sobota, 11 czerwca 2011

KIEPSKIE DNI, DNI DOBRE I ... PIZZA TRADYCYJNA


Zdarzają się czasem dni - porażki. Wczoraj Młoda uśpiona o 22.00 już po dwunastej ogłosiła alarm, żądając dostawy cyckiego. Zwlokłam się z łóżka, dałam, utuliłam, przewinęłam, odłożyłam do łóżeczka i ... usłyszałam charakterystyczny odgłos "wyjeżdżającej armaty", jak mawia mój mąż. Mówiąc wprost - Młoda zrobiła sobie w brzuchu miejsce na świeżo przyjęte mleko. Zabawę z przewijaniem trzeba było zacząć od nowa, a kiedy byłam już w trakcie, odkryłam, że armata była solidnego kalibru i co najgorsze, towarzyszyła jej armatka wodna. Pajac mokry, do zmiany. Tego już Blanka nie była w stanie znieść w spokoju i w półśnie. Zaczęła głośno protestować, wybudziła się tak, że godzinę zajęło mi jej uśpienie
. Kiedy już łagodnie i spokojnie zapadała w objęcia Morfeusza... dostała czkawki. I hooj bombki strzelił, że się tak brzydko wyrażę. Udało mi się ją uśpić gdzieś w okolicach trzeciej, pięćdziesiąt minut później usłyszałam charakterystyczne pochrząkiwanie, które jest znakiem, że mój mały prosiaczek zgłodniał. Usnęła o 4.30. Godzinę później, kiedy za Mężykiem idącym na pierwszą zmianę zdążyły się zamknąć drzwi, włączyła się Mała Syrenka i ogłosiła rozpoczęcie nowego, pięknego dnia. W ciągu którego nie udało się jej zapaść w drzemkę dłuższą niż piętnaście minut, nawet na spacerze dzielnie czuwała przez ponad godzinę, zamiast słodko zasnąć. Przy każdym karmieniu wiła się jak piskorz, szarpała przy cycu, złościła, wypluwała i łapała, a mi siwiały kolejne włosy, te których jeszcze sobie nie wyrwałam. Bo w takich sytuacjach nie mam pojęcia co robić, nie wiem kompletnie, o co jej chodzi i mam męczące wrażenie, że ja się do tego całego matkowania średnio nadaję. Nie rozumiem, czy robi tak, bo jest głodna, czy dlatego, że jej mleko leci za szybko, czy za wolno, czy denerwuje się, bo jest przejedzona, a cyca szkoda puścić, więc łykać trzeba, bo leci, a przecież by się pospało... 
Ręce i nogi mi opadają i wszystko inne, kiedy tafia się taka doba. Wieczorem zwykle czas na apogeum, Blanka wydaje z siebie takie dźwięki, przy których biblijne trąby Jerycha to jarmarczne piszczałki, dziwne, że ściany naszego mieszkanie nie runęły jeszcze od tego ryku, choć pierwsze pęknięcia już widać. Kąpiel uspokaja ją na chwilę, a potem zaczyna się bisowanie. Kiedy w końcu zasnęła wczoraj tak po dwudziestej drugiej, umęczona płaczem i całym tym dniem, miałam ochotę usiąść i kontynuować jej działalność - słowem - po prostu się rozbeczeć. Ale rozsądek kazał mi iść spać, zasnąć niestety nie bardzo mogłam, bo myśl, że dziś być może czeka mnie powtórka z rozrywki była nie od odpędzenia. 
A tu niespodzianka. Blanka łaskawie wstała przed drugą, zjadła spokojnie i bez wygibasów, trochę potrwało, zanim zasnęła, ale czym jest nędzne pół godziny w porównaniu do wczorajszych trzech masakryczne długich godzin??? Coś tam sobie chrząkała w okolicach czwartej, ale Mężyk wstał, zakorkował dziecko smoczkiem i o dziwo - pospała do szóstej. I tak oto za nami pierwsza noc tylko z jedną pobudką. Jakiś bonus za wczorajszy armagedon, czy co? Jak by było mało, zamarudziła trochę i znów zasnęła, dojadła o dziewiątej, wtuliła się we mój brzuch i spokojnie trolliła do jedenastej. Po dwóch godzinach aktywności ponownie przysnęła i nadal śpi...
Aż się zastanawiam, czy to normalne? Czuję się dziś jakbym nie miała dziecka, posprzątałam, poprasowałam, zrobiłam sobie z nudów paznokcie, obejrzałam film, poczytałam... Ostatnio, kiedy nasz mały ssaczek miał taki dobry dzień, udało mi się nawet zrobić Mężykowi pizzę. Przygotowałam ciasto, wszystkie składniki, on miał tylko je rozsypać, wstawić całość do piekarnika i wyjąć po kwadransie. Nauczona doświadczeniem - kilka sztuk panzerpizzy już udało mi się już przygotować - pilnowałam czasu pieczenia z zegarkiem w ręku. Tuż przed siódmą pogoniłam lubego, ostrzegając go średnio uprzejmie
"Wyjmij już tą pizzę, bo znów będzie beton od spodu"
I co usłyszałam w podzięce za moje starania, żeby nie głodował?
" Będzie pizza tradycyjna :-)"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz