niedziela, 27 lutego 2011

TĘSKNOTA Z WIOSNĄ

 
Zaszurały rano psie pazury po podłodze sypialni. Zaszurały i zrobiło się cicho. Nie chciało mi się wstawać, ale zerknęłam spod wpółprzymkniętych powiek, żeby sprawdzić, co robi Kundello. A kiedy zobaczyłam, uśmiechnęłam się sama do siebie i do sierściucha, który nawet tego nie zauważył. Był zbyt zajęty.
Stał obok łożka i obwąchiwał... tulipany stojące na nocnej szafce. Żółto - czerwone pączki zaraz po przyniesieniu do domu rozdziawiły ciekawskie paszcze, a po kilku dniach powyciągały na wszystkie strony i nieco pochyliły głowki. Pies trącał je nosem, wtykał swoją brązową śnupę po kolei w każdą, do której mógł dosięgnąć i ewidetnie je...wąchał. Dłuższą chwilę.
 Dopiero kiedy zobaczył, że go obserwuję, merdnął radośnie ogonem, a potrącone pyskiem tulipany zakołysały się lekko.

sobota, 26 lutego 2011

SKORPIONY



Upiekłam ostatnio rogaliki. Kiedy je robiłam, mąż śmiał się, że wyglądają jak małe skorpiony. Większość pożarłyśmy z bratową natychmiast po wyjęciu ich z piekarnika, na gorąco, z mlekiem. Pyyyyszne były. Niestety, kiedy ostygły, utraciły jeden ze swoich głównych walorów, to jest ... miękkość. Mówiąc wprost, zrobiły się twarde jak skorupa. Dobrze, że chociaż marmolada w środku pozostała nadal miękka. Wszyscy nadal jej jedli i nie narzekali, pewnie z wrodzonej uprzejmości. Pies też dostał kilka i nie nic nie powiedział, głównie dlatego, że generalnie niewiele mówi.
Sporo było tych rogalików, więc zapakowałam część bratu i bratowej, żeby zabrali do domu. Kiedy pojawiliśmy się u nich kilka dni później, moja mama wykazała się niestety daleko posuniętą ciekawością i zaczęła mnie wypytywać, dlaczego wyszły mi takie twarde. No dlaczego i dlaczego, co dodałam, a ile piekłam, a w jakiej temperaturze, dlaczego i dlaczego. I tak w kółko. Zanim się zdążyłam odezwać, na kolejne pytanie:
"Dlaczego są takie twarde?"
odpowiedział mój mąż:
"Bo skorpiony mają pancerz.."

piątek, 25 lutego 2011

ZAKAZ WJAZDU

Zwykle duże zakupy spożywcze robimy na początku miesiąca, jedziemy autem i przywozimy zapasy na kilka tygodni. Jeszcze do niedawna codziennymi sprawunkami zajmowałam się ja, ale w związku z faktem, że ostatnio sporo mam już do noszenia, funkcję zaopatrzeniowca przejął mój mąż, żebym nie musiała dzwigać jeszcze więcej. Dwa, trzy razy w tygodniu wędruje więc razem z psiurem na lokalny zieleniak i znosi mi kilogramy jabłek, mandarynek, kupuje świeży chleb i inne specjały. Jeśli mnie głód lub zachcianka przyciśnie pod jego nieobecność, decyduję się co najwyżej na wyprawę do najbliższego spożywczaka, tocząc się charakterystycznym, kaczym krokiem. Na dalsze eskapady nie daję się już namówić, więc kiedy dziś luby zaproponował wspólną wyprawę na rynek, skrzywiłam się tylko. Nie chciało mi się, ale kiedy usłyszałam, że teraz moja kolej, żeby iść po chlebek, nie bardzo wiedziałam jak się wykręcić. Ale na szczęście mężyk pomyślał chwilę, popatrzył na mnie i sam znalazł mi usprawiedliwienie:
"No dobra, nie musisz iść, zapomniałem, że ciężarówek do centrum nie wpuszczają..."

środa, 23 lutego 2011

CIĄŻA RODZINNA


Po dokładniejszej analizie faktów z ostatnich miesięcy doszłam do wniosku, że moja ciąża ma charakter rodzinny :-) Od początku sierpnia masę ciała zwiększyli wszyscy: pies, ja, mój mąż i Malutka. Biorąc pod uwagę wagę wyjściową, ona "przytyła" najwięcej. W trzydziestym tygodniu ciąży według wskazań usg waży już 1,70 kg. Nogi ma długachne, włosy też, wymachuje łapami we wszystkie strony i powoli szykuje się do startu - jest ułożona główkowo. Lekarz powiedział, że gromadzi już pierwszy tłuszczyk pod skórą.
Geny tatusia :-)
Kiedyś doktor powiedział nam, że ma dwie córki i że jego żona w każdej ciąży przytyła dokładnie dziewięć kilogramów. On też. Tylko że żona zrzuciła, a on nie :-)

poniedziałek, 7 lutego 2011

TEST



Zrobiłam sobie wczoraj test. Układałam wieczorem ciuchy w szafie, dzieląc je na te, które jestem w stanie jeszcze założyć i te, które ewentualnie będę mogła włożyć na wiosnę. Z rezygnacją odłożyłam na bok większość sweterków, bluzek i koszulek, bo się jakoś pokurczyły, ubyło im z długości zwłaszcza - wszystkie kończą mi się w okolicach pępka. W stronę spodni nawet nie patrzyłam, ale po chwili coś mnie podkusiło. Wyciągnęłam swoje przedciążowe jeansy, uprane, złożone i ukryte głęboko w szafie. Czekają w niej na lepsze dni, w sumie już jesienią nie byłam ich w stanie zapiąć na brzuchu. Chyba że metodą na Ferdynanda Kiepskiego :-).
Przymierzyłam. Z lekką rezygnacją, bo w sumie byłam nastawiona, że nic z tego nie będzie. W kwestii dopięcia nic się nie zmieniało. Ale spodnie jestem w stanie bez problemu założyć :-)
 Od początku ciąży przybyło mi niecałe siedem kilogramów, głównie na linii pasa i powyżej. W pracy śmieją się ze mnie, że wyglądam jak dziewczynka z piłką.
 Są też tacy, co mają odwagę twierdzić, że jak dziewczynka z trzema piłkami...

czwartek, 3 lutego 2011

RODZINNA SOLIDARNOŚĆ

 
Tydzień markowania za nami, siedzieliśmy po nocach, oglądaliśmy filmy, byczyliśmy się do jedenastej. W niedzielę pobiliśmy rekord. Nawet nasz pies, zwykle śpiący tak długo jak my, nie wytrzymał ciśnienia, głównie tego w pęcherzu. Wczesnym przedpołudniem brązowe ślepia nabrały niepokojąco żółtego koloru, Białas wytrwale krążył między pokojem a sypialnią, sprawdzając co pół godziny, czy przypadkiem  nie ma się nam na wstawanie. W ramach motywacji i zachęty do tegoż, zaczął znosić nam do łóżka swoje zabawki. Kiedy w końcu wyleźliśmy spod kołdry w okolicach godziny dwunastej w południe, z niejakim zdziwieniem odkryliśmy liczne towarzystwo… Przede wszystkim – zrezygnowanego psa, który poddał się po piątej próbie obudzenia nas i dołączył po prostu, zwijając się w kłębek w nogach łóżka. Ale nie tylko. W międzyczasie przyniósł sobie na kapę piszczącego dinozaura, pierdzącego basem guźca, granatową piłkę, na wpół przegryziony sznur i pluszowego szczura. I tak spaliśmy z tą całą ferajną… A ja po tygodniu takiego lenistwa odkryłam, że Mała wcale nie jest rannym ptaszkiem, ona po prostu wstaje o piątej rano w ramach solidarności z tatusiem udającym się o tej nieludzkiej porze do pracy. I ma w głębokim poważaniu fakt, że ja nie muszę ani nie mam ochoty się zrywać bladym świtem. Kiedy powiedziałam o tym mężowi, wytknął mi, że się nie solidaryzuję z rodziną: on wstaje, dziecko wstaje, pies wstaje, tylko ja mam coś przeciw.

No mam! Nawet dużo!
Dziś, w wolny dzień, kiedy nie muszę nigdzie iść i nic robić, wylazłam z łóżka o szóstej trzydzieści rano, po godzinnym przekładaniu się z boku na bok. Nawet pies miał w czarnym punkcie pod ogonem rodzinną solidarność, dla zachowania pozorów odwalił spacerek bladym świtem, siknął z obowiązku i kontynuuje chrapanie na kanapie. A ja się snuję po mieszkaniu półprzytomna, patrzę, gdzie by tu głowę do poduszki przyłożyć. Niestety! Co się wtulę, to Mała zaczyna swoje niemoralne zachowania.

No bo jak inaczej nazwać kopanie leżącego???

 Nie wiedzieć czemu, bardzo to bawi mojego męża.

 Już ja mu robię symulację wieczorem, kiedy on będzie chciał zasnąć.
Będę go przez godzinę kopać po brzuchu…