sobota, 21 maja 2011

CODZIENNOŚĆ


Codzienność jest... dobra. Czasem trudniejsza, czasem łatwiejsza. Zaraz po wyjściu ze szpitala bardzo chciałam, żeby Blanka była już większa, bardziej kontaktowa... a dziś ma  ponad dwa tygodnie i już mi żal, tych chwil pierwszych, niepowtarzalnych i jedynych. Za nami pierwsza burza, pierwsze spotkanie z babcią, które Gwiazda przespała, pierwszy spacer i kolejne, które odbywa niezmiennie w tym samym stanie - słodko drzemiąc. Tylko ciągłość ruchu i kołysania musi być zachowana bo inaczej niebieskie ślipie zaraz się otwiera i łypie spod powieki, jakby właścicielka sprawdzała, co jest grane i dlaczego nie jedziemy ?

Za nami i pewnie przed nami pierwsze ataki kolki, niestety, co w połączeniu z chorobą Travisa dało na nieźle popalić. Patyk, który głupi kundel zeżarł, okazał się dość ciężkostrawny. Wieczorem mieliśmy popłakujące dziecko, w nocy rzygającego po całym domu psa. Bardzo eleganckiego i dobrze wychowanego psa, który tak wstydził się swojej słabości, że puszczał pawie tylko i wyłącznie po uprzednim schowaniu się w dyskretnym miejscu - a to za zasłonką, a to w kącie przy lodówce... I tak trzy doby z rzędu. Doprowadziło mnie to razem z bekiem Młodej do małego kryzysu, tak więc kiedy Mężyk wrócił z zakupów, to zastał w domu dwie płaczące kobiety i jakoś je musiał ogarnąć. Blankę wsadził do wiadra i rozpacz przeszła - kąpiele w Tummy Tub malutką idealnie wyciszają i uspokajają, naprawdę jej się podoba. Ja ogarnęłam się jakoś sama. 

Czasem przeraża mnie jeszcze jak wielu rzeczy nie wiem, ale jednocześnie cieszy fakt, że codzienne uczę się czegoś nowego, wiem o swojej córce więcej. Ciągle kłócimy się z mężem, jak ją ubierać, ja jej zakładam czapeczkę, on zdejmuje, ja naciągam skarpetki, żeby po chwili odkryć, że już Młoda radośnie macha gołymi stopami. Wczoraj, kiedy po raz kolejny zasugerowałam, że trzeba ją cieplej ubierać, usłyszałam w odpowiedzi:

- "Ej, to może na noc zdejmę też kwiatki z balkonu, żeby nie zmarzły?"

Obraziłam się, bo to była jawna kpina, ale kiedy Mężyk dorzucił:

"Ty, a może Travis wcale się nie pochorował, może ona tak charczy, bo się przeziębił???"

... zaczęłam się po prostu śmiać. Niezmiennie skłania mnie też do tego poważnie brzmiący ton głosu Lubego, który groźnie upomina swoją córę:

"Blanciak, auuuu, nie ciągnij mnie za włosy na klacie, nie wolno!!!"

A potem wyjmuję spomiędzy małych paluszków to, co udało się Młodej wyrwać :-) Nie ma to jak kobieca solidarność, jakaś zemsta musi być, bo kiedy ja z kolei syczałam z bólu, gdy na początku zniecierpliwiona i nieco rozpłakana Młoda przypinała mi się do piersi jak mała pijawka, Mężyk patrzył tylko na to z uśmieszkiem i stwierdzał:

"Kara za zwłokę musi być"

Codzienność jest dobra, to nasze tu i teraz, czasem łatwiejsze, czasem trudniejsze, ale niezmiennie - dobre. Niby zatrzymana, złapane w słowo, tu na blogu, a jednak ciągle uciekająca, gnająca do przodu. Nasza córka ma już dwa tygodnie. Ja doszłam już właściwie do siebie. Travis wyzdrowiał.
Jest fajne.

PS. Właśnie, tak a'propos, wczoraj niemal padłam ze śmiechu, kiedy usłyszałam, jak Mężyk, usiłując po raz kolejny wcisnąć czopek w tyłek Białasowi, mówi do psa:

"Travis, do cholery, to nie jest gra w ping - ponga"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz