niedziela, 20 marca 2011

PEŁNIA

 
Mąż wrócił ze spaceru z psem i zawołał mnie - "Chodź szybko, no chodź szybciutko!". Wystraszyłam się trochę, wyskoczyłam z sypialni tak jak stałam, w koszulce z krótkim rękawem i getrach, na bosaka, bo tak zwykle chodzę po domu. Podał mi kurtkę, popatrzył na moje gołe nogi i podsunął jeszcze swoje buty, nie odpowiadając na żadne pytanie. Tylko mnie poganiał, żebym się pośpieszyła. Wziął za rękę, otworzył drzwi na balkon i powiedział jeszcze raz:
"No chodź, szybko, coś Ci pokażę"
Wyszłam więc za nim, zdziwiono, zaciekawiona i trochę przestraszona, w niedopiętej kurtce, bose stopy chlupały mi w za dużych, męskich pantoflach. Między naszymi nogami na balkon przecisnął się też oczywiście pies. Mężyk objął mnie ramieniem, przytulił mocno i powiedział:
"Zobacz jaka pełnia.."
Podniosłam głowę. Księżyc ogromny, okrągły, aż pękaty wisiał nad dachami miasta, za delikatną firanką chmur, co i rusz rozrywanych przez wiatr.
Pies też się zapatrzył...
Na psy spacerujące pod blokiem.
Staliśmy tak dłuższą chwilę. Czułam na szyi ciepły oddech męża. Mała próbowała wystawić swoją nogę przez mój pępek, taki ma ostanio miły zwyczaj. Było chłodno. Pogłaskałam Travisa po włochatym łbie.
Pełnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz