czwartek, 2 czerwca 2011

TRAVISOWE I MĘŻYKOWE PRZYPADKI

Mimo nieobecności Mężyka jakoś ogarniam - Młodą, psa, spacery, kąpiele i siebie, bo niekoniecznie jeszcze sprzątanie i gotowanie, na to może przyjdzie pora. Chociaż wczoraj musiałam trochę wyczyścić chałupę po pieskowym popisie. Zabrałam kundla na spacer, chociaż ział tak, że po języku prawie sobie deptał, ale chciał iść - to wzięłam. Krążyłam po skwerku, a Travis spacerował stacjonarnie - polegiwał w cieniu - a to pod drzewem, a to na betonowym chodniku w cieniu budynku. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wybrać się w okolicę parkingu, który powstał w miejscu wyburzonej kamienicy - żeby się nie kurzyło z ubitej ziemi, stróż polewa go kilka razy dziennie wodą.
No i co? 
Trzeba być psem Travisem, żeby w tę suszę i upał znaleźć jedyną błotnistą kałużę w promieniu pięciu kilometrów. Pies biegał i nagle mi się gdzieś zawieruszył między autami na wspomnianym parkingu; kiedy znów go namierzyłam, brodził jak bocian we wspomnianej brei o konsystencji i kolorze rozpuszczonej czekolady. Zanim zdążyłam zareagować, uwalił się w jej środku, bardzo z siebie zadowolony, że w końcu udało mu się ochłodzić. I nic sobie nie robił z tego, że ludzie się zatrzymują, śmieją się z niego i pokazuję go palcami, a ja uprzejmie proszę go o opuszczenie tego bajora. W końcu wylazł, biszkoptowo - czekoladowy, uwalany do połowy grzbietu i bardzo z siebie zadowolony.
Świnia błotna nie pies, której na dodatek po powrocie do domu przypomniało się, że jest eleganckim labradorem. Piesek postanowił doprowadzić się do porządku. Po nieudanych próbach wytarcia się w kocyki na swoim legowisku stwierdził, że należy poszukać czegoś większego i wygodniejszego - niewiele myśląc, wskoczył na nasze łóżko i wytarzał się w pościeli... No i jak go nie kochać??? (to oczywiście było pytanie retoryczne, które zadałam sobie, bluźniąc przez zęby, zmieniając jedną ręką poszewki na świeże, drugą wtykając Blance do buzi wypadający smoczek, a trzecią odganiając od łóżka psa, który miał wyraźną ochotę się... chmmm... doczyścić). Ma ciekawe pomysły, oj ma.. .jak to Travis.  
Dzień wcześniej przez cały wieczór ganiał po mieszkaniu wielką, brzęczącą muchę - latał, kłapał zębami, a jak już się zatrzymał, to tylko łeb mu chodził na wszystkie strony, tak ją śledził wzrokiem, tak namierzał. Zgasiłam w końcu światło, mucha usiadła i usnęła, pies też. Ale kiedy o trzeciej zapaliłam lampkę, żeby nakarmić głodnego ssaka, muszysko poderwało się do lotu. A Mężyk z łóżka i...ku mojemu rozbawieniu przejął pałeczkę po psie. Przez godzinę ganiał ja po mieszkaniu, na szczęście o wiele skuteczniej niż Białas i w końcu mucha zakończyła brzękolenie razem ze swoim żywotem. Nie wiem, po co my hodujemy tego naszego pająka... Ktoś wie, gdzie można go zareklamować?
Trzymamy takiego jednego w chałupie, ale kompletnie się nie sprawdza, zrobił sobie pajęczynkę w pokoju gdzieś rok temu; chciałam go eksmitować, ale Mężyk stwierdził, że nie można, bo pająki pieniądze przynoszą i został ułaskawiony. I ochrzczony - niedawno :-) Ma na imię Ćwiekonara i się obija, przynajmniej jeśli chodzi o łapanie much, jakiś trefny egzemplarz nam się trafił. A muszydeł sporo, nocują w kwiatkach na balkonie. Napatrzeć się na nie nie mogę, na rośliny oczywiście - Mężyk sam je kupił, posadził i cierpliwie podlewa. I mu rosną jak szalone. Ja się na nie obraziłam, podziwiam z daleka i palcem nie tykam, głównie w związku z faktem, że moje zeszłoroczne przez całe lato nie urosły nawet trochę, ich pobyt w naszych skrzynkach można określić jako długotrwałą agonię... A moje wysiłki jako bezskuteczną reanimację....
Bezskuteczne było też wczorajsze psie czekanie. Mieliśmy taki nasz mały rytuał - zawsze, kiedy Mężyk wracał z pracy po drugiej zmianie, wychodziłam po niego z psem na skwerek. Travis doskonale wiedział, że to ta pora i o dwudziestej drugiej z minutami stanął wyczekująco w drzwiach sypialni, merdając ogonem. Spędził tam dobry kwadrans, kompletnie nie rozumiejąc dlaczego nie wstaję, nie ubieram się i dlaczego nie idziemy po Pańciunia. Nie rozumiał, co się zmieniło, że nie mogę zostawić Malutkiej samej - w końcu się poddał i poszedł z opuszczoną kitą pod okno, żeby tam wyglądać przyjazdu swojego ulubieńca. Aż mi się trochę smutno zrobiło i głupio. 
No cóż, nie tylko nasze życie się pozmieniało, psie też, tylko trochę trudno to wytłumaczyć labradorowi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz