wtorek, 31 maja 2011

STRAŻAK SAM I MAŁA SYRENKA


Wczoraj Mężyk po długiej przerwie wrócił do pracy i zostałyśmy same. Towarzystwa dotrzymywał nam przez cały dzień tylko ziejący pies Travis. Tak czułam, że Mała da popis umiejętności wokalnych, jak tylko za lubym zamkną się drzwi. Myliłam się - profilaktycznie zaczęła już od rana. I tak mi popłakiwała ta moja Mała Syrenka przez dzień cały, z przerwą na popołudniowy spacer. Przy czym podczas wieczornego ataku kolki płacz przekształcił się w rozpaczliwe łkanie. I tak do dwudziestej pierwszej. Żeby nie było, że jest tak miło i jak w bajce... 
Wykrakał Mężyk, mówiąc, że będę jak Strażak Sam jeździć sobie dookoła skwerku na włączonej syrenie... Tylko ta załączyła się na dobre z lekkim poślizgiem - już po powrocie do bazy...

Tak to czasem bywa z Małymi Syrenkami :-(

sobota, 28 maja 2011

ODKRYCIE


Młodą przewijamy z Mężykiem na zmianę, raz on, raz ja, zależy kto akurat ma bliżej do Małej. Tak jakoś ostatnio się złożyło, że wypadła moja kolej; już podczas rozpinania bodziaka widziałam, co mnie czeka. Tak zwana kupa po pachy. Rozejrzałam się po mieszkaniu, zastanawiając się na szybko, czy nie dałoby się tatusia wrobić w czyszczenie ssaka, ale  Luby błyskawicznie wyczuł moje intencje. Rzucił tylko okiem z bezpiecznej odległości na żółtopomarańczową zawartość rozpiętego pampersa, uśmiechnął się zgryźliwie i oświadczył:

"Kochanie, złoże należy do odkrywcy"

czwartek, 26 maja 2011

ŚWIĘTO


Moje pierwsze święto. Dzień Mamy. Pierwszy ze spełnionym marzeniem. Z Blanciakiem.

Tak sobie myślę, że nie żal mi niczego. Ani książek, których nie przeczytam z braku czasu. Ani kina, do którego chwilowo raczej się nie wybierzemy. Ani wakacji, które zwykle co roku spędzaliśmy w jakimś fajnym miejscu. Ani pracy, ani tysiąca innych rzeczy. Mam Blanciaka, Mężyka, psa Travisa - rodzinę i dom. To tak bardzo, bardzo dużo. Jednego mi tylko żal - tej naszej małej żabki, kiedy tak płacze przez te cholerne kolki, że aż się zanosi. Robimy wszystko, żeby jej pomóc, ale czasem nic nie przynosi ulgi, alni kropelki, ani noszenie, ani masowanie brzuszka, ani nagrzewanie. Można tylko przytulić bidulkę. Tylko jej mi szkoda. A reszta - kompletnie straciła znaczenie.

Faktycznie, kiedy na świat przychodzi dziecko, całe życie się zmienia. Maluch staje się jego centrum, orbitą, wokół której zaczyna kręcić się wszystko: karmienie, przewijanie, kąpane, usypianie, spacery... Ale jednocześnie zmienia się też perspektywa patrzenia na świat. Kiedy Blanka położona na kolanach wpatruje się we mnie tymi błękitnymi oczami, wiem, że to jest to, czego chciałam, czego pragnęłam, o czym marzyłam... A reszta?

Cóż, jak to ostatnio powiedziała mi moja przyjaciółka - więzienie, które sami sobie wybieramy, przestaje być więzieniem :-)

środa, 25 maja 2011

KWESTIA MIEJSCA


Blanciak położony na brzuszku na przewijaku próbuje dźwigać głowę do góry. Ciężko jej idzie, łepek chwieje się na wszystkie strony, właścicielka złości się, mruczy i sapie, ale udaje jej się oderwać kilka razy główkę od podłoża i unieść na krótką chwilę. Chwalę ją i motywuję, namawiam ją, żeby jeszcze raz spróbowała; Mężyk z łóżka obserwuje nasze wysiłki i mój zachwyt postępami Blanciaka puentuje krótko:

"Niuniu, co się dziwisz, że unosi głowę, położyłaś ją przecież w miejscu, gdzie przed chwilą miała dupę!"

sobota, 21 maja 2011

CODZIENNOŚĆ


Codzienność jest... dobra. Czasem trudniejsza, czasem łatwiejsza. Zaraz po wyjściu ze szpitala bardzo chciałam, żeby Blanka była już większa, bardziej kontaktowa... a dziś ma  ponad dwa tygodnie i już mi żal, tych chwil pierwszych, niepowtarzalnych i jedynych. Za nami pierwsza burza, pierwsze spotkanie z babcią, które Gwiazda przespała, pierwszy spacer i kolejne, które odbywa niezmiennie w tym samym stanie - słodko drzemiąc. Tylko ciągłość ruchu i kołysania musi być zachowana bo inaczej niebieskie ślipie zaraz się otwiera i łypie spod powieki, jakby właścicielka sprawdzała, co jest grane i dlaczego nie jedziemy ?

Za nami i pewnie przed nami pierwsze ataki kolki, niestety, co w połączeniu z chorobą Travisa dało na nieźle popalić. Patyk, który głupi kundel zeżarł, okazał się dość ciężkostrawny. Wieczorem mieliśmy popłakujące dziecko, w nocy rzygającego po całym domu psa. Bardzo eleganckiego i dobrze wychowanego psa, który tak wstydził się swojej słabości, że puszczał pawie tylko i wyłącznie po uprzednim schowaniu się w dyskretnym miejscu - a to za zasłonką, a to w kącie przy lodówce... I tak trzy doby z rzędu. Doprowadziło mnie to razem z bekiem Młodej do małego kryzysu, tak więc kiedy Mężyk wrócił z zakupów, to zastał w domu dwie płaczące kobiety i jakoś je musiał ogarnąć. Blankę wsadził do wiadra i rozpacz przeszła - kąpiele w Tummy Tub malutką idealnie wyciszają i uspokajają, naprawdę jej się podoba. Ja ogarnęłam się jakoś sama. 

Czasem przeraża mnie jeszcze jak wielu rzeczy nie wiem, ale jednocześnie cieszy fakt, że codzienne uczę się czegoś nowego, wiem o swojej córce więcej. Ciągle kłócimy się z mężem, jak ją ubierać, ja jej zakładam czapeczkę, on zdejmuje, ja naciągam skarpetki, żeby po chwili odkryć, że już Młoda radośnie macha gołymi stopami. Wczoraj, kiedy po raz kolejny zasugerowałam, że trzeba ją cieplej ubierać, usłyszałam w odpowiedzi:

- "Ej, to może na noc zdejmę też kwiatki z balkonu, żeby nie zmarzły?"

Obraziłam się, bo to była jawna kpina, ale kiedy Mężyk dorzucił:

"Ty, a może Travis wcale się nie pochorował, może ona tak charczy, bo się przeziębił???"

... zaczęłam się po prostu śmiać. Niezmiennie skłania mnie też do tego poważnie brzmiący ton głosu Lubego, który groźnie upomina swoją córę:

"Blanciak, auuuu, nie ciągnij mnie za włosy na klacie, nie wolno!!!"

A potem wyjmuję spomiędzy małych paluszków to, co udało się Młodej wyrwać :-) Nie ma to jak kobieca solidarność, jakaś zemsta musi być, bo kiedy ja z kolei syczałam z bólu, gdy na początku zniecierpliwiona i nieco rozpłakana Młoda przypinała mi się do piersi jak mała pijawka, Mężyk patrzył tylko na to z uśmieszkiem i stwierdzał:

"Kara za zwłokę musi być"

Codzienność jest dobra, to nasze tu i teraz, czasem łatwiejsze, czasem trudniejsze, ale niezmiennie - dobre. Niby zatrzymana, złapane w słowo, tu na blogu, a jednak ciągle uciekająca, gnająca do przodu. Nasza córka ma już dwa tygodnie. Ja doszłam już właściwie do siebie. Travis wyzdrowiał.
Jest fajne.

PS. Właśnie, tak a'propos, wczoraj niemal padłam ze śmiechu, kiedy usłyszałam, jak Mężyk, usiłując po raz kolejny wcisnąć czopek w tyłek Białasowi, mówi do psa:

"Travis, do cholery, to nie jest gra w ping - ponga"

czwartek, 19 maja 2011

BEAR BRYLLS


Miał rację mój lekarz mówiąc, że dzieci powyżej czterech kilogramów rodzi się bardzo ciężko. Nigdy nie podejrzewałam nawet, że będzie aż tak ciężko. Moja koleżanka, która urodziła trzykilogramowego synka kilka dni wcześniej uwinęła się w trzy godziny, jakoś się tym zasugerowałam, mój mąż też po fakcie stwierdził, że nie spodziewał się, że to będzie takie "rodeo". A ja nigdy wcześniej chyba nie zrobiłam czegoś, co wymagało ode mnie tyle wysiłku, a jednocześnie było tak ... wspaniałe. Nigdy nie zrobiłam jeszcze czegoś tak trudnego, ale i wielkiego i pięknego. W końcówce porodu okazało się jeszcze, że Mała przyszła na świat rozpychając się łokciami, a konkretne - jednym łokciem. Mimo wszystkich niedogodności, pediatra określił jej stan jako rewelacyjny, zabrali ją tylko na chwilę, kiedy przenosili mnie na normalne łóżko i po momencie już była przy mnie z powrotem, klinika nie praktykuje na szczęście ani kąpania dzieci tuż po porodzie, ani zabierania ich od matki - tak więc od początku, zaraz po "cerowaniu", mieliśmy czas tylko dla siebie. Mała powędrowała do mojej piersi, a do mnie powoli docierało, że zostaliśmy rodzicami. W okolicach szóstej poinformowaliśmy świeżo upieczonych dziadków o tym donośnym zdarzeniu. Ja odpoczywałam, było mi słabo ze zmęczenia, dopiero po południu, z pomocą Mężyka wstałam, poszłam i wzięłam prysznic. Potem już było tylko lepiej, opieka rewelacyjna, położne przychodzące na każde życzenie, doradca laktacyjny pomagający przystawiać dziecko do piersi - dzięki tej cudownej kobiecie dziś karmię tylko piersią, mimo tego, że Mała była dokarmiana w klinice sztucznym mlekiem. Bardzo  płakała, praktycznie przez pół dna i jak się szybko okazało, nasz duży ssak, był po prostu głodny; do dziś lubi sobie zjeść :-) Położna powiedziała sam, że poród był bardzo ciężki, że względu na wagę dziecka, wspomniała też, że porównać to można tylko z udziałem w maratonie. Powiedziałam o tym Lubemu, oczywiście natychmiast zapytał mnie, czy wolałabym się przebiec :-)
Gdyby efekt miał być taki sam, to kto wie... :-)
Zresztą poczucie humoru mojego męża jak zwykle objawiało się w najmniej spodziewanych momentach, zwykle na szczycie skurczu. Kiedy płakałam z bólu przy przenoszeniu na fotel porodowy, nagle usłyszałam jak mój ukochany mówi:
"O, zobacz kochanie, tu masz takie rączki jak u Z(et)L(a), złap się i dawaj gazu!"

A kiedy po porodzie wycierał mi twarz i piersi mokrym wacikiem, ni z tego ni z owego oznajmił:

"Wyglądasz jak Bear Grylls, kiedy zjadł wątrobę jaka na Syberii" :-)

PARASOLKI



"O jak się rozkładają paluchy, jak się rozkładają, jak druty od parasolki"
- powiedział mój mąż trzymając Blankę na kolanach i przyglądając się, jak macha łapkami. 

I to było piękne :-)

wtorek, 17 maja 2011

RODEO

Faktycznie dzieci same sobie wybierają termin przyjścia na świat. Mimo wszelkich zapowiedzi ciążę przenosiłam blisko tydzień. Czwartego maja poszliśmy na wizytę do ginekologa, ale nadal KTG nie wykazało nawet cienia skurczów. Lekarz decydował się na jedną z nieinwazyjnych metod wywołania porodu - odkleił pęcherz płodowy podczas badania. Wróciliśmy do domu i... nic. W czwartek po południu poszłam więc sobie jeszcze z psiurem na spacer, kupiłam baterie do karuzelki, dwie książki, wróciłam i jak rasowa foka zaległam na kanapie. Nic nie wskazywało na to, że cokolwiek zacznie się dziać, ja też jakoś przestałam w to wierzyć :-) 
Tak sobie teraz myślę, że dobrze, że cała akcja zaczęła się wieczorem, bo gdyby mnie dopadła podczas mojej codziennej aktywności, pewnie zamieniłabym się w fontannę na środku miasta. A tak, leżąc sobie i oglądając CSI, poczułam, że brzuch zaczyna mi się dziwnie napinać, twardnieć. Regularnie. Tak co dziesięć minut. Mężyk wrócił ze spaceru, więc go poinformowałam, że chyba dziś do pracy na noc nie pójdzie. A jeszcze rano czule przemawiał do Małej, żeby się w końcu wybrała na ten świat, bo mu się okropnie nie chce iść tyrać. I tłumaczył, że 5.05 to taka fajna data urodzin, łatwa do zapamiętania.
Posłuchała tatusia, z lekkim opóźnieniem, ale posłuchała. Po godzinie zrobiło mi się dziwnie mokro. Wcześniej bardzo bałam się, że przegapię moment odejścia wód płodowych - ha, ha, ha... i jeszcze nie wierzyłam, jak mi mówili, że tego się nie da przegapić. Więc uroczyście zaświadczam, że tego naprawdę nie da się nie zauważyć... Jak wstałam - chlupnęło na całego. Stałam na środku pokoju z zielonym ręcznikiem między nogami i zaczynało do mnie docierać, że zaczynam ... rodzić. Mężyk w lekkiej panice pakował według sporządzonej wcześniej listy ostatnie rzeczy do walizki, ja dzwoniłam do kliniki. Po rozmowie z położną zapadła decyzja, żeby przyjeżdżać. Zabraliśmy potrzebne rzeczy i psa - tak, Travis pojechał z nami, spędził noc na tylnym siedzeniu auta zaparkowanego pod kliniką; mój mąż stwierdził, że go zabierzemy, bo przynosi szczęście. Zawsze z nami jeździł, po wynik bety, na usg, do szkoły rodzenia, to i tym razem go zabraliśmy. Kiedy wychodziliśmy w chłodną majową noc, spotkaliśmy pod blokiem sąsiada, który zapytawszy, na kiedy mamy termin, trochę się zdziwił, jak usłyszał, że na... teraz. 
W klinice byliśmy ok 22.00, badanie niestety nie wykazało prawie żadnego rozwarcia. Padło jeszcze pytanie, czy zmieniam decyzję i czy chcę CC. Zastanowiłam się chwilę, bałam się, ale powiedziałam, że nie, że chcę spróbować urodzić naturalnie. Na początku nawet nie było źle. Ale z godziny na godzinę robiło się coraz gorzej, zwłaszcza, że pierwsze dwie spędziłam chyba w najgorszej pozycji - na plecach, podłączona pod KTG, bo tak się decyzją pana doktora, najładniej skurcze pisały. Kiepsko trafiłam na lekarza dyżurującego - na mrukliwego, burkliwego gbura, który w niczym podczas porodu mi nie pomógł. Gdyby nie położna, pani Ewa, cudowna kobieta, nigdy bym chyba przez to nie przeszła. Jak pramatka pomogła mi pokonać etap po etapie, pocieszała, mówiła, że rozumie, to ona w końcu zaproponowała zmianę pozycji, bo efektem tej pierwszej był kompletny zastój. Przez blisko 3 godziny rozwarcie się nie pojawiło, żadne. Skurcze były już co 3-4 minuty, coraz bardziej bolały, a nic się nie działo. Nie można było podłączyć znieczulenia, około pierwszej płakałam już tak, że wprowadzili mi wenflon, dostałam minimalną dawkę testową, żeby sprawdzić, czy nie jestem uczulona, ale nadal trzeba czekać. A było coraz gorzej. No cóż, przyznam się, że w trakcie tej całej akcji, zdążyłam kilkadziesiąt razy odmówić dalszego udziału w tym procederze, to jest w rodzeniu i prosiłam, wręcz błagałam o cesarkę. A mój doktorek, zamiast spróbować mi pomóc, np. w prawidłowym oddychaniu, stał nad łóżkiem i prawił banały w stylu: "Proszę Pani, niech Pani nie przesadza, to co się dzieje, to jeszcze nic, to dopiero początek początków, poza tym nie wystarczy tego dziecka urodzić, trzeba je jeszcze wychować". No bardzo mnie pocieszył, bardzo, gdyby nie szkoła rodzenia nawet nie wiedziałabym jak oddychać. Kiedy super specjalista w końcu się wyniósł, z pomocą położnej i Mężyka zlazłam w końcu z tego łoża męki i przesiadłam się na piłkę. W ciągu godziny kołysania się rozwarcie zwiększyło się do 3-4 centymetrów, dostałam pierwszą dawkę znieczulenia, potem drugą i... odkryłam, że znieczulenie wcale nie znosi bólu. Sprawia tylko, że staje się on znośniejszy, pozwoliło mi nad nim zapanować, ale skurcze nadal bolały. Cholernie. Zwłaszcza, że dostałam kroplówkę z oksytocyny. Godziny mijały - trzecia, czwarta, ja ciągle kołysałam się na piłce, Mężyk podtrzymywał mnie z tyłu, bo nie byłam ze zmęczenia w stanie utrzymać się na nogach. Kiedy po czwartej poprosiłam o kolejną dawkę znieczulenie, po badaniu usłyszałam ku swojej wcale nie cichej rozpaczy, że... nie dostanę. Bo rozwarcie jest już na dziewięć centymetrów i podanie kolejnej dawki tylko spowolniłoby poród. Ból narastał, a ja usłyszałam, że mam sobie wstać, pochodzić, poprzykucać... No, zadzieram kiece i lecę, pomyślałam i dosłownie klapnęłam na kolana przy łóżku, nie byłam w stanie ustać ze zmęczenia i bólu. Po raz kolejny odmówiłam więc dalszego rodzenia :-) Ale było już naprawdę za późno, położna ledwo zdążyła zadzwonić po lekarza i rozłożyć łóżko w fotel porodowy. Nie byłam w stanie na niego wejść, mój mąż mnie wniósł na rękach. Nie wiem, jak bym bała radę bez jego pomocy, wsparcia i bez tej pani Ewy. To ona mnie przez to wszystko przeprowadziła, krok po kroku, motywując, chwaląc, mówiąc, że idzie dobrze, że już niedługo, że jak się zmobilizuję, to jeszcze tylko kilka minut. Spokojna, opanowana, anioł nie kobieta, mówiła jak oddychać, jak przeć, kiedy, w którym momencie, namawiała na kolejną próbę, tłumaczyła, że szkoda marnować skurczu. 
Mała urodziła się w ciągu kilku minut, dosłownie w trzech skurczach partych. Przy ostatnim stwierdziłam, że albo wypchnę z siebie to dziecko, albo się uduszę, trudno. Dochodziła piąta rano. Świtało. Minęła chwila, a ona nagle już była, usłyszałam jej płacz i położyli mi ją na brzuchu, taką ciepłą, mokrą, a ja całowałam ją i tuliłam. Mężyk przeciął pępowinę, dokonał pierwszego, symbolicznego oddzielenia Małej ode mnie, sprawił, że stała się naszym dzieckiem... W jednej chwili zapomniałam o wszystkim - o bólu, o potwornym zmęczeniu, o tym, co było przed chwilą. 
Nigdy za to nie zapomnę momentu, kiedy spojrzała na mnie po raz pierwszy tymi swoimi niebieskimi ślepiami. Płakałam ze szczęścia.
Płakaliśmy wszyscy troje...

sobota, 14 maja 2011

NA SZYBKO

Blanka ma już tydzień.
A ja ciągle jeszcze zaglądam czasem do łóżeczka, żeby sprawdzić, czy na pewno jest. Pamiętam swoją pierwszą noc w szpitalu - obudziłam się bladym świtem, przez moment zastanawiałam się, gdzie jestem, a potem natychmiast przyszła ta myśl: "Gdzie Blanka?". Jeszcze ciągle śni mi się, że jej nie ma. Budzę się przerażona i zaglądam do łóżeczka, a ona tam jest... 
A ja jestem mamą. Cudowne uczucie. Mogę patrzeć na nią godzinami, na mini stopy, na te włoski sterczące we wszystkie strony, oglądać małe paluszki, słowem: kochać, tulić, pieścić i całować :-)
Powoli uczymy się siebie, Mała ma dość ograniczoną ilość metod na wyrażenie, o co jej chodzi, więc bywa trudno, ale jakoś sobie radzimy. Głównie dzięki pomocy Mężyka, który gotuje, sprząta, pierze, wychodzi z psem, lata do apteki, robi zakupy i wszystko, co tylko może i potrafi. Kiedy przyjechaliśmy ze szpitala, do czyściutkiego, wysprzątanego mieszkania, gdzie czekał na nas ugotowany własnoręcznie przez Mężyka rosół i najpiękniejszy, największy bukiet czerwonych róż, jaki kiedykolwiek w życiu dostałam, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. I uszom, kiedy Luby zwrócił uwagę psu, że on dopiero co sprzątnął, a już nakłaczone... 
Biedny Travis. Tak się cieszył, kiedy wróciliśmy, a potem... dziecko cichutko zakwiliło. Pies w pierwszym momencie zgłupiał. Zawsze trochę bał się dźwięków, których nie znał. Położył uszy po sobie, ale po chwili nie oparł się pokusie i już był na łóżku, już psia morda była w foteliku... Dotknął nosem, nawet udało mu się lekko liznąć, potem została mu darowana tylko pieluszka do obwąchiwania. Nie bardzo wiedział, jak reagować, kiedy tylko dziecko zaczynało płakać, leciał natychmiast i stał obok, zadzierając łeb do góry i merdając ogonem. Jakby chciał pomóc, ale nie do końca wiedział jak. Kiedy Mała była w jego zasięgu za wszelką cenę próbował psimi metodami ukoić jej płacz, usiłując ją za wszelką cenę polizać. Odpędzany, przeganiany przez Mężyka, nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Chodził przez pierwsze dni osowiały, smutny, nie przynosił zabawek, nie zaczepiał, nie podgryzał. W końcu po kilku napomnieniach luby zrozumiał, że jego duże, czterołape dziecko też potrzebuje czułości i miłości. Zaczął znów bawić się z psem, drapać go za uszami, barować się z nim na podłodze i Białasowi wrócił dobry nastrój. Teraz, kiedy dziecko kwili w łóżeczku, podchodzi i wtyka nos między pręty, jakby chciała nam pokazać, że potrzebna jest interwencja. A kiedy Blanka nad ranem popiskuje, Travis budzi się, odwraca swój wielki łeb i tylko patrzy swoimi mądrymi, brązowymi ślepiami, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy sobie radzimy - jak na porządnego psa opiekuńczego, którym stał się w ciągu tygodnia, przystało. 
A my chyba sobie radzimy. Bardzo szybko dochodzę do siebie po porodzie, goi się na mnie wszystko ja na psie, waga leci jak szalona w dół, do tej sprzed ciąży zostały mi jakieś 4 kilogramy, z czego tak z trzy w cyckach, ciało powoli przestaje wyglądać jak rozgotowany kalafior, brzuch po prostu zniknął. W piątek tydzień temu z trudem wstałam, żeby pójść pod prysznic i udało mi się to zrobić tylko i wyłącznie dzięki pomocy Mężyka - poród był bardzo ciężki, Blanka, nasza Pulpecja, przyszła na świat naturalnie. Dziś już właściwie normalnie funkcjonuję. Tak naprawdę przede wszystkim dzięki niezwykłej, wszechstronnej pomocy mojego męża, bez niego nigdy bym sobie nie poradziła. Jest cudowny. Wpatrzony w tego swojego małego klona, bo tak jak się spodziewałam, Mała jest do niego bardzo podobna, jak w święty obrazek. Mój mąż - milczek gada do Blanki, przemawia najczulszymi słowami, nosi ją, kąpie, przewija, uspokaja...  A ja jestem jak krowa - jem, śpię i daję mleko. Cyckie robi furorę :-) Nie wiem, jak to napisać, ale cóż, urodziłam cycoholiczkę...  W szpitalu Młoda ciągle płakała, byłam trochę przerażona, mleka miałam tyle co na lekarstwo, dopiero po południu, po kolejnym, mizernym w efektach przystawieniu do piersi, kiedy zdecydowaliśmy się ją dokarmić, okazało się, że mały ssak ryczał z głodu... Teraz pokarmu mam już tyle, że mogę nawiązać współpracę z mleczarnią, więc Blanciak na zmianę wykazuje dwie formy aktywności: cycka i śpi. No dobra, od czasu do czasu także, za przeproszeniem, sra na nasze zabiegi higieniczne, to znaczy - zwykle na świeżo zmienioną pieluchę, a czasem także  olewa je w trakcie :-)
Jak na razie instrukcja obsługi jest w miarę prosta: nawilżać górą i osuszać dołem.

Mimo zmęczenia, zarwanych nocy, jestem, a właściwie jesteśmy oboje - szczęśliwi. Tak bardzo, że nie da się tego opisać. Nie da się ująć w słowach wyrazu twarzy mojego męża, kiedy trzyma Blankę na rękach i na nią patrzy. Nie da się opisać tego, co czuję, kiedy trzymam ją na kolanach, a ona robi jedną z tysiąca swoich min i minek. Wszystko, co było, w jednej chwili przestało być ważne, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Staliśmy się mamą i tatą. Rodziną. Travis  - wujkiem :-). 
A Blanka magicznym balsamem na nasze spękane małżeństwo, który w cudowny sposób wygoił wszystkie stare blizny

Ps. Dziękujemy za wszystkie maile, smsy, gratulacje, za komentarze - niestety nie jestem w stanie w tym momencie na nie odpisywać, po prostu brakuje mi trzeciej ręki :-)
Jak mi wyrośnie, to nadrobię :-)

piątek, 6 maja 2011

BLANKA

Blanka przyszła na świat dziś, 6 maja o piątej rano. Waży 4180, mierzy 58 cm i jest cudowna:). Zwłaszcza jak śpi:)

poniedziałek, 2 maja 2011

DOBRE DNI

Dobre dni. Te ostatnie, kiedy po prostu już tylko czekamy na naszą córeczkę.  Spokojne, słoneczne, ciepłe, pełne miłości, bliskości, śmiechu i drobnych, codziennych małych radości. Nieśpiesznych spacerów po lesie tak wiosenne zielonym, że aż kiczowatym, wypadów do parku, gdzie niezmiennie kaczki okazują się szybszymi pływakami od niezmienne rozczarowanego tym faktem Travisa. Za nami domowe, spokojne i leniwe święta. W sobotę poszliśmy z tradycyjną święconką - kiedy czekaliśmy na zielone światło przed przejściem dla pieszych, minął na elegancki, bordowy kabriolet, którym kierował... facet przebrany za kurczaka! Miał kostium z piór, wielki czerwony grzebień na głowie i jechał autem; zestawienie było tak surrealistyczne, że nawet Travis się za nim obejrzał. Zabraliśmy bowiem Białasa z sobą - czekał przed kościołem, skupiając wokół siebie błyskawiczne wianuszek adoratorów, nadstawiał im łeb do głaskana i merdał kitą, śmieliśmy się, że trzeba było przed nim postawić pustą michę i kartkę "Zbieram na parówki", a zaoszczędzilibyśmy na świątecznym zaprowiantowaniu. 
W tym roku zajmował się nim od początku do końca mężyk, kupował, przyprawiał, obierał, marynował, gotował, właściwie wszystkie świąteczne przygotowanie spadły na jego głowę. Poradził sobie, przy moim naprawdę niewielkim wsparciu - znakomicie. Nawet kupił i posadził kwiaty na balkonie i teraz triumfuje, a ja zgrzytam zębami z zazdrości, bo mi zawsze padały, a jemu nawet nie zwiędły. Może dlatego, że je podlewa :-)

Za nami też nasza kolejna rocznica ślubu, z cudnymi życzeniami od lubego, żeby za czwórką na torcie pojawiło się kiedyś zero. Z olbrzymim bukietem żółtych tulipanów. Z kolacją przy świecach i nawet z kieliszkiem szampana. W sumie świętowaliśmy dwa dni, bo w ramach przywoływana wspomnień z podróży poślubnej, mężyk zabrał nas w piątek do greckiej knajpki na obiad. A potem na lody i spacer. Pies zaczyna mieć powoli dosyć, ile można łazić, zdaje się myśleć, kiedy po raz kolejny zabieramy go na spacer. Ostatnio, kiedy to poniosło nas na przechadzkę w okolicach dwudziestej pierwszej, wlókł się trzy kroki z tyłu, łapa za łapą, wyraźną pretensją na mordzie, no bo przecież normalnie o tej porze labradory przyjmują już pozycję horyzontalną i słodko śpią. 

W związku dużą ilością spacerów, przyzwyczaiłam się już do tego, że ludzie na ulicy przyglądają się mojej piłce (już teraz wielkości lekarskiej), więc tylko uśmiecham się do nich. Ostatnio zauważyłam, że obserwuję mnie dwie nastolatki czekające na tramwaj; kiedy przechodziliśmy obok nich, jedna nagle powiedziała do mnie: "Świetnie Pani wygląda!", tak po prostu - podziękowałam więc ładnie, mile zaskoczona, a zdziwionemu Mężykowi, na pytanie, czy je znam, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że pierwszy raz je widzę na oczy. Parę dni temu po raz kolejny usłyszałam od obcej osoby na ulicy, że mam "super piłkę" O kilku próbach podrywu i umówienia się ze mną, które odnotowałam z niebotycznym zdziwieniem głupio mi nawet pisać, bo ci faceci na pewno nie byli w stanie przegapić mojego błogosławionego stanu i dlatego tym bardziej zdziwiły mnie te zakusy. 

Jest mi dobrze, tak dobrze - w końcu świat zwolnił, wszystko kwitnie i ja też. Mimo nabytych kilogramów, czuję się sama ze sobą świetnie, ciąża to cudowny, wspaniały stan - będzie mi go brakować. Ale tylko trochę, jest we mnie zgoda na zmiany. Już nie oczekuję, że dziecko mnie uszczęśliwi, że sprawi, że moje, nasze życie będzie lepsze. Wiem, że zmieni je po prostu na inne, choć nie do końca umiem to sobie jeszcze wyobrazić. Nawet dziś, kiedy skończyło się odliczanie do terminu porodu, bo właśnie drugiego maja nasza córeczka powinna się pojawić na świecie. Ale jeśli punktualność odziedziczyła po mamusi, to pewnie każe jeszcze na siebie kilka dni zaczekać. Ładnie jej tłumaczę, że już pora na nią, opowiadam jej, jaki piękny świat na nią czeka, a ona nic, tylko doopkę na mnie wypina. Mężyk się śmieje z tych naszych dialogów i twierdzi, że najważniejsze, to żeby się tatusia słuchała :-), a mnie to trochę niepokoi, bo jak do  tej pory, wychodzi cały czas na jego - to on od początku twierdził, że będzie dziewczynka, potem - że majowa panienka. Raczej się sprawdzi, bo do końca miesiąca to się nasza Gwiazdka po prostu musi uwinąć. Jeśli nie pojawi się do czwartego maja, lekarz zdecyduje, czy będziemy jeszcze czekać, czy spróbujemy oporną młodzieżówkę zmotywować, lub w ostateczności - zmusić. 
Na razie czekamy. 
Jest w tym czekanu już tylko wielki spokój i wielka radość z tego, co jest i z tego, co będzie. Z tych dobrych dni, które ciągle są, trwają, nasycone miłością i bliskością. Radość, bo już niedługo przyjdą inne, te, których jeszcze nie znamy, te, na które ciągle czekamy...

Wczoraj nad ranem obudziła mnie pierwsza, wiosenna burza. Grzmiało, błyskało za oknem, szumiało i pachniało. Mężyk cicho pochrapywał obok. Travis przyczłapał do sypialni, wskoczył na łóżko, zwinął się w kłębek i zasnął przytulony do moich łydek. Przyniósł ze sobą Dinusia, bo co jak co, ale nawet gumowy dinozaur podczas burzy nie powinien być sam. I tak leżeliśmy sobie całą rodziną i chyba tylko ja nie mogłam zasnąć. 

Zastanawiałam się, czy będzie mi kiedykolwiek brakować tych chwil, gdy byliśmy tylko we dwoje, z dodatkiem psa. Pewne tak, choć w miarę upływu czasu, coraz rzadziej oglądam się za siebie. Ale tak to już chyba w życiu jest.

Najpierw człowiek tęskni za tym, czego nie ma, potem - za tym, co miał :-)