piątek, 25 lutego 2011

ZAKAZ WJAZDU

Zwykle duże zakupy spożywcze robimy na początku miesiąca, jedziemy autem i przywozimy zapasy na kilka tygodni. Jeszcze do niedawna codziennymi sprawunkami zajmowałam się ja, ale w związku z faktem, że ostatnio sporo mam już do noszenia, funkcję zaopatrzeniowca przejął mój mąż, żebym nie musiała dzwigać jeszcze więcej. Dwa, trzy razy w tygodniu wędruje więc razem z psiurem na lokalny zieleniak i znosi mi kilogramy jabłek, mandarynek, kupuje świeży chleb i inne specjały. Jeśli mnie głód lub zachcianka przyciśnie pod jego nieobecność, decyduję się co najwyżej na wyprawę do najbliższego spożywczaka, tocząc się charakterystycznym, kaczym krokiem. Na dalsze eskapady nie daję się już namówić, więc kiedy dziś luby zaproponował wspólną wyprawę na rynek, skrzywiłam się tylko. Nie chciało mi się, ale kiedy usłyszałam, że teraz moja kolej, żeby iść po chlebek, nie bardzo wiedziałam jak się wykręcić. Ale na szczęście mężyk pomyślał chwilę, popatrzył na mnie i sam znalazł mi usprawiedliwienie:
"No dobra, nie musisz iść, zapomniałem, że ciężarówek do centrum nie wpuszczają..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz