środa, 27 kwietnia 2011

CZEKANIE NA SPOTKANIE



Trwa w najlepsze. Od piątku w sumie można już zacząć odliczanie do startu - trzy, dwa, jeden, zero... 
A Kuciak jak siedział w jaju, tak siedzi, tylko kuper wypina. Wszelkie dostępne i zastosowane metody wywabienia jej na zewnątrz nie przynoszą żadnych rezultatów. Musiałabym chyba w maratonie wystartować, bo długie spacery tylko mnie męczą, a moją Gwiazdę - kołyszą i usypiają. Wracam do domu ze stopami jak rozdeptane naleśniki, zziajana jak pies Travis i serdecznie współczuje wszystkim letnim ciężarówkom. Chałupa wysprzątana tak, że można jeść z podłogi, wszystko pozałatwiane, dziś poszliśmy sobie z Mężykiem na pożegnalną chińszczyznę, bo co jak co, ale tak ostre potrawy będę musiała na jakiś czas wykluczyć z menu, a Kuciak nic. Mały kanibal spożył kurczaka na pikantnie, pofikał odnóżami i tyle było jej aktywności. Codziennie próbuję jej przemówić do rozsądku, tłumaczę, że to cudny czas na narodziny, wszystko kwitnie, pachnie i budzi się do życia, a Kuciak ma to w głębokim poważaniu. Nie wzrusza go nawet fakt, że jutro czwarta rocznica naszego ślubu i byłby naprawdę fajnym prezentem! 
Napięcie rośnie, głównie otoczenia, a moje jakoś powoli opada. Dziwne, ale po prostu tylko już czekam spokojnie na spotkanie z nią. Przeglądam zdjęcia blastusi z wypisu po transferze, fotki kilkucentymetrowej Totki z usg, czuję jak przeciąga mi się w brzuchu i ciągle nie mieści mi się w głowie ten cud. Bo jak inaczej określić fakt, że ze zlepka komórek wielkości łepka od szpilki powstała nowa istota? Mały człowiek, który - jak napisała mi niedawno przyjaciółka, jest po części mną, po części Mężykiem, a w większości - samym sobą. 
Z charakterkiem, który już teraz potrafi pokazać. 
 Ciekawe po kim odziedziczyła cechę, którą u ludzi zwie się silną wolą, a u osłów po prostu uporem...

czwartek, 21 kwietnia 2011

KUCIAK

Mała została jakiś czas temu przemianowana na "Kuciaka". Głównie ze względu na zbliżającą się Wielkanoc, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wykluje się właśnie w tym terminie. Ostatnie badanie wykazało, że ma się doskonale, ale jeszcze się nigdzie nie wybiera. I choć coraz wyraźniej czuję jak wystawia mi przez brzuch swoje udko, nóżkę, a nawet kuper! - słowem, wypina się na mnie - i w przenośni i dosłownie, albowiem siedzi, tam gdzie siedziała i najwyraźniej jej tam dobrze. Nigdzie się jej nie śpieszy :-) Więc chyba zamiast Kuciaka wielkanocnego będzie poświąteczny. 
Kurczaczek, Kuciak...

Choć mój brat uparcie twierdzi, że cztery kilogramy to mają raczej hodowlane brojlery :-)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

SZYBKA DIETA

Łazi ten mój mężyk po domu, buszuje po kuchni, wyciąga słodycze i mnie kusi. A to batonikami, a to czekoladką. Staram się opierać jak mogę, zwłaszcza, że pod jego nieobecność urządziłam prawdziwe "wietrzenie magazynów" w szafce ze słodkościami, bronię się rękami i nogami, tłumaczę, że mam już dość kilogramów na plusie i co słyszę w ramach wsparcia i motywacji? 

Co się przejmujesz?
Niedługo Ci ubędzie... jakieś cztery i pół :-)"

czwartek, 14 kwietnia 2011

LEKKI STRES Z ODROBINĄ PANIKI


Dopadł mnie po środowej wizycie u lekarza i nie chce się odczepić. Do terminu porodu wyznaczonego według daty ostatniej miesiączki zostało mi jeszcze ponad dwa tygodnie, a tu usg pokazało jak na dłoni, że nasza Gwiazdka już waży 3850.... W związku z tym faktem określenie "Malutka" jakoś nie chce mi już przejść przez usta... Lekarz nie ukrywał, że jeśli dotrwamy w dwupaku do terminu zero, może być spory problem z porodem naturalnym. Jak to mi ładnie powiedział - łatwo to się rodzi dzieci do 3,5 kg, do 4 kg już trudnej, powyżej - bardzo trudno, a przy wadze 4,5 kg i większej, zwyczajowo zaleca się i wykonuje cesarskie cięcie ze względu na zbyt duże ryzyko uszkodzenia splotu ramiennego u dziecka... 

No to super (sarkazm). 
Już w teraz, w 38 tygodniu kwalifikujemy się z Gwiazdą do kategorii przedostatniej lub ostatniej. Ani jedna, ani druga mi się nie podoba, ale cóż, wiele do gadania na tym etapie to ja już nie mam. Geny tatusia rządzą na całego. A młodzieżówka nigdzie się nie wybiera, widać dobrze jej tam, gdzie zamieszkuje. W poniedziałek idziemy powtórzyć KTG i ustalić jakiś plan działania z lekarzem z kliniki, w której będziemy rodzić.
Właśnie... rodzić.... 
Aaaaaa....!!!
Boję się. A mężyk się jeszcze głupio pyta, że niby czego, serwując mi pocieszenia typu: "Poboli i przestanie". Czy muszę dodawać, że mówi to facet, który potrafi ze strachu przed bólem odwołać wizytę u dentysty???

W domu aż słychać mlaskanie... to stres mnie zjada, kawałek po kawałku. Panika czai się w kącie, żeby mnie dopaść. 

Czuję się jak kosmonauta, który ma lecieć w kosmos na dziesiątki lat bez żadnego przygotowania ani nawet treningu! A start już niedługo... 

Choć z tymi gabarytami to ja się nie kwalifikuję już nawet do latania po mieście. Czuję się jak krowa, tylko łat mi brakuje na grzbiecie, bo mleko już mi leci. Odkryłam to wczoraj i nieopatrznie zwierzyłam się z tego faktu mężykowi, który skwitował to krótko:

"Ooooo, do porannej kawusi będziesz miała jak znalazł!"

Baran. 
Jeden już jest w rodzinie. 
Ciekawe, czy to też dziedziczne???

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

WREDZIOL



Łaziliśmy dziś trochę po Ikea, króciutko, bo jakoś nie miałam weny, co zupełnie do mnie niepodobne. 
Przypomniałam mi się przy tej okazji rozmowa sprzed kilku miesięcy, którą miała miejsce dokładnie w tym samym sklepie, tuż po tym, jak dowiedzieliśmy się, że do naszej rodziny dołączy mała kobietka. Zebrało mi się wtedy na biadolenie, mężyk cierpliwie słuchał, a ja sobie marudziłam pod nosem,  że on będzie tę swoją córeczkę tatusia pewnie bardziej kochał niż mnie. Luby kiedy to usłyszał, najpierw zrobił zdziwioną minę, zapytał  "Ale niby dlaczego?", a potem, gdy przedstawiłam mu swój tok rozumowania i argumenty, zaczął się ze mnie śmiać. A kiedy mu się nadal tłumaczyłam ze swoich obaw -  że córcia będzie nowością w jego życiu, będzie słodsza i fajniejsza niż ja, ze zjadliwym uśmieszkiem dorzucił:

"I młodsza :-)"

HASŁA


Czasem mam wrażenie, że mój mąż się w nich specjalizuje :-) Jak każda para mamy swoje własne hasła, zrozumiałe tylko dla nas, są takie, które cudownie mi się kojarzą i takie, które do dziś podnoszą mi ciśnienie w jednej chwili, nawet po kilku latach. Jednym z nich jest odpowiedź na pytanie, której udzielił mój wtedy jeszcze nie mąż podczas nauk przedmałżeńskich. Wypełnialiśmy jakiś test, sprawdzający ponoć dopasowanie par; poza całkiem normalnymi pytaniami np. o stosunek do rodzicielstwa, pojawiły się dwa, które nieco mnie rozśmieszyły. Brzmiały one tak: "Jakim drzewem chciałbyś być?" i "Jakim ptakiem chciałbyś być?" Nie pamiętam, co luby odpowiedział na pierwsze, na drugie - a i owszem, bo bez chwili namysłu wypali, bardzo z siebie zadowolony. 

"Sokołem wędrownym :-)"

I jeszcze udawał, że kompletnie nie rozumie, dlaczego się wściekam...

piątek, 8 kwietnia 2011

PRZYPADKI PSA TRAVISA


Życie psa Travisa ostatnio trudno nazwać pieskim. Właściwie nie zostaje sam w domu dłużej niż godzinę, dwie. W związku z tym faktem porzucił gryzienie moich książek i demolowanie mieszkania pod naszą nieobecność, może ma po prostu na to za mało czasu? Czasami tylko wyjmie sobie z szafy but mój lub męża, ale ogranicza się tylko do przyniesienia go na kanapę, jakby chciał nam przypomnieć, że znów nas trochę za długo nie było. Przez większość czasu ktoś jest z nim w domu, a że mi nie bardzo się chce w nim siedzieć, więc łazimy sobie z psiurem na długie, kilkugodzinne spacery. Po powrocie kundello pada na pysk i zasypia kamiennym snem. Schudł już trochę i bardzo dobrze, bo przez zimę biały tyłek mocno się zaokrąglił i komentarze naszych znajomych "Oooo, jak on dobrze wygląda" należą do najdelikatniejszych. Ostatnio na ulicy usłyszałam, jak ktoś mówi: "Zobacz jaki tłuścioch" i wbrew pozorom nie była to uwaga na temat mojego wyglądu. Pies Travis uwagą na temat swojej figury nie przejął się nic a nic, wrócił do domu, zajął stałą pozycję przed lodówką i zażądał czegoś na ząb. Dostał, ale popołudniowy wyjazd nad zalew, gdzie pływał, wyciągał patyki z wody, skakał, na swoich czterech łapach obleciał całą okolicę, aż zagrzał mu się licznik przebytych kilometrów i zużytych kalorii. Na efekty nie trzeba było długo czekać - na drugi dzień rano przywitał nas labrador z krzywą dupą i przetrąconym ogonem, zwisającym smętnie jak nadłamany pogrzebacz. Pies nie był nawet w stanie nim porządnie pomerdać, nie mógł normalnie usiąść, co chwila oglądał się na swój zbolały zadek i zesztywniałe łapy, próbował je polizać, ale nic nie pomagało. Travis dostał takich zakwasów po niedzielnym brykaniu, że przez dwa dni ledwo łaził, a ja nie wiedziałam, czy się z niego śmiać, czy mu współczuć. Siadła psia kondycja przez zimę, oj siadła, nie da się ukryć

Tak jak nie da się ukryć małych, gumowych kaczuszek, które przysłała nam Star dla Malutkiej, w liście wyraźnie zaznaczając, że jedna jest dla Białasa. Chyba się jakoś o tym dowiedział, bo nie odpuszcza i wytrwale żąda tego, co do niego co mu prawnie przysługuje. Kaczuchy leżą chwilowo w wózku, przy którym cierpliwie, godzinami potrafi wystawać Travis. Znika nam na przykład z oczu wieczorem i po godzinie odkrywamy, że psiur waruje przy gondolce, znacząco merdając ogonem, co w psim języku oznacza: "Daj kaczuchę". Nie pomogło schowanie do szafki. Po prostu pies zaczął wystawać przed nią i skrobać łapą w drzwiczki. Nawet bym mu dała tą kaczkę, ale boję się, że ją po prostu połknie, nie takie rzeczy już skonsumował, a ja nie mam ochoty niczego z niego wyciągać, ani jedną, ani drugą stroną. 
Postanowiliśmy więc Kundella trochę oszukać - kupiliśmy dużą, intensywnie piszczącą, gumową, żółtą kaczuchę o gabarytach zdecydowanie większych niż przekrój białasowego gardła. Włożyliśmy ją nawet na moment do wózka, żeby poleżała trochę z innymi przedmiotami mrocznego, psiego pożądania. A kiedy po raz kolejny Travis stanął przy gondolce, z satysfakcją wręczyliśmy mu podmieniony egzemplarz, licząc po cichu, że się nie zorientuje

Taaaaaa.... 
Pies trącił ją nosem raz, drugi, popatrzył... i znów stanął przy wózku, merdając ogonem i popiskując cicho, jakby mówił:

"No bez jaj, przecież to nie ta!"

sobota, 2 kwietnia 2011

CIĘŻAKÓWKA PRZED ROZPAKOWANIEM

Coraz częściej tak właśnie się czuję - jak ciężarówka tuż przed ukończeniem trasy i przed rozpakowaniem...
Dwudziestego trzeciego sierpnia zeszłego roku dowiedziałam się, że zostaniemy rodzicami i nie mogłam w to uwierzyć. Do tej pory to do mnie nie dociera. Do drugiego zabiegu ICSI podchodziliśmy trochę dla świętego spokoju i czystego sumienia - tak naprawdę, żeby zyskać stuprocentową pewność, że dziecka mieć nie możemy. Na luzie do tego stopnia, że dzień przed punkcją opiłam się jak baran, a mój mąż dzielnie mi towarzyszył; na spokojnie, bo wynik identyczny jak efekty pierwszego zabiegu był właściwie do przewidzenia...

A jednak nas zaskoczył. Totalnie. Na tą ciążę mieliśmy takie szanse, jak na bycie trafionym przez piorun, meteoryty i ptasią kupę jednocześnie :-)
Jak na szóstkę w totka.
A jednak się udało.
Kiedy się dowiedziałam, że będę mamą, czułam się dokładnie tak samo, jak moja przyjaciółka, która na wieść o swojej później i wyczekanej ciąży napisała mi w mailu, że to trochę tak, jakby jej ktoś właśnie powiedział, że od dziś ma być Murzynem, treserem małp i mieszkać w Tokio... To była wiadomość, której długo nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, bo za bardzo się bałam.
Przez pierwsze trzy miesiące miałam ochotę chodzić z głową we własnych majtkach. Taka postawa mogła się jednak spotkać z pewnym ostracyzmem społecznym, niezrozumieniem w pracy, w której nadal musiałam się stawiać, no i znacznie ograniaczała pole widzenia, utrudniając przemieszczanie, więc się powstrzymałam. Z trudem i tylko od tego. Po prostu chodziłam kilkadziesiąt razy dziennie do tolaety i sprawdzałam, czy mi przypadkiem dziecko nie wypadło. Kiedy po raz trzeci poszłam skontrolować, czy poziom bety HCG i progesteronu przyrasta zgodnie z normami dla pierwszego trymestru, lekarka, z którą konsultowałam wyniki, delikatnie dała mi do zrozumienia, żebym dała spokój, bo wszystko jest ok, a ja świruję. Kiedy poszłam sprawdzić te same parametry po raz piąty i spotkałam ja po wyjściu z zabiegowego, miałam się ochotę zapaść pod ziemię. Posłałam jej najszczerszy z moich uśmiechów zembicznych, a ona nie nawrzeszczała na mnie tylko dlatego, że na ciężarne ponoć krzyczeć nie wolno. Zapytała tylko, kiedy się uspokoję. Powiedziałam, że jak wezmę własne dziecko na ręce, więc pokiwała z politowaniem głową, uznając mnie za przypadek beznadziejny, uśmiechnęła się i poszła.
A jednak trochę się uspokoiłam. Dokładnie szesnastego września, kiedy na czarno - białym monitorze usg zobaczyłam pulsującą kropeczką - bijące serce naszego dziecka. Tego momentu nie da się z niczym porównać, ani nawet opisać. Przez kolejne miesiące, kiedy mój brzuch nadal był płaski jak deska, wybierałam się na każde kolejne usg... jak w odwiedziny. Miałam dziwne poczucie, że moje dziecko mieszka tam, w tym aparacie, w tej skrzyneczce, a my po prostu jedziemy zajrzeć do niego i sprawdzić, czy wszystko w porządku. A potem wychodzimy z gabinetu, wracamy do normalnego życia i po trzech tygodniach znów jedziemy z wizytą.
 Długo, bardzo długo nie mówiliśmy nikomu o ciąży, ja uparcie mijałam sklepy z ubrankami i zabawkami dla dzieci, albo stałam przed wystawą i patrzyłam jak głodny na łakocie, po które nie wolno mu sięgnąć, bo nie, bo jeszcze za wcześnie, bo nie wolno... Potem zaczęłam wchodzić, krążyć pomiędzy półkami, oglądać... i znów wychodziłam, uciekałam nie kupując niczego. Pierwszy ciuszek dla małej nabyłam pod koniec szóstego miesiąca - pomarańczową bluzeczkę z różowym serduszkiem i napisem "You so pretty".
Wtedy już wiedzieliśmy, że będzie dziewczynka, wiedzieliśmy, że wszystko jest w porządku, a ja coraz intensywniej marzyłam i czekałam, aż mnie ktoś kopnie, a nawet porządnie skopie - po brzuchu, najlepiej od środka :-) Perwersyjne nieco fantazje, wiem, podobnie jak odkrycie, że seks w ciąży, mimo pewnych ograniczeń, zyskuje nową, genialną jakość :-) Dokonaliśmy go podczas największego chyba kryzysu w naszym związku, w czasie, kiedy powoli mijał ten paraliżujący lęk dziecko, a zaczęła się walka o nas, o to wszystko, co rozpadło się w tej trzyletniej drodze do niego...
Mimo problemów, już wtedy zaczęły mi powoli wyrastać skrzydła u ramion, zwłaszcza, że w połowie drugiego trymestru przestało mi śmierdzieć jedzenie pod każdą postacją, ba, żeby tylko jedzenie, wcześniej nawet w wodzie mineralnej byłam w stanie wyczuć zapach smażonego boczku. Mój mąż dostał zakaz nabywania i spożywania wędzonych rzeczy, bo mi cuchnęło potem w domu. Nawet Travis nie dostawał psich kości ze świńskiej skóry, bo nie byłam w stanie znieść tego, jak mu potem jechało z pyska wędzonką!
W drugi trymestr wkroczyłam jako diabeł tasmański, na dodatek kompletnie pozbawiony smaku... reklamowy diabeł tasmański. Żarłam co popadnie, z magiczną siłą moją uwagę przykuwały zwłaszcza reklamy jedzenia, oglądałam je i odkrywałam, że mam nieodpartą, nieprzezwyciężoną wręcz ochotę na serek almette. Mężyk strategicznie zmieniał kanał, niestety, pech chciał, że znów trafiał na blok reklamowy, a ja dochodziłam do błyskawicznego wniosku, że o wiele lepszy będzie jednak serek valbon. Albo czekolada, ale koniecznie milka. Albo coca - cola, zależy co tam akurat reklamowali lub co znalazło się w zasięgu mojego wzroku. Pewnego razu podczas spaceru zobaczyłam na chodniku pogniecioną, pustę butelkę od spritea, i tak, oczywiście - doszłam do wniosku, że muszę się go natychmiast napić!!! Szybka dezaktualizacja moich zachcianek dobijała mojego męża, kiedy przynosił mi śledzie, na które jeszcze dzień wcześniej miałam ochotę, ja już miałam fazę na ptasie mleczko. Kiedy je dostarczał, krzywiłam się, że nie waniliowe i że przyniesione z opóżnieniem, bo w sumie to już za mną chodziła rzodkiewka. Raz, kiedy dopadła mnie ochotą na popcorn, luby dumny jak paw, bo przezorny i w końcu ubezpieczony, wyciagnął z szafki papierową torbę z kukurydzą, którą wystarczyło włożyć do mikrofalówki, co też uczynił. Podetknął mi pod nos gotowy wyrób, oczekując peanów zachwytu, a ja zjadłam trochę, skrzywiłam się i (jak mi się niedano przyznał), osłabiłam go totalnie, oznajmiając mu, że nie smakuje jak ten z kina i takiego nie chcę...
Jednocześnie zaczeło chodzić za mna piwo, którego normalnie nie cierpię i tak do tej pory za mną łazi. Jakby nie patrzeć, od dziewięciu miesięcy biorę udział w imprezach głównie jako obserwator lub kierowca; mój mąż co prawda już dawno zadeklarował, że w związku z moją ciążą i takim obrotem sytuacji, on może pić za dwoje, ale jakoś mnie to rozwiązanie nie satysfakcjonuje. Podobnie jak propozycja, którą mi złożył przed swoją imprezą imieninową, kiedy to z bólem serca i wywieszonym jęzorem patrzyłam na przygotowaną z tej okazji cytynówkę, a ta gadzina, widząc mój spragniony wzrok, powiedziała:
"Kochanie, obecnie z napojów procentówych mogę Ci jedynie zaproponować mleko łowickie 3,2..."
W sumie to nawet skorzystałam, bo to jeden z nielicznych napojów, który do tej pory ratuje mnie przed masakryczną zgagą, przez którą niedługo zacznę chyba sypiać na siedząco. Tak więc kupujemy je zgrzewkami, a mój mąż co spojrzy na charakterystyczne, granatowe opakowanie z białym nadrukiem "łowickie", to dostaje głupawki. Kiedy chodziliśmy do szkoły rodzenia i była mowa o karmieniu piersią, odciąganiu i przechowywaniu mleka, oczyma wyobraźni ujrzał bowiem stojące w lodówce kartony z napisem "cyckie" i ponoć do tej pory nie może od siebie odpędzić tej wizji...
Co nie przeszkadza mu oczywiście zachwycać się moimi zwiększonymi "gabarytami", no cóż, ukryć się nie da, zresztą wcale nie zamierzam, cyce jak donice, wiosna idzie, więc można kwiatki sadzić. Brzuch jak bęben z orkiestry bez vat, ku mojemu niebotycznemu zdumieniu wszędzie dociera przede mną. Pochodzę na przykład do blatu i odkrywam, że on już tam jest i podstępnie wywraca mi kubek ze świeżo zaparzoną herbatą. Tą metodą wylałam już kilka i potłukłam ulubioną szklankę mężyka. Destrukcyjny wpływ mojej ciąży na elementy szklane ujawnił się dużo wcześniej; kiedy pod koniec czwartego miesiąca powiedziałam swojemu szefowi, że jestem ciąży, to mu filiżanka z kawą o mało z ręki nie wypadła... Dobrze, ża akurat nic nie jadł, bo skutki mojej wypowiedzi mogłby być tragiczne. Dlatego z obwieszczeniem tej nowiny zaczekałam, aż skończy konsumpcję.
Jakoś przeżył, ja też mam nadzieję, że jakoś przeżyję te ostatnie tygodnie, choć codzinnie z rosnącą frustracją odkrywam nowe, wnerwiające mnie ograniczenia, na przykład fakt, że założenie i zawiązanie butów wymaga wykazania się małpią zręcznością. A wczoraj to nawet ominęli mnie ankieterzy Greenpeace, choć zaczepiali wszystkich przechodzących, widać doszli do wniosku, że nie ma nawet co ruszać takiego wieloryba jak ja, bo do morza zdecydowanie za daleko i nie ma szans na doholowanie.
Potoczyłam się więc majestatycznym krokiem dalej, albowiem od ponad dwóch miesięcy nie przemieszczam się jak to miałam w zwyczaju biegiem, lecz się toczę w tempie walca drogowego. Ponoć, jak na mój stan, to nadal w miarę szybko. Po okresie bezsenności, która dopadła mnie z niewiadowmych przyczyn, obecnie także dość szybko zasypiam, po prostu zapadam w sen jak kamień wrzucony do glębokiej studni. I trudno mnie obudzić, potrafi zrobić to tylko Tavis, który ciągle zakrada się nocami do naszej sypialni, żeby sprawdzić, czy szafka nie zniknęła. A ostatnio także po to, żeby zobaczyć, czy przypadkiem gumowa, piszcząca kaczka nie wypadła z wózka... Otwieram wtedy zwykle jedno oko, rzucam do niego "Nie dostaniesz. Wynocha" i ponownie zasypiam, ale na krótko. W związku z faktem, że w ciągu ostatnich tygodni znacznie wzrosło mi parcie na szkło, a konkretnie na porcelanę, zwlekam się codziennie punkt trzecia, sunę po omacku do toalety, zmiejszam ciśnienie i wracam na autopilocie do łóżka, a rano nie pamiętam nawet, że wstawałam.
 Czasem zapominam nawet o tym, że jestem w ciąży, budzę się i ze zdziwieniem stwierdzam, że mam brzuch i leży sobie spokojnie lub niespokojnie obok mnie. Czasem w lekkiej panice sprawdzam, czy faktycznie jest tam, gdzie powinien, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Bo śni mi się wiele, przez cały trzeci trymestr, całymi nocami towarzyszą mi wielowątkowe, wielopiętrowe, fantastyczne sny fabularne, z taką mnogością wątków, postaci, intryg i zwrotów akcji, że najbardziej skomplikowane telenowele brazylijskie odpadają w przedbiegach. Dziwne to trochę, bo właściwie zarzuciłam czytanie, coś mi się przestawiło w mózgu i śmiertelnie nudzą mnie wszelkie powieści.  Mogę czytać tylko i wyłącznie reportaże, publicystykę i gazety, tak więc siedzę po uszach w lekturach typu: Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć", Rolin "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa", Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety", w planach mam Skinera "Zbrodnia. Twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictem" i Olszewskiego "Zapiski na biletach". Nie robią na mnie wrażenia opisy mordów w Rwandzie, wanny obciętych kończyn i innych tego typu zdarzeń, pochałaniam je jak świeże, ciepłe bułeczki z masłem i dżemem, bez mrugnięcia okiem i lekkim zadowoleniem, że udało mi się w końcu na czymś drukowanym skupić uwagę. No dobra, przyznam się, poza literaturą faktu, mój umysł trawi i przyjmuje jeszcze pisarstwo McEwana, ale, aż wstyd się przyznać, także bez większego poruszenia. Ani "Ukojenie", ani "Betonowy ogród" nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, odpuszczę sobie może recenzowanie, kto zna pisarstwo tego autora, doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest to normalna reakcja. Cieszę się jednak, że "Dziecko w czasie" przeczytałam jeszcze przed ciążą, bo obawiam się, że to mogłby mnie ruszyć, choć większość moich reakcji  jest ostatnio trudna do przewidzenia - popłakałam się na Aleksijewicz przy historii płaczącego psa, drogą pokrętnie rozumianej analogii sięgnęłam kolejny raz po "Marley i ja" Grogana i także zalałam się łzami.

To jeszcze jest nawet do zrozumienia, ale jak wytłumaczyć fakt, że niezmiennie doprowadza mnie do łez reklama rajstop firmy Calzedonia, kończąca się ujęciem ciężarnej kobiety trzymającej rękę na brzuchu i napisem "Mamy nadzieję, że to będzie dziewczynka" ??? Za każdym razem, kiedy ją widzę - szlocham, nawet teraz, kiedy o niej piszę, mam łzy w oczach...
Normalnie jakby mi ktoś coś w mózgu przestawił. W termostacie także - ciągle jest mi gorąco! Delikatnie mówiąc, bo przez większość czasu jest mi po prostu za gorąco, całą zimę przechodziłam w cieniutkich bluzkach i jesiennym płaszczu, zazwyczaj rozpiętym. To ja, zmarźluch koncertowy, leciałam pierwsza, żeby otworzyć okno w największy mróz i spałam pod kapą, a mój mąż szczękając zębami przykrywał się kołdrą po same uszy i walczył ze mną o resztki narzuty. Tak jest do tej pory, z tą różnicą, że teraz jak śpię, to już się w ogóle niczym nie przykrywam :-)
Ale z zadowoleniem stwierdzam, nadal mieścimy się jeszcze w trójkę na łóżku, no bo przecież pies też się liczy i musi mieć miejsce zagwarantowane. Jedyne co mnie martwi, to fakt, że musieliśmy skończyć ze wspólnymi prysznicami, bo w kabinie się już niestety nie mieścimy. We dwoje, dodam dla jasnego obrazu, pies włazi zwykle tylko do łazienki. Wpuszczamy go, bo inaczej drapie w drzwi, a on uwala przed brodzikiem i czeka w charakterze dywanika - o który można sobie wybić zęby, bo zwykle dywaniki nie zrywają się na równe łapy, kiedy widzą mokrego pana i nie próbują go wylizać, ale cóż, idzie się przyzwyczaić do tej naszej wersji.
Jak i do tego bęca z przodu, mam obecnie równo stówę w pasie, jedenaście kilogramów na plusie i co dziwne, zero rozstępów. Jestem w trzydziestym siódmym tygodniu ciąży, waga stanęła jakiś czas temu i stoi, wcale nie dlatego, że jej nie używam, wręcz przeciwnie. Tylko brzuch mi rośnie i zaczyna się powoli obniżać, choć o kolana się jeszcze nie obija, ale na szczęście już nie muszę wybierać, czy jeść, czy oddychać. Szyjka trzyma, choć też już nie łabędzia, dwa centymetry, ale bez cech rozwierania, choć powoli mięknie, słowem, jak to stwierdził lekarz - zaczyna się przygotowywać. Stwierdził także, że nie przewiduje porodu w przeciągu najbliższych dwóch tygodni i że raczej się zobaczymy na kolejnej wizycie, więc mu wierzę i trzymam się uparcie tej myśli jak pijany płotu. Choć pojawiające się coraz częściej skurcze przepowiadające wytrącają mnie z tej mojej chwiejnej równowagi, ale tylko na czas ich trwania. W lekką panikę też wpędziła mnie koleżanka, która tak jak ja miała termin na koniec kwietnia, a w zeszłym tygodniu urodziła zdrową, piękną dziewczynkę...

 Ale rychło opanowałam ten atak lęku i bardzo szybko wróciłam do myśli, że ja mam jeszcze duuuuużo czasu i absolutnie nie mogę jeszcze rodzić, bo przecież nie kupiłam jeszcze... karuzelki nad łóżeczko. W związku z tym faktem, przygotowania do powitania Małej po tej stronie brzucha nie zostały przeze mnie oficjalnie uznane za ukończone. Jakoś trudno mi to wytumaczyć, że nie czuję się gotowa, bo nie mam jednej zabawki dla Malutkiej, ale tak jest.
Generalnie nie czuję się gotowa, tak sobie właśnie siedzę teraz i myślę, że będę miała dziecko. Ja!!!! Aaaaaa!!!!
Przecież to jakaś abstrakcja, która nota bene właśnie mi się wierci w brzuchu, przypominając o swoim realnym istnieniu. Na zmianę z dziką, nieopanowaną radością, czuję niedowierzanie i zdziwienie tym faktem - będę miała dziecko. I co dalej? Yyyyy, przecież ja nic nie wiem, ja się nie znam, przywiozę je ze szpitala i co ja z nim zrobię?
A co ja się będę przejmować na zapas.
 Lekarze prognozują, że ma być duże, to może urodzę i od razu do przedszkola zapiszę? :-)