piątek, 8 kwietnia 2011

PRZYPADKI PSA TRAVISA


Życie psa Travisa ostatnio trudno nazwać pieskim. Właściwie nie zostaje sam w domu dłużej niż godzinę, dwie. W związku z tym faktem porzucił gryzienie moich książek i demolowanie mieszkania pod naszą nieobecność, może ma po prostu na to za mało czasu? Czasami tylko wyjmie sobie z szafy but mój lub męża, ale ogranicza się tylko do przyniesienia go na kanapę, jakby chciał nam przypomnieć, że znów nas trochę za długo nie było. Przez większość czasu ktoś jest z nim w domu, a że mi nie bardzo się chce w nim siedzieć, więc łazimy sobie z psiurem na długie, kilkugodzinne spacery. Po powrocie kundello pada na pysk i zasypia kamiennym snem. Schudł już trochę i bardzo dobrze, bo przez zimę biały tyłek mocno się zaokrąglił i komentarze naszych znajomych "Oooo, jak on dobrze wygląda" należą do najdelikatniejszych. Ostatnio na ulicy usłyszałam, jak ktoś mówi: "Zobacz jaki tłuścioch" i wbrew pozorom nie była to uwaga na temat mojego wyglądu. Pies Travis uwagą na temat swojej figury nie przejął się nic a nic, wrócił do domu, zajął stałą pozycję przed lodówką i zażądał czegoś na ząb. Dostał, ale popołudniowy wyjazd nad zalew, gdzie pływał, wyciągał patyki z wody, skakał, na swoich czterech łapach obleciał całą okolicę, aż zagrzał mu się licznik przebytych kilometrów i zużytych kalorii. Na efekty nie trzeba było długo czekać - na drugi dzień rano przywitał nas labrador z krzywą dupą i przetrąconym ogonem, zwisającym smętnie jak nadłamany pogrzebacz. Pies nie był nawet w stanie nim porządnie pomerdać, nie mógł normalnie usiąść, co chwila oglądał się na swój zbolały zadek i zesztywniałe łapy, próbował je polizać, ale nic nie pomagało. Travis dostał takich zakwasów po niedzielnym brykaniu, że przez dwa dni ledwo łaził, a ja nie wiedziałam, czy się z niego śmiać, czy mu współczuć. Siadła psia kondycja przez zimę, oj siadła, nie da się ukryć

Tak jak nie da się ukryć małych, gumowych kaczuszek, które przysłała nam Star dla Malutkiej, w liście wyraźnie zaznaczając, że jedna jest dla Białasa. Chyba się jakoś o tym dowiedział, bo nie odpuszcza i wytrwale żąda tego, co do niego co mu prawnie przysługuje. Kaczuchy leżą chwilowo w wózku, przy którym cierpliwie, godzinami potrafi wystawać Travis. Znika nam na przykład z oczu wieczorem i po godzinie odkrywamy, że psiur waruje przy gondolce, znacząco merdając ogonem, co w psim języku oznacza: "Daj kaczuchę". Nie pomogło schowanie do szafki. Po prostu pies zaczął wystawać przed nią i skrobać łapą w drzwiczki. Nawet bym mu dała tą kaczkę, ale boję się, że ją po prostu połknie, nie takie rzeczy już skonsumował, a ja nie mam ochoty niczego z niego wyciągać, ani jedną, ani drugą stroną. 
Postanowiliśmy więc Kundella trochę oszukać - kupiliśmy dużą, intensywnie piszczącą, gumową, żółtą kaczuchę o gabarytach zdecydowanie większych niż przekrój białasowego gardła. Włożyliśmy ją nawet na moment do wózka, żeby poleżała trochę z innymi przedmiotami mrocznego, psiego pożądania. A kiedy po raz kolejny Travis stanął przy gondolce, z satysfakcją wręczyliśmy mu podmieniony egzemplarz, licząc po cichu, że się nie zorientuje

Taaaaaa.... 
Pies trącił ją nosem raz, drugi, popatrzył... i znów stanął przy wózku, merdając ogonem i popiskując cicho, jakby mówił:

"No bez jaj, przecież to nie ta!"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz