środa, 27 kwietnia 2011

CZEKANIE NA SPOTKANIE



Trwa w najlepsze. Od piątku w sumie można już zacząć odliczanie do startu - trzy, dwa, jeden, zero... 
A Kuciak jak siedział w jaju, tak siedzi, tylko kuper wypina. Wszelkie dostępne i zastosowane metody wywabienia jej na zewnątrz nie przynoszą żadnych rezultatów. Musiałabym chyba w maratonie wystartować, bo długie spacery tylko mnie męczą, a moją Gwiazdę - kołyszą i usypiają. Wracam do domu ze stopami jak rozdeptane naleśniki, zziajana jak pies Travis i serdecznie współczuje wszystkim letnim ciężarówkom. Chałupa wysprzątana tak, że można jeść z podłogi, wszystko pozałatwiane, dziś poszliśmy sobie z Mężykiem na pożegnalną chińszczyznę, bo co jak co, ale tak ostre potrawy będę musiała na jakiś czas wykluczyć z menu, a Kuciak nic. Mały kanibal spożył kurczaka na pikantnie, pofikał odnóżami i tyle było jej aktywności. Codziennie próbuję jej przemówić do rozsądku, tłumaczę, że to cudny czas na narodziny, wszystko kwitnie, pachnie i budzi się do życia, a Kuciak ma to w głębokim poważaniu. Nie wzrusza go nawet fakt, że jutro czwarta rocznica naszego ślubu i byłby naprawdę fajnym prezentem! 
Napięcie rośnie, głównie otoczenia, a moje jakoś powoli opada. Dziwne, ale po prostu tylko już czekam spokojnie na spotkanie z nią. Przeglądam zdjęcia blastusi z wypisu po transferze, fotki kilkucentymetrowej Totki z usg, czuję jak przeciąga mi się w brzuchu i ciągle nie mieści mi się w głowie ten cud. Bo jak inaczej określić fakt, że ze zlepka komórek wielkości łepka od szpilki powstała nowa istota? Mały człowiek, który - jak napisała mi niedawno przyjaciółka, jest po części mną, po części Mężykiem, a w większości - samym sobą. 
Z charakterkiem, który już teraz potrafi pokazać. 
 Ciekawe po kim odziedziczyła cechę, którą u ludzi zwie się silną wolą, a u osłów po prostu uporem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz