niedziela, 31 lipca 2011

CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ?

Od blisko tygodnia Blanka pewnie łapie rączkami to, co sobie upatrzyła. Nie jest to już przypadkowe chwytanie za co popadnie, Mała świadomie wyciąga łapy do zabawek, ręce jeszcze się jej chwieją, latają jak staremu pijakowi, czasem spudłuje, ale próbuje uparcie, do skutku, i zwykle udaje się jej trafić i złapać upatrzoną rzecz. A jak już osiągnie swój cel, to targa te swoje misie, pszczoły i zające za kończyny, uszy, aż trzeszczy pałąk przy leżaczku. Trzyma w mocno zaciśniętej rączce i nie puszcza. Więc kiedy biorę ją na ręce, zwykle Blanka wlecze coś za sobą - a to pluszowego psa, którego ucapiła za ucho, a to kocyk, w który była zawinięta, a to tetrową pieluchę. Czasem muszę poświęcić trochę czasu, żeby wyplątać spomiędzy miniaturowych palców córeczki kolejną, arcyciekawą zdobycz.  
Wczoraj, kiedy trzymałam Małą na rękach, rozryczała mi się niespodziewanie, rozpłakała się tak żałośnie, jakby ją coś nagle zabolało. Próbowałam ją uspokoić, nie dociekając przyczyny płaczu, ale wtedy rozryczała się jeszcze głośniej. Obejrzałam więc dokładnie swoje dziecko i wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem.
Okazało się bowiem, że Blanka wymacała swoje własne włosy, złapała za nie ręką i oczywiście zaczęła ciągnąć z całej siły... Włosy nie chciały puścić, Blanka też nie :-)
Musiałam interweniować i rozstrzygnąć ten konflikt interesów. 

Całej tej scenie z zainteresowaniem przyglądała się się Travis, minę miał, jakby się po cichu zastanawiał:
"A co Ty mi mi zrobisz, jak mnie złapiesz?"

piątek, 29 lipca 2011

PERYPETIE Z LEKARZAMI

Blanka pierwszy raz trafiła do lekarza w wieku trzech tygodni - z kolkami i wysypką na buzi. Poszliśmy do naszej przychodni. Wizyta była jednym wielkim rozczarowaniem - młodziutka lekarka zdiagnozowała u Małej wszystko, co prawdopodobnie udało się jej wyczytać w studenckim podręczniku - a więc: nietolerancję laktozy, skazę białkową, trądzik niemowlęcy, kolki, potówki, podejrzewała nawet azs. Większość diagnozy okazała się kompletną bzdurą, a zalecenia szanownej pani lekarki mogłam sobie o kant dupy potłuc: absolutna dieta bezmleczna, na wszelki wypadek miałam też nie jeść ryb i jajek, najlepiej w ogóle nie jeść niczego - przez tydzień. A jeśli nie będzie poprawy, to odstawić Młodą od piersi i zacząć karmić ją mlekiem dla alergików, z butelki oczywiście. Do książeczki zdrowia nie zajrzała, Blankę osłuchała tyle o ile, nie zważyła jej, żeby sprawdzić, czy dobrze przybiera na wadze. Cala wizyta trwała może pięć minut. Wyszłam załamana. W domu, na spokojnie, przy pomocy internetu i wujka google, stwierdziłam, że większość diagnozy młodocianej siksy jest mocno naciągana. Postanowiłam nie jeść niczego, co krowie, bo panienka oczywiście nie wspomniała, że wołowina i cielęcina zawiera dokładnie ten sam alergen, co mleko, nadal karmić Młodą piersią i czekać, bo w wielu miejscach wyraźnie twierdzono, że alergeny z organizmu matki mogą "schodzi" nawet dwa, trzy tygodnie i jeśli to rzeczywiście skaza białkowa, to trudno po tygodniu nawet restrykcyjnej diety oczekiwać szybkiej poprawy. A nie miałam pewności, czy to faktycznie to, bo Młoda miała tylko krostki na buzi i ta wysypka mogła mieć tysiąc powodów. 
Po tygodniu objawy się nasiliły -  skóra Blanki zrobiła się bardzo sucha, a za uszami, w brwiach i pod nosem zaczęła się brzydko, żółto łuszczyć. Wezwaliśmy inną lekarkę, wizyta domowa, tym razem 10 minut. Pani jednoznacznie stwierdziła, że dziecko nie ma żadnej alergii, po prostu jest zapocone i ma wszędzie, ale to absolutnie wszędzie potówki. Nakazała nie przegrzewać Małej - choć leżała tylko w body z krótkim rękawem, skórę osuszać przy pomocy zasypki, karmić nadal piersią i jeść przy tym wszystko, czego dusza zapragnie. O książeczkę zdrowia nawet nie zapytała, o wagę Blanki także
Tym razem, znów przy nieocenionej pomocy wujka google, byłam już mądrzejszą i niemal pewna, że Mała jednak skazę białkową ma. Na własną rękę kontynuowałam więc dietę bezmleczną i kiedy minął kolejny tydzień, krostki zaczęły powoli znikać, a skóra na buzi znów zrobiła się czysta i ładna, choć na rękach i nogach została bardzo sucha, miejscami aż się łuszczyła. 
Nadszedł czas na pierwsze kłucie dziecka i kolejną wizytę u lekarza. Szczepionki zamówiliśmy w przychodzi, Rotarix i Infanrix Hexa, pojechaliśmy... i dowiedzieliśmy się, że jednej z nich nie ma, mimo, że dzień wcześniej dzwoniłam, żeby upewnić się, że możemy kupić je na miejscu. Ale pani się pomyliła i źle sprawdziła, jest szczepionka skojarzona, ale pięć w jednym, nie sześć, co za różnica, jedno ukucie więcej, jedno mniej. Dla nas była i to spora. Żeby było jeszcze zabawniej, pani pediatra poprosiła o rozebranie dziecka do badania... i wyszła. Wróciła po kilku minutach, kiedy zaczęłam Małą ubierać z powrotem, żeby nie zmarzła. Na stan skóry dziecka nie zwróciła żadnej uwagi, kiedy zapytałam o te zmiany na nóżkach, powiedziała, że to normalne przy skazie białkowej i wcale to nie wygląda najgorzej, bo jej córka miała takie liszaje, że drapała buzię do krwi. Leczyć? A po co, natłuszczać, samo zniknie. Następnie przystąpiła do ważenia małej - w pajacu i pampersie, odejmując pi razy oko wagę pieluchy i ubranka. Wyszło jej 5100 - orzekła więc jednomyślnie, że przyrost wagi rewelacyjny. Do książeczki zdrowia Małej oczywiście nie nie zajrzała, dopiero gdy zwróciłam jej uwagę, że Blanka wyszła ze szpitala z wagą 4100 i kilogram w ciągu dwóch miesięcy to chyba nie jest zbyt dużo, trochę się speszyła, ale tylko trochę i jednak przyznała, że nie do końca rewelacyjny ten przyrost. Ale uznała, że skontrolujemy to za tydzień, bo po siedmiu dniach wróciliśmy już z samodzielnie zakupionymi szczepionkami, niestety znów do tego samego lekarza. Ważenie odbyło się według identycznego schematu - w ubranku i pieluszce, potem odejmowanie na oko ich wagi, wyszło, że niby Młoda ma 5300. Pani uznała, że wszystko w normie, podjęła decyzję, żeby nie dokarmiać, ale jednocześnie wypisała - na wszelki wypadek - receptę na nutramigen. O zmierzenie córki musiałam poprosić pielęgniarkę, bo lekarka zapomniała - najwyrażniej była już przemęczona pracą, w końcu dochodziła jedenasta. 
Zależało mi bardzo na utrzymaniu karmienia tylko piersią, więc postanowiliśmy zaczekać do końca trzeciego miesiąca z decyzją o podawaniu sztucznego mleka. Niestety w tym tygodniu po raz kolejny Blanka odmówiła jedzenia z cyca. Konsekwentnie i bardzo głośno - każda próba przystawienia kończyła się znowu histerycznym płaczem. Schemat się powtórzył: w nocy jadła normalnie, budząc się nawet co godzinę, żeby "zatankować", w dzień potrafiła nie jeść i pięć godzin. Poza tym wszystko było ok - dziecko gaworzyło, bawiło się, śmiało, wodziło wzrokiem za zabawkami, tylko nie chciało nic wziąć do gęby. Jak już naprawdę ją głód przycisnął, to pożerała w trzy minuty tyle, żeby nie paść na tej swojej diecie, ale wystarczyło na przykład, że pies przeszedł w zasięgu jej wzroku i już było po jedzeniu. Przecież trzeba było się za nim obejrzeć! O powrocie do cycolenie nie było już mowy, bo potem zauważała coś innego i zagonienie jej do picia graniczyło z cudem. Potrafiła zaliczyć tylko dwa, trzy porządne posiłki w ciągu dnia. Zaczęłam się załamywać, a Luby zaczął szukać kolejnego lekarza. Dostaliśmy numer od znajomych, do pediatry, która leczyła ich córki. Najpierw nie mogliśmy się dodzwonić, potem pani odebrała i powiedziała, że teraz nie ma czasu, w końcu - kazała przyjechać w środę między piętnastą a dwudziestą. Trochę się zdziwiłam, że lekarka nie praktykuje umawiania się na konkretną godzinę, a na miejscu byłam już porządnie zdenerwowana - kolejka jak za komuny, czekaliśmy ponad dwie godziny. Na szczęście Blanka usnęła, a ja zacisnęłam zęby i starałam uzbroić się w cierpliwość. 
Warto było. Pani doktor okazała się przesympatyczną, starszą kobietą z wieloletnim doświadczeniem. Blance poświęciła ponad godzinę. Wizytę zaczęła od dokładnego przejrzenia książeczki zdrowia, wypytała o wszystko: przebieg ciąży, problemy w niej, przebieg porodu, gdzie miał miejsce, karmienie, wizyty lekarskie, zachowanie dziecka, sprawdziła usg stawów biodrowych i jakie szczepionki małej podane. Zwróciła uwagę nawet na to, jak Młoda jest ubrana, chwaląc wybór skarpetek, luźnego body, spodni z szeroką gumką i sposób zmiany pieluchy. Wystarczyło, że spojrzała na skórę Młodej i natychmiast stwierdziła, że ma alergię i trzeba to leczyć. Poprosiła o nakarmienie Blanki w gabinecie, żeby mogła zobaczyć, jak Gwiazda zachowuje się podczas cycolenia. Było to  w sumie niezbędne, bo Mała przypomniała sobie, że jednak coś czasem jeść trzeba, pobeczała się z głodu, następnie dosłownie zżarła zawartość piersi w ciągu dwóch minut i... spokojnie, z uśmiechem na buzi, bez śladu jakiegokolwiek płaczu powróciła do rozglądania się po gabinecie. Lekarka bardzo nam pomogła i bardzo nas uspokoiła, w końcu czuję, że trafiliśmy  do pediatry, dla którego naprawdę ważne jest dziecko, a nie pieniądze i czas. Babeczka sprawdziła absolutnie wszystko, zleciła wizytę u dermatologa - a co najciekawsze - kazała po niej zadzwonić do siebie i koniecznie poinformować o diagnozie, bo ona lubi wiedzieć, co się  z jej "dziećmi" dzieje...
Zdobyła w ten sposób moje serce na dobre, kamień mi z niego spadł, bo stwierdziła też, że Blanka jest zupełnie zdrowym maluchem, ale nadrozwiniętym i naddojrzałym. Wykazuje umiejętności typowe dla czteromiesięcznego dziecka. Prawdopodobnie z tego wynika jej niechęć do jedzenia - jest od niedawna tak zaabsorbowana otaczającą ją rzeczywistością, że nie znajduje po prostu czasu na tak prozaiczne czynności jak spożywanie pokarmów...  A jak już znajdzie, to nie umie się na nich skupić, jest na to zbyt niecierpliwa i ciekawska. Próbuje nadrabiać posiłkami nocnymi, ale to dla niej za mało. Zapadła decyzja o delikatnym dokarmianiu, ale bebilonem pepti - lekarka powiedziała, że dzieci w wieku Blanki rzadko akceptują nutramigen, bo jest po prostu niedobry. Coś w tym musi być, bo Młoda pluje nim dalej niż widzi, choć wczoraj wieczorem, po kolejnym histerycznym ataku, dosłownie zeżarła 100 ml tego mleka i zasnęła mi na rękach, zanim zdążyłam odłożyć ją do łóżeczka. Tak to jest jak się wstaje o czwartej, piątej i śpi nie więcej niż cztery godziny w ciągu dnia, w porywach do pięciu... bo przecież dookoła jest tyle ciekawych rzeczy, jeszcze ją coś ominie. 
Taki wspaniały, wielki świat czeka na Blanciaka, a tu spać każą, jeść każą - kto by sobie tym głowę zawracał...

poniedziałek, 25 lipca 2011

MIM

Chudy starszy pan z kitką siwych włosów, cienką jak mysi ogonek, w czarnym meloniku, w kamizelce, która czasy świetności ma już dawno za sobą, w czarnym, zniszczonym fraku. Zawsze pod muszką, zawsze w tym samym miejscu. Stoi nieruchomo na schodku, przed wejściem do nieczynnego sklepu. Już od wielu lat. W tych samych czarnych spodniach, w tych samych zniszczonych butach. Tylko w chłodniejsze dni zakłada szaroniebieski płaszcz, jego poły powiewają mu na wietrze, a ten szarpie nimi, jak kapryśny dzieciak. Mimo to on stoi nieruchomo, z przymkniętymi oczami, z kartką zawieszoną na szyi. A na niej prośba, wypisana czarnymi, wyraźnymi literami: "Wrzuć monetę". Pudełko w paski, które ustawił na schodku, zaraz obok zniszczonego plecaka, choć informuje jeszcze wyraźniej: "Tu wrzuć dotacje", często długo stoi pustawe. Tak długo stoi też nieruchomo mim.
Mój ulubiony. Zawsze, odkąd tylko pamiętam, za każdym razem, wrzucam mu do do kuferka kilka złotych i uśmiecham się do niego. Bo kiedy monety z brzękiem wpadają do pudełka, mim ożywa - otwiera swoje wyblakłe, bladoniebieskie oczy, uśmiecha się, dzwoni dzwoneczkiem i niczym mechaniczna lalka obraca się wokół własnej osi, by po chwili zastygnąć nieruchomo ze smutno zwieszoną głową. Lubię go. Nie żebrze, choć widać, że do bogatych nie należy. Kiedyś widziałam, jak spał na dworcu. Nie wyciąga ręki po jałmużnę. Nie lubi zdjęć, zawsze wtedy zasłania twarz. Ma swoją dumę. Kiedy dzieciaki dla żartu wrzucają mu do skrzynki pięć groszy, nawet mu powieka nie drgnie, stoi nadal nieruchomo, tylko brzęka dzwonkiem raz, cicho i ostro, jakby odganiał natrętną muchę.
Jest stałym elementem mojego miasta. Kiedy przyjechałam tutaj na studia, on już stał na swoim miejscu przy deptaku. Zawsze znalazłam dla niego jakiś grosik w kieszeni. Minęło pięć lat, zaczęłam pracować, a on stał nadal tam, gdzie zawsze. Nigdy nie minęłam go obojętnie. Kiedy wyszłam za mąż, kiedy do naszej rodziny dołączył Travis, odwiedzaliśmy go już w trójkę, bo mim nadal był, tam gdzie zwykle. Wrzucałam mu kilka złotych, a Luby trzymał z daleka naszego głupawego psa, bo kiedy mim "ożywał", Białas zaczynał na niego szczekać. Czasem zastanawiałam się, czy mnie kojarzy, czy poznaje naszą trójkę, która nota bene, wkrótce mała się powiększyć - wiosną dosłownie przetaczałam się obok niego, dumnie dźwigając brzuch wielki jak dynia. Od kilku tygodniu mijam mima już z Blanką w wózku, za każdym razem wrzucając mu kilka złotych.
Czasem mam wrażenie, że mim jest wieczny - jest, był i będzie.
Przedwczoraj poszłam z Małą na późny spacer, wyszłyśmy zaraz po burzy, jak tylko przestało mżyć. Dochodziła osiemnasta. Pachniało deszczem, świeżością, ludzie powyłazili na ulice z zakamarków miasta, delikatny gwar restauracyjnych ogródków szybko uśpił Blankę. Szłam powoli, krok za krokiem, żeby nie trzęsło wózkiem, rozkoszując się samotnością, atmosferą ulicy, chłodną pełnią lata. Jakaś para grała stare, filmowe melodie, tęskne, rzewne, chwytające za serce - ona na saksofonie, on na akordeonie. Deptała mi po piętach, pętała pod nogami, biegła za mną długo melodia z filmu "Va Banque", nie mogłam się od niej odczepić, cichła powoli, w końcu została daleko w tyle. A mim stał. Tam, gdzie zawsze. Sięgnęłam do torby, wyjęłam portfel, naszykowałam jak zwykle kilka złotych i ... zawahałam się. Złapałam się na myśli, że przecież zadzwoni, a to najpewniej obudzi śpiącą Blankę. Nie wiedziałam, co zrobić. Minęłam wolno mima, odeszłam kilka kroków i po krótkim namyśle podjęłam błyskawiczną decyzję, powiedziałam sobie, że trudno, najwyżej będę ją usypiać. Cofnęłam się szybko i wrzuciłam monety do skrzynki. A mim zrobił coś niezwykłego.
Po raz pierwszy wyłamał się ze swojej roli. Zanim ożył, zanim wykonał swój mechaniczny obrót, zanim zadzwonił jak zwykle dzwonkiem... odwrócił głowę, spojrzał na nas, mrugnął porozumiewawczo okiem i ... uśmiechnął się do mnie. Nie teatralnie, nie jak mim, tylko prawdziwie, szczerze, z serca, jak stary, dobry znajomy. Odwzajemniłam błyskawicznie ten uśmiech i niosłam je potem obydwa jeszcze długo ulicami miasta - i jego uśmiech, i swój

niedziela, 24 lipca 2011

SKLEROZA


Wczoraj Mężyk zrobił rano zakupy, ale ja po południu nabrałam jeszcze ochoty na owoce. Wyskoczyłam więc po nie, tak na szybko, do pobliskiego spożywczego. Travis tradycyjnie pchał się do drzwi, więc go zabrałam, doskonale wiem, że nawet krótki spacerek to dla niego radocha. Obleciał skwerek,  obwąchał i sprawdził szybko, co tam nowego w trawie i poszliśmy. Sklep niedaleko, więc po  kilku minutach byliśmy na miejscu. Zostawiłam Białą Dupę jak zwykle pod warzywniakiem na rogu, smycz przywiązałam do kraty, pogłaskałam psiura, powiedziałam, że zaraz wrócę i weszłam do środka. Krótka kolejka, banany, maliny, ciemne pieczywo... kiedy wyciągnęłam portfel, żeby zapłacić, zadzwoniła moja bratowa. Odebrałam, przypomniałam sobie jeszcze o borówkach, zapakowałam zakupy, zapłaciłam, jednocześnie cały czas rozmawiając przez telefon i wyszłam drugim wyjściem. Zamieniłyśmy tylko parę zdań, przeszłam więc przez ulicę, schowałam telefon do torby i idę sobie chodnikiem.
Idę, idę i mam męczące poczucie, że czegoś mi brakuje, ale nie wiem kompletnie czego. Idę więc dalej. Ale nadal towarzyszy mi uparte wrażenie, że o czymś zapomniałam. Ale idę, tylko trochę wolniej i intensywnie się zastanawiam...
Pod domem mnie olśniło. Aż sobie zaklęłam pod nosem. 
Cholera, zapomniałam psa! 
Wróciłam niemal biegiem, chichrając się pod nosem ze swojej gapiowatości. Biedny Travis siedział na szczęście tam, gdzie go zostawiłam, kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi. Z lekko zdezorientowaną miną przyglądał mi się, jakby się zastanawiał, dlaczego przychodzę po niego z zupełnie innej strony, zamiast po prostu wyjść ze sklepu. Zamerdał mi ogonem na powitanie, więc uznałam, że puścił mi płazem ten chwilowy zanik pamięci. 
Cóż, skleroza nie boli, ale nachodzić się trzeba :-)

sobota, 23 lipca 2011

PRZEPROWADZKA, WYPROWADZKA?

Mam coraz większą ochotę na blogową przeprowadzkę. Zaczęłam pisać na onecie, bo moja przyjaciółka miała tutaj swój pamiętnik; często do niej zaglądałam. Dlatego też zaczęłam "balować" akurat tu. Mam wrażenie, że to było wczoraj, a minęły już dwa lata.
Przyzwyczaiłam się do tego miejsca, mam do niego duży sentyment. Ale rozsądek coraz częściej podpowiada mi przeprowadzkę. Z jednej strony - bo zaczynam mieć powoli dość nieustających problemów z panelem administracyjnym, kłopotów z logowanie, zapisywaniem tekstów, edytowaniem ich, ciągle zgłaszanych trudności z komentowaniem. Moja cierpliwość zaczyna się kończyć. Męczy mnie onetowska poczta, która, nota bene nie działa - od blisko miesiąca odebrać wiadomości udaje mi się chyba tylko cudem, zwykle po kilkudziesięciu próbach. Odpisać na nie już nie mogę, komunikat "wystąpił błąd" pojawiający się co chwila przy pisaniu, a co najgorsze - przy wysyłaniu listów, mówi sam za siebie; sprawia, że zaczynam zgrzytać zębami ze złości. Przy tej męczarni ze stroną techniczną bloga, onetowe "polecenia", "gwiazdki" czy "pierwsze strony" ściągające zazwyczaj tabuny trolli to już mały pikuś. Przyzwyczaiłam się w jakiś sposób do nich, nie zamierzam się nimi podniecać, takie wątpliwe "zaszczyty" to mi za przeproszeniem, latają i powiewają koło tylnej części ciała. Jedyną ich zaletą jest to, że czasem na bal trafiają też normalni, fajni czytelnicy i zostają, z tego co się orientuję po komentarzach, na dłużej :-) 
Problem tkwi gdzie indziej. W ciągu tych dwóch lat na "bal" trafiło zbyt wielu niechcianych gości. Kilku osobom adres podałam sama, inne go po prostu znalazły przez moją nieostrożność, potem pewnie popłynął dalej. Nie wstydzę się niczego ze swojego życia, żadnego wydarzenia, żadnej notki, która się tutaj pojawiła. Ale świadomość, że blog czyta  sporo osób, które znają mnie z realnego życia, powoduje ostatnio u mnie coraz większy dyskomfort. W sumie już wcześniej podejrzewałam, że tak jest, ale jakoś odsuwałam od siebie tą świadomość. Jednak dwa maile, które dostałam ostatnio i jedno pytanie, które padło kilka dni temu, sprawiły, że w środę byłam bliska skasowania/zawieszenia bloga. Bardzo bliska. Zawahałam się jednak. Z sentymentu do tego miejsca - lubię swój bal, lubię tu wracać, w końcu został tu kawał mojego życia. Smutno mi się zrobiło, gdy miałam jednym kliknięciem "kasuj" po prostu je wymazać z netu. Ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam.
Bo tak naprawdę to mam ochotę na wyprowadzkę. W nieznane
. Coraz częściej czuję się jak gospodyni, która zostawiła uchylone drzwi i z czasem odkryła, że ma na balu nieproszonych gości. W sumie nie ma nic przeciwko, uśmiecha się nadal, ale jest już trochę sztucznie, stała się trochę spięta, zastanawia się, jak się zachować, co powiedzieć, a raczej czego nie mówić. W związku z faktem, że onet nie daje możliwości zatrzaśnięcia tych drzwi, pewnie sama się ulotni pewnego dnia. Po angielsku. Bez łzawych pożegnań i podsumowań. Tak będzie najlepiej.
Nie mówię, że dziś, że jutro, że za tydzień, miesiąc, za rok, dwa, trzy, ale kiedyś po prostu bal się skończy. Takie jest życie i kolej rzeczy. Jak już dorosnę do tej decyzji, zbiorę manatki i pójdę balować w innym miejscu. Pisać na pewno będę. Być może jeszcze tu, być może już gdzie indziej. Smutno mi z tym trochę, nie lubię przeprowadzek, zrywania kontaktów, ale z drugiej strony wiem, że to najlepsze rozwiązanie, a Ci, którzy będę chcieli znaleźć Traviska, Blankę, Mężyka i opowieści i nich, po prostu je znajdą. Bo gdzieś, kiedyś na pewno będziemy.
A gdzie? W sieci :-)

środa, 20 lipca 2011

STRASZNY ŚWIAT


W strasznym świecie straszni kurierzy strasznie głośno dzwonią dzwonkiem do drzwi, straszne gazety ze strasznym hukiem zsuwają się stolika na podłogę strasząc Blankę. Straszni obcy ludzie pochylają się nad maluszkiem i sprawiają, że na buzi małej dziewczynki pojawia się straszny grymas. Straszny pies nagle i strasznie głośno szczeka, nawet tata strasznie głośno kicha, wywołując u dziecka atak strasznego płaczu.

 Blanka odkryła strach i zaczęła się bać. 
Od kilku dni wszystko jest straszne, po prostu straszny jest ten świat.

poniedziałek, 18 lipca 2011

TRAVISOWA METODA NA GŁODA

Jak zjeść dwa razy więcej smakołyków niż się dostało?
To proste. 
Należy darowany kąsek porwać, popędzić kurcgalopem na balkon i tam zeżreć go najszybciej jak to możliwe, najlepiej w ogóle nie gryząc. Po prostu połknąć go w całości. 
Następnie należy (zwykle po upływie regulaminowych pięciu minut) udać się w ustronne miejsce, żeby uniknąć publicznej kompromitacji i dyskretnie zwrócić to, co się zeżarło. Wspomniany wcześniej balkon nadaje się do tego idealnie. 
Następnie trzeba przyjrzeć się produktom z odzysku, pomyśleć nad nimi chwilę, podeliberować nad ideą recyclingu, liznąć je, uznać, że szkoda, bo w sumie są całkiem niezłe i nawet po podróży w dwie strony smakują tak samo ... i po krótkim zastanowieniu zjeść je ponownie. 
A i jeszcze jedno, zapomniałam dodać - przede wszystkim należy być obrzydliwie łakomym i łapczywym labradorem imieniem Travis ...

środa, 13 lipca 2011

LIZAK

A jednak Blanka się czymś zaraziła od Travisa... 
Lizaniem. 
Nasze dziecko od blisko tygodnia liże praktycznie wszystko. Po dziesięciominutowej podróży autem szelka od fotelika jest cała mokra, tak intensywnie Blanka pracuje nad nią jęzorem. Kiedy siedzi na leżaczku, łapie królika - zabawkę i wylizuje mu stopy. Może brudne ma, tak sobie myśleliśmy, ale hipotezę tę obaliliśmy równie szybko, jak ją postawiliśmy, dokonując kolejnych obserwacji. Bo Gwiazda liże wszystko, co się pod język nawinie, poczynając od własnych piąstek, a kończąc na najdziwniejszych rzeczach. Zanim zacznie jeść, wodzi językiem po mojej piersi, jakby testowała, jaki smak dziś na nią czeka. Noszona na ramieniu wylizuje mężowi koszulę. Próbuje, co najgorsze, polizać wodę w wiadrze podczas kąpieli. Z dziecięcym uporem i żadne mężykowe: "Blanka, gdzie z tą głową?" jej nie powstrzymuje, pochyla łepek, wywala język i za wszelką cenę próbuję nim sięgnąć do tego czegoś białawego, ruchomego i ciepłego... 
Najwyraźniej podczas bliższego kontaktu z Travisem Młoda przejęła psie nawyki...

sobota, 9 lipca 2011

KOBIETA ZMIENNA JEST I ... NERWOWA

Moje zmęczenie zaczyna osiągać apogeum. W dzień jeszcze jakoś siłą rozpędu funkcjonuję, ale wieczorami jest już bardzo źle. Dosłowne podpieram się nosem. Kiedy usypiam Blankę w łóżeczku, sama niemal zasypiam na krześle obok. Ale najgorsze jest to, że kiedy już się położę, to cała ochota na sen znika. I przekładam się tak z boku na bok dobrą godzinę, zanim uda mi się zasnąć. I tak po każdej nocnej pobudce na karmienie, co daje mi, pi razy oko, jakieś trzy godziny snu na dobę. Maksymalnie. Czasem jestem tak zmęczona, że kiedy budzę się o trzeciej, żeby udostępnić bufet, to nie potrafię sobie przypomnieć, czy wstawałam do Małej o pierwszej, czy nie. Ostatnio zmieniałam jej nad ranem pampersa i byłam przekonana, że zostawiłam go na przewijaku, ale rano nic tam nie było. A ja nie miałam pojęcia, czy w końcu wyrzuciłam go do kosza, czy nie. Próbowałam sobie za wszelką cenę przypomnieć, bo w związku z tajemniczym zniknięciem pieluchy zachodziła obawa, że mógł ją zeżreć Travis - i nic, czarna dziura w pamięci. Byłam bliska zajrzenia psu do pyska... 
A wszystko przez to, że Mała nadal uparcie wstaje o piątej rano. W dzień śpi sporo, teoretycznie mogłabym się w tym czasie zdrzemnąć, ale w praktyce to niemożliwe, bo Gwiazda ma problem z utrzymaniem ciągłości snu, wybudza się co kwadrans, czasem częściej, i jeśli nie znajdzie się natychmiast przy niej ktoś, kto pogłaszcze, otuli kocykiem, pomizia po nosku, to budzi się na dobre. I wtedy już jest źle, bardzo żle, bo jeśli nie prześpi rano minimum dwóch godzin, to potem już jest tylko gorzej i gorzej, już po południu jest tak zmęczona, że w ogóle nie może zasnąć, a wieczór zwykle wypełnia rozpaczliwy wrzask, przeplatany łkaniem strudzonego maluszka. 
Tamten tydzień, a w sumie prawie dwa niemal całkowicie wypełniały płacze - Blanka - cycoholik z niewiadomych przyczyn zmieniła swoje preferencje i odmówiła ssania cycka. Jadła dwie, trzy minuty, wypluwała... i uderzała w szloch. Nieopanowany i dramatyczny. Tak kończyło się każde karmienie. Każda następna próba przystawienia jej do piersi kończyła się dramatycznym lamentem. Potem to już płakała nawet na sam widok cyca. Nie wiem, co jej się stało, podejrzewam, że zjadłam coś, co zmieniło smak mleka, ale dość chwiejna ta moja teoria, bo w nocy piła spokojnie. Na szczęście wszystko powoli wróciło do normy, bo już miałam dość tych awantur przy barze, w pracy przynajmniej mogłam wezwać ochronę i wyprosić problemowych klientów, a co zrobić z taką małą pijawką, co nie chce się przyssać, nie miałam pojęcia. Jej brak apetytu trochę mnie dobił, bo okazało się, że w drugim miesiącu życia, przez ten dwutygodniowy post bardzo słabo przybrała na wadze, mam cichą nadzieję, że teraz nadgoni i obędzie się bez dokarmiania. 
Ale żeby nie było tak różowo, Blanka znalazła nowy powód do awanturowania się. Wcześniej wściekała się, jak ją kładłam na brzuchu, coś tam wykrzykiwała, jakby mi groziła, poleżała trochę, głowę dźwigała wysoko, to fakt, ale co z tego, wystarczyło że ze dwa razy przybiła gwoździa w podłoże i natychmiast włączała syrenę; po minucie leżenie się kończyło. Teraz się pannie pozmieniało - od kilku dni położona na boku obraca głowę i ryje twarzą w kocyku jak dzik w kartoflisku, wydając przy tym pomruki (stłumione nieco) wskazujące na najwyższy stan rozdrażnienia. Każda taka akcja kończyła się burdą z płaczem i lamentami, dopóki nie zorientowałam się o co jej chodzi. Teraz Ciekawus chce, żeby ją przewrócić na brzuch, głowa natychmiast wędruje w górę - Blanka po prostu odkryła, że w tej pozycji... dużo więcej widać - potrafi już dobre dwadzieścia minut tak spędzić, kręcąc łepkiem na prawo i lewo. Sama nie umie się jeszcze obrócić na brzuch, jak na razie potrafi tylko przekręcić głowę, stąd to rycie nosem w podłożu, nerwy i frustracja. 
Jeszcze w tamtym tygodniu owijanie w kocyk ją uspokajało i wyciszało, teraz już ją tylko złości i denerwuje, szarpie się i wije, byle tylko uwolnić ręce - a jak jej się uda, to wymachuje nimi jak holenderski wiatrak...
Cóż mogę powiedzieć więcej...
Kobieta zmienna jest... i nerwowa.

środa, 6 lipca 2011

DRUGI MIESIĄC Z ŻYCIA CIEKWAUSA

Jaka jest dwumiesięczna Blanka? 
Coraz bardziej świadoma i ciekawa tego, co się wokół niej dzieje. Szeroko otwarte, szaroniebieskie oczy chłoną każdy szczegół otaczającego ją świata. Wzrok podąża za wszystkim, co się rusza, a głowa obraca się natychmiast za tym, co znika z pola widzenia. Rączki wyciągają się do zabawek przypiętych do leżaczka, małe piąstki młócą w nie zawzięcie, a kiedy ich szanownej właścicielce uda się trafić i wywołać efekt dźwiękowy, to zastyga na chwilę w bezruchu, zafascynowana własnymi możliwościami. I za chwilę podejmuje koleją próbę, i kolejną, i kolejną... Kilka razy udało jej się złapać wiszącego zająca - zabawkę za nogę i uparcie próbuje ten wyczyn powtórzyć. Jednak nie zawsze udaje się jej sięgnąć i chwycić, co rodzi w Blance narastające niezadowolenie. Karuzelka zaś, która na początku miesiąca zafascynowała naszą pannę, teraz już rodzi w niej tylko frustrację - leży chwilę spokojnie, machał łapami, po chwili zaczyna się złościć, fukać i w końcu uderza w płacz. Bo zabawki są za wysoko i nie może ich dosięgnąć, nie może w nie pacnąć łapą... Problem rozwiązuje umieszczenie w zasięgu rączek różowej owieczki, którą można do woli targać za kopyta. A przynajmniej próbować, wydając z siebie dźwięki zadowolenia. A tych jest coraz więcej, ich repertuar znacznie się poszerzył. Do płaczu o charakterze informującym - zwykle: "jeść", "spać", "sama nie leżę" doszło nieporadne, dziecięce gadanie. Te wszystkie jej "aaaa", "guu", "gaaa" rozśmieszają mnie i rozczulają, bo wystarczy je powtórzyć, by dziecko zrobiło to samo. I tak sobie rozmawiamy, choć kompletnie nie wiem o czym, czasem dobrych parę minut. Wystarczy jednak, że dialog przerwę, oddalę się i Blanka zaczyna protestować - coraz głośnej i głośniej, jakby mnie wołała, a jeśli nie wracam - uderza w żałosny płacz, skarży się, że ją wszyscy zostawili. Czyste chamstwo tak wychodzić w połowie rozmowy. Wystarczy jednak pojawić się w zasięgu jej wzroku, pochylić nad nią twarz i Malutka natychmiast się uśmiecha - szeroko, od ucha do ucha i coś tam sobie pomrukuje. Potrafi też gruchać jak gołąb, skrzeczeć jak wielka papuga i od niedawna wydaje czasem z siebie, zazwyczaj zupełnie nieoczekiwanie, przenikliwe, straszliwie głośne piski o częstotliwości ultradźwięków...
Już nie jest takim płaczkiem jak w pierwszym miesiącu życia, głownie dzięki temu, że rodzice - matoły (nie wahajmy się użyć tu tego słowa) w końcu odkryli, że płacz u Blanki jest oznaką... senności. I nie ma co uspokajać, tulić, czy nosić, wystarczy zostawić ją w spokoju - położyć Malutką, owinąć kocykiem, przeczekać kilka minut łkania i dziecko zasypia. Pomaga mu w tym wybitnie delikatne głaskanie po głowie i... mizianie po nosku. Wieczorem siadam więc obok łóżeczka i opuszkiem palca delikatnie dotykam małego, zadartego nochala i około dwudziestej pierwszej Blanciak już śpi. Wstaje o drugiej, choć zdarza się czasem pierwsza pobudka o pierwszej, trzeciej a nawet czwartej, zjada nie otwierając oczu i ponownie zasypia. Drugi raz nabiera apetytu w okolicach godziny czwartej trzydzieści, piątej, choć zdarzyło się jej pomyśleć o "śniadaniu" dopiero w okolicach szóstej, a nawet siódmej. Przeważnie jednak już bladym świtem, kiedy tylko na dworze niebo jaśnieje, z łóżeczka zaczyna dobiegać znajome pochrząkiwanie, oznajmiające wszem i wobec, że bufet czas udostępnić... Po tym karmieniu bardzo rzadko zasypia, czasem łapie krótką drzemkę, ale zwykle natychmiast po odstawieniu od cyca przychodzi czas na aktywność. Na rozdawanie uśmiechów na prawo i lewo, tylko odbiorców ciężko znaleźć, bo przez zaspane ślepia rodzice niewiele widzą i nawet spojrzenia rzucane na zmianę tacie i mamie niewiele pomagają. Blance jednak to nie przeszkadza, od niedawna ma bowiem nowe zajęcie - nad ranem robi dosłownie wszystko, żeby wydostać się z rożka i kocyka, którym ją owijam przed zaśnięciem. Wierzga, macha łapami, wije się jak piskorz - zwykle obserwuję jej poczynania zafascynowana - bo to w sumie sztuka, wypełznąć skądś na plecach...  Rozkopującą się Blankę trzeba kilka razy przykrywać, smoczek też jej ciągle wylata, jak Pawlakowi zamek z karabinu, bierzemy więc ją rano do naszego łóżka i próbujemy gonić uciekający sen. W dzień Blanka łapie go ostatnio dość często, fazy aktywności trwające od godziny do dwóch przeplatają się z dwu, a nawet trzygodzinnymi drzemkami. Ma na to wpływ zmiana pogody, Blanka jest zimnolubna jak jej ojciec, w czasie upałów, które bardzo źle znosiła nigdy jej się nie udało zasnąć na dłuższej niż godzinę. Wyraźne ochłodzenie znacznie ją uspokoiło.
Co nie zmienia faktu, że nadal jest nerwowa, niecierpliwa i uśmiech od płaczu czasem dzielą sekundy. Blanka jest po prostu jak bollywoodzki film - czasem słońce, czasem deszcz, zaraz po przebudzeniu się panny jestem w stanie przewidzieć, jaki dzień mnie czeka. Czy spokojny, czy burzliwy, kiedy dotrwanie do wieczornej kąpieli jest nie lada wyzwaniem.. Pluskanie się w wodzie nadal Mała uwielbia, a ostatnio odkryła nowy rodzaj przyjemności - nacieranie balsamem lub oliwką. Zawsze po wyciągnięciu z wiadra beczała, jakby protestując przeciwko zakończonemu właśnie wodowaniu, teraz owinięta w ręcznik cierpliwie czeka aż ją wymasuję, wetrę balsam w pulchne rączki i nóżki. Po takim zabiegu nawet nie protestuje przy ubieraniu, choć to po kąpieli niezbyt jej odpowiada, panna nie toleruje zakładania czapki i chyba tylko tego, bo strojnisia z niej nie lada. W ciągu dnia mogę ją przebierać, rozbierać i ubierać nawet dziesięć razy, wszystkie moje zabiegi, nawet wciąganie ubrań prze głowę znosi ze stoickim spokojem, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jej się to podoba. I bardzo dobrze, bo w związku z faktem, że ilość produkowanych przez nią kup znacznie się zmniejszyła, niestety na rzecz wielkości, cóż, w przyrodzie nic nie ginie, co weszło, musi też wyjść i tak też robi, czasem zatrzymując się  na wysokości łopatek naszej królewny. Po nocy pieluszka jest już zwykle sucha, ale rankiem leci wielka-nocna kupa i się czasem nie zatrzymuje na pampersie, z siłą wodospadu spadając na body i śpiochy.. I trzeba strojnisię, co sobie tak pięknie ciuchy udekorowała przebierać od nowa, czasem na szybko, bo Gwiazda ma od niedawna fajny zwyczaj - kręci się podczas zmiany pieluchy tak, że zapięcie rzepów graniczy z cudem, a wystarczy chwila nieuwagi i już machająca, latająca na wszystkie strony stopa ląduje w złotobrązowej zawartości pieluchy i tą metodą rozprzestrzenia się dalej - na kocyk, przewijak, a czasem i na na przewijającego... Pośpiech jest wskazany także w związku z faktem, iż od ponad tygodnia Blanka wszystko, co uda się jej chwycić, pakuje do buzi. Nie ważne, czy to skraj obsranej koszulki, kocyk czy zabawka. Zaczęła poznawać świat organoleptycznie i jest w tej swojej drodze bezkompromisowa - stan higieniczny uchwyconego przedmiotu nie ma znaczenia, ważne by udało się do dotransportować do gęby, a co nie jest łatwe, bo zwykle łapie go pomiędzy dwie zaciśnięte piąstki i tak próbuje dowlec i wcisnąć do paszczy. Próbuje także włożyć tam własne włosy, targając za nie ręką, co zwykle - w sumie nie ma się co dziwić - kończy się płaczem, bo te nie chcą odpaść ani się nie wydłużają jak z gumy. Rosną powoli, a co najzabawniejsze, bardzo jasne, więc Mała wygląda jakby miała odrosty, bo urodziła się jako szatynka. Rośnie też sama Blanka, już pięknie, sztywno trzyma głowę, zaczyna obracać się z boku na plecy, załapała, że wystarczy jedno energiczne machniecie łapą i następuje zmiana pozycji.
W sumie to codziennie odkrywa coś nowego i z dnia na dzień jest coraz fajniejsza.

wtorek, 5 lipca 2011

KUMULACJA

Mam kumulację zmęczenia, nieprzespanych nocy i złego nastroju; kiepska pogoda też robi swoje. Zbierało się to już wszystko od kilku tygodni, aż się nagromadziło i zaczyna powoli przelewać przez brzeg. Czuję, że jeszcze trochę i przyjdzie fala powodziowa.  

Mam nieodpartą ochotę wynieść się gdzieś daleko od samej siebie.

sobota, 2 lipca 2011

WYRAZY PSIEJ MIŁOŚCI


Młoda nadal zrywa się ze snu bladym świtem. Mężyk, kiedy tylko może, wstaje razem z nią i po karmieniu w okolicach piątej rano zabiera Młodą do dużego pokoju, na kanapę, żebym mogła jeszcze trochę pospać. Bowiem po tej pobudce nasze dziecię zwykle zalicza jeszcze godzinę lub półtorej aktywności, macha rękami i nogami jak holenderski wiatrak, aż się zmęczy i w końcu pada jak kawka. Ostatnio Mężyk, który początkowo dzielnie czuwał nad snem córki, padł także i zachrapał. Travis mulił obok kanapy. 
Kiedy Blanka się obudziła, to samo zrobił Luby i zaczął w głowę zachodzić, co to dziecko się tak spociło. Cała głowa mokra, włoski Blanki wyglądały jakby je krowa jęzorem wylizała. W mieszkaniu było chłodno, więc nagłe "zapocenie" się naszej córki było zagadką do momentu, kiedy Mężyk przypomniał sobie, że coś tam słyszał przez sen - a zazwyczaj śpi twardo jak kamień. Coś, co brzmiało jak mlaskanie... 
Prawda szybko wyszła na jaw - okazało się, że to pies Travis wykorzystał niecnie sen swojego Pana i  w końcu to zrobił - a próbował uparcie odkąd tylko przywieźliśmy Młodą ze szpitala. Nareszcie mu się udało wyrazić całą swoją psią miłość do Blanki, zrobił to oczywiście... po psiemu. Kiedy Mężyk spał, podszedł do kanapy i wylizał Małą po głowie...

piątek, 1 lipca 2011

ZAKUPY Z MĘŻYKIEM

Nie przepadam za kupowaniem ubrań. Kiedy muszę coś nabyć z tak zwanego przyodziewku, w sklepach nie ma absolutnie nic, co nadawałoby się do założenia. Fajne ciuchy znajduję przypadkiem, bez chodzenia za nimi, ot wpadają mi w oko i po prostu idealnie pasują. Czy muszę dodawać, że zawsze się dzieje tak w sytuacji, kiedy kompletnie nie mam pieniędzy?? A kiedy krążę po sklepach z wypchanym portfelem, to prędzej podeszwy w butach zedrę, niż coś mi się spodoba. Zwłaszcza, że jestem, delikatnie mówiąc, dość wybredna, i na dodatek niezdecydowana. Rozkłada mnie na łopatki mój mąż, który po prostu wchodzi do sklepu i jeśli mu się coś podoba, to kupuje, nawet nie przymierzając, tylko sprawdza rozmiar. Ja jeśli nawet znajdę coś fajnego, to czuję wewnętrzny przymus sprawdzenia, czy we wszystkich sklepach w całym mieście nie ma czegoś jeszcze fajniejszego... No bo przecież nie darowałabym sobie, gdyby było! Dobrze, że nie mam ambicji ogólnopolskich :-)
Na dodatek nie cierpię kupowania ubrań na oko, przecież na oku ich nie noszę. Ja po prostu muszę ciuch przed zakupem przymierzyć. Sprawdzić, czy się nie ciągnie, czy nie uciska, czy coś mnie nie gryzie, nie drapie, nie łaskocze, nie opina... długo można wyliczać. Stoi to jednak w rażącej sprzeczności z tym, że de facto... nie cierpię nic przymierzać. Do szału doprowadzają mnie ciasne, klaustrofobiczne przymierzalnie, gdzie już przy próbie założenia czegokolwiek tłukę boleśnie łokciem w ściankę, potem obijam sobie nim żebro i już przy pierwszej sztuce odzieży mam serdecznie dosyć. Zwłaszcza, że aura obecnie nie sprzyja, a większości sklepów jest tak gorąco, że przy drugiej sztuce z kolei pocę się jak niedźwiedź polarny, materiał ciągnie się i oblepia mnie jak folia streczowa, mam wrażenie, że zakładam kombinezon płetwonurka. Trzecią sztukę odzieży zwykle odwieszam już bez przymierzania, no bo zapomniałam dodać, że nie tylko kupowania i przymierzania nie cierpię. Nie cierpię także za krótkich spodni, bluzek z golfem, marszczeń na biuście, sztucznych materiałów, badziewnych ozdób, jeansów z haftami, drapowanych koszul, kiepskiego szycia, nijakich kolorów... Długo mogę wymieniać, zwykle więc w trakcie przymiarki okazuje się, że starannie wyselekcjonowane ubrania jednak jeden tych defektów posiadają, więc najczęściej po kilku godzinach łażenia po mieście wracam z niczym. I dochodzę do wniosku, że kupienie czegoś pasującego na mnie jest jak włożenie spodni przez głowę - niemożliwe.
Moje ulubione, najfajniejsze ciuchy po prostu kiedyś, w którymś momencie do mnie przemówiły - zawołały do mnie z wystawy lub z wieszaka, oznajmiając:
"Weź mnie, jestem idealny, pasujemy do siebie, ja po prostu chcę być Twój!
Zwykle nie potrafię się oprzeć tak gorącym zapewnieniom, ufam swojej kobiecej intuicji i kiedy w duszy mi coś zaśpiewa i serce mi powie, że to ten, to ON!!, wpadam do sklepu i niczym Danuśka na widok Zbyszka wołam "Mój Ci on!" Porywam nie zważając na konsekwencje, głównie finansowe, trudno, kobieta potrafi żyć powietrzem do pierwszego, zawsze można te resztki kitu z okien powyjadać. Mąż się tym co prawda nie pożywi, ale czyż widok zadowolonej z zakupów żony nie jest bezcenny? To prawie jak wyzwolenie, zwłaszcza gdy wspomniany osobnik zakontraktowany towarzyszy swej połowicy w tej drodze przez mękę (to jest w zakupach), przy każdym kolejnym sklepie jęcząc żałośnie " No chodźmy już". Mój zwykle po trzecim rzucał hasło: "To ja poczekam w aucie"... Tak było!
Do czasu, aż urodziła się Blanka. Minęło już ponad półtora miesiąca od tego dnia, do wagi sprzed ciąży brakuje mi już niewiele, ale brzuszka niestety trochę zostało. A cycków za przeproszeniem to ja nie jestem w stanie wepchnąć w żadną bluzkę z zeszłego roku, zwłaszcza te zapinane stanowią realne zagrożenie dla zdrowia i życia otaczających mnie osób, bowiem każdy głębszy oddech, każde wypięcie piersi grozi wystrzałem z guzika... Biada temu, kto się najdzie w zasięgu...  Ale jak się wskoczyło z mizernego B w miseczkę D to co tu dużo gadać. Trzeba było się po prostu wybrać na zakupy i już. Błyskawiczne, bo z Blanką w nosidełku i psiurem, który nie zamierzał zostać sam w domu. Dobrze, że Mężyk też się wybrał i ogarnął tę całą menażerię, kiedy ja trenowałam zakupy ekspresowe. Blanka niestety nie toleruje przestojów na spacerze, ruch musi być zachowany i to autentyczny, a nie symulowany, krążenie po sklepie uznaje za oszukaństwo, budzi się i zaczyna kwękać.
Tak więc moja decyzyjność musiała radykalnie wzrosnąć. Od wyboru jeansów do zakupu nie minęło nawet pięć minut, Luby zaś nabył dwie koszule po prostu porywając je z wieszaka i lecąc prosto do kasy. Na wybór butów mogłam przeznaczyć maksymalnie kwadrans, kiedy osobnik zakontraktowany krążył w kółko sąsiednimi ulicami z dzieckiem i psem, niczym początkujący kierowca po rondzie. Podkusiło mnie jednak, żeby zawołać go na chwilę i poprosić o konsultację... Zwykle wystarczy jedno jego hasło i już wiem, że nie ma co kupować i zakładać ciucha, który mu się nie podoba, bo już zawsze będzie dźwięczał mi w uszach jego komentarz. Tak było i tym razem - przymierzałam śliczne, jasnobrązowe sandałki z fantazyjnym zdobieniem z przodu, wezwałam Mężyka na oględziny, wyprężyłam dumnie stopę i usłyszałam:
"Wyglądasz jakby Ci się meduza przyczepiła do buta :-)"
Zdjęłam i odstawiłam na półkę. Zamiast nich kupiłam śliczne, szare, zamszowe szpilki. Będą mi idealnie pasować do jeansów i czerwonych spodni - rurek, może je kiedyś jeszcze założę... Bo leżą w szafie od jakiegoś czasu. Konkretnie od chwili, gdy Mężyk zobaczył je i zapytał:
"A kasków strażackich przy zakupie od razu nie dawali?"