sobota, 29 stycznia 2011

PSIA EMPATIA I PERPETUUM MOBILE



Jakoś śpieszyło mi się ostatnio. W sumie sama nie wiem do czego i dlaczego. Białas pochrapywał na kanapie w pokoju, a ja w głowie układałam sobie plan ogarnięcia chałupy, wstawienia zaległego prania, wyjścia z nim na spacer i parę innych rzeczy. A czas jak zwykle gonił. Zjadłam na stojąco kanapkę, popiłam na szybko herbatą; w drodze do łazienki złapałam kilka kulek winogronu z miski stojącej na stole i wrzuciłam sobie do paszczy. Jedna wpadła nie tam, gdzie powinna, oj zdecydowanie nie trafiła w tą dziurę, co trzeba. Zakrztusiłam się porządnie, rozkaszlałam na dobre, popłakałam i aż usiadłam na podłodze w kuchni, żeby w końcu złapać oddech. Natychmiast pojawił się obok mnie zaniepokojony pies. Merdał ogonem, trącał mnie nosem i zlizywał łzy z policzków, próbując na swój, psi sposób pomóc mi, pocieszyć jakoś, uratować panią. Psia empatia... No i jak go nie kochać?Ps. Kiedyś przyszła do mnie przyjaciółka z trzyletnim synkiem, Wiktorem. Młody łobuzował, biegał, aż w końcu uderzył czołem o kant stolika i rozpłakał się żałośnie, bardziej ze strachu niż z bólu. Pies natychmiast rzucił się do pocieszania malca, oczywiście za pomocą lizania, za czym z kolei Wiktor nie przepada. Efekt był taki, że młody zaczął płakać jeszcze głośniej, nie mogąc odpędzić namolnego psa o wielkim sercu. Co oczywiście zmobilizowało Travisa do jeszcze intensywniejszego pocieszania zapłakanego chłopca, oczywiście - przez zwiększenie częstotliwości i natarczywości lizania. Po chwili Młody wył jak zarzynane prosie, a pies jak oszalałby, merdając kitą jak cepem, lizał go po wszystkich częściach ciała, do których był w stanie dosięgnąć :-) Tak powstało perpetuum mobile napędzane psią empatią :-)

piątek, 28 stycznia 2011

MOPSIK


Malutka nie jest już wcale taka malutka.
 Według pomiarów z ostatniego usg waży już ponad kilogram, wszystkie parametry prawidłowe, wszystko w normie przewidzianej dla końcówki dwudziestego siódmego tygodnia. Dzięki technice 3D mogłam zobaczyć jej buźkę.
Spała spokojnie.
Przede mną leży teraz małe, trochę zamazane, czarno - białe zdjęcie. Od kilku dni nie mogę od niego oderwać wzroku.
Mała wygląda na nim trochę jak... mopsik
Pucołowate policzki, zadarty nosek.
No mopsik, jak by nie patrzeć :-)

sobota, 22 stycznia 2011

STUDNIÓWKA


Wypadałoby jakąś tapetę nałożyć na twarz, zmontować na głowie wyjściową fryzurę, założyć balową kieckę, wciągnąć na tyłek czerwone majtki i odtańczyć poloneza…
 
W końcu dziś studniówka :-)
 
A ja siedzę sobie po prostu w cichym, wieczornym domu, wykąpana i otulona w ciepły, puchaty szlafrok. Mało wyjściowa to koafiura, wiem, na dodatek włosy mam mokre, świeżo umyte, niezłożone. Trzymam rękę na brzuchu, bo łobuziara tańcuje jak na cygańskim weselu i myślę z lekkim niedowierzaniem, że do spotkania z Malutką pozostało już tylko...
sto dni.

czwartek, 20 stycznia 2011

WIELKA MIŁOŚĆ

Wielka miłość nie wybiera, czy jej chcemy nie pyta nas wcale...
No właśnie…
 Betty zrobiła Travisowi niespodziankę z okazji Nowego Roku.
Zaczęła „pachnieć”...
Najpierw delikatnie, subtelnie, potem lekko aluzyjnie, a w ciągu ostatniego tygodnia tak intensywnie, że Travis wyczuwa jej obecność na skwerku z wysokości drugiego piętra przez szczelnie zamknięte okna. Przy których nota bene siedzi niemal non stop, wyczekując pojawienia się swojej ukochanej, umiłowanej, jedynej, najpiękniejszej na świecie (no cóż, podobno o gustach się nie dyskutuje) Betusi, Betulki…
 Mój mąż zastał go ostatnio przed oknem balkonowym, z nosem wyczekująco rozpłaszczonym na szybie o… trzeciej nad ranem.
Pies nie śpi całe noce i nie żre całe dnie.Kocha, tęskni i cierpi, a my razem z nim, zwłaszcza kiedy radosnym, podnieconym skomleniem oznajmia nam, że Betty właśnie wyszła na spacer i on natychmiast, ale to już teraz musi się z nią spotkać. W niedzielę wpadł na taki pomysł o piątej rano i chodził, i jojczył, i skomlał, i piszczał, i skarżył się na swój nieszczęsny psi los aż do dziewiątej, kiedy w końcu puściły mi nerwy. Wstałam i wyprowadziłam Oblecha, żeby mógł chociaż obwąchać ślady swej ukochanej, umiłowanej…. Kiedy pojawiła się na horyzoncie, musiałam puścić także smycz, w przeciwnym wypadku Travis pobiegłby na spotkanie z nią, ciągnąc za sobą moją urwaną rękę...
Nie miałam wyboru, zaczynam przypominać kulkę, ale toczę się raczej majestatycznie i wolno; nie jestem w stanie osiągnąć, tak jak Kundello, ponaddźwiękowej prędkości na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Siłę uciągu też mam o wiele mniejszą niż Betty siłę przyciągania… Ale dzięki współpracy z jej panem, udało się nam po raz kolejny nie dopuścić do skonsumowania związku. Jednak żeby sunia mogła się w końcu oddalić bez Travisa przyklejonego do swego zadka, musiałam Białą Dupę zaskoczyć. Trafnie przewidując rozwój zdarzeń, przywiązałam psią smycz do hydrantu. Ten zaskoczył Travisa dwa razy. Nie przewrócił się tak jak ja i nie puścił. Pies zrozumiał to już przy pierwszej próbie dywersji i pierwszym potężnym szarpnięciu, kiedy to wszystkie jego cztery łap pobiegły, a łeb został w miejscu... Na szczęście cały czas w kontakcie z tułowiem, choć przez chwilę miałam wrażenie, że mu odpadnie, a mimo to biały korpus pobiegnie dalej za ukochaną, umiłowaną…
Kiedy zniknęła z pola widzenia, jakoś udało mi się doholować do chałupy wyraźnie rozżalonego sierściucha, który ostentacyjnie się na mnie obraził. Trudno, jakoś to zniosę, nie zamierzam na wiosnę wychowywać stada amstafo – labradorów, ani płacić alimentów, chyba, że Travis zdecyduje się łożyć na dzieci z własnej miski. Która, nota bene, od trzech dni stoi nietknięta. Oblech nie chciał zjeść nawet okrawków ze schabu. Trudno. Niech nie żre, chociaż schudnie trochę. Na zdrowie mu to wyjdzie. Zwłaszcza, że od niedawna ma nową ksywę.
 Zapaśnik.

środa, 19 stycznia 2011

PAN L.



Wraca.
 Zwykle przychodzi niespodziewanie, tak po prostu, zagląda i zostaje. Czasem na chwilę, czasem na dłużej. Składa wizytę bez wyraźnego celu i przyczyny. Ot tak, przyłazi. Zwykle wtedy, kiedy jestem sama. W takie wieczory jak ten. Kiedy cichutko gra radio, a Travis chrapie pod oknem. Przychodzi. Niechciany gość. Siedzi i milczy. Patrzy. A pytania nasuwają się same.
Wracają.
Tylko odpowiedzi brak.

sobota, 15 stycznia 2011

KRZYŻÓWKA



Prosta do rozwiązania, choć dla mnie zadziwiająca.
Mała jest krzyżówką... nas dwojga.
Mnie i męża.
Ku mojemu zaskoczeniu jest jeszcze większym nocnym Markiem niż ja. Kiedy idę w końcu spać, ona się uaktywnia. Zwykle między jedenastą, a pierwszą w nocy zaczyna się wiercić i kręcić na całego, dosłownie wariuje, aż podskakuje mi cały brzuch. Nie byłoby w tym nic gorszącego, gdyby spała potem do południa moim słodkim zwyczajem.
Niestety!
Budzi się w okolicach godziny piątej, szóstej rano, zwyczajem swojego tatusia :-)
I jak gdyby nigdy nic, zaczyna brykać od nowa.
Krzyżówka sowy ze skowronkiem... :-)

wtorek, 11 stycznia 2011

SUMA BANAŁÓW


Życie jest tu i teraz. Nie w przeszłości i nie w przyszłości. Wczoraj już było, a jutro nie nadchodzi nigdy. Jest tylko dzień dzisiejszy. Wystarczy rozejrzeć się dookoła i zacząć żyć. Tu i teraz. Skupić się na chwili. Zachwycić nią. Zamiast narzekać, że zimno i pada, po prostu zatrzymać się i poczuć na policzku marznące krople deszczu. Zamiast wieczorem zapaść w sen szybko i nieuważnie, zamknąć oczy na moment i przesunąć powoli dłonią po ciepłych, miękkich, rozespanych plecach. Zsunąć ją w zagłębienie w pasie, zatrzymać na chwilę, zapamiętać kształt, fakturę i małe znamię przy kręgosłupie. Zamiast czekać na bukiet i wyznania, kupić go sobie i wcisnąć nos między delikatne, chłodne, atłasowe płatki tulipanów, zachować w pamięci zapach i obietnicę wiosny, przytulić całe naręcze, aż zaskrzypią i zachrzęszczą liście. Zamiast w biegu i na szybko, wypić poranną kawę powoli, małymi łykami, podzielić smak na ciemność ziaren, jasność mleka, słodycz cukru i gładkość brzegu filiżanki.

Zatrzymać się i poczuć, że jestem, że żyję.
Tu i teraz.
Życie jest sumą banałów.

Coraz częściej myślę, że chodzi w nim o to, żeby się nie zaganiać, ale i nie przeczekać. Szczęście to codzienność i drobiazgi, które tak często mija się obojętne i z pogardą, wyglądając na horyzoncie Rzeczy Wielkich, Doniosłych i Ważnych. Czekając na prawdziwą, jedyną miłość, na lepszą, dobrze płatną pracę, na własny dom, na spełnienie przysłowiowych marzeń. Szczęście tymczasem nie jest stanem posiadania. Ani czegoś, ani kogoś.
Jest umiejętnością. Sposobem patrzenia na świat i innych ludzi, dostrzeganiem i akceptacją faktu, że wcale nie jest czarno biały. Jest szary jak w telewizorze „Neptun”. Wszystko ma milion odcieni, szereg warstw i znaczeń zależnych od kontekstu, sytuacji, okoliczności i interpretacji. Nie ma prostych odpowiedzi na trudne pytania. Nie ma prawdy absolutnej, są tylko półprawdy i ćwierćprawdy. Nie ma ludzi nieskazitelnych i nieomylnych. Są za to miliony głupio - mądrych, jednocześnie dobrych i złych, którzy popełniają błędy, mylą się i błądzą. Nie ma idealnych małżeństw. Nic tak naprawdę nie jest piękne, proste i ładne jak w bajkach, reklamach i czasem na blogu.
Prawdziwe życie toczy się poza kadrem, poza dekoracją, poza słowem pisanym. To co widzimy, czego pragniemy, za czym tęsknimy, to, co wydaje się takie cudowne i wspaniałe, to, co tak kusi, jest tylko fragmentem wyrwanym z kontekstu. Obrazkiem. Ujęciem. Sceną. Pięknym i zwykle nieprawdziwym, jeśli nie bierze się pod uwagę, że ciąg dalszy rozgrywa się równolegle za kulisami. A tam, jak w prawdziwym życiu, różnie bywa, wpadki, pomyłki, zmyte makijaże, ot, proza życia. Warto tam zajrzeć, żeby wyleczyć się ze złudzeń, z czekania na święty nigdy, żeby zrozumieć, że każdy medal ma dwie strony, a kij dwa końce.
Żeby poznać i docenić słodki smak cukru, trzeba coś posolić, a czasem zwyczajnie spieprzyć. Musi być dobrze i niedobrze, bo wszystko, co się zdarza ma jakiś cel i sens, czegoś uczy, coś pokazuje, choć normalny człowiek podczas niektórych lekcji ma nieodpartą ochotę w słowach powszechnie uznawanych za wulgarne podziękować za współudział. I wyjść, trzaskając drzwiami, albo chociaż zgłosić nieprzygotowanie. Szkoła życia, choć bez planu lekcji przyszłych zdarzeń.
Wszystkie mają swoje przyczyny, cel i skutek. Twórczy lub destrukcyjny. Można się zatrzymać i latami grzebać w kupie gnoju dla wątpliwej przyjemności samego grzebania. Można na nim wyhodować coś pięknego, choć to paradoks, co szeroko otwiera oczy ze zdziwienia, że głupota może dać takie efekty. Sama swoją mogłabym wypchać sporą walizkę i choć często ten bagaż ciąży, nie zmieniłabym niczego w swoim życiu, żadnej decyzji, nawet tych, które były ewidentnie złe i poraniły mnie i wiele osób dookoła.
Wierzę, że wszystko co robimy, kiedyś do nas wróci ze zdwojoną siłą. Za wszystko trzeba będzie zapłacić. Tak jest cena nabywania pewnych umiejętności. Wszystko, czego doświadczyłam, czegoś mnie nauczyło, coś mi dało. Wiedzę. O ludziach i świecie. Doświadczenie, czasem trudne do uniesienia, ale wartościowe. Umiejętność życia.
Takiego, jakiego chcę, jakie lubię, jakie daje mi szczęście. Dlatego nie żałuję niczego, co zrobiłam. Dlatego czuję, że sobie poradzę, niezależnie od tego, co będzie się działo dookoła. Niezależnie od tego, czy będę z kimś, z kim i gdzie. Bo życie ma wartość samo w sobie, wartość absolutną i niepodważalną, jedyny i niepowtarzalny, choć zmienny smak. Nikt nam nie da drugiego, nie zamieni tego na lepsze, inne, szczęśliwsze. Nikt nie ma takiej mocy.
Dopiero z tą świadomością można podejmować decyzje. Wcześniej mi jej zabrakło. Dlatego nie warto żyć w oczekiwaniu na coś, po coś, dla kogoś: dla męża, dla dziecka. Dlatego nie warto się zastanawiać nad tym co było i bać się tego, co będzie. Stach przed niczym nie chroni, nie oswaja najgorszych zdarzeń, nie asekuruje przed nimi, nie zabezpiecza. Skutecznie za to odbiera radość i spokój tu i teraz. Dlatego nie warto się bać. Z perspektywy czasu widzę, że to była strata czasu. Cała ta sytuacja narastała od miesięcy jak wrzód, nabrzmiewała moim lękiem i domysłami. Bałam się go ruszyć. Aż w końcu rozerwałam jednym szarpnięciem, jednym pytaniem. Wszystko się wylało i oczyściło.
Bardzo długo rozmawialiśmy w Sylwestra i w Nowy Rok. Taki symboliczny koniec starego, początek nowego. Rana została, pobolewa, ale w końcu zaczyna się goić. Nawet szybciej niż myślałam. Bliznę będę nosić długo, wybaczyć nie znaczy niestety zapomnieć, a pamięć mam akurat wyjątkowo dobrą. Ale po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się spokojna i bezpieczna. Odkryłam ze zdziwieniem, że mam… po prostu siebie, a w sobie siłę, o którą siebie nawet nie podejrzewałam. Że szczęście jest stanem, który noszę gdzieś w środku. Niewiele mi do niego trzeba. Ostatnio po raz kolejny zauważyłam, jak bardzo mało. „Dwie ręce mam, dwie nogi mam…”  A dookoła wielu życzliwych ludzi. Wystarczy.
Gdzieś podświadomie czuję, że to po prostu kolejna lekcja, że to wszystko było mi w jakiś sposób potrzebne, paradoksalnie także nam, żeby zamknąć pewien etap, żeby zacząć inny. Żeby nie musieć ani sobie, ani innym już niczego udowadniać.
Może musimy po prostu co jakiś czas stanąć na krawędzi, zachwiać się.
W ostatniej chwili złapać wyciągniętą ręką. W ostatniej chwili tę rękę wyciągnąć.
Usłyszeć: „Skarbie...”
Zawołać: „Skarbie... ”
Coś zgubić, żeby coś znaleźć.
Coś bardzo cennego.
Skarb.
Siebie.

sobota, 8 stycznia 2011

ZACHCIANKA



Mam zachciankę.
Trochę dziwną jak na ciążową, ale mam.
 Chodzi za mną od wczoraj i nie chce się odczepić. No zachcianka i już. Chce mi się bukietu tulipanów. Chce mi się plątaniny tych stulonych główek w kruchych liściach. Takiego wielkiego bukietu, pachnącego wiosną, jej obietnicami i nadziejami, takiego pęku, w którym można zanurzyć twarz i wziąć głęboki oddech...
Pierwsze, co jutro zrobię, to go kupię.
Sama sobie. A co.

piątek, 7 stycznia 2011

PYTANIA


Jestem w stanie odpowiedzieć tylko na jedno – z Małą wszystko w porządku.


Wszystkie inne mogę tylko zadać. Nie wiem, czy jest sens wypisywać je tutaj. I tak wracają, ciągle tłuką mi się po głowie. Te wypowiedziane na głos i przemilczane...
Dlaczego? To było chyba pierwsze. Powtórzyłam je setki razy, choć wtedy wydawało mi się, że odpowiedź, którą usłyszałam, już mi wystarczy, że nie muszę już o nic więcej pytać. Z głupoty. Jak potwornie ona boli... Ma do tego kurewsko wysoką cenę. Kiedy wychodziłam wtedy z domu, żeby ją zapłacić - tylko z psem i Małą pod serduchem, nie mogłam uwierzyć, że to koniec. Nie docierało do mnie, że tak po prostu. Wstałam rano, pocałowałam go na do widzenia, uśmiechnął się przez sen, pies chrapał wtulony w kołdrę, a po południu wszystko zniknęło. Cały świat, wszystko, w co wierzyłam, co najbardziej kochałam, całe moje życie okazało się fikcją. Kiedy w ostatni dzień starego roku pisałam, że bal się skończył, tak czułam…
Siedziałam u przyjaciółki, płakałam, pytałam, ona tylko słuchała, pies kręcił się niespokojnie w obcym miejscu, poszczekiwał, nie mógł zasnąć. Ja też nie potrafiłam, przekładałam się z boku na bok całą noc, a Mała trzepotała mi się w brzuchu jak wystraszony ptak. Travis w końcu wpakował się na łóżko i tylko wzdychał głęboko przez sen, jakby wszystko rozumiał. Świtało.
Dzień wcześniej odpowiedziałam sobie przypadkiem na pytanie, długo odsuwane od siebie – czy chcę wiedzieć. W ciągu jednej, krótkiej chwili. Chciałam. Chciałam przerwać ten rosnący we mnie od miesięcy pęcherz niepokoju, nabrzmiewający moim strachem, podejrzeniami i lękiem.
W końcu pękł, ale dowiedziałam się tylko, że nie wiem nic. Nie wiem, kim on naprawdę jest, nie wiem czy go znam, nie wiem, czy cokolwiek o nim wiem. Nie wiem, czy prawda, którą usłyszałam, jest prawdą. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, czy chcę ją znać. Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni, czy zmieniłoby coś teraz. Nie wiem, czy podjęłam dobrą decyzję. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę potrafiła uwierzyć. Nie wiem, czy kiedykolwiek znów mu zaufam. Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę się bać. Nie wiem, czy największa nawet miłość ma taką moc ocalania…

Wiem, że potrzebuję czasu. Czas pokaże.
Nawet czasowi trzeba dać czas.