do których codziennie zaglądam, czytam i tylko się uśmiecham, nie zostawiając najmniejszego śladu, niczego więcej. Gdyby zniknęły, poranna kawa z mlekiem, pita przy komputerze, straciłaby część swojego smaku... Chwilowo co prawda mogę o niej tylko pomarzyć, muszę się zadowalać słomkową herbatą, ale kiedyś, gdy przestanę już karmić małego ssaka piersią, wrócę do swojego rytuału. Tak jak wróciłam do pisania. Chyba nie umiem bez niego żyć, brakowało mi go, jak na poprzednim blogu powietrza. Tam już zbyt długo musiałam się zastanawiać, co mogę napisać, a czego nie powinnam. Tu, w tym miejscu, nareszcie mogę odetchnąć. 

 W końcu pilnuje go najlepszy na świecie pies stróżujący, jak widać na załączonym obrazku :-) 

wtorek, 16 sierpnia 2011

OPOWIEŚĆ O KUPIE I KREMIE

 Kupa to ważna rzecz, zwłaszcza, kiedy człowiek nagle i niespodziewanie stanie się rodzicem małego ssaka. No może nie nagle i nie do końca niespodziewanie, ale my zostaliśmy, upodabniając się błyskawicznie pod względem upodobań do stadka much. Dwuosobowego, a może nawet liczącego trzy sztuki, jakby tak się zastanowić, bo psa także fascynuje specyficzny zapaszek wydobywający się spod pampersa. Podobno w kupie raźniej, byłoby, gdyby wszystkie wymienione osobniki rzucały się kupą do zmiany pieluchy, zamiast w przeciwną stronę. Nawet gorące wezwania: „Kupą panowie, kupą!” nie pomagają, pies ogranicza się do obwąchiwania, a mąż do kibicowania. Najlepiej z boku, żeby tłoku nie robić. Chętnie za to i podejrzanie często wypytuje o wspomnianą kupę. – to rzecz dla nas ostatnio bardzo istotna, temat naszych licznych rozmów i dywagacji.

 Więc dyskutujemy. Przede wszystkim o tym, czy była, a jeśli tak, to kiedy i jaka. Jeśli nie było, to dywagujemy, czy będzie i w jakim terminie, czy już powinnam jeść suszone śliwki, czy jeszcze trochę poczekać? Wciskać czopek, czy się wstrzymać, bo może dziecię jednak coś wyciśnie? Za długo zwlekać też nie można, bo Mała się robi nerwowa, przecież nie można pchać w siebie żarcia w nieskończoność. Choć jeśli chodzi o „pchanie” to w przypadku naszej córki raczej hiperbola, bo ona od czasu do czasu raczy coś tam łyknąć, zdegustować, popróbować, o regularnym jedzeniu nie ma mowy. Ani o takim samym, w miarę systematycznym wypróżnianiu, więc rozmowy o kupie są u nas ostatnio na porządku dziennym. I pomyśleć, że trzy miesiąc temu człowiek prowadził głębokie dyskusje o filmach, światowych zdarzeniach i aktualnościach politycznych. A teraz co? Kupa. Była czy nie? 
Tak sobie dywagowaliśmy w weekend, wielokrotnie wałkując ten sam temat, a kiedy w końcu jego istota pojawiła się w pampersie… pokłóciliśmy się. Bo podczas przewijania nałożyłam za dużo sudokremu, jakoś tak mi się nabrało z pudełka, fakt, zabejcowałam tyłek Malutkiej porządną, grubą warstwą, kompletnie na biało. Nie uszło to uwadze mojego męża, który niespodziewanie na mnie naskoczył – że przesadziłam, że kto chciałby w takiej mazi siedzieć (pomijając drobny szczegół, że nasz córka jeszcze nie potrafi przyjąć takiej pozycji), że to nic przyjemnego. Przykro mi się trochę zrobiło, więc niewiele myśląc … obraziłam się. Głupio mi było, kiedy pomyślałam, że po trzech miesiącach opieki nad niemowlęciem nawet nie umiem mu nałożyć odpowiedniej ilości kremu na pupę. Humor mi się zważył, ślubny dostrzegł to szybko i próbował jakoś sprawę załagodzić, przymilał się, łasił, ale mój dobry nastrój nie chciał wrócić.

Usiadłam na kanapie w pokoju, zaczęłam bawić się telefonem, w końcu postanowiłam napisać smsa do koleżanki. Mój mąż klapnął obok mnie i zaczął robić dokładnie to samo, co ja. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, dwoje milczących jednokomórkowców, kiedy ciszę przerwało pikanie mojej komórki, to był sygnał nadchodzącej wiadomości sms. Odbieram, patrzę: nadawca – mój mąż, siedzący nota bene tuż o bok mnie. Zdziwiłam się trochę. Otwieram, a tam dwa słowa: „Kocham Cię” i uśmiechnięta ikonka. 

Nie wytrzymałam, też się uśmiechnęłam, rozbroił mnie kompletnie, zagrożenie wybuchem minęło. Dzień później jednak o mało nie eksplodowałam dokładnie z tego samego powodu. Znów posmarowałam Młodej pupę kremem, znów grubą warstwą, tym razem celowo, bo właśnie mieliśmy kłaść ją spać, a zwykle w nocy nie przewijamy Małej, żeby jej nie wybudzać. Ślubny spojrzał, znów zaczął komentować, zirytował mnie porządnie, a potem jak zwykle rozśmieszył, bo zanim doszło do kłótni, mój mąż palnął:

- Dobrze, że nie jesteś lakiernikiem, bo gdybyś tyle szpachli waliła, to by auta na nadkolach siadały…

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

HELIKOPTER


Kiedy tylko za oknem zrobiło się jasno, z dziecięcego łóżeczka zaczęły dobiegać charakterystyczne odgłosy - tłuczenie małą łapką w plastikową pozytywkę, kopanie piętami w materac, targanie królika za szeleszczące uszy... Próbowaliśmy usilnie, ale nie dało się ich zignorować, podobnie jak radosnego gaworzenia, obwieszczającego wszem i wobec, że oto właśnie rozpoczął się kolejny, nowy, piękny dzień z życia naszej córki. Mus nie rada, trzeba było się zainteresować małym ssakiem i to szybko, bo wesołe guganie zaczynało powoli przekształcać się w nerwowe, ostrzegawcze pokrzykiwanie, uprzejmie informujące szanownych rodziców, że "...jak się mną nie zajmiecie, to się zaraz poryczę!" Mąż wstał i poszedł do łazienki, pies skorzystał z okazji, wskoczył na kołdrę i z ciężkim westchnieniem uwalił się w nogach łóżka, a ja zwlokłam się, żeby teleportować naszą ranną ptaszynę do rodzicielskiego wyra. Położyłam ją jak zwykle pomiędzy naszymi poduszkami i odwinęłam z kocyka. Dziecko aż się uśliniło ze szczęścia; rozległo się radosne gruchanie, a małe ręce i nogi zaczęły swój taniec szczęścia - słowem - Malutka rozpoczęła wymachiwanie nimi na wszystkie strony. Wierzgały  stopy w pajacu, tańczyły "śmigi" w powietrzu, a ja leżałam obok i obserwowałam tego naszego małego cudaka spod wpółprzymkniętych powiek. Klapnęły drzwi od łazienki i po chwili wrócił do sypialni mój mąż, wlazł na łóżko, nachylił nad kompletnie rozbudzoną córą i zapytał ją:

- A co to za helikopter tu wylądował?

"Helikopter" w odpowiedzi posłał mu najpiękniejszy z wszystkich swoich bezzębnych uśmiechów, produkując przy okazji nową serię baniek ze śliny....

niedziela, 14 sierpnia 2011

TUTAJ JA PILNUJĘ...

Wszyscy śpią, choć to niedzielne przedpołudnie. Pies śpi, bo tak ma. Młoda śpi, bo czasem jej się zdarzy. Mąż śpi, bo nasza córka tradycyjnie zrobiła nam pobudkę bladym świtem i ktoś musiał ją zabawiać, więc teraz nadrabiają zaległości - oboje. Tylko ja nie śpię i pilnuję całego stada. Ponoć to psi obowiązek, ale wystarczy rzut oka na to białe bydle rozwalone w sypialni przy dziecięcym łóżeczku i już wiadomo, że raczej nie ma co na niego liczyć w tej kwestii... Jakiś czas temu nawet powiesiłam przy drzwiach wejściowych zdjęcie naszego laba, zaspanego tak, że nie obudziłby go wystrzał armatni, z ironicznym podpisem: "Tutaj ja pilnuję..." A dziś, kiedy wychodziłam z łazienki, spojrzałam na nie jakoś odruchowo, uśmiechnęłam się i... znalazłam pomysł na nowy blogowy adres :-)

wtorek, 9 sierpnia 2011

RATY

Blance coś się poprzestawiało - od ponad tygodnia budzi się w nocy co dwie godziny. Kiedyś zapadała w sen o dwudziestej pierwszej i spokojnie dosypiała do godziny drugiej, czasem nawet trzeciej, teraz głodny ssak potrafi zażądać jedzenia już o dwudziestej trzeciej. Potem pannie przypomina się o pierwszej w nocy, że coś by zjadła, następnie dojada o trzeciej, o piątej nadchodzi czas na regularne śniadanie, a o siódmej przychodzi pora na drugie... Po tej pobudce już nie zasypia, przez godzinę gaworzy, śmieje się, macha łapami i żadna siła, ani argumenty słowne nie są w stanie skłonić jej do zapadnięcia w sen. Bezskutecznie próbuję więc chociaż zakorkować gadającego ssaka smoczkiem. Nic z tego, zdecydowanie więcej czasu tracę na odnalezienie smoka i ponowne umieszczenie go w otworze gębowym wiercącego się na wszystkie strony stworzenia, niż Blance zajmuje jego efektowne wyplucie.  
W tamtym tygodniu i w weekend mój najukochańszy na świecie mąż wstawał razem z Blanką o szóstej, siódmej i zabierał ją do drugiego pokoju, gdzie oddawała się swojej radosnej aktywności porannej, a ja spokojnie dosypiałam nawet do dziewiątej. Po kilku nocnych pobudkach bardzo mi się to przydawało, pozwalało normalnie funkcjonować w dzień, bez podpierania się nosem o podłogę. Niestety w tym tygodniu Luby musi się stawiać w pracy na szóstą rano, więc wszyscy troje wstajemy o piątej. W efekcie śpię trzy, czasem cztery godziny na dobę i to na raty. Zdarzyły się co prawda dwie noce, kiedy Młoda bez pobudki dospała do trzeciej nad ranem; teraz razem z Mężykiem wypatrujemy kolejnych takich cudów, dlatego kiedy Luby dzwoni z pracy, zawsze pyta:
- Jak tam Kochanie nocka, jak spałaś?
A ja niestety niezmiennie odpowiadam: 
- Na raty...
Dziś mój mąż zaczął drążyć temat i zapytał:
- Ale jakie to były raty? Mini ratki czy takie raty z providenta? 
Uśmiałam się. Nie śmiem jeszcze nawet marzyć o przespanych nocach, ale niech chociaż raty tego mojego snu będą liczone we frankach...

sobota, 6 sierpnia 2011

TRZECI MIESIĄC Z ŻYCIA FRUSTRATKI...

Jaka jest trzymiesięczna Blanka?
Długa i cienka jak nitka, drobniutka i szczuplutka. Nadal ciekawa świata, jeszcze bardziej niż wcześniej. I w związku z tym - coraz bardziej sfrustrowana. Bardzo chciałaby już na przykład przekręcić się samodzielnie na brzuch, a tu trochę sił jeszcze brak. Blanka swobodnie obraca się na bok, potem wygina w półksiężyc, odciąga głowę maksymalnie do tyłu, macha nogami, stara się odbić, kombinuje dłuższą chwilę, próbuje, próbuje... jeszcze walczy... by w końcu uderzyć w płacz z bezsilności. Głośno i żałośnie skarży się i wzywa mnie na pomoc - jakby mówiła "No chodź tu i mnie przekręć, bo znów mi się nie udało".
Przychodzę, trochę pomagam, przekręcam i na buzi Blanciaka natychmiast pojawia się szeroki uśmiech zadowolenia, głowa wędruje wysoko, wysoko w górę, mała opiera się na przedramionach i z uwagą przygląda się otoczeniu. Nie trwa to jednak długo, po krótkiej chwili znów zaczyna kombinować... jak by tu się ruszyć z miejsca. Leżąc na brzuchu z głową ciągle uniesioną do góry, macha wszystkimi czterema kończynami, jak pływak w basenie bez wody, próbuje, próbuje, walczy... niestety, koordynacji trochę brak, techniki i przede wszystkim siły, żeby oderwać ciężkie brzuszysko od podłoża i popełznąć na podbój świata. Sfrustrowany Blanciak zaczyna więc po raz kolejny płakać z bezsilności i znów mama musi ratować, łezki ocierać, poprzytulać dziecko. Najlepiej wziąć na ręce, tam każdy płacz cichnie w ciągu kilku sekund, no bo przecież z wysokości rodzicielskich ramion widać tyle ciekawych rzeczy! Mała kręci więc głową na wszystkie strony -  a trzyma ją już pięknie, pewnie i zupełnie prosto.
Wodzi wzrokiem za wszystkim, co się rusza, odprowadza spojrzeniem przechodzącego przez pokój tatę, pies przemykający na balkon nie ujdzie jej uwadze, natychmiast niebieskie ślepia zaczynają go śledzić, a mama, która się cichcem oddala i próbuje choć na moment zostawić Blanciaka samego, natychmiast jest przywoływana do porządku. Głośnym okrzykiem, delikatnie mówiąc; moja córka od pewnego czasu po prostu... wrzeszczy, wydając dźwięki przypominające miauczenie kota obdzieranego ze skóry... Chociaż w sumie to nie wiem, nigdy żadnego nie obdzierałam. Ale de facto straszliwe to odgłosy, nie do zniesienia na dłuższą metę, panna sprawdza możliwości swojego gardła coraz intensywniej, domagając się... towarzystwa. Jeśli zignoruję jej gorące wezwania - zaczyna płakać, jeśli przyjdę i usiądę obok niej, cichnie i uśmiecha się natychmiast od ucha do ucha, najpiękniej jak tylko potrafi. I zaczyna gadać, ostatnio dosłownie nawija bez przerwy, nie wydaje już z siebie pojedynczych dźwięków, tylko artykułuje różne "gu", "ga", "yyyy", całymi seriami, jakby budowała zdania wielokrotnie złożone. Uwielbia, kiedy jej odpowiadam, kiedy z nią "rozmawiam", pochylona nad jej małą buzią, tak, żeby widziała moją twarz. Stara się dotknąć jej rączkami, łapie mnie za nos, łapie generalnie za wszystko, do czego udaje się jej dosięgnąć. 
Chwyt ma już pewny i precyzyjny, potrafi na przykład złapać smoczek za uchwyt i wyciągnąć go sobie z buzi, a kiedy uda się jej uczepić zabawek przyczepionych do pałąka nad leżaczkiem, cała konstrukcja aż trzeszczy, a panna niemal z niego wypada. Nauczyła się bowiem robić mostek - opiera się na piętach i łopatkach, wypina pupę do góry i ... przemieszcza się w ten przedziwny sposób. Na tyle skutecznie, że w łóżeczku zmiana położenia zajmuje jej zaledwie kilka minut. Czepia się zabawek powieszonych nad wyrkiem, podciąga trochę, odbija nogami od ochraniacza, robi mostek, przesuwa trochę w bok, potem powtórka, kolejna i już leży w poprzek. Jeszcze trochę wysiłku i znajduję moje dziewczę leżące do góry nogami, że stopami na poduszce, bardzo z siebie zadowolone. 
Generalnie Blanka jest dzieckiem coraz bardziej zadowolonym z życia. Zdarzają się jeszcze awantury i wielkie płacze, ale już coraz rzadziej, zwykle sama na siebie sprowadza jakieś nieszczęścia - a to wytarga się za włosy, a to wsadzi łapę do buzi i zahaczy paznokciem o delikatne dziąsło, a to włoży sobie przypadkiem palec do oka. Wszystkie te awarie oprotestowuje głośnym płaczem. Reaguje też nim na nagłe i niespodziewane dźwięki. Wystarczy, że mój mąż kichnie, a przerażona Blanka zaczyna płakać ze strachu :-)
Na szczęście o wiele częściej śmieje się i to jak! - w głos, aż rechocze! Łatwo ją rozbawić, wystarczy wydać z siebie kilka śmiesznych odgłosów lub założyć pannie coś... przez głowę. Kiedy wciągam jej przez łepetynę bluzeczkę, wiem doskonale, że spod materiału wyłoni się roześmiana buzia Blanki. Tak wita świat, który jak nagle zniknął, tak i się pojawił. Najbardziej jednak Gwiazda cieszy się, kiedy leży na plecach, a ja łapię ją delikatnie za rączki. Doskonale wie o co chodzi, natychmiast napina wszystkie mięśnie, podkurcza nogi i ciągnie się kurczowo, ze wszystkich sił i podciąga się samodzielnie aż do siadu. 
Ech, widać, że ma ochotę, oj wielką, bardzo wielką na swoje pierwsze "posiedzenie", kiedy przytrzymam ją przez chwilę w tej pozycji, zaczyna rechotać z radości. Ale sił jeszcze brak, jeszcze za wcześnie, więc kiedy znów ją kładę, biedny sfrustrowany Blanciak zaczyna płakać... Najchętniej spędziłaby cały dzień na moich kolanach, w pozycji półleżącej, oparta plecami o mój brzuch, w której, nota bene, i tak uparcie ciągnie się do przodu, żeby jeszcze więcej zobaczyć. Na spacerach coraz częściej wyjmuję ją z wózka - zatrzymujemy się przy ławce, ja siadam, Blankę sadzam sobie okrakiem na kolanie i oglądamy świat.
Wielki i ciekawy, tak ciekawy, że szkoda czasu na spanie, nie wspominając już o nieszczęsnym jedzeniu. Mała wstaje już nieco później, w okolicach godziny szóstej, czasem zdarza jej się dospać do siódmej, ale w zamian zalicza tylko jedną dłuższą drzemkę w ciągu dnia. Zasypia około dziesiątej, jedenastej na dwie, trzy godziny i ... to wszystko. Czasem zdarzy jej się przysnąć po południu, ale nie więcej niż dwa razy i nie dłużej niż na pół godziny. Wieczorem po kąpieli zasypia już pięknie i samodzielnie - otulam ją w łóżeczku i po kilkunastu minutach moja Gwiazda już śpi, zwykle w pozycji a' la "Jezus Świebodziński", tylko w miniaturze :-) Budzi się niestety kilka razy w ciągu nocy. Choć w sumie, jak tak sobie pomyślę, to nieprawda, co przed chwilą napisałam. Ona się nie budzi. To ja się budzę, kiedy Blanka zaczyna się kręcić i wiercić w poszukiwaniu smacznej, nocnej przekąski, podstawiam bufet, ona zjada, nawet nie otwierając oczu, a odłożona do łóżeczka, spokojnie kontynuuje swoje spanie. Ja niestety muszę swoje oczy otworzyć nawet cztery, pięć razy w ciągu nocy, bo coś się pannie poprzestawiało, prawdopodobnie nocnymi posiłkami nadrabia dzienne niedobory, cycoli tak, że aż słychać cmokanie.
Ale kiedy tylko za oknem robi się jasno, w Blance budzi się niejadek. Marudzi przy piersi, kombinuje, poje trochę, potem popłacze, w końcu tak się wkurzy, że żadna siła nie jest jej w stanie zmusić do dalszego spożywania mleka. W jakiejkolwiek postaci, próbowałam ją dokarmiać z butelki, ale bez większego powodzenia. Jak jest głodna to zje. Trochę. Jak nie jest, to zmusić się nie da, będzie kręcić głową na wszystkie strony, wypluwać smoczek, w końcu się pobeczy. Doskaonale wie, czego chce, a czego nie. 
Takie toto charakterne jest. 
Po mamusi :-)

piątek, 5 sierpnia 2011

DWA OGONKI


Mój mąż ciągle znosi do domu jakieś smakołyki dla psa. Miska pełna suchej karmy stoi od tygodnia nietknięta, a kundello waruje pod lodówką, czekając cierpliwie na "coś lepszego"... Zwykle  najwspanialszy na świecie Pan o miękkim sercu lituje się nad zabiedzonym, zagłodzonym labradorkiem  i znajduje mu coś pysznego do przekąszenia. Potrafi nawet specjalne pójść do zaprzyjaźnionego sklepu mięsnego, gdzie ekspedientki doskonale znają i lubią naszego pupila, więc odkładają dla niego skrawki surowego mięsa. Ostatnio Luby wrócił bardzo z siebie zadowolony, za nim człapał jeszcze bardziej zadowolony pies. Zanim dojrzałam, co Białas trzymał w pysku, usłyszałam, jak mój mąż mówi:
- Zobacz kochanie, Travis ma dwa ogonki!  
Aż mnie zatrzęsło, bo widok nieco makabryczny....
Mój Mąż kupił psu... świńską kitę, którą ten dumnie niósł w zębach. Na szczęście po krótkiej chwili, już tylko jej koniec wystawał z psiej mordy, by dosłownie po chwili zniknąć, wciągnięty do travisowego pyska, jak zabłąkana nitka spaghetti...

czwartek, 4 sierpnia 2011

Z PERSPEKTWY CZASU


Skończyłam dwa kierunki studiów. Dawno to było i nieprawda :-))
Na pierwszy byłam najlepszą studentką, przez całe pięć lat, rok po roku. Godziny spędzone w bibliotece, nauka po nocach, większość egzaminów zdawałam w tak zwanych zerówkach, kiedy koledzy z grupy zbierali się do sesji, ja oddawałam indeks w dziekanacie. Robiłam dwie specjalizacje równocześnie, a jakby było tego mało, na piątym roku zaczęłam kolejny kierunek studiów, zostałam przyjęta od razu na drugi rok. Trzy lata w dwa semestry, bez żadnej poprawki. Planowałam je skończyć szybciej, miałam indywidualną organizację studiów ze względu na to, że już wtedy pracowałam na cały etat - a na obydwóch kierunkach studiowałam w trybie dziennym. Do tego konferencje naukowe, publikacje, pisanie pracy magisterskiej, marzyłam o doktoracie, o karierze naukowej, wykładaniu na uczelni. Kiedy ogłoszono wyniki naboru na studia doktoranckie, moje całe życiowe plany zawaliły się - nie dostałam miejsca stypendialnego, były tylko dwa, obsadzone de facto jeszcze przed obronami. Szara polska rzeczywistość uniwersytecka. Nie zdecydowałam się na pisanie doktoratu, choć mnie na to namawiano. Nie było mnie na to stać. Skończyło się stypendium ministra edukacji narodowej, które otrzymywałam na ostatnim roku studiów, musiałam się z czegoś utrzymać, poszłam więc do pracy. Pierwszej, jaką znalazłam. Ale nie przestałam się uczyć, zawsze to lubiłam, były więc potem studia podyplomowe, kursy, szkolenia, awanse w firmie, pracowałam coraz więcej i coraz ciężej - czasem po osiemnaście godzin na dobę, wychodziłam o ósmej rano i wracałam nad ranem, odbierałam setki telefonów w ciągu dnia, biegałam ze spotkania na spotkanie, zawsze gotowa, zawsze dyspozycyjna. Lubiłam swoją prace, ale ciągle żyłam w biegu, ciągle na szybko, ciągle w tym kołowrocie, nawet w zaawansowanej ciąży pracowałam, choć już głównie w domu... 
Nie piszę tego, żeby się pochwalić, tylko ze smutno - gorzkim uśmiechem. Bo kiedyś byłam taka głupia, że wydawało mi się to ważne. Studia, tytuły, osiągnięcia, praca...  A tak naprawdę szkoda życia na ślęczenie w bibliotekach nad przykurzonymi foliałami, szkoda czasu na pisanie kolejnej książki, na którą nikt nie czeka, szkoda czasu na spędzanie całego dnia w pracy. Z perspektywy kilku miesięcy widzę, że przez to całe zabieganie o mało nie straciłam najważniejszego - swojego mężna i naszej rodziny. Sklejamy ją po dziś dzień, mozolnie, z wysiłkiem.
Bardzo nam w tym pomaga Blanka. Kiedy na nią patrzę, przypominam sobie ze zgrozą wszystko, co słyszałam od różnych osób przez wiele lat -  dziecko to koniec wszystkiego,  a zagrzebanie się w pieluchy to śmierć za życia - i łapię się za głowę. Bo coraz częściej mam wrażenie, ze 6 maja 2011 roku moje życie tak naprawdę się zaczęło. Prawdziwe życie, bo praca to matrix - pozorny świat, który pochłania, fascynuje, ale tak realnie, tak naprawdę - nie istnieje. To fikcja, dziś jest, jutro jej nie ma, dziś jestem tu, w tej firmie, jutro może mnie już w niej nie być, za to mogę być w innej. Ściska mi się serce, kiedy myślę, że już niedługo będę musiała wrócić do pracy. Bo dopiero teraz czuję, że prawdziwe życie to rzeczy najprostsze, to dom i rodzina, to dziecko, które śpi otulone kocykiem, to pies zwinięty w kłębek w nogach łóżka, to ta druga, najbliższa, ukochana osoba, do której można się przytulić wieczorem, po całym ciężkim dniu.
Trzy miesiące temu zostałam mamą i mój świat wywrócił się do góry nogami i stanął na głowie, razem z drabiną wartości.  Bywam potwornie zmęczona, czasem zła, sfrustrowana, zmartwiona, ale nie zmienia to faktu, że jednocześnie jestem szczęśliwa jak nigdy. Tak po prostu. Mam kogoś, kogo kocham miłością największą na świecie, czystą i bezwarunkową. Kogoś, kto zawsze będzie dla mnie najwspanialszy - moją córkę. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy skończy studia, czy szkołę zawodową, jaki zawód będzie wykonywać, gdzie będzie mieszkać, z kim zechce spędzić życie, ja i tak zawsze będę ją kochać i akceptować.
Zrobię wszystko, żeby miała szczęśliwe dzieciństwo, żeby była zdrowa i spokojna, postaram się ułatwić jej start w dorosłe życie, a przede wszystkim obiecuję, że dołożę wszelkich starań, żeby wyrosła na dobrego człowieka. Bo miarą wartości ludzkiej nie są studia, doktoraty, stanowiska, awanse, osiągnięcia czy stan konta - ale to, jakim jest się człowiekiem - dla innych ludzi, dla zwierząt, dla świata. Znam beznadziejnych, leniwych, głupich, pustych i nadętych profesorów i cudowne, dobre, mądre, pracowite pomoce kuchni i sprzątaczki. 
Chciałabym tylko jednego - żeby Blanka była szczęśliwa. Tak bardzo, bardzo szczęśliwa, jak ja teraz, w chwili, kiedy moja córka uśmiecha się do mnie - tak bezzębnie, od ucha do ucha, tak szczerze, jak tylko małe dziecko potrafi. Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż jej uśmiech. 
A żeby nie było tak patetycznie - ma on swoje przyczyny, ten uśmieszek, panna siedzi w leżaczku zadowolona, jakby jej ktoś w kieszeń narobił, a dokładniej - w pampersa.
I udaje, że nie miała z tym nic wspólnego...

środa, 3 sierpnia 2011

CANTEDESKIA


Dostałam od brata cantedeskię w doniczce - piękną, z delikatnymi, białymi rulonikami kwiatów. Nauczona smutnymi doświadczeniami z innymi kwiatkami, które jakoś nie chciały ze mną współegzystować za długo, tym razem sprawdziłam dokładnie, jak się tę roślinę pielęgnuje, jakich potrzebuje warunków. Doczytałam, że jest rośliną bulwiastą i po okresie kwitnienia zapada w stan spoczynku - słowem - po prostu usycha, żeby po pewnym czasie puścić nowe pędy i pąki. Postanowiłam więc wyprzedzić rozwój zdarzeń i zawczasu poinformowałam Mężyka:
- Ten kwiatek i tak mi uschnie! - ale zaraz wytłumaczyłam mu ładnie, dlaczego tak się stanie.
I co usłyszałam? Luby siedzący przed komputerem i szperający po motoallegro, rzucił przez ramię litościwie:
- Przynajmniej będziesz miała jakieś alibi...

wtorek, 2 sierpnia 2011

MAIL OD DOKTORANTKI Z BARCELONY :-)


Taki oto uroczy liścik dostałam z adresu phdcatalunya@yahoo.es, autorce brakło odwagi, żeby się podpisać imieniem i nazwiskiem. Cytuję całość, zachowując pisownię oryginalną, łącznie z błędami ortograficznymi :-) i serdecznie pozdrawiam ową "doktorantkę z barcelony", która zapewne pewnie niedługo zostanie lekarzem.
NIESTETY
Treści i tonu tego listu nie skomentuję. Musiałabym się zniżyć do poziomu autorki, a mam poważne wątpliwości, czy da się zejść aż tak nisko :-))))) 

Krowiastej Matce Polce nikt nie dogodzi. W końcu rozłożyła nogi, więc wszyscy powinni przed nią bić pokłony i wszyscy wokół - mąż, rodzice, teściowie, nawet podatnicy powinni leniowi śmierdzącemu pomagać w kupieniu mieszkania, bo przecież pasożyt rozkraczył się nadstawił dupska i urodził bękarta - wielkie osiągnięcie i pewnie jedyne w życiu.

Gdyby lekarka zbagatelizowała objawy też byłoby źle.

Prawdziwy problem tkwi w tym, że ta lekarka, mimo że młodsza, szczuplejsza, ŁADNIEJSZA to  swoją ciężką pracą dorobiła się pozycji zawodowej a osiągnięcia młodej mamusi kończą się na rozłożeniu gir i ciągnięciu kasy od wszystkich dookoła - męża, rodziców, teściów, podatników - czyli bycia życiowym nieudacznikiem, pasożytem, bluszczem i żebrakiem.

Pewnie jeszcze szlak trafia młodą mamusię - a nuż "ta siksa" jeszcze w czasie studiów była na stypendium zagranicznym i ma setki przyjaciół na całym świecie i przygody o jakich mlecznej krowie się nawet nie śni.

Najlepiej opluć jadem wszystkie młode kobiety sukcesy, które zamiast oglądać seriale typu magda m, teraz albo nigdy i inne gnioty dla plebsu i żyć typowym szarym polskim życiem, wzięły życie w swoje ręce, wyjechały na stypendium zagraniczne, ukończyły rewelacyjne studia, mają dobrą pracę i bajkowe życie


Swoją drogą współczuje serdecznie tym młodym lekarkom - pewnie jeszcze kilka miesięcy temu na stypendium zagranicznym obracały się wśród intelektualistów z całego świata a teraz muszą się kontaktować z plebsem, który używa sformułować "Blanka nie chciała wrócić do CYCA", "nie chciała wziąć do GĘBY", 'CYCOLENIE". I współczucia dla dziecka, nawet jest jest nadwyraz rozwinięte, nic w życiu nie osiągnie przez to że wychowuje ją taka matka prostaczka, to nie możliwe żeby córka takiej wieśniary która mówi "cyc, gęba, cycolenie", wybiła się i np. studiowała za granicą, napewno będzie w przyszłości remizową kopią mamusi...

Rozbawił mnie fragment o tym, że więcej wiesz od lekarzy... Może w takim razie trzeba było iść na studia medyczne ale niech zgadne - dawanie dupy na dyskotekach w remizie było ciekawsze niż nauka?

To dla mnie niesamowite jak łatwo zdobyć zaufanie takich niedowartościowanych kur domowych - wystarczy pochwalić sposób w jaki ubierają niemowle... no cóż jedne mają doktorat z medycyny, zagraniczne stypendia a inne w pocie czoła przyswoiły jedynie jak ubierać niemowle...., wielka sztuka dla inteligentnych inaczej