czwartek, 16 czerwca 2011

CWANY GAPA


Piesek Travisek to taki cwany gapa. Niby pierdoła, niby nie wie, co się do niego mówi, niby nie rozumie, ale jak przyjdzie co do czego, to potrafi sobie doskonale poradzić. Kiedy wychodzimy na spacer, zbiega schodami i ogląda się na nas, żebyśmy mu otworzyli drzwi i wypuścili go  na zewnątrz. Ale kiedy wracamy, ani myśli wbiegać tą samą drogą na górę - kto by się tam przemęczał. Staje pod windą i czeka na uchylenie drzwi, żeby mógł zapakować swój biały tyłek i wjechać na górę. 
Wczoraj byliśmy tak zajęci rozkrzyczanym ssakiem, że przeoczyliśmy pieska stojącego pod drzwiami łazienki i oglądającego się na nas. Psie pragnienie nie miało siły przebicia w zetknięciu z dziecięcym głodem, więc po jakimś kwadransie zniecierpliwiony pies postanowił o sobie przypomnieć - drap, drap - zaszurała wielka łapa po drzwiach. Załapałam, o co biega, z młodą na ręku wstałam, otworzyłam, wpuściłam sierściucha. Po chwili biała morda pojawiła się ponownie w drzwiach, pies stanął w nich, merdając ogonem. Tym razem zorientowałam się bez ponagleń - nie ma wody w misce, rozumiem, trzeba nalać.
Travis potrafi doskonale się z nami skomunikować, o ile oczywiście chce lub jest mu to do czegoś potrzebne. 
Od jakiegoś czasu, kiedy spacerujemy późnym wieczorem, po mało uczęszczanych ulicach, puszczamy psa luzem. Idzie sobie zwykle dwa kroki za lub przed nami, nie ucieka, zatrzymuje się karnie przed przejściami dla pieszych, żebyśmy mogli przejść razem; wie, że samemu mu nie wolno. Czasem zdarza się, że zostaje kilka metrów z tyłu, kiedy znajduje coś szczególnie ciekawego do obwąchania. Przyzwyczailiśmy się już do tego i szczerze mówiąc nie zwracamy na to szczególnej uwagi, czasem któreś z nas się obejrzy i zawoła kundla, który szybko nas dogania. Ale pewnego razu, kiedy szliśmy na pocztę, Travis został dobrych dwadzieścia metrów z tyłu. Odwróciłam się, pies stał przy ogrodzeniu jakiejś posesji i patrzył za nami. Gwizdnęłam na niego i poszliśmy dalej, ale nie uszliśmy daleko, po chwili usłyszałam głośne "Wow, wow!" i skomlenie. Zdziwiłam się - pies stał tam, gdzie stał i ... szczekał. Kiedy wróciłam po niego, sprawa się wyjaśniła - jakimś cudem zaczepił szelkami o wystający z ogrodzenia pręt i po prostu nie mógł iść dalej, bo nie potrafił się uwolnić. Trzeba było więc wezwać Panią i PANA na pomoc, żeby przypadkiem nie zostawili pieseczka i nie  poszli sobie...
Zawsze mnie to rozkłada na łopatki ten psi lęk, żebyśmy przypadkiem gdzieś go nie zgubili. Narodził się w Białasie, kiedy po raz pierwszy wyjechaliśmy na dłuższy urlop. Psiak został na dwa tygodnie u rodziców; od tamtej pory, kiedy jedziemy do teściów, nie odstępuje nas na krok. Wystarczy uchylić drzwi do auta, a pies już w nim siedzi, już się pakuje, żebyśmy przypadkiem o nim znowu nie zapomnieli. Kiedy wchodzi z nami na spacer, szlaja się, biega do innych psów, zdaje się nas w ogóle nie zauważać. Ale wystarczy, że dosłownie na moment straci nas z oczu; czasem specjalnie mu się chowamy - natychmiast wraca i zaczyna nasz szukać. Zostawiony na chwilę sam pod blokiem, a zdarza się, kiedy musimy na moment wrócić do mieszkania, siada na środku trawnika lub przy naszym aucie i po prostu czeka, wystarczy powiedzieć mu "zostań". Natychmiast traci zainteresowanie innymi sierściuchami, nie odejdzie nawet na krok, a kiedy zbyt długo nas nie ma, przenosi się pod klatką i pilnie obserwuje chodzące do niej i wychodzące z niej osoby, czekając aż się "odnajdziemy". 
Takie to mądre psisko :-) Choć niezbyt lojalne w stosunku do swojego Pańciunia - ostatnio, kiedy przechodziłam z nim koło monopolowego, w którym Mężyk zwykle kupuje sobie piwo, pies niewiele myśląc i nie czekając na mnie skręcił, pokonał kilka schodków i już był w środku, już merdał ogonem do sprzedawczyń...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz