niedziela, 24 lipca 2011

SKLEROZA


Wczoraj Mężyk zrobił rano zakupy, ale ja po południu nabrałam jeszcze ochoty na owoce. Wyskoczyłam więc po nie, tak na szybko, do pobliskiego spożywczego. Travis tradycyjnie pchał się do drzwi, więc go zabrałam, doskonale wiem, że nawet krótki spacerek to dla niego radocha. Obleciał skwerek,  obwąchał i sprawdził szybko, co tam nowego w trawie i poszliśmy. Sklep niedaleko, więc po  kilku minutach byliśmy na miejscu. Zostawiłam Białą Dupę jak zwykle pod warzywniakiem na rogu, smycz przywiązałam do kraty, pogłaskałam psiura, powiedziałam, że zaraz wrócę i weszłam do środka. Krótka kolejka, banany, maliny, ciemne pieczywo... kiedy wyciągnęłam portfel, żeby zapłacić, zadzwoniła moja bratowa. Odebrałam, przypomniałam sobie jeszcze o borówkach, zapakowałam zakupy, zapłaciłam, jednocześnie cały czas rozmawiając przez telefon i wyszłam drugim wyjściem. Zamieniłyśmy tylko parę zdań, przeszłam więc przez ulicę, schowałam telefon do torby i idę sobie chodnikiem.
Idę, idę i mam męczące poczucie, że czegoś mi brakuje, ale nie wiem kompletnie czego. Idę więc dalej. Ale nadal towarzyszy mi uparte wrażenie, że o czymś zapomniałam. Ale idę, tylko trochę wolniej i intensywnie się zastanawiam...
Pod domem mnie olśniło. Aż sobie zaklęłam pod nosem. 
Cholera, zapomniałam psa! 
Wróciłam niemal biegiem, chichrając się pod nosem ze swojej gapiowatości. Biedny Travis siedział na szczęście tam, gdzie go zostawiłam, kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Z lekko zdezorientowaną miną przyglądał mi się, jakby się zastanawiał, dlaczego przychodzę po niego z zupełnie innej strony, zamiast po prostu wyjść ze sklepu. Zamerdał mi ogonem na powitanie, więc uznałam, że puścił mi płazem ten chwilowy zanik pamięci. 
Cóż, skleroza nie boli, ale nachodzić się trzeba :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz