czwartek, 30 czerwca 2011

BRAK


Siedzieliśmy sobie ostatnio na kanapie, Mężyk i ja, Młoda bujała się w leżaczku i chyba tylko jej nie chciało się spać. Mi kleiły się oczy, Lubemu zamykały się same, w końcu był w pracy na ranną zmianę. A Travis po prostu leżał obok fotela i chrapał. Tak się akurat zastanawiałam, czy nie wrobić Mężyka w opiekę nad Blanką i nie myknąć sobie do sypialni na krótką drzemkę, ale zanim się obejrzałam, Luby się zawinął i już, już prawie że zniknął w drugim pokoju, po drodze pozbywając się spodenek i koszulki. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zamierza po prostu iść spać. Zdążyłam się tylko oburzyć, zaprotestowałam i oburzyłam się lekko, że niby dlaczego ja mam siedzieć z Młodą, jak mi też się chce spać. W odpowiedzi usłyszałam już z łóżka:
"Ja nie mam cycków" :-)))
No fakt :-(

środa, 29 czerwca 2011

MAMĄ BYĆ...

Zdarzyło się to kilka dni temu. Blanka jak zwykle obudziła się bladym świtem, zjadła, trochę poleżała, po czym doszła do wniosku, że to dziecięce życie to jednak ciężkie jest i trudne, więc na małym czole pojawił się mars, usta wygięły się w podkówkę i Mała się popłakała. Leżała między nami na łóżku, próbowałam ją jakoś uspokoić, głaskałam, szeptałam do ucha, nic nie pomagało. Była najedzona, przewinięta, a jednak coś jej nie odpowiadało, czegoś jej brakowało. Płakała coraz głośniej, cichy lament zaczął powoli przechodzić w głośne łkanie, od którego tylko krok dzieli Blankę od nieopanowanego ryku. Mężyk obudził się, zaproponował, że wstanie i ją weźmie, żeby ponosić. Już miałam się zgodzić, ale przyszło mi coś do głowy, powiedziałam, żeby poczekał jeszcze chwilę, wzięłam Małą na ręce i po prostu przytuliłam do piersi. Płacz dosłownie w ciągu kilkunastu sekund zrobił się cichszy, potem jeszcze cichszy, aż w końcu Maleństwo uspokoiło się zupełnie. Blanka pociągnęła jeszcze kilka razy nosem i najzwyczajniej w świecie ... zasnęła, wtulona we mnie. Spokojnie i głęboko. 
Wtedy pierwszy raz poczułam tak głęboko jak wielka jest siła bycia mamą...

wtorek, 28 czerwca 2011

SIŁA PAMIĘCI

Zdarzyło się to kilka dni temu. Blanka jak zwykle obudziła się bladym świtem, zjadła, trochę poleżała, po czym doszła do wniosku, że to dziecięce życie to jednak ciężkie jest i trudne, więc na małym czole pojawił się mars, usta wygięły się w podkówkę i Mała się popłakała. Leżała między nami na łóżku, próbowałam ją jakoś uspokoić, głaskałam, szeptałam do ucha, nic nie pomagało. Była najedzona, przewinięta, a jednak coś jej nie odpowiadało, czegoś jej brakowało. Płakała coraz głośniej, cichy lament zaczął powoli przechodzić w głośne łkanie, od którego tylko krok dzieli Blankę od nieopanowanego ryku. Mężyk obudził się, zaproponował, że wstanie i ją weźmie, żeby ponosić. Już miałam się zgodzić, ale przyszło mi coś do głowy, powiedziałam, żeby poczekał jeszcze chwilę, wzięłam Małą na ręce i po prostu przytuliłam do piersi. Płacz dosłownie w ciągu kilkunastu sekund zrobił się cichszy, potem jeszcze cichszy, aż w końcu Maleństwo uspokoiło się zupełnie. Blanka pociągnęła jeszcze kilka razy nosem i najzwyczajniej w świecie ... zasnęła, wtulona we mnie. Spokojnie i głęboko. 
Wtedy pierwszy raz poczułam tak głęboko jak wielka jest siła bycia mamą...

niedziela, 26 czerwca 2011

SMS

Blanka leżała na kanapie i kontemplowała otaczającą ja rzeczywistość, Mężyk siedział obok niej i czytał gazetę. Usłyszałam charakterystyczny odgłos ciuchci wyjeżdżającej z blanciakowego tunelu, ale zignorowałam, wychodząc z założenia, że kto jest bliżej dziecka, tego kolej na zmianę pampersa. Zdawało mi się, że Luby przeoczył tę informację dźwiękową, więc postanowiłam udawać, że ja też nic nie słyszałam. Po kilku minutach Mężyk się odezwał, nie odrywając oczu od gazety:

"Kochanie, dostałaś smsa"

Zdziwiłam się. Nic nie słyszałam, ale telefon miga na niebiesko, kiedy mam nieodebrane wiadomości lub połączenia, pomyślałam, że może Luby to zauważył, więc wstałam, wzięłam moja nokię do ręki. A tam nic. Pusto. Patrzę na męża, zastanawiając się, jaki podstęp się w tym wszystkim kryje. On w końcu oderwał oczy od "Świata motocykli", pokazał palcem Blankę i powiedział:

"Tu dostałaś smsa" :-))) 

Uniosłam się honorem nie skomentowałam tego perfidnego zagrania. Odłożyłam telefon i poszłam do sypialni. Cóż, kto jest bliżej aparatu, a raczej aparatki, ten odbiera... 

sobota, 25 czerwca 2011

ŻABKA


Blanka ma "miły" zwyczaj rozpoczynania nowego dnia bladym świtem. Kapiemy ją o dwudziestej, zjada i zwykle w okolicach dwudziestej pierwszej już śpi. Wstaje o drugiej, żeby sobie pocycolić, nawet oczu nie otwiera, czasem się trochę wybudzi i potrzebuje kilku minut głaskania po głowie, żeby ponownie zasnąć, ale zazwyczaj nie trwa to długo. Druga pobudka ma miejsce o piątej lub szóstej rano i zwykle jest... ostateczna.
Blanka wraz z pierwszym promieniem słońca, kiedy tylko w mieszkaniu zrobi się choć trochę jasno, jest już gotowa do rozpoczęcia kolejnego pięknego dnia swojego dziecięcego życia. Niestety zwykle wtedy ja jeszcze nie jestem gotowa... i wszelkimi możliwymi metodami próbuję ją nakłonić do kontynuacji drzemki. Daję smoka, przytulam, otulam kocykiem, przemawiam do niej w najczulszych słowach, prosząc ładnie tak jak przedwczoraj:

- "Żabko kochana, żabko żabulińska, pośpij jeszcze trochę, mamusia nie ma ochoty jeszcze wstawać, proszę Cię bardzo, zaśnij, słyszysz żabko?"
Wszystko na nic, mała osóbka, do której adresowana była ta gorąca prośba, nie miała zamiaru jej wysłuchać. Łapki chodziły jak skrzydła wiatraka, na początku rozdawała uśmiechy na prawo i lewo, potem zmieniła zdanie i się popłakała, co nie zmieniło faktu, że niebieskie ślepka ani myślały się zamknąć. Żeby było ciekawiej, w odpowiedzi na odgłos kwilenia otworzyło się inne, dużo większe, też niebieskie ślepie - Mężyka śpiącego obok, który jednym spojrzeniem ocenił sytuację i oznajmił z uroczym uśmiechem:

"Kochanie, żabka czynna od szóstej"...

środa, 22 czerwca 2011

MATERIAŁ BUDOWLANY

A jednak wyrzuciliśmy Travisa z domu. Wymeldowaliśmy już jakiś czas temu - z jego inicjatywy, sam się przeprowadził na balkon i zaczął tam sypiać, więc wynieśliśmy mu tam jego legowisko. Co najśmieszniejsze, w związku z tym bardzo szybko Travis stał się... materiałem budowlanym.
A dokładnie jego sierść, którą gubi od jakiegoś czasu jak szalony. Pogoda dopisuje, więc pies zrzuca zimowe futro w tempie ekspresowym, słowem linieje przeokropnie. Jego białe kłaki są dosłownie wszędzie. W myśl zasady: ktoś traci, ktoś zyskuje, korzystają na tym inne zwierzęta. Zauważyłam je, kiedy karmiłam Młodą raniutko na kanapie w dużym pokoju. Usłyszałam dość głośne "Tiiirrrit!, tirrritt!" i zobaczyłam, że po psim legowisku skacze mały, żółty ptaszek i pracowicie zbiera... travisowe futro! Przylatywał codziennie przez ponad tydzień, potem pojawiły się jeszcze dwa inne. Za każdym razem odfruwały z dziobami pełnym białych kłaków.
I tak oto nasz pies stał się materiałem budowanym :-)

wtorek, 21 czerwca 2011

PIES A DZIECKO

Kiedy tylko wieść o mojej ciąży zaczęła zataczać szersze kręgi, gdy dowiedziała się o niej rodzina, teściowie, przyjaciele i znajomi, zaczęłam spotykać się ciągle, właściwie na każdym kroku, z tym samym pytaniem:
A co zrobicie z psem, kiedy się urodzi dziecko?

Im częściej je słyszałam, tym bardziej mnie denerwowało. No bo pomyślmy, co można zrobić w takiej sytuacji. Można oddać kundla do schroniska, od tego przecież jest, tam czekają na pieski z otwartymi rękami, marzą o kolejnym porzuconym czworonogu, gdzie mu będzie lepiej. Można wywieść za miasto i wyrzucić z auta przy drodze, może nie trafi z powrotem, może ktoś go litościwie po prostu przejedzie, co się psina będzie błąkać. Można przywiązać do drzewa, niech zdycha z głodu i pragnienia, przecież pies to prawie jak koza, trawki sobie poskubie, korę obgryzie. Można uśpić lub mniej humanitarnie, za to bardziej ekonomicznie, zastrzyk przecież kosztuje - po prostu zatłuc. Algo przywiązać do samochodu i wlec zwierzaka dopóki się nie udusi i mu łeb nie odpadnie. Tyle rozwiązań, cała paleta możliwości, niestety ciągle wykorzystywanych w praktyce.
Bo jak powszechnie wiadomo, pies to brud, smród, kłaki i śmiertelne zagrożenie dla dziecka. Może je na przykład polizać. A od tego już tylko krok do śmiertelnego pogryzienia, wyprucia gardła czy zaduszenia na śmierć. Media co i rusz bombardują odbiorców tego typu historiami: amstafa, który zaatakował raczkujące dziecko,  trzech husky, które zagryzły pięciolatka, pitbula, który poharatał małej dziewczynce dłoń. Moja teściowa niemal przy każdym spotkaniu dorzucała do tej uroczej kolekcji opowieści - o suce, która zadusiła półrocznego malucha zostawionego w ogródku na leżaczku, nie obyło się też bez historii o krwiożerczych labradorach zagryzających niemowlęta. Inni po prostu pytali, co zamierzamy zrobić z psem i kręcili głowami z dezaprobatą, kiedy mówiliśmy zgodnym chórem, że... nic. 
Pies to członek rodziny. To najwierniejszy przyjaciel. Kumpel na dobre i na złe.  Zdecydowaliśmy się na powiększenie naszego dwuosobowego stada o pieska Traviska po dłuższym zastanowieniu, nikt nam go nie wciskał na siłę, nie podrzucił, nie zmuszał nas do przyjęcia czworonoga pod nasz dach, nikt nas do tego nie namawiał. To była świadoma decyzja, choć niestety wszystkich jej konsekwencji nie byliśmy w stanie przewidzieć; nikt nas nie uprzedził, że mały labrador zeżre nam pół mieszkania. Ale klamka zapadła i trzeba było stawić czoła skutkom niszczycielskiej działalności labuska i... zasikanym podłogom. Co tu dużo gadać, biorąc psa, wzięliśmy za niego odpowiedzialność, za jego bezpieczeństwo i bezpieczeństwo osób, z którymi ma kontakt. Bo pies, nawet najłagodniejszy, zawsze pozostanie tylko zwierzęciem, są sytuacje w których może zareagować nieprzewidywanie, zadziałać pod wpływem impulsu. instynktu. Może zaatakować, zranić, a nawet zabić, zwłaszcza małe, bezbronne dziecko. Dlatego choć kocham Travisa, choć wierzę w jego łagodność i dobroduszność i tak nigdy nie zostawiam go z Blanką sam na sam. Nawet na minutę, nawet gdy idę do toalety, zabieram psa z sobą do łazienki lub zamykam na balkonie.
 Wystarczy wykazać się minimalną ilością rozsądku i pomyśleć. Przykro mi to stwierdzić, ale za psa odpowiada właściciel, tak jak za dziecko - rodzice. Dlatego kiedy słyszę kolejne opowieści o psach, które skrzywdziły dzieci - jakie to krwiożercze, straszliwe i okrutne zwierzęta, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Zastanawiam się po prostu, gdzie był właściciel trzech husky, które biegały sobie bez opieki i żadnego nadzoru po okolicy i gdy zaatakowały pięciolatka. Zastanawiam się, dlaczego mały chłopiec, sam bez opieki poszedł na plac zabaw? Gdzie byli rodzice dziewczynki, która weszła na posesję sąsiada i podeszła do psa uwiązanego przy budzie?
Za każdy taki wypadek odpowiedzialne są dwie osoby - właściciel psa i osoba, pod której opieką pozostawało dziecko. Nigdy pies, tak jak pisałam, to tylko zwierzę, nawet najłagodniejsze może może zareagować w nieprzewidywalny sposób, zawsze trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza gdy w rodzinie pojawia się małe dziecko.
Ale nie wieszajmy hurtem psów na psach i ich samych, za to, że są, że potencjalnie mogą stać się zagrożeniem. Jakoś nikt nie wywozi z domu babci do domu opieki, kiedy na świat przychodzi jej wnuczek lub wnuczka, tylko dlatego, że staruszka może mu zrobić krzywdę. Bo przecież może upuścić, przygnieść nie celowo, ale się zdarza. Nikt nie oddaje starszego rodzeństwa do domu dziecka, a przecież historia zna niejeden przypadek, gdy brat zabił brata, a siostra siostrę. Nikt nie wyrzuca ojca z domu tylko dlatego, że zdarzają się tacy, którzy własne dzieci maltretują, biją czy kiszą w beczkach i chowają po szafach. A może trzeba by tak robić? Profilaktycznie? Tak jak jak nam szerokie grono "życzliwych" radziło, żeby profilaktycznie pozbyć się psa. Nie precyzując oczywiście w jaki sposób, nie, nie to by było zbyt łatwe, po prostu ciągle nas pytano:
"Co z robicie z psem?"
Bardzo szybko nauczyłam się z uroczym uśmiechem odpowiadać:
"Upieczemy na święta"

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Z PERSPEKTYWY CZASU

Byliśmy w piątek na wizycie kontrolnej u mojego lekarza. Tego, który jako pierwszy postawił prawidłową diagnozę, który zajmował się naszym leczeniem - to on przeprowadził nas przez dwie procedury in vitro, nieudaną i udaną, przez punkcje, przez transfery, to dzięki niemu przyszła na świat nasza córka. Po raz kolejny zasiedliśmy na pomarańczowej sofie pod gabinetem numer jeden, postawiliśmy obok nas fotelik z Blanką. A ja myślałam o tym dniu, kiedy dokładnie w tym samym miejscu, trzy lata temu czekaliśmy na pierwszą wizytę, jak na wyrok ... Jak się okazało - z szansą na ułaskawienie. Od losu. Był dla nas łaskawy, bardzo...
Nie wiem do dziś, komu bardziej dziękować, jemu, czy lekarzowi, nie wiem nawet jak, bo nie da się opisać słowami, jak bardzo jestem mu wdzięczna, jak wiele oboje mu zawdzięczamy. Więc wczoraj na wizycie po prostu... podziękowałam, w najprostszych, najserdeczniejszych słowach, jakie znalazłam. Zostawiłam zdjęcie Blanki. Doktor cieszył się, uśmiechnął, choć zwykle jest poważny, a nawet ponury i zasadniczy. Powiedziałam mu, że dla mnie te fotografie były bardzo ważne, dawały nadzieję i że chciałabym, żeby zdjęcie mojej córki komuś też ją dało. Kiedy leżałam i odpoczywałam po transferze, cały czas patrzyłam na wielkie arkusze zeskanowanych fotografii "dorobku" kliniki wiszące na ścianie nad łóżkiem. Niemowlaki, maleńkie noworodki, bliźniaki, starsze dzieci, rodzeństwo w różnym wieku.
Zastanawiam się wtedy, czy kiedykolwiek zdjęcie naszego dziecka też tam zwiśnie. Zaklinałam rzeczywistość, prosiłam w myślach, ze wszystkich sił, z całego serca, żeby te okruszki wielkości ziarnka maku ze mną zostały. Jeden mnie posłuchał.   
Życzę wszystkim walczącym z niepłodnością, czekającym na własne dziecko czasem wiele lat takiego małego cudu - najpierw pod sercem, a potem w ramionach.
Życzę Wam wytrwałości, siły i cierpliwości, bo w tej drodze jest tylko jeden kierunek - do przodu. Nawet zatrzymywać się nie należy, bo to tylko strata czasu. Tak więc uszy do góry, majtki w dół, pieniądze na stół. Niestety. Ale czasem innej opcji nie ma.
Warto próbować.
Dopóki finansów, cierpliwości i sił wystarczy. Naprawdę warto. Mimo porażek i niepowodzeń. Bo się udaje. Naprawdę. Jesteśmy tego najlepszym przykładem. I nie tylko my.
Kiedy zaczynałam leczyć się w klinice poznałam Kamilę. Drobną, śliczną, szczupłą brunetkę. Była po trzeciej inseminacji, czekała na wynik. Dzięki dwóm poprzednim dwa razy zaszła w ciążę. Niestety obie poroniła. Trzecia także zakończyła się sukcesem. Na krótko. Kama straciła kolejne dziecko. Nie poddali się. Przeszli oboje skomplikowane, drogie leczenie immunologiczne. Potem znów trzy inseminacje, niestety, tym razem wszystkie bezowocne. Podziwiałam ją i dziwiłam się, że wciąż mają siłę, że ciągle walczą o własne dziecko. Każde kolejne podejście to przecież kolejne zastrzyki, pobieranie krwi do badań, usg, wizyty, dojazdy, zwalnianie się z pracy ... no i pieniądze... i rozczarowania.Podeszli do procedury in vitro. Nieudanej. Potem criotransfer. Nieudany. Zdecydowali się na następny zabieg.
W kwietniu Kama urodziła bliźnięta, dwie córeczki.

niedziela, 19 czerwca 2011

CUD NIEPAMIĘCI


Kiedy o trzeciej nad ranem Blanciak ryczy mi jak zarzynane prosie (jednocześnie polewane wrzątkiem i obdzierane ze skóry), kiedy mija kolejna godzina i zaczynają mi pękać bębenki, a napięte do granic wytrzymałości nerwy zaczynają niebezpiecznie trzeszczeć, myślę sobie zwykle i powtarzam w duchu - o nie, nie, nie... nigdy więcej żadnych dzieci! W życiu!  Nie ma mowy!

Ale kiedy budzę się rano, a Blanka jeszcze śpi, z buzią wtuloną w kocyk, kiedy dotykam jej ciepłego, aksamitnego policzka, a ona budzi się, spogląda na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi ślepiami, kiedy zaciska swoje malutkie paluszki na moim palcu i śle mi swój najpiękniejszy, promienny uśmiech, czuję, że coś we mnie topi się jak masło na słońcu, jak się rozpływa... i myślę sobie zwykle i powtarzam w duchu - a może jeszcze kiedyś, jeszcze raz, może się uda, może zdarzy się drugi cud?

Jak na razie zdarza się co dzień - cud niepamięci. 
Niech się święci. Niepamięci cud. 
Gdyby nie on, ludzkość wymarłaby, a już na pewno zaniknęłaby instytucja rodzeństwa, bo nikt przy zdrowych zmysłach, kto pamięta trudy porodu, ten ból i ciężkie chwile macierzyństwa, te nieprzespane noce, nieustanne zmęczenie i to wszystko, co mnie jeszcze czeka, a o czym nie mam (na szczęście) jeszcze pojęcia, nie zdecydowałby się na rodzicielstwo po raz drugi i kolejny... 
Niepamięci cud...

sobota, 18 czerwca 2011

GENY


Blanka lubi się poprzyglądać - twarzom pochylających się nad nią osób, zabawkom, które znajdą się w zasięgu jej wzroku, nawet Travis został ostatnio obdarzony łaskawym zainteresowaniem małoletniej. A kiedy już tak patrzy na coś z wielkim skupieniem, kiedy tak w coś wbija zafascynowany wzrok, unosi do góry prawą brew. Tylko tę jedną, wygiętą w mały, śmieszny łuk. Nawet gdybym chciała, to nie potrafię tego powtórzyć, tak jedną wykrzywić i podnieść, a drugą zostawić prosto. Wiem, co mówię, próbowałam i nic z tego. 
Śmieszy mnie ten gest u Blanki, a jednocześnie - budzi we mnie głęboki, nieopisany smutek...
Mój tata tak robił. 
Widzę go w niej. 
Tak mi żal, że się pośpieszył o te kilka lat, że jej nie zdążył zobaczyć...

czwartek, 16 czerwca 2011

CWANY GAPA


Piesek Travisek to taki cwany gapa. Niby pierdoła, niby nie wie, co się do niego mówi, niby nie rozumie, ale jak przyjdzie co do czego, to potrafi sobie doskonale poradzić. Kiedy wychodzimy na spacer, zbiega schodami i ogląda się na nas, żebyśmy mu otworzyli drzwi i wypuścili go  na zewnątrz. Ale kiedy wracamy, ani myśli wbiegać tą samą drogą na górę - kto by się tam przemęczał. Staje pod windą i czeka na uchylenie drzwi, żeby mógł zapakować swój biały tyłek i wjechać na górę. 
Wczoraj byliśmy tak zajęci rozkrzyczanym ssakiem, że przeoczyliśmy pieska stojącego pod drzwiami łazienki i oglądającego się na nas. Psie pragnienie nie miało siły przebicia w zetknięciu z dziecięcym głodem, więc po jakimś kwadransie zniecierpliwiony pies postanowił o sobie przypomnieć - drap, drap - zaszurała wielka łapa po drzwiach. Załapałam, o co biega, z młodą na ręku wstałam, otworzyłam, wpuściłam sierściucha. Po chwili biała morda pojawiła się ponownie w drzwiach, pies stanął w nich, merdając ogonem. Tym razem zorientowałam się bez ponagleń - nie ma wody w misce, rozumiem, trzeba nalać.
Travis potrafi doskonale się z nami skomunikować, o ile oczywiście chce lub jest mu to do czegoś potrzebne. 
Od jakiegoś czasu, kiedy spacerujemy późnym wieczorem, po mało uczęszczanych ulicach, puszczamy psa luzem. Idzie sobie zwykle dwa kroki za lub przed nami, nie ucieka, zatrzymuje się karnie przed przejściami dla pieszych, żebyśmy mogli przejść razem; wie, że samemu mu nie wolno. Czasem zdarza się, że zostaje kilka metrów z tyłu, kiedy znajduje coś szczególnie ciekawego do obwąchania. Przyzwyczailiśmy się już do tego i szczerze mówiąc nie zwracamy na to szczególnej uwagi, czasem któreś z nas się obejrzy i zawoła kundla, który szybko nas dogania. Ale pewnego razu, kiedy szliśmy na pocztę, Travis został dobrych dwadzieścia metrów z tyłu. Odwróciłam się, pies stał przy ogrodzeniu jakiejś posesji i patrzył za nami. Gwizdnęłam na niego i poszliśmy dalej, ale nie uszliśmy daleko, po chwili usłyszałam głośne "Wow, wow!" i skomlenie. Zdziwiłam się - pies stał tam, gdzie stał i ... szczekał. Kiedy wróciłam po niego, sprawa się wyjaśniła - jakimś cudem zaczepił szelkami o wystający z ogrodzenia pręt i po prostu nie mógł iść dalej, bo nie potrafił się uwolnić. Trzeba było więc wezwać Panią i PANA na pomoc, żeby przypadkiem nie zostawili pieseczka i nie  poszli sobie...
Zawsze mnie to rozkłada na łopatki ten psi lęk, żebyśmy przypadkiem gdzieś go nie zgubili. Narodził się w Białasie, kiedy po raz pierwszy wyjechaliśmy na dłuższy urlop. Psiak został na dwa tygodnie u rodziców; od tamtej pory, kiedy jedziemy do teściów, nie odstępuje nas na krok. Wystarczy uchylić drzwi do auta, a pies już w nim siedzi, już się pakuje, żebyśmy przypadkiem o nim znowu nie zapomnieli. Kiedy wchodzi z nami na spacer, szlaja się, biega do innych psów, zdaje się nas w ogóle nie zauważać. Ale wystarczy, że dosłownie na moment straci nas z oczu; czasem specjalnie mu się chowamy - natychmiast wraca i zaczyna nasz szukać. Zostawiony na chwilę sam pod blokiem, a zdarza się, kiedy musimy na moment wrócić do mieszkania, siada na środku trawnika lub przy naszym aucie i po prostu czeka, wystarczy powiedzieć mu "zostań". Natychmiast traci zainteresowanie innymi sierściuchami, nie odejdzie nawet na krok, a kiedy zbyt długo nas nie ma, przenosi się pod klatką i pilnie obserwuje chodzące do niej i wychodzące z niej osoby, czekając aż się "odnajdziemy". 
Takie to mądre psisko :-) Choć niezbyt lojalne w stosunku do swojego Pańciunia - ostatnio, kiedy przechodziłam z nim koło monopolowego, w którym Mężyk zwykle kupuje sobie piwo, pies niewiele myśląc i nie czekając na mnie skręcił, pokonał kilka schodków i już był w środku, już merdał ogonem do sprzedawczyń...

sobota, 11 czerwca 2011

KIEPSKIE DNI, DNI DOBRE I ... PIZZA TRADYCYJNA


Zdarzają się czasem dni - porażki. Wczoraj Młoda uśpiona o 22.00 już po dwunastej ogłosiła alarm, żądając dostawy cyckiego. Zwlokłam się z łóżka, dałam, utuliłam, przewinęłam, odłożyłam do łóżeczka i ... usłyszałam charakterystyczny odgłos "wyjeżdżającej armaty", jak mawia mój mąż. Mówiąc wprost - Młoda zrobiła sobie w brzuchu miejsce na świeżo przyjęte mleko. Zabawę z przewijaniem trzeba było zacząć od nowa, a kiedy byłam już w trakcie, odkryłam, że armata była solidnego kalibru i co najgorsze, towarzyszyła jej armatka wodna. Pajac mokry, do zmiany. Tego już Blanka nie była w stanie znieść w spokoju i w półśnie. Zaczęła głośno protestować, wybudziła się tak, że godzinę zajęło mi jej uśpienie
. Kiedy już łagodnie i spokojnie zapadała w objęcia Morfeusza... dostała czkawki. I hooj bombki strzelił, że się tak brzydko wyrażę. Udało mi się ją uśpić gdzieś w okolicach trzeciej, pięćdziesiąt minut później usłyszałam charakterystyczne pochrząkiwanie, które jest znakiem, że mój mały prosiaczek zgłodniał. Usnęła o 4.30. Godzinę później, kiedy za Mężykiem idącym na pierwszą zmianę zdążyły się zamknąć drzwi, włączyła się Mała Syrenka i ogłosiła rozpoczęcie nowego, pięknego dnia. W ciągu którego nie udało się jej zapaść w drzemkę dłuższą niż piętnaście minut, nawet na spacerze dzielnie czuwała przez ponad godzinę, zamiast słodko zasnąć. Przy każdym karmieniu wiła się jak piskorz, szarpała przy cycu, złościła, wypluwała i łapała, a mi siwiały kolejne włosy, te których jeszcze sobie nie wyrwałam. Bo w takich sytuacjach nie mam pojęcia co robić, nie wiem kompletnie, o co jej chodzi i mam męczące wrażenie, że ja się do tego całego matkowania średnio nadaję. Nie rozumiem, czy robi tak, bo jest głodna, czy dlatego, że jej mleko leci za szybko, czy za wolno, czy denerwuje się, bo jest przejedzona, a cyca szkoda puścić, więc łykać trzeba, bo leci, a przecież by się pospało... 
Ręce i nogi mi opadają i wszystko inne, kiedy tafia się taka doba. Wieczorem zwykle czas na apogeum, Blanka wydaje z siebie takie dźwięki, przy których biblijne trąby Jerycha to jarmarczne piszczałki, dziwne, że ściany naszego mieszkanie nie runęły jeszcze od tego ryku, choć pierwsze pęknięcia już widać. Kąpiel uspokaja ją na chwilę, a potem zaczyna się bisowanie. Kiedy w końcu zasnęła wczoraj tak po dwudziestej drugiej, umęczona płaczem i całym tym dniem, miałam ochotę usiąść i kontynuować jej działalność - słowem - po prostu się rozbeczeć. Ale rozsądek kazał mi iść spać, zasnąć niestety nie bardzo mogłam, bo myśl, że dziś być może czeka mnie powtórka z rozrywki była nie od odpędzenia. 
A tu niespodzianka. Blanka łaskawie wstała przed drugą, zjadła spokojnie i bez wygibasów, trochę potrwało, zanim zasnęła, ale czym jest nędzne pół godziny w porównaniu do wczorajszych trzech masakryczne długich godzin??? Coś tam sobie chrząkała w okolicach czwartej, ale Mężyk wstał, zakorkował dziecko smoczkiem i o dziwo - pospała do szóstej. I tak oto za nami pierwsza noc tylko z jedną pobudką. Jakiś bonus za wczorajszy armagedon, czy co? Jak by było mało, zamarudziła trochę i znów zasnęła, dojadła o dziewiątej, wtuliła się we mój brzuch i spokojnie trolliła do jedenastej. Po dwóch godzinach aktywności ponownie przysnęła i nadal śpi...
Aż się zastanawiam, czy to normalne? Czuję się dziś jakbym nie miała dziecka, posprzątałam, poprasowałam, zrobiłam sobie z nudów paznokcie, obejrzałam film, poczytałam... Ostatnio, kiedy nasz mały ssaczek miał taki dobry dzień, udało mi się nawet zrobić Mężykowi pizzę. Przygotowałam ciasto, wszystkie składniki, on miał tylko je rozsypać, wstawić całość do piekarnika i wyjąć po kwadransie. Nauczona doświadczeniem - kilka sztuk panzerpizzy już udało mi się już przygotować - pilnowałam czasu pieczenia z zegarkiem w ręku. Tuż przed siódmą pogoniłam lubego, ostrzegając go średnio uprzejmie
"Wyjmij już tą pizzę, bo znów będzie beton od spodu"
I co usłyszałam w podzięce za moje starania, żeby nie głodował?
" Będzie pizza tradycyjna :-)"

poniedziałek, 6 czerwca 2011

PIERWSZY MIESIĄC Z ŻYCIA CYCOCHOLICZKI

Jaki jest miesięczny Blanciak?
Podobny do taty, bardzo podobny, po mamie ma paluszki u rąk - długie i smukłe oraz... charakterek. Ma swoje humory, nastrój objawia się zwykle zaraz po przebudzeniu, albo słodką minką, albo rozpaczliwym bekiem. Niestety. Mała bowiem jest nerwowa, szybko się niecierpliwi i wpada w złość. To taki typ wrażliwca, oto kilka zachowań z jej repertuaru: 
Chłodny wacik z namoczony w rumianku do przetarcia buzi - łeeeee, za zimny! Mama podniosła za szybko z przewijaka - łeeeee, wystraszyłam się! Tata zaplątał na kilka sekund rączkę w rękawie pajaca ubierając po kąpieli - łeeeee, nie rób mi tak! Body zakładane przez głowę - łeeeee, niefajne jest, nie lubię takich! Mama się ociąga z podstawieniem mleczarni - łeeeee, głodna jestem, ile można czekać? Włożyli mnie do łóżeczka - łeeeee, tu jest okropnie, wyjmijcie mnie stąd! Obudziłam się i łeeeee... w sumie bez powodu, sam weltschmerz mi dokucza, jak to tak, budzić się rano... O tysiącach innych powodów do płaczu, których nie potrafię rozpoznać i wyeliminować nie będę nawet pisać...
Miesięczny Blanciak waży około pięciu kilogramów, ma bujną czuprynę i zazwyczaj szeroko otwarte ślepia, które uważnie obserwują otaczający go świat. Przygląda się, ooooo, jak ona się przygląda! Potrafi skupić na dobrych kilka minut uwagę na twarzy taty, wodzi oczami za zabawkami wirującymi na karuzelce, zabawiana grzechotką milknie i obserwuje ją przez chwilę. Podczas kąpieli w wiadrze podnosi łepek i przygląda się osobie, która ją myje. Bo Blanka bardzo lubi się kąpać, macha w wodzie łapami, nogami, pomrukuje z zadowolenia - oczywiście pod warunkiem, że wszystko odbywa się w ciasnym i przytulnym wiaderku. Lubi spacery - zwykle je przesypia lub drzemie, czuwając, aby ruch ciągły był zachowany; wózek musi huśtać, bujać i trząść się na wertepach, im gorsza droga, tym bardziej jej się podoba. Wystarczy, że przystanę na moment, a już uchyla się powieka i czuje oko sprawdza, dlaczego nie jedziemy. Kontrol musi być :-) Choć zdarzają się też spacery z włączoną syreną, niestety. 
Blanciak lubi noszenie na rękach, aż za bardzo - tu dziękujemy oficjalnie tacie za wyćwiczenie w córce tej preferencji; trochę też przyczyniły się do tego kolki, z którymi ciągle walczymy, choć wydają się być już nieco opanowane właśnie dzięki dzwiganiu Blanciaka z ręką pod brzuchem lub na ramieniu, kropelkom i mojej ostrej diecie eliminacyjnej. Dzięki której chudnę w oczach i błyskawicznie odzyskuję figurę sprzed ciąży, a Małej schodzi z buzi wysypka. Niestety bowiem, Blanka ma prawdopodobnie skazę białkową, co mi zredukowało menu niemal do minimum. Był taki czas, że żyjąc niemal o chlebie i wodzie zastanawiałam się nad odstawieniem chleba, bojąc się się, że powoduje u niej alergię i kolki... 
Miesięczny Blanciak ładnie podnosi łepek, ale pod warunkiem, że w zasięgu wzroku znajduje się coś interesującego. Na przykład noszona na ramieniu wcale nie zamierza na nim luźno  zwisać, tylko zadziera głowę i pilnie obserwuje wszystko dookoła. Położona na brzuchu na płaskiej powierzchni i zostawiona sama sobie ani myśli tego robić, złości się , wije jak piskorz, pokrzykuje jakby mi wygrażała i stanowczo żąda zmiany pozycji na inną. Nie lubi też noszenie na rękach w tak zwanej kołysce z ramion - no bo co to za atrakcja leżeć z kolei na plecach i oglądać sufit... 
Blanka powoli zaczyna się uśmiechać - głównie do swojego taty lub... do mojego cycka. Naprawdę - wzięta na ręce i przygotowana do karmienia szeroko otwiera buzię, próbuje ssać bluzkę, a najedzona obdarza moją pierś szerokim, promiennym uśmiechem. Cóż, to się chyba nazywa przedmiotowe traktowanie matki :-) Bo Blanka lubi, nie, ona uwielbia cycolić. W związku z powyższym niedługo będę miała cycyki do pasa, albo i do kolan, jak te ciemnoskóre kobiety z filmów National Geografic. Odklejenie bowiem małej pijawki od piersi wcale proste nie jest, mój ssaczek się wycwanił i bardzo szybko załapał, że jak kończy jeść i zasypia, to mu konfiskują ukochanego cycola, a co najgorsze! O zgrozo! Odkładają go do łóżeczka !!!  (Blanciaka oczywiście, nie cycka, choć powoli zaczynam marzyć o takich na rzepy, które można byłoby wsadzić do wyrka razem z nią). Tak więc najedzony Blanciak, który nie ma ochoty odrywać się od piersi, od jakiegoś czasu po prostu... symuluje ssanie. Śpi, ale dla zachowania pozorów, co jakiś czas dwa, trzy razy sobie ćmiknie, żeby nie było, że nie je. Ale niska częstotliwość pociągnięć i brak charakterystycznego dźwięku łykania szybko uświadomiły matce, że trzyma przy piersi małą oszustkę :-) Tak więc budzę, budzę, a jak już dobudzić nie mogę, to cyca odbieram, dostając co jakiś czas ataku śmiechu, kiedy mały ssak z pustą już buzią nadal udaje, że wcale nie śpi, tylko je, cały czas je - usteczka i język chodzą, choć nie mają już co dydolić. Po cichutku wstaję i odkładam Małą do łóżeczka... to znaczy - odkładałam, bo Blanka skumała bardzo szybko, że zaśnięcie jest równoznaczne z utratą cycka, więc zwykle po kilku minutach leżenia w rożku orientuje się, co jest grane, nie daje się oszukać żadnymi silikonowymi substytutami, wybudza się i wszczyna rozpaczliwy alarm, skarżąc się głośno i lamentując, jakby mówiła: "Ukradli, zabrali, człowiek sobie przyśnie na chwilę i zaraz mu cycka zabierają, oddawajcie..... łaaaaa". Zwykle zwracam podstępnie zarekwirowane mienie, choć należy do mnie i rozpoczyna się od nowa wojna podjazdowa... Blanciak cały czas doskonali strategię - teraz podczas cycolenia połączonego z podsypianiem co kilka minut kontrolnie otwiera jedno oko i dokonuje wizji lokalnej, sprawdzając, gdzie jest. Jeśli w wyniku oględzin stwierdza, że jest nadal w ramionach mamy, kontynuuje i drzemkę, i symulację. Jeśli odkrywa, że w okolicznościach, które przegapiła, doszło do tajemniczej teleportacji do łóżeczka, wszczyna alarm. 
Generalnie łóżeczko i leżenie w nim bardzo się Blance nie podoba, jakiś trefny model kupiliśmy, czy co? Mała mało śpi w dzień, ma problem z tym, żeby się wyciszyć, łapie krótkie drzemki, w dłuższy, głębszy sen jest ją w stanie wpędzić jedynie... dźwięk włączonej suszarki, która, nota bene, musi cały czas szumieć podczas dziecięcego snu. Bo wystarczy  pstryknąć i ją wyłączyć, a błękitne ślepka natychmiast się otwierają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A jeśli już zaśnie w innych okolicznościach przyrody, to najchętniej na moich kolanach lub u taty na klacie, gdzie z lubością rwie z torsu ojca wszystko, co się nawinie pod małe paluszki. Nie wrodziła się we mnie, bo ja bym mogła z łóżka nie wychodzić, zwłaszcza ostatnio, niedługo zacznę podsypiać na stojąco. Mężyk te z doszedł do podobnego wniosku - wyjmując po raz kolejny wrzeszczącą córcię z wyrka, powiedział:
"Blanka po prostu nie jest takim trollem jak mama i dobrze, bo gdyby mi się dwie takie niedźwiedzice trafiły, to chyba bym je musiał z gawry dymiącym polanem wykurzać"...

Czasem jednak Blanka zaśnie w dzień, dzięki czemu jestem w stanie coś zjeść, wykąpać się i jak widać - nawet napisać :-)

czwartek, 2 czerwca 2011

TRAVISOWE I MĘŻYKOWE PRZYPADKI

Mimo nieobecności Mężyka jakoś ogarniam - Młodą, psa, spacery, kąpiele i siebie, bo niekoniecznie jeszcze sprzątanie i gotowanie, na to może przyjdzie pora. Chociaż wczoraj musiałam trochę wyczyścić chałupę po pieskowym popisie. Zabrałam kundla na spacer, chociaż ział tak, że po języku prawie sobie deptał, ale chciał iść - to wzięłam. Krążyłam po skwerku, a Travis spacerował stacjonarnie - polegiwał w cieniu - a to pod drzewem, a to na betonowym chodniku w cieniu budynku. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wybrać się w okolicę parkingu, który powstał w miejscu wyburzonej kamienicy - żeby się nie kurzyło z ubitej ziemi, stróż polewa go kilka razy dziennie wodą.
No i co? 
Trzeba być psem Travisem, żeby w tę suszę i upał znaleźć jedyną błotnistą kałużę w promieniu pięciu kilometrów. Pies biegał i nagle mi się gdzieś zawieruszył między autami na wspomnianym parkingu; kiedy znów go namierzyłam, brodził jak bocian we wspomnianej brei o konsystencji i kolorze rozpuszczonej czekolady. Zanim zdążyłam zareagować, uwalił się w jej środku, bardzo z siebie zadowolony, że w końcu udało mu się ochłodzić. I nic sobie nie robił z tego, że ludzie się zatrzymują, śmieją się z niego i pokazuję go palcami, a ja uprzejmie proszę go o opuszczenie tego bajora. W końcu wylazł, biszkoptowo - czekoladowy, uwalany do połowy grzbietu i bardzo z siebie zadowolony.
Świnia błotna nie pies, której na dodatek po powrocie do domu przypomniało się, że jest eleganckim labradorem. Piesek postanowił doprowadzić się do porządku. Po nieudanych próbach wytarcia się w kocyki na swoim legowisku stwierdził, że należy poszukać czegoś większego i wygodniejszego - niewiele myśląc, wskoczył na nasze łóżko i wytarzał się w pościeli... No i jak go nie kochać??? (to oczywiście było pytanie retoryczne, które zadałam sobie, bluźniąc przez zęby, zmieniając jedną ręką poszewki na świeże, drugą wtykając Blance do buzi wypadający smoczek, a trzecią odganiając od łóżka psa, który miał wyraźną ochotę się... chmmm... doczyścić). Ma ciekawe pomysły, oj ma.. .jak to Travis.  
Dzień wcześniej przez cały wieczór ganiał po mieszkaniu wielką, brzęczącą muchę - latał, kłapał zębami, a jak już się zatrzymał, to tylko łeb mu chodził na wszystkie strony, tak ją śledził wzrokiem, tak namierzał. Zgasiłam w końcu światło, mucha usiadła i usnęła, pies też. Ale kiedy o trzeciej zapaliłam lampkę, żeby nakarmić głodnego ssaka, muszysko poderwało się do lotu. A Mężyk z łóżka i...ku mojemu rozbawieniu przejął pałeczkę po psie. Przez godzinę ganiał ja po mieszkaniu, na szczęście o wiele skuteczniej niż Białas i w końcu mucha zakończyła brzękolenie razem ze swoim żywotem. Nie wiem, po co my hodujemy tego naszego pająka... Ktoś wie, gdzie można go zareklamować?
Trzymamy takiego jednego w chałupie, ale kompletnie się nie sprawdza, zrobił sobie pajęczynkę w pokoju gdzieś rok temu; chciałam go eksmitować, ale Mężyk stwierdził, że nie można, bo pająki pieniądze przynoszą i został ułaskawiony. I ochrzczony - niedawno :-) Ma na imię Ćwiekonara i się obija, przynajmniej jeśli chodzi o łapanie much, jakiś trefny egzemplarz nam się trafił. A muszydeł sporo, nocują w kwiatkach na balkonie. Napatrzeć się na nie nie mogę, na rośliny oczywiście - Mężyk sam je kupił, posadził i cierpliwie podlewa. I mu rosną jak szalone. Ja się na nie obraziłam, podziwiam z daleka i palcem nie tykam, głównie w związku z faktem, że moje zeszłoroczne przez całe lato nie urosły nawet trochę, ich pobyt w naszych skrzynkach można określić jako długotrwałą agonię... A moje wysiłki jako bezskuteczną reanimację....
Bezskuteczne było też wczorajsze psie czekanie. Mieliśmy taki nasz mały rytuał - zawsze, kiedy Mężyk wracał z pracy po drugiej zmianie, wychodziłam po niego z psem na skwerek. Travis doskonale wiedział, że to ta pora i o dwudziestej drugiej z minutami stanął wyczekująco w drzwiach sypialni, merdając ogonem. Spędził tam dobry kwadrans, kompletnie nie rozumiejąc dlaczego nie wstaję, nie ubieram się i dlaczego nie idziemy po Pańciunia. Nie rozumiał, co się zmieniło, że nie mogę zostawić Malutkiej samej - w końcu się poddał i poszedł z opuszczoną kitą pod okno, żeby tam wyglądać przyjazdu swojego ulubieńca. Aż mi się trochę smutno zrobiło i głupio. 
No cóż, nie tylko nasze życie się pozmieniało, psie też, tylko trochę trudno to wytłumaczyć labradorowi...

środa, 1 czerwca 2011

DYLEMAT


Kupiliśmy inny rodzaj pieluch, nie to, że specjalnie, po prostu były w promocji :-) Ale po wyjęciu pierwszej i dokładnym obejrzeniu pojawił się dylemat: gdzie przód, gdzie tył? Z pampersami było prosto, jeszcze w szkole rodzenia nam mówili, żeby część z obrazkiem zawsze umieszczać na brzuszku i będzie ok. A na tych... chmmmm... z jednej strony miś, z drugiej strony drzewko i ptaszek; i bądź tu człowieku mądry. Podeliberowałam chwilę na pieluchą, w końcu pokazałam Mężykowi i poprosiłam o konsultacje. Obejrzał, pomyślał chwilę, pomyślał... i znalazł odpowiedź, która zawsze mi się przypomina, kiedy odkrywam kolejne "wyroby" Młodej podczas przewijania:

"Kochanie, sra się pod drzewkiem! :-)"