czwartek, 31 marca 2011

TRUSKAWKI

Pojawiły się już pierwsze w sklepach - duże, dorodne, wabiące wyglądem. Wiem, że nie mają wiele wspólnego z tymi polskimi, polnymi, ale skusiłam się wczoraj na kilka, głównie ze względu na fakt, że w tym roku sezon truskawkowy raczej mnie ominie. Nawet smakowały trochę jak truskawki :-)
A potem poleźliśmy z Travisem na pocztę odebrać pewną tajemniczą paczkę. Wróciliśmy do domu, otworzyłam kartonowe pudełko i się... popłakałam. Bo w środku była prześliczna, wielka "truskawka" - śpiworek, który zrobiła dla naszej Malutkiej przyszywana babcia Star. I kocyk - mięciutki i delikatny. Cudeńka. I kaczuszki - termometry, "cobyśmy" dzieciaka nie ugotowali" :-) Piszczące, co spowodowało natychmiastowy wzrost psiego zaciekawienia i aktywności polegającej na trącaniu nosem i sprawdzaniu, czy da się chociaż jedną ugrać dla siebie :-)
Star... dziękujemy! Bardzo, bardzo, bardzo!

niedziela, 27 marca 2011

SPOSTRZEŻENIE

 
Jakoś tak się utarło, że w weekendy zwykle jadamy na mieście, sami lub ze znajomymi.
Ostatnio zwiedzamy przede wszystkim okoliczne knajpki, głównie w związku z faktem, że robię się coraz mniej moblina. Dziś też wybraliśmy się do pobliskiej trattorii na pyszne, włoskie jedzenie. Wracaliśmy kaczym truchtem, powolutku, znajomą ulicą, podziwiając odremontowane kamienice i ubolewając nad tymi ciągle czekającymi na renowację. A takich budynków w moim mieście jest jeszcze dużo. Przyglądaliśmy się jednemu z nich, rozmawiając o zaletach wynajmowania mieszkania w ścisłym centrum, gdy zza szeroko otwartego okna rozległ się nagle dźwięk trąbki, donośny, choć niezbyt czysty i melodyjny. Słychać było wyraźnie, że instrument trafił w ręce początkującego muzyka. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bo brzmiało to trochę tak, jakby ktoś kota obdzierał ze skóry, a moja koleżanka zauważyła głośno:
"Chyba się jakiś trębacz tutaj wprowadził..."
Zanim zdążyłam wyrazić głębokie ubolewanie dla jego sąsiadów, raczkujący muzyk wydobył ze swojego instrumentu dźwięk tak przeraźliwy, że odruchowo zasłoniłam sobie uszy. Ale udało mi się usłyszeć niezwykle celne spostrzeżenie mojego męża:

"Chyba wkrótce wprowadzi się naprzeciwko jakiś snajper..."

piątek, 25 marca 2011

PIESEK NIE DLA PIESKA

Kupiłam dla Małej pierwszą zabawkę, z serii przeznaczonej dla najmłodszych dzieci - pieska, który ma szeleszczące uszy, piszczące łapy, grzechoczący ogon i jak się okazało w domu... pachnie. Ciastem. Jest bajecznie kolorowy, mięciutki i śliczny. Posadziłam go na razie w foteliku samochodowym, siedzi i czeka na swoją małą panią. Rychło się okazało, że chętnych do objęcia go w posiadanie jest więcej, a dosłownie - do dorwania w swoje łapy.
Travis uwielbia wszelkie piszczące i wydające dźwięki przedmioty, więc natychmiast zainteresował się moim nowym nabytkiem. Chodzi dookoła, próbuje go dosięgnąć, trąca nosem, obwąchuje; widać, że chętnie by się pobawił. I kompletnie nie jest w stanie pojąć, dlaczego nie chcę mu tego kolorowego pieska dać! Ogląda się na mnie, merda ogonem i ładnie prosi o tego fajnego, nowego pluszaka. 
Nie rozumie, że nie dla psa...
zabawka :-)

środa, 23 marca 2011

FERDYNAND KIEPSKI I JEGO ALIEN

 
Zaczynam się czuć jak Ferdek - kiedy siedzę, brzuch leży mi już na kolanach... A kiedy leżę - faluje i przybiera najdziwniejsze kształy z możliwych. Ciągle coś z niego wystaje, coś się przesuwa pod skórą, coś wypina z boku. Kiedy to obserwuję, czuję się jak bohaterka filmu Ridley'a Scotta, która ma obcego w brzuchu. Jestem w stanie dokładnie określić, gdzie jest jego głowa, a gdzie pupa, ale obawiam się, że mogę mylić jedno z drugim. Mała kilka razy dziennie ma czkawkę, co ponoć świadczy o tym, że pilnie ćwiczy swoje funkcje oddechowe. A tak w ogóle określenie "Mała" coraz mniej do niej pasuje, według usg z końcówki 34 tygodnia ma już ok 2,7 kilograma i wszystkimi parametrami idelanie pasuje, ale na końcówkę...36 tygodnia.
Czyżby czyżyk?
A raczej wielkanocny kurczak miał nam się wykluć akurat na święta?

niedziela, 20 marca 2011

PEŁNIA

 
Mąż wrócił ze spaceru z psem i zawołał mnie - "Chodź szybko, no chodź szybciutko!". Wystraszyłam się trochę, wyskoczyłam z sypialni tak jak stałam, w koszulce z krótkim rękawem i getrach, na bosaka, bo tak zwykle chodzę po domu. Podał mi kurtkę, popatrzył na moje gołe nogi i podsunął jeszcze swoje buty, nie odpowiadając na żadne pytanie. Tylko mnie poganiał, żebym się pośpieszyła. Wziął za rękę, otworzył drzwi na balkon i powiedział jeszcze raz:
"No chodź, szybko, coś Ci pokażę"
Wyszłam więc za nim, zdziwiono, zaciekawiona i trochę przestraszona, w niedopiętej kurtce, bose stopy chlupały mi w za dużych, męskich pantoflach. Między naszymi nogami na balkon przecisnął się też oczywiście pies. Mężyk objął mnie ramieniem, przytulił mocno i powiedział:
"Zobacz jaka pełnia.."
Podniosłam głowę. Księżyc ogromny, okrągły, aż pękaty wisiał nad dachami miasta, za delikatną firanką chmur, co i rusz rozrywanych przez wiatr.
Pies też się zapatrzył...
Na psy spacerujące pod blokiem.
Staliśmy tak dłuższą chwilę. Czułam na szyi ciepły oddech męża. Mała próbowała wystawić swoją nogę przez mój pępek, taki ma ostanio miły zwyczaj. Było chłodno. Pogłaskałam Travisa po włochatym łbie.
Pełnia.

wtorek, 15 marca 2011

DETRONIZACJA I KOMPROMIS

 
W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami pojawieniem się Małej po tej stronie brzucha (już za pięć tygodni!), kończymy powoli przystosowywanie naszego mieszkania do potrzeb nowego lokatora. Głównie staramy się zwiększyć ilość miejsca do przechowywania różnych przedmiotów; w tym celu mężyk zrobił i zainstalował w sypialni pod oknem długą, płaską szafkę. Zdolna bestia :-) Długo zastanawialiśmy się oboje nad tą lokalizacją, rozważaliśmy wszystkie za i przeciw; w końcu ostateczna decyzja zapadła. Pewnego pięknego dnia, wczesnym popołudniem szafka zawisła jak wyrok, niekoniecznie w zawieszeniu.
A ja z niepokojem zaczęłam czekać na wieczór i reakcję skazanego...
Było już późno, pies ciągle chrapał spokojnie w przedpokoju, ale kiedy odkrył, że my przenieśliśmy się do sypialni i zagrzebaliśmy pod kołdrą, postanowił do nas dołączyć. Przyczłapał za nami i już, już miał jak co wieczór ulokować zaspany tyłek na swoim ulubionym miejscu pod oknem, kiedy odkrył, że...
Miejsce zniknęło.
Bo pojawiła się... szafka.
Białas stanął na środku sypialni, popatrzył na nowy mebel, zamerdał ogonem, jakby miał nadzieję, że szafka się posunie. Ale nic, nawet nie drgnęła. Postał tak dłuższą chwilę, nie bardzo wiedząc co robić, rzucił nam spojrzenie pełne pretensji i wyrzutów, takie smutne i żałosne, że aż mi się głupio zrobiło. Zignorował nawet nasze zaprosznie do wspólnego spania na łóżku; po prostu obraził się i poszedł trollić na kanapie w dużym pokoju.
Ale w ciągu całej nocy jeszcze kilka razy przychodził do sypialni, jakby chciał sprawdzić, czy przypadkiem, w tajemniczych okolicznościach, tak jak się pojawiła, jednak szafka nie zniknęła z psiego miejsca do spania. Ale ona nadal tam była. Więc za każdym razem Białas z cichym westchnieniem wycofywał się, ale po godzinie, dwóch znów wracał, znów stawał na środku sypialni i znów patrzył z wyrzutem na szafkę, merdaniem ogona próbując nakłonić ją, żeby się wyniosła. Jakby jej bezgłośnie tłumaczył, że to jego miejsce, że zawsze tam spał...
Ale szafka była bezwględna i niewzruszona, w przeciwieństwie do mnie. Pomijając już fakt, że nocne wędrówki smutnego psiura budziły mnie; po prostu było mi go coraz bardziej szkoda. To żałosne, psie spojrzenie zmiększyłoby nawet kamień, a co dopiero moje serce; dziwię się, że pod jego wpływem szafka po prostu nie odpadła z hukiem od ściany. Za to my na poważnie zaczęliśmy rozważać demontaż nieszczęsnego mebla.
Trzeciego dnia poddaliśmy się oboje, nawet mężyka ruszyło sumienie. Kiedy po raz kolejny Białas przyszedł wieczorem do sypialni, stanął na jej środku i zaczął na nas spoglądać znacząco i z niemym wyrzutem, jego Pańciunio skapitulował. Wstał, poszedł do pokoju, przyniósł psie legowisko, razem z travisowymi kocykami, zabawkami i położył je przed tą nieszczęsną szafką.
Przez chwilę mieliśmy obawy, czy psiur zaakceptuje kompromis. Postał jeszcze chwilę nad swoim legowskiem, popatrzył na nie, na nas, jakby chciał powiedzieć, że nie do końca o to mu chodziło,  ale pogrzebał łapą w kocykach... i po chwili zastanowienia zwinął się w kłębek i spokojnie zasnął.
My też.
Pierwsza próba detronizacji psa zakończyła się kompromisem

piątek, 11 marca 2011

KILKA SŁÓW O TRAVISIE

 
Codziennie rano zagląda do sypialni, żeby sprawdzić, czy już wstaliśmy. Nie jest natrętny, zwykle staje po prostu w drzwiach i sprawdza, czy któreś z nas przypadkiem się nie poruszy, nie odezwie. Merda zachęcająco ogonem, ale kiedy nie reagujemy, daje spokój i sobie, i nam. Zwykle tak na pół godziny. Potem wraca i znów zagląda. Podchodzi bliżej, zatrzymuje się tuż przy krawędzi łóżka, opiera łeb o materac i czeka. Wraca do pokoju i przynosi nam Dinusia. Jeśli nadal nie wykazujemy żadnej chęci do wstania z łóżka, wskakuje na kołdrę, zwija się w kłębek i zapada w drzemkę. Jeśli zaś poruszymy się, odezwiemy się do niego, zaczyna kręcić jak szalony młynka ogonem, przeciaga się, przestępuje z łapy na łapę, jakby się wstydził, jakby się krępował, ale w końcu rozradowany wskakuje na łożko i zaczyna się poranne psie mizianie. Pięć minut pieszczot dla pieska Traviska. Drapanie za uszami, po grzbiecie, przewracanie po kołdrze, podgryzanie Pana, lizanie po rękach, czochranie po brzuchu.
Czasem zdarza mu się zaspać i kiedy wstaję, znajduję go na kanapie w pokoju, w pozach, które niezmiennie budzą moje zdziwienie i szeroki uśmiech. Z łapami do góry, na grzbiecie, z pyskiem zwisającym z sofy, wtulonego w poduszki, wyciągniętego na całą swoją psią długość. Ostatnio prawie zawsze - wygrzewającego się w plamie wiosennego słońca.
Wyrwać go z najgłębszego snu i postawić na równe łapy potrafi jedno słowo, nawet użyte w przypadkowym kontekście: spacerek. Kiedy je słyszy, podnosi natychmiast łeb, nadstawia uszy i zaczyna uważnie nas obserwować. Nie da się go oszukać. Wystarczy sięgnąć po buty i kundello wpada w szał radości, doskonale wie, że idziemy. Nie wiem, skąd, ale równie dobrze wie, kiedy go nie zabierzemy ze sobą. Gdy mój mąż zarzuca na ramię plecak, sierściuch obserwuje go, ale zwykle nawet nie złazi z kanapy. Doskonale rozumie, że spaceru nie będzie, bo Pan idzie tyrać. Kiedy wstawałam o ósmej i szykowałam się do pracy też wiedział, że go nie zabiorę. Podnosił łeb, przyglądał mi się przez chwilę, po czym ponownie zasypiał. Kiedy wychodziłam, oglądał się tylko i odprowadzał mnie wzrokiem do drzwi.
Doskonale się orientuje, o której wraca z pracy jego Pan, już pół godziny wcześniej zajmuje strategiczną pozycję przed oknem balkonowym i zaczyna prowadzić obserwację chodnika pod blokiem i skwerka. Radosne skomlenie to także dla mnie sygnał, że mąż został namierzony i zaraz będzie domu.
Travis musi być zawsze tam, gdzie my. Kiedy siedzimy w pokoju, śpi na swoim legowisku, albo na dywanie. Kiedy jemy w kuchni, loguje się pod stołem albo zajmuje strategiczna pozycję tuż obok lodówki. Kiedy idziemy na dłużej do łazienki, wpycha się za nami, kładzie na chłodnym gresie i cierpliwie czeka, aż skończymy brać prysznic lub kąpiel. Kiedy przenosimy się do sypialni i kładziemy spać, już po kilku minutach pies podąża za nami i z głębokim westchnieniem układa się pod oknem lub wskakuje na kapę w nogach łóżka.
Cieszy się niezmiennie do wszystkich i wszystkiego, radosnym merdaniem ogona wita wszystkich odwiedzających: gości, naszych znajomych, listonosza, pana z gazowni, akwizytorów i ulotkarzy, domagając się od każdego uwagi, pieszczot, a najlepiej i zabawy. Próbuje do niej zachęcać nawet gołębie siadające na balkonie, z efektem mizernym.
Szybko się uczy. Doskonale wie, co znaczy polecenie: "Budź Pana"; kiedy je słyszy, wskakuje z rozpędu na łóżko i zaczyna lizać mojego męża po uszach :-) Nauczył się, że wystarczy stanąć przed drzwiami do łazienki, a ktoś przyjdzie i naleje wody do miski. Kładzenie się obok niej uznał za mało skuteczne, bo zorientował się już, że mija czasem dobra godzina zanim zauważymy, że psiur zniknął w łazience i czeka cierpliwie na likwidację Sahary w blaszaku...
 Jest łakomy, ale i wybredny. Kiedy wraca ze spaceru, biegnie natychmiast do kuchni, omija szerokim łukiem miskę wypełnioną po brzegi suchą karmą, staje przed lodówką i ogląda się na nas znacząco. Merda kitą, oblizuje się, całym sobą dając nam do zrozumienia, że natychmiast trzeba wyjąć coś dobrego i dać psu. Najlepiej oczywiście, żeby to było surowe skrzydełko. Jedno, dwa, trzy... Wie, że nie wolno mu jeść w kuchni na płytkach, rozumie co znaczy :"Idź do siebie", więc leci biegiem do pokoju, na swoje legowisko, zjada pośpiesznie darowany kąsek i znów wraca, żeby zająć strategiczną pozycję przed skarbnicą pyszności. 
Próbowaliśmy go zachęcić, wręcz zmusić do jedzenia suchej karmy, ale obsychała tylko po kilka dni w misce. Wystarczył jednak tydzień, żeby pies załapał, co znaczy polecenie: "Żryj kulki". Ostatnio ze zdziwieniem zauważyłam, że kiedy je słyszy, faktycznie... idzie do miski, zjada dwie, trzy garście, jakby dla zachowania pozorów, po czym wraca pod lodówkę i znów się na nas ogląda, jakby mówił:
"Zjadłem, teraz skrzydła!"
Kiedy o coś prosi, nie daje łapy. Siada obok, wpatruje się jak sroka w gnat tymi swoimi brązowymi ślepiami, a kiedy napięcie sięga zenitu, kiedy pies już nie może dłużej wytrzymać, trąca nosem opieszałego darczyńcę. Jakby chciał przypomnieć o swoim istnieniu, że oto on, Travis siedzi sobie tutaj obok i czeka. Cierpliwie czeka.
 I ślini się. Straszliwie. Już po kilkunastu sekundach zaczyna z psiego pyska kapać jak z uszkodzonego kranu, cieknąć na podłogę lub na to, co się znajdzie w okolicy. Zwykle są to jakieś elementy naszej garderoby, dziś rano przy śniadaniu parsknęłam śmiechem i herbatą, kiedy nagle mężyk ni z tego, ni z owego oświadczył psu:

"Travis, proszę Cię, zabierz tego ryja, moje spodnie to nie jest teren zalewowy!!!"

czwartek, 10 marca 2011

SPOJRZENIE

 
Mam takiego dobrego znajomego z pracy. Poznaliśmy się przypadkiem kilka lat temu, przyjechał do firmy w sprawie pilnej awarii, bardzo mi pomógł, postawił sprzęt na nogi. Przed rozpoczęciem naprawy zadał kilka pytań i zanim się obejrzałam, zaczęliśmy rozmawiać - o wszystkim i o niczym. Dłubał przy komputerze dobrych kilka godzin; przez ten czas zdążył mi opowiedzieć spory kawał swojego życia. A ja nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas minął. Był miły, życzliwy i sympatyczny; często po niego dzwoniłam, kiedy pojawiały się kolejne problemy ze sprzętem. Zawsze, gdy poprosiłam, przyjeżdzał w ciągu kilku godzin, nawet późnym wieczorem. W ciągu dnia potrafił zostawić realizowane zlecenie i przywieźć mi płytę z oprogramowaniem. Polubiliśmy się, trochę zaprzyjaźniliśmy. Zaczęły się żartobliwe zaproszenia na kawę, choć akurat tej ostatniej miałam w restauracji pod dostatkiem. Nie widziałam w tym nic nietaktowego, nic niepokojącego. Ot, zwykłe żarty z kolegą.
Nic nie widziałam. Zawsze tak miałam. Nigdy nie potrafiłam zauważyć, że się komuś podobam, ba, nie byłam nawet w stanie zorientować się, że ktoś mnie podrywa. Dlaczego mój kolega z liceum zaprosił na studniówkę akurat mnie domyśliłam się kilka ładnych lat później. Z biegiem czasu refleks nieco mi się wyrobił. Już po miesiącu dotarło do mnie, dlaczego kumpel, z którym pojechałam na firmowy wypad na narty, chciał mieć koniecznie dla nas oddzielny pokój. Potrzebowałam jednak kolejnych kilku tygodni, żeby zrozumieć jego rozczarowanie faktem, że po powrocie ze stoku padłam na łóżko i tak po prostu zasnęłam...
No cóż, demonem domyślności jak do tej pory nadal nie zostałam, ale nauczyłam się zwracać uwagę na pewne rzeczy; kilka razy zdarzyło mi się nawet doznać nagłej iluminacji.
Kiedyś, po moim rozpaczliwym telefonie, Marcin przywiózł mi zastępczy monitor późnym wieczorem w niedzielę jakoś tuż przed północą. Nie wiedziałam wtedy, jak mu dziękować. Byłam zdenerwowana, zmęczona i tak bardzo, bardzo mu wdzięczna za pomoc.
Rozmawialiśmy gdzieś w przejściu, na szybko; dał mi foliową torbę z ekranem i trochę za długo przytrzymał moją rękę. O sekundę, dwie. Podniosłam głowę i nagle TO zauważyłam.
 TO spojrzenie. Coś w nim było. Nawet więcej niż coś. Było w nim wszystko, wszystkie pytania, których nigdy nie zadałam i wszystkie odpowiedzi.
W ciągu jednej, krótkiej chwil, zrozumiałam wszystko. Jego gotowość do pomocy o każdej porze, którą brałam za profesjonalizm. Jego uśmiech, kiedy przyjeżdzał do firmy, który uważałam za przejaw zwykłej sympatii i życzliwości. Drobne gesty, przelotny dotyk, wszystko, co wydawało mi się przypadkowe, nagle ułożyło się w jedną całość.

Ograniczyłam radykalnie tę znajomość. Nigdy nie przepadałam za gierkami, nie lubiłam się bawić, zwłaszcza cudzym kosztem; doskonale wiedziałam, że jest żonaty. Później przeszłam do nowej firmy i nasze kontakty umarły śmiercią naturalną.

Spotkałam go przypadkiem kilka tygodni temu. Uśmiechnął się na mój widok tak jak kiedyś, od ucha do ucha, ciepło, serdecznie. Stałam za blatem; dopiero kiedy podszedł bliżej, zauważył piłkę, którą od kilku miesięcy noszę przed sobą. Coś zmieniło się w jego twarzy, tylko na chwilę; zamieniliśmy kilka zdań, ot zdawkowa rozmowa starych zanjomych. Prawie dałam się oszukać. Kiedy przeciskałam się bokiem przez wąskie przejście, nagle, zanim zdążyłam się odsunąć, pogłaskał mnie po brzuchu. Delikatnie, lekko. Cofnęłam się, nie lubię, kiedy ktoś mnie dotyka, już miałam coś powiedzieć, kiedy znów TO złapałam.
 TO spojrzenie.
TO coś nadal w nim było.
Pożegnałam się szybko i ... wyszłam, właściwie to prawie uciekłam.
Dziś przez cały szukałam tego czegoś w spojrzeniu męża i nie mogłam znaleźć. Gdzieś się zapodziało - w zabieganiu, w porannych korkach, gdzieś zginęło pomiędzy wizytą u lekarza, telefonami z pracy i dokumentami, które zostawiłam w domu i po które musieliśmy biegiem wracać. Nawet wieczorny wypad do kina nie uratował ani sytuacji, ani mojego nastroju. Jego uparte milczenie, tak dobrze mi znane, wywołało wszystkie ukryte po kątach lęki. Przypomniało mi, że idziemy razem dalej, ale po bardzo kruchym i bardzo popękanym lodzie.
Smutno mi z tą świadomością.

sobota, 5 marca 2011

NOWA TECHNOLOGIA

 
Znów się dałam skusić. Nudził, marudził, zaglądał do kuchni z nadzieją - w końcu wzięłam się i zrobiłam pizzę, która tak uparcie chodziła za moim mężem od kilku dni. Nie mam pojęcia, co znów skopałam, ale po serii udanych egzemplarzy, znów mi wyszło ciasto z betonu. Mąż spróbował, coś bąknął na temat sprzedaży patentu instytucjom wojskowym, bo ponoć mój wypiek nadawałby się idealnie na pancerze wozów bojowych do Afganistanu... Zanim jednak zdążył rozwinąć swoją wizję i ponownie skomentować konsystencję ciasta, zagroziłam, że jeśli powie jeszcze słowo na ten temat, to będzie gotował sobie sam. Siedział więc dłuższą chwilę cicho, jadł, nóż zgrzytał po cieście wywołując coraz szerszy uśmiech na jego twarzy. W końcu nie wytrzymał i powiedział:

"Kochnie, widzę że technologia wytwarzania panzerpizzy poszła do przodu, ciasto o wiele cieńsze, a dwa razy twardsze niż było..."