środa, 29 czerwca 2011

MAMĄ BYĆ...

Zdarzyło się to kilka dni temu. Blanka jak zwykle obudziła się bladym świtem, zjadła, trochę poleżała, po czym doszła do wniosku, że to dziecięce życie to jednak ciężkie jest i trudne, więc na małym czole pojawił się mars, usta wygięły się w podkówkę i Mała się popłakała. Leżała między nami na łóżku, próbowałam ją jakoś uspokoić, głaskałam, szeptałam do ucha, nic nie pomagało. Była najedzona, przewinięta, a jednak coś jej nie odpowiadało, czegoś jej brakowało. Płakała coraz głośniej, cichy lament zaczął powoli przechodzić w głośne łkanie, od którego tylko krok dzieli Blankę od nieopanowanego ryku. Mężyk obudził się, zaproponował, że wstanie i ją weźmie, żeby ponosić. Już miałam się zgodzić, ale przyszło mi coś do głowy, powiedziałam, żeby poczekał jeszcze chwilę, wzięłam Małą na ręce i po prostu przytuliłam do piersi. Płacz dosłownie w ciągu kilkunastu sekund zrobił się cichszy, potem jeszcze cichszy, aż w końcu Maleństwo uspokoiło się zupełnie. Blanka pociągnęła jeszcze kilka razy nosem i najzwyczajniej w świecie ... zasnęła, wtulona we mnie. Spokojnie i głęboko. 
Wtedy pierwszy raz poczułam tak głęboko jak wielka jest siła bycia mamą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz