wtorek, 21 czerwca 2011

PIES A DZIECKO

Kiedy tylko wieść o mojej ciąży zaczęła zataczać szersze kręgi, gdy dowiedziała się o niej rodzina, teściowie, przyjaciele i znajomi, zaczęłam spotykać się ciągle, właściwie na każdym kroku, z tym samym pytaniem:
A co zrobicie z psem, kiedy się urodzi dziecko?

Im częściej je słyszałam, tym bardziej mnie denerwowało. No bo pomyślmy, co można zrobić w takiej sytuacji. Można oddać kundla do schroniska, od tego przecież jest, tam czekają na pieski z otwartymi rękami, marzą o kolejnym porzuconym czworonogu, gdzie mu będzie lepiej. Można wywieść za miasto i wyrzucić z auta przy drodze, może nie trafi z powrotem, może ktoś go litościwie po prostu przejedzie, co się psina będzie błąkać. Można przywiązać do drzewa, niech zdycha z głodu i pragnienia, przecież pies to prawie jak koza, trawki sobie poskubie, korę obgryzie. Można uśpić lub mniej humanitarnie, za to bardziej ekonomicznie, zastrzyk przecież kosztuje - po prostu zatłuc. Algo przywiązać do samochodu i wlec zwierzaka dopóki się nie udusi i mu łeb nie odpadnie. Tyle rozwiązań, cała paleta możliwości, niestety ciągle wykorzystywanych w praktyce.
Bo jak powszechnie wiadomo, pies to brud, smród, kłaki i śmiertelne zagrożenie dla dziecka. Może je na przykład polizać. A od tego już tylko krok do śmiertelnego pogryzienia, wyprucia gardła czy zaduszenia na śmierć. Media co i rusz bombardują odbiorców tego typu historiami: amstafa, który zaatakował raczkujące dziecko,  trzech husky, które zagryzły pięciolatka, pitbula, który poharatał małej dziewczynce dłoń. Moja teściowa niemal przy każdym spotkaniu dorzucała do tej uroczej kolekcji opowieści - o suce, która zadusiła półrocznego malucha zostawionego w ogródku na leżaczku, nie obyło się też bez historii o krwiożerczych labradorach zagryzających niemowlęta. Inni po prostu pytali, co zamierzamy zrobić z psem i kręcili głowami z dezaprobatą, kiedy mówiliśmy zgodnym chórem, że... nic. 
Pies to członek rodziny. To najwierniejszy przyjaciel. Kumpel na dobre i na złe.  Zdecydowaliśmy się na powiększenie naszego dwuosobowego stada o pieska Traviska po dłuższym zastanowieniu, nikt nam go nie wciskał na siłę, nie podrzucił, nie zmuszał nas do przyjęcia czworonoga pod nasz dach, nikt nas do tego nie namawiał. To była świadoma decyzja, choć niestety wszystkich jej konsekwencji nie byliśmy w stanie przewidzieć; nikt nas nie uprzedził, że mały labrador zeżre nam pół mieszkania. Ale klamka zapadła i trzeba było stawić czoła skutkom niszczycielskiej działalności labuska i... zasikanym podłogom. Co tu dużo gadać, biorąc psa, wzięliśmy za niego odpowiedzialność, za jego bezpieczeństwo i bezpieczeństwo osób, z którymi ma kontakt. Bo pies, nawet najłagodniejszy, zawsze pozostanie tylko zwierzęciem, są sytuacje w których może zareagować nieprzewidywanie, zadziałać pod wpływem impulsu. instynktu. Może zaatakować, zranić, a nawet zabić, zwłaszcza małe, bezbronne dziecko. Dlatego choć kocham Travisa, choć wierzę w jego łagodność i dobroduszność i tak nigdy nie zostawiam go z Blanką sam na sam. Nawet na minutę, nawet gdy idę do toalety, zabieram psa z sobą do łazienki lub zamykam na balkonie.
 Wystarczy wykazać się minimalną ilością rozsądku i pomyśleć. Przykro mi to stwierdzić, ale za psa odpowiada właściciel, tak jak za dziecko - rodzice. Dlatego kiedy słyszę kolejne opowieści o psach, które skrzywdziły dzieci - jakie to krwiożercze, straszliwe i okrutne zwierzęta, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Zastanawiam się po prostu, gdzie był właściciel trzech husky, które biegały sobie bez opieki i żadnego nadzoru po okolicy i gdy zaatakowały pięciolatka. Zastanawiam się, dlaczego mały chłopiec, sam bez opieki poszedł na plac zabaw? Gdzie byli rodzice dziewczynki, która weszła na posesję sąsiada i podeszła do psa uwiązanego przy budzie?
Za każdy taki wypadek odpowiedzialne są dwie osoby - właściciel psa i osoba, pod której opieką pozostawało dziecko. Nigdy pies, tak jak pisałam, to tylko zwierzę, nawet najłagodniejsze może może zareagować w nieprzewidywalny sposób, zawsze trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy w rodzinie pojawia się małe dziecko.
Ale nie wieszajmy hurtem psów na psach i ich samych, za to, że są, że potencjalnie mogą stać się zagrożeniem. Jakoś nikt nie wywozi z domu babci do domu opieki, kiedy na świat przychodzi jej wnuczek lub wnuczka, tylko dlatego, że staruszka może mu zrobić krzywdę. Bo przecież może upuścić, przygnieść nie celowo, ale się zdarza. Nikt nie oddaje starszego rodzeństwa do domu dziecka, a przecież historia zna niejeden przypadek, gdy brat zabił brata, a siostra siostrę. Nikt nie wyrzuca ojca z domu tylko dlatego, że zdarzają się tacy, którzy własne dzieci maltretują, biją czy kiszą w beczkach i chowają po szafach. A może trzeba by tak robić? Profilaktycznie? Tak jak jak nam szerokie grono "życzliwych" radziło, żeby profilaktycznie pozbyć się psa. Nie precyzując oczywiście w jaki sposób, nie, nie to by było zbyt łatwe, po prostu ciągle nas pytano:
"Co z robicie z psem?"
Bardzo szybko nauczyłam się z uroczym uśmiechem odpowiadać:
"Upieczemy na święta"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz