czwartek, 19 maja 2011

BEAR BRYLLS


Miał rację mój lekarz mówiąc, że dzieci powyżej czterech kilogramów rodzi się bardzo ciężko. Nigdy nie podejrzewałam nawet, że będzie aż tak ciężko. Moja koleżanka, która urodziła trzykilogramowego synka kilka dni wcześniej uwinęła się w trzy godziny, jakoś się tym zasugerowałam, mój mąż też po fakcie stwierdził, że nie spodziewał się, że to będzie takie "rodeo". A ja nigdy wcześniej chyba nie zrobiłam czegoś, co wymagało ode mnie tyle wysiłku, a jednocześnie było tak ... wspaniałe. Nigdy nie zrobiłam jeszcze czegoś tak trudnego, ale i wielkiego i pięknego. W końcówce porodu okazało się jeszcze, że Mała przyszła na świat rozpychając się łokciami, a konkretne - jednym łokciem. Mimo wszystkich niedogodności, pediatra określił jej stan jako rewelacyjny, zabrali ją tylko na chwilę, kiedy przenosili mnie na normalne łóżko i po momencie już była przy mnie z powrotem, klinika nie praktykuje na szczęście ani kąpania dzieci tuż po porodzie, ani zabierania ich od matki - tak więc od początku, zaraz po "cerowaniu", mieliśmy czas tylko dla siebie. Mała powędrowała do mojej piersi, a do mnie powoli docierało, że zostaliśmy rodzicami. W okolicach szóstej poinformowaliśmy świeżo upieczonych dziadków o tym donośnym zdarzeniu. Ja odpoczywałam, było mi słabo ze zmęczenia, dopiero po południu, z pomocą Mężyka wstałam, poszłam i wzięłam prysznic. Potem już było tylko lepiej, opieka rewelacyjna, położne przychodzące na każde życzenie, doradca laktacyjny pomagający przystawiać dziecko do piersi - dzięki tej cudownej kobiecie dziś karmię tylko piersią, mimo tego, że Mała była dokarmiana w klinice sztucznym mlekiem. Bardzo  płakała, praktycznie przez pół dna i jak się szybko okazało, nasz duży ssak, był po prostu głodny; do dziś lubi sobie zjeść :-) Położna powiedziała sam, że poród był bardzo ciężki, że względu na wagę dziecka, wspomniała też, że porównać to można tylko z udziałem w maratonie. Powiedziałam o tym Lubemu, oczywiście natychmiast zapytał mnie, czy wolałabym się przebiec :-)
Gdyby efekt miał być taki sam, to kto wie... :-)
Zresztą poczucie humoru mojego męża jak zwykle objawiało się w najmniej spodziewanych momentach, zwykle na szczycie skurczu. Kiedy płakałam z bólu przy przenoszeniu na fotel porodowy, nagle usłyszałam jak mój ukochany mówi:
"O, zobacz kochanie, tu masz takie rączki jak u Z(et)L(a), złap się i dawaj gazu!"

A kiedy po porodzie wycierał mi twarz i piersi mokrym wacikiem, ni z tego ni z owego oznajmił:

"Wyglądasz jak Bear Grylls, kiedy zjadł wątrobę jaka na Syberii" :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz