piątek, 23 grudnia 2011

POTWÓR

Kilka dni temu Mężyk przyniósł do domu... potwora. Zielonego, kującego i... przerażającego.
Postawił doniczkę przed oknem, zagradzając dziecku dostęp do "szybowania" i nijak, ale to w żaden sposób nie dało się go obejść, zwłaszcza, że Blanka na wszelki wypadek postanowiła się nie zbliżać do straszydła na więcej niż metr. Przyglądała mu się badawczo, obserwowała, ale nie pozwoliła się do niego podprowadzić. A kiedy wzięłam ją na ręce i przysunęłam bliżej, potwór okazał się tak potworny, że nie pozostało nic, jak tylko się ... popłakać. 
Tak wyglądał pierwszy, bliższy kontakt Blanki z choinką... 
Bombki i światełka dodały potworowi nieco uroku, ale dziecko nadal się do niego odnośni z daleko idącą rezerwą...

sobota, 17 grudnia 2011

ZDOBYWCA


Łóżeczko Blanki stoi przytulone bokiem do naszego, wystarczy więc, że podniosę głowę i mogę zobaczyć, co wyprawia w nim mała łobuziara. Ale w środę nie miałam jakoś ochoty na odrywanie łepetyny od poduszki. Jak zwykle w okolicach godziny szóstej obudziły mnie poranne pogaduchy mojej córki, coś tam sobie nawijała pod nosem wesoło, nie płakała, więc uznałam, że skoro nie jestem wzywana, to jeszcze sobie poleżę.

Odwróciłam się na plecy, naciągnęłam kołdrę po brodę i zamknęłam oczy.
Moją krótką drzemkę przerwało sapanie i postękiwanie dobiegające z łóżeczka. Zbliżające się do mojego ucha sapanie i postękiwanie.

Zdziwiłam się trochę, ale byłam zbyt niewyspana, żeby podnieść głowę i zobaczyć, co Mała wyprawia. Dopiero kiedy wszystkie dźwięki dobiegające zza szczebelków nagle ucichły, zainteresowałam się tym, co robi moja córka. Obróciłam głowę w lewo, otworzyłam zaspane ślepia i zobaczyłam... uśmiechniętą buzię mojego dziecka.

Blanka podpełzła do tyłu łóżeczka, rączką opuściła sobie kolorowy ochraniacz i po prostu mi się przyglądała, z miną zdobywcy, który w końcu znalazł to, czego szukał...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

SIÓDMY MIESIĄC Z ŻYCIA DREPTACZA


Siedmiomiesięczna Blanka uwielbia pozycję pionową.
Leżenia na brzuchu jest straszne, po prostu okropne, siedzenie szybko się nudzi, ale stanie na własnych nogach i dreptanie - to jest to! Nie potrafi jeszcze sama usiąść, choć usilnie próbuje tego dokonać z leżenia na plecach, łapiąc się rączkami za prześcieradło w łóżeczku lub pokrowiec na przewijaku. Posadzona - siedzi pewnie, swobodnie sięga po zabawki, które nie są jej niestety w stanie zainteresować zbyt długo. Jeśli tylko uda się jej złapać czegokolwiek - mojej bluzy, nogi, szczebelków w łóżeczku, natychmiast podciąga się i wstaje.
Najchętniej spędziłaby w tej pozycji cały dzień, zwłaszcza przy lustrze, w którym widzi swoje odbicie lub "szybując" przy oknie. W związku z tym, obok stempelków z psiego nosa, na  drzwiach balkonowych pojawiła się cała seria śladów małych rączek. I nie tylko tam. Także na moich dokumentach, które Blanka z zapałem pakuje do gęby. A jak już jej się uda odgryźć kawałek, który natychmiast wyciągam jej z buzi, śmieje się w głos. Zresztą ostatnio bawi ją właściwie wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem takich czynności, jak: ciągnięcie psa za kudły, szarpanie mnie za włosy, zrzucanie z biurka i stolika wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu małych rączek...
Nie bawią ją jedynie zabawki, już właściwie nie kupuję nowych. Grzechotkę moja córka rzuca na podłogę po kilkunastu sekundach nikłego zainteresowania, a kartonowym pudełeczkiem po syropie potrafi się bawić pół godziny. Uwielbia nadal szeleszczące torebki, sznurki, troczki i tasiemki, drzeć gazety na strzępy, stukać łyżką w stół i ... gryźć. A ma już czym niestety, do dolnej lewej dwójki dołączyła prawa - od kiedy tylko drugi ząbek przebił się przez dziąsło, Blanka uparcie testuje swój "kasownik" na naszych rękach i palcach. Nadal jest drobna, wręcz chuda, waży 7,2 kg i mierzy 76 cm. 
Coraz trudniej ją ubrać, bo wije się jak piskorz i zwiewa z przewijaka, ale wystarczy, że dam jej do rączek opakowanie chusteczek higienicznych i spokój na kilka minut. Położona na brzuchu podciąga pupę do góry, staje na czworakach, ale kiedy próbuje przesunąć nogę do przodu, traci równowagę i przewraca się na bok. Ale za to pełza w ekspresowym tempie. 
Jest bardzo ruchliwa, energiczna i ... wesoła. Śmieje się w głos, kiedy tata robi jej "samolot", rechocze jak żaba, kiedy ją całuję kilka razy z rzędu, a gdy wracam z pracy, z radości wymachuje rękami i nogami; aż podskakuje na kolanach opiekunki, tak się cieszy. A kiedy jest bardzo zadowolona - klaszcze. Nauczyła się tego jakiś czas temu - zawsze po zjedzonym obiedzie mówiłam jej "Brawo, pięknie!" i ze zdziwieniem odkryłam, że ona mnie naśladuje! 
Próbuje uparcie powtarzać po nas słowa, ale poza "mama" i "baba" nic jej jeszcze nie wychodzi i w sumie nic dziwnego, bo ostatnio usiłowała naśladować... chrapiącego psa. Tego z kolei darzy miłością wielką i nieodwzajemnioną. Ciągnie się do niego z piskiem, wyciąga raczki, tylko czeka na sposobność, żeby je zanurzyć w biszkoptowej sierści, wodzi za nim wzrokiem, a pies... no cóż, omija Blankę szerokim łukiem. A kiedy Mała go dorwie i zacznie targać go za wąsy, łapać za nos, znosi te wszystkie operacje ze stoickim spokojem, ale tylko przez chwilę. Psia cierpliwość wystawiana na próbę kilka razy dziennie już się nieco zużyła i zwykle po kilkunastu sekundach blankowych pieszczot, Travis ewakuuje się w drugi koniec mieszkania. A dziecko natychmiast, donośnym piskiem, oznajmia, że ulubiona zabawka sobie poszła...
Trzeba więc znaleźć inne zajęcie, więc idziemy oglądać, co robi dziewczynka w piekarniku, sprawdzamy, co się dzieje za oknem, a co w sypialni i tak cały dzień, dopóki dziecię nie padnie ze zmęczenia. W dzień śpi mało i krótko, zasypia na godzinę o dziesiątej, łapie krótką drzemkę między trzynastą i czternastą, dosłownie dwudziestominutową i śpi na spacerze w okolicach godziny szesnastej. Nocki na szczęście wyglądają już nieco lepiej, zasypia o dwudziestej, budzi się jeszcze w okolicach godziny dwudziestej trzeciej na "dojadkę", a potem zwykle o piątej żąda natychmiastowego zaspokojenia swojego głodu, by spokojne dospać do siódmej, czasem nawet ósmej. Ale ta poprawa związana jest niestety z rezygnacją z cycolenia. Do ideału jeszcze ciągle daleko, zdarzają się jej nadal noce, kiedy ma ochotę na śniadanie o trzeciej, czasem czwartej...
Nie wiedzieć czemu, zawsze w weekend i wszystkie święta budzi się dokładnie o godzinę wcześniej. Tak więc nie zdziwiło mnie wcale, kiedy 6 grudnia, w Mikołajki, o godzinie szóstej rano z łóżeczka dobiegł żałosny płacz, oznajmiający wszem i wobec: "No przyjdźcie tu do mnie, bo ja tu sama leżę".  Wstałam, zabrałam, położyłam między naszymi poduszkami i pytam:
- Blanka, co to za koncert?
Dziecko płakało nadal i ani myślało odpowiadać. Wyręczył więc ją tatuś, zaspanym głosem trafnie zauważając:
- Jubileuszowy...

sobota, 10 grudnia 2011

ŁATWEJ

Jak posklejać rozbite? Jak pozbierać rozsypane?
"Jak zlepić serce w proch potrzaskane…"  - pytało kiedyś Stare Dobre Małżeństwo w piosence.
Długo, cierpliwie, wytrwale. Codziennie, co tydzień, co miesiąc od nowa. Potykając się o pyłki i paproszki, o kłamstwa i kłamstewka. Wpadając znienacka na przeszłość, przewracając się na prostej drodze i z uporem szaleńca podnosząc.
Głowę do góry i góry.
Razem.
Choć czasem ciężar przygniata, przygina do ziemi. Choć czasem szarpie i targa niepokój. Dziki lokator zza ściany serca. Sąsiad niemile widziany, któremu człowiek się kłania, choć szczerze go nienawidzi, do którego się uśmiecha z nadzieję, że w końcu się wyniesie.
 Z całym bagażem ciężkim jak kamień
Kopię go przed sobą w drodze do domu. Jeszcze raz i raz jeszcze. Wykopuję go uparcie coraz dalej. Dalej i jeszcze dalej. Aż skutku, i do bólu, i do smutku. 
Kamień w środku.
Kamyk w bucie.
 Ziarnko piasku pod powieką.
.
Czas ściera wszystko w proch. 
Tylko pamięć zostaje. Na szczęście. Niestety. Łatwiej wybaczyć niż zapomnieć. Łatwiej zrozumieć, wyrzucić z głowy obrazy i zdania. Wymazać lęki, niepokoje i paranoje.
Odetchnąć głęboko. Z ulgą. Ze spokojem.. Zasnąć i się obudzić. W noc cichą i świętą. Obok drugiego człowieka.
I uśmiechnąć się do niego i tego, co czeka. Za drzwiami.
Za progiem 
Bo  kto wie, czy za rogiem
 Nie stoją Anioł z Bogiem,
 Nie obserwują zdarzeń
 I nie spełniają marzeń?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

MAMA

Umówiliśmy się wieczorem z mężem, że zajmie się Małą od rana, żebym mogła chociaż raz w tygodniu wstać później. Blanka zjadła kolację o dwudziestej, dotankowała o dwudziestej trzeciej i pospała, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ... do szóstej rano.
Obudziło mnie popłakiwanie głodnego niemowlaka. Wyjęłam Gwiazdeczkę z łóżeczka, nakarmiłam i zauważyłam, że Mała zaczyna mi posypiać przy piersi. Zakorkowałam więc ssaka smoczkiem i po chwili namysłu odłożyłam z powrotem do łóżeczka. Zwykle zostawała już do rana z nami, ale najwyrażniej miała ochotę na kontynuację drzemki, więc owinęłam ją jej kocykiem, przysunęłam jej misia -  objęła go rączkami i spokojnie zasnęła. 
Obudziła się na dobre o siódmej trzydzieści. Słychać było, jak się wierci i kręci, ale nie płakała, doszłam więc do wniosku, że poleżę sobie jeszcze trochę we względnej ciszy i spokoju. Blanka wygrzebała się z kocyków, pokombinowała chwilę, po odgłosach dochodzących z łóżeczka domyśliłam się, że przekręciła się na brzuch, zapadła krótka cisza i nagle to usłyszałam:
- "Mama!"
Pięknie, głośno i wyraźnie wypowiedziane słowo, na które czekałam tyle lat...
Takiego wezwania nie mogłam zostawić bez odpowiedzi :-) Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, pochyliłam się na łóżeczkiem i zobaczyłam, że Blanka stoi sobie na czworakach. Uniosła głowę i posłała mi najpiękniejszy ze swoich dziecięcych uśmiechów. Mnie też się gęba śmiała. Od ucha do ucha. Zabrałam ją do nas, posadziłam na kołdrze, obudziłam rozespanego Mężyka i zaczęłam mu przejęta opowiadać, że Blanka po raz pierwszy zawołała "mama"... A on mi na to, bardzo zadowolony:
- "Ooooooo, to jednak dziś Twój dyżur! :-)"

czwartek, 1 grudnia 2011

MAŁA DZIEWCZYNKA

Przejrzałam dziś ubranka Blanki. Część już jakiś czas temu odłożyłam do wielkiej walizki, dziś otworzyłam ją, żeby dołożyć kolejne ciuszki. Ale zamiast to zrobić, zaczęłam przeglądać już spakowane, wyjęłam te najmniejsze.
Długo obracałam w rękach czerwone body, w które po raz pierwszy samodzielne ubrałam moje dziecko, jeszcze w szpitalu, w pokoju położnych, tuż przed wyjściem. Rozwinęłam futrzasty, misiowy kombnezon, w który wpakowaliśmy Blankę w dniu wypisu, na wyjazd do domu. Pamiętam jakby to było wczoraj. Była niedziela, nasza córka spała w foteliku, kiedy zjeżdżaliśmy windą na parter, w klinice nie było nikogo, cisza wypełniała puste korytarze, słychać było tylko stukanie moich obcasów. Portier uśmiechnął się, pożegnał nas i odprowadził wzrokiem. Rozsunęły się szklane drzwi. Wyszliśmy w chłodny, wiosenny dzień, prosto w świat pachnący świeżością i nowością. 
Potem sięgnęłam po pajacyk w granatowe paski, z serduszkami na rękawach i ze zdziwieniem zobaczyłam, że jest taki maleńki. Maciupki. Pamiętam, jakby to było wczoraj - Malutka dosłownie w nim tonęła, podwijałam jej za długie rękawy. Tylko białe pajacyki, które jakiś czas temu oddałam koleżance, pasowały na nią idealnie, Mój mąż ubierał w nie Blankę po kąpieli, przemawiając do niej najczulszymi słowami, to wtedy zaczął nazywać ją "Gąsia". Nawet nie Gąska, była taka mała, malutka, więc... Gąsia. A kiedy płakała, nosił ją na rękach, bujał, przytulał i śpiewał piosenkę z reklamy, w której małe, zabawne pingwiny robiły lody i uszczęśliwiały nimi ludzi - "Ciupa, ciupa lód, ciupa ciupa lód.."
Wyjęłam z walizki maleńką, jeansową sukieneczkę, którą założyłam Blance, kiedy skończyła miesiąc. Założyłam jej pod nią białe body z krótkim rękawem, było za duże, małe, cienkie rączki sterczały śmiesznie z za szerokich rękawków. Wzięłam je do ręki i znów się zdziwiłam... takie małe. 
Dziwę się codziennie. Kupuję Blance nowe ubranka i myślę sobie, że pewnie będą jeszcze za duże, przynoszę do domu, przymierzam i są w sam raz. Mija miesiąc i odkładam je do walizki.
Patrzę na nią, przyglądam się jej codziennie i widzę, jak niepostrzeżenie zmienia się w małą dziewczynkę. Ale kiedy siedzę nad walizką ciuszków, a ona śpi w pokoju obok, to wydaje mi się, że wcale nie urosła, że nadal, jeszcze ciągle jest taka maleńka, że to tylko ubranka się pokurczyły...

sobota, 26 listopada 2011

ZEZWYKLENIE

...."Grrrrrrrrr, gagagagaga..."
Nieeee, proszę....myślałam, że pośpi dłużej w sobotę. Chociaż do siódmej. Oby. Po kim ona ma do cholery to wstawanie bladym świtem, raczej nie po mnie...
..."Awawawawawałałała..iiiiiiiiii."
 Nie mogę, co za dziecko. Patrzę po cichu na zegarek. Chce mi się spać... Dochodzi szósta, a ona już gada. Przynajmniej wiem, że to moje geny się odzywają. Leżę jeszcze chwilę nieruchomo, może cisza ją zmyli. Jest szansa...
Słyszę jak Travis w drugim pokoju zeskakuje z kanapy. Nie, tylko nie to... Szur, szur, szur, szur... lezie do nas do sypialni., w końcu słychać, że ktoś już wstał. Pora się przywitać. Stanął w drzwiach. Myślę sobie - może pójdzie z powrotem. Pac, pac, pac, pac.... puka psi ogon w komodę... Taaaa, nadzieja matką głupich. Dziecko się ożywia, słuch ma dobry, nie da się ukryć. Nie ma rady. 
Wstaję, podchodzę do łożeczka. Już wie cwaniara, uśmiech pojawia się na buzi, rączki i wyciagają, no weż mie!
"ABABABA,ABABAB, ŁAŁAŁAŁAŁA, GRRRRR, GU, GRRRR!!!"
No chodź tu do mnie mój szkrabąszczu, może jeszcze przyśniesz....Biorę ją do łóżka, kładę  pomiędzy poduszkami, wsuwam się ponownie pod ciepłą kołdrę. Travis wskakuje na kapę, zwija w kłebek, przytula do moich łydek i z westchnieniem zasypia. Pieskie życie normalnie. Farciarz. Blanka ani myśli spać. Łudzę się, że może jednak...
  " Bababababa, ouuuu, wawawa, łał, łał, grrrrr, bababaa, wu, uuuuu...."
Taaaa, już to widzę. Wciskam do łapki grzechotkę. Zamykam oczy. Tylko na chwilę. Może sobie poleży spokojnie. Po pięciu sekundach dostaję w głowę plastikowym pieskiem. No to podrzemane. Auć!!! Otwieram oko, a po chwili małą piąstkę z moimi włosami w środku. 
Skubana ciągnie mnie za nie z całej siły, nie zrażając się faktem, że ich końce nadal są przyczepione do mojej głowy. Jeszcze. Zapewne niedługo. Próbuje znowu złapać. Usuwam z jej zasięgu jasny przedmiot pożądania, przemieszczając się z poduszką o dobre pół metra w prawo. A leż sobie i gadaj, a od moich włosów się odczep. Znów zamykam oczy. Jeszcze tylko pięć minut...
Po trzydziestu sekundach jęki, zawodzenie i narzekanie. Bo włosy i mama leżą za daleko, książeczka też. Trzeba przysunać, bo przecież dziecko pełza tylko na wstecznym. Podsuwam. Cisza. Powieki same chylą się ku upadkowi...
"Ababababab,gawałałałała, bamababababa..."
Że jeść. No dobra, skoro twierdzisz, że musisz. Karmię. Chwila ciszy przerywanej cmokaniem. Chwila spokoju.. Znów podsypiam, oczy zamykają mi się same. Blanka w tym czasie precyzyjnie osadza ładunek w pampersie. Co weszło musi w końcu wyjść, trzeba zrobić mejsce na nową dostawę. Trzeba przewinąć. 
Wstaję. Kolejny piękny dzień z życia Blanki rozpoczęty. 
Przebieram małą, sprzatam, wstawiam zmywarkę, robię sobie śniadanie. Sprawdzam pocztę. Blanka ściąga mi kanapki z talerza i wsadza łapę w dżem. 

 Nic ciekawego. I tak cały dzień.  Proza myśli. Nie to, żebym narzekała, ale ostatnio mam w głowę pełną tylko zmęczenia, pampersów, pracy i tego, co na obiad. 
Proziaczność wypełnia mnie po brzegi.

Nawet nie myślę nic ciekawego.
Wracam z pracy i się zastanawiam: schabowe czy mielone. Może mielone. Ale mięsa nie wyjęłam. Nie rozmarznie. To schabowe. Ale schabu nie ma, trzeba kupić. To może zupa, tylko jaka. Nie mam pomysłu. To może jednak schabowe, mięsny po drodze, zaraz za rogiem. Ale, ale... grzebię w torbie, sprawdzam portfel. Dziesięć złotych. Kurde, jeszcze muszę do bankomatu. A opiekunka do czternastej, sprawdzam godzinę, za dziesięć, nie zdążę. Znów się spóźnię. To mielone. Trudno, rozmrożę w mikrofali, albo obiad będzie po spacerze. 
 Proza codzienności. Proza myśli.
Zezwyklenie.

piątek, 25 listopada 2011

AZOREK


Blanka stanęła dziś na czworakach. Jeszcze kompletne nie wie, co ma z tym fantem zrobić, po prostu stoi jak pies na czterech łapach, bardzo tym faktem zdziwiona. Zawołałam Mężyka do sypialni, żeby zobaczył, co nasze dziecko potrafi, a on wszedł, popatrzył i podsumował krótko:
- Mamy Azorka :-)
Z jednym zębem. Ale nasza córka nic sobie nie robi z deficytów w uzębieniu, radzi sobie jak może tym już posiadanym. Aż za dobrze, testując jego ostrość na wszystkim, co jej się trafi. W  związku z tym, dziś wieczorem ugryzła mnie w policzek... Mówię więc do niej, nieco zirytowana:
- Co zrobiłaś, Ty mały kundlu?
A ta w śmiech i szykuje się do powtórki.
No bardzo śmieszne, bardzo :-)

sobota, 12 listopada 2011

HULAJNOGA

Lubię sobie pogadać wieczorem. Zawsze mija trochę czasu, zanim zasnę, więc kiedy już zagaśnie światło, kiedy wtulę głowę w poduszkę i zawinę się cała w kołdrę, zbiera mi się na rozmowy, na wymianę poglądów, na dywagacje i głośne rozmyślania. Zwykle proszę więc cicho Mężyka: "Pogadaj ze mną", a on w odpowiedzi wzdycha ciężko, jęcząc jak skazaniec na mękach, że to nie pora, że on chce spać...
A zwykle zasypia niemal natychmiast po przyjęciu pozycji horyzontalnej, po prostu przykłada głowę do poduszki i odlatuje, więc muszę kuć żelazo póki gorące. Bo kiedy Luby pochrapuje, ja zostaję sama ze swoimi myślami; próbuję więc mimo wszystko jakoś go zagadać, skłonić do pogawędki... Wczoraj sięgnęłam nawet po temat wyjątkowo mu bliski - motoryzację.
Nosimy się od jakiegoś czasu z zamiarem kupna samochodu, Mężyk przegląda ogłoszenia, porównuje oferty, ceny, ciągle się jeszcze zastanawiamy, jakie wybrać. Wypadałoby się w końcu zdecydować, bo nasze aktualne auto jest już pełnoletnie i może w każdej chwili odmówić dalszej współpracy, co w  perspektywie nadchodzącej zimy byłoby dla nas dużym problemem. Pomyślałam o tym oczywiście w momencie, kiedy położyłam się obok leżącego już w łóżku Mężyka, postanowiłam więc natychmiast rozstrzygnąć nurtujący mnie problem i zapytałam, licząc na dłuższą wymianę zdań:
- To co w końcu robimy z tym autem?
Cisza. Przerwana dyskretnym chrapnięciem. No nie, pomyślałam, znowu to samo, ledwo się położył, a już śpi!. Szturchnęłam więc go kilka razy pacem w plecy, domagając się czynnego udziału w rozmowie i natychmiastowego podjęcia decyzji w kwestii samochodu, a kiedy się przebudził i coś tam mruknął pod nosem, zapytałam ponownie:
- Które w końcu bierzemy?
Zaspany i lekko podenerwowany Mężyk nagle odwrócił się do mnie frontem i rzucił przez zęby:

- Jeśli o mnie chodzi, to o tej porze jest mi wszystko obojętne, możemy nawet kupić hulajnogę!!!

Zaczęłam się śmiać. A on przekręcił się na drugi bok, wypinając na mnie tyłek i w ciągu kilkunastu sekund... zasnął.

piątek, 11 listopada 2011

ZĄBEK


Blanka dołączyła dziś do grona zębaczy.

Malutki, kujący jak szpilka czubek lewej, dolnej jedynki przebił się w końcu przez dziąsło. Przygotowując się do tego doniosłego wydarzenia nasza córka przemarudziła cały długi weekend, rozpoczynając swoje narzekania o piątej rano i kończąc późnym wieczorem, razem z chwilą zaśnięcia.
A wczoraj w nocy, nie wiedzieć czemu, obudziła się o trzeciej i do czwartej trzydzieści leżała sobie w łóżeczku i... gadała w tym swoim narzeczu, opowiadała o swoich dziecięcych sprawach. Nie mam pojęcia, o co jej chodziło, pochwalić się chciała nowym nabytkiem, czy co? Wiem już jednak doskonale, co czuje mój mąż, kiedy tak bardzo chce mu się spać, a ja ja mu jojczę nad uchem "No pogadaj ze mną..."

czwartek, 10 listopada 2011

SZÓSTY MIESIĄC Z ŻYCIA NIECIERPLIWCA

Półroczna Blanka jest dzieckiem z charakterem. Miłym, wesołym i uśmiechniętym, ale tylko do momentu, kiedy wszystko układa się po jej myśli, kiedy dostaje to, czego chce. A otrzymać musi natychmiast, bo jest także dzieckiem wyjątkowo niecierpliwym, narwanym i nerwowym. Mleko ma być gotowe do jedzenia, a mama do karmienia w momencie, gdy Blanka otwiera oczy. Obiadek musi być podgrzany błyskawicznie, bo kto to myślał czekać dłużej niż kilka minut. Dziecko upatrzyło sobie zabawkę leżącą na stoliku - mama musi ją natychmiast podać, bo w każdym innym przypadku mała złośnica zrobi dziką awanturę, a w międzyczasie wszystko, żeby dotrzeć do wybranego pluszaka. Będzie mi się wyginać na kolanach, prężyć, wyciągać rączki i płakać, żebym ją tylko przysunęła bliżej i dała do rąk to, co ją zainteresowało.
A największą atencją obdarza ostatnio wszelkiego rodzaju sznurki, tasiemki i troczki. Ogląda długo i uważnie metki przy zabawkach, próbując uparcie złapać śliski materiał w dwa paluszki, smycz od kluczy czy aparatu fotograficznego bezbłędnie namierza nawet z drugiego końca pokoju, wywleka sznurki z kaptura przy mojej bluzie, ciągnie za paski przy torebkach, szarpie za kabel od ładowarki... Generalnie bawi ją i interesuje wszystko, co zabawką nie jest. Uwielbia oglądać moje okulary, śmieszą ją wszelkie szeleszczące torebki, kocha targać reklamówki i foliowe opakowania. Wystarczy, że dam jej do rączek paczkę chusteczek higienicznych podczas przewijania i już mogę jej spokojnie zmienić pieluchę. W każdym innym przypadku wije się jak piskorz, zwinne przekręca na brzuch i łapie za wszystko, co znajduje się w zasięgu jej ręki, wyjmuje z koszyka swoje kosmetyki, wyciąga szampon, kremy, sięga po zużytą pieluchę, jeśli nieopatrznie położę ją zbyt blisko małej ośmiornicy, bawi się ubrankami, a ja zamiast przewijaniem, zajmuję się sukcesywnym wydzieraniem Blance jej kolejnych zdobyczy...
To ostatnio jej ulubione zajęcie - ściąganie wszystkiego. Kiedy wsadzam ją do leżaczka, z pasją kopie, żeby go rozbujać, a kiedy zwierzaczki przypięte do pałąka zaczynają się kołysać, obrywa je jeden po drugim. Kiedy ma w zasięgu ręki moje biurko, ściąga mi dokumenty, faktury, zrzuca na podłogę długopisy, książki, wszystko, co tylko się uda sięgnąć. Kiedy znajdzie się blisko kwiatka, obrywa liście. Kiedy w zasięgu małych raczek pojawi się przypadkiem pies, z pasją targa go za kudły. Uwielbia ciągnąć mnie za włosy i bardzo jest rozczarowana, kiedy tata bierze ją ja barana, a ona nie ma za co złapać.
Pod tym względem najwięcej do zaoferowania w naszej rodzinie ma pies, ale głupi nie jest, szybko się uczy i błyskawicznie się zorientował, że od Młodej lepiej się trzymać z daleka. Kiedy widzi zbliżającą się do niego małą łobuziarę, tylko przez moment siedzi spokojnie, cierpliwie znosi targanie za wąsy, łapanie za uszy i wyrywanie sierści, po chwili wstaje, sprzedaje Blance kilka liźnięć mokrym jęzorem i ewakuuje się w drugi koniec mieszkania, jakby dawał do zrozumienia: "Lubię Cię, ale czuję, że się na tym etapie nie dogadamy". Blanka jednak nie jest w stanie tego pojąć i robi wszystko, żeby znaleźć się w jego bezpośredniej bliskości i kiedy tylko go widzi, natychmiast rusza w jego kierunku.
Tak, rusza. Mała jakoś na początku szóstego miesiąca życia odkryła, do czego służą nogi - załapała, że z pomocą mamy lub taty można sobie na nich postać. Więc zrobi już teraz wszystko, żeby nie leżeć, nie siedzieć nawet, tylko żeby stać, podtrzymywana oczywiście przez nas pod pachami. Kilka dni temu odkryła coś jeszcze - że jak podniesie jedną nogę i przesunie ją do przodu, a potem przeniesie na nią ciężar ciała i to samo zrobi z drugą nogą, to jest w stanie się przemieścić w kierunku obiektu, który ją zainteresował.
Tak nauczyła się dreptać...
Postawiona na nóżki natychmiast rusza do przodu. Depcze sobie sama po stopach, chwieje się, nogi jej się rozjeżdżają, ale przed do przodu z siłą czołgu w miniaturze. A my mamy nowe zajęcie - chodzimy po mieszkaniu zgięci w pałąk i podtrzymujemy pod paszkami malca opętanego manią samodzielnego przemieszczania się.
Jeszcze do niedawna hitem było samodzielne siedzenie; opanowała tę sztukę dosłownie w kilka dni, sadzałam ją z podparciem, a ona przechylała się do przodu i siadała jak pies, opierając się łapkami o podłoże. Szybko jednak doszła do wniosku, że ręce mogą się jej przydać, na przykład do sięgnięcia po zabawkę i po kilkunastu próbach, dwóch spektakularnych wywrotkach zakończonych straszliwym płaczem, załapała w końcu o co chodzi z tą równowagą.
Ciągle jednak próbuje ją złapać podczas usilnych prób stanięcia na czworakach, ale wszystkie jak na razie zakończyły się fiaskiem. A to noga gdzieś ucieknie, a to pupa opadnie, to znów głowa okazuje się za ciężka... ale codziennie próbuje coś w tej sprawie zmienić, na razie nauczyła się pełzać. Niestety, ku jej wielkiemu zdziwieniu, tylko na wstecznym i dookoła własnej osi. Zwłaszcza rano ma wenę na eksperymenty ruchowe, kiedy o szóstej zabieram ją do naszego łóżka, natychmiast przekręca się na brzuch i zaczyna gimnastykę. Niestety, zmiana czasu nie wyszła nam na dobre, Blanka po prostu nie przyjęła jej do wiadomości, kilka tygodni temu potrafiła ładnie dospać do 7.30, a po przestawieniu zegarków zrywa się o 6.
Na szczęście w nocy śpi już o wiele lepiej, kąpiemy ją o dwudziestej, kilkanaście minut później kładziemy do łóżeczka nakarmione dziecko, a ono odwraca się na bok, przytula do misia i zasypia w ciągu kilkunastu sekund. Jeszcze zdarzają się gorsze noce, jeszcze się czasem wybudza, ale zwykle pokręci się w łóżeczku, popłacze chwilę, czasem trzeba wstać i ją przytulić, żeby zasnęła, ale nie potrzebuje już do tego mojej piersi. Budzi się na karmienie dwa razy - o pierwszej i o czwartej trzydzieści, ale to i tak nic w porównaniu z kilkunastoma pobudkami, które jeszcze do niedawna były naszym nocnym standardem.
Co najciekawsze, odkąd Blanka lepiej śpi w nocy, o wiele więcej je. Kiedy jestem w pracy, potrafi wypić nawet 200 ml mleka, wcześniej nigdy nie przekroczyła magicznej granicy 120 ml. Nadal jest karmiona piersią, a w jej diecie pojawiło się sporo nowych składników. Uwielbia owoce i wszystko, co może zjeść samodzielnie - potrafi już wziąć w dwie rączki obrane jabłko; zwykle dobry kwadrans obskrobuje je dziąsłami, bardzo lubi jeść chrupki kukurydziane. Bierze je kolejno do łapki, zjada wystającą część, następnie przekłada pozostały fragment do drugiej i kontynuuje działalność, po czym sięga po następnego.
Zwykle po jej zakończeniu wygląda jakby ktoś na nią spuścił bombę chrupkową, ale to chyba po prostu cena dziecięcej samodzielności.
A coraz jej więcej w życiu małego Blanciaka, podobnie jak świadomości - nasza córka doskonale już wie, kto należy do naszej małej rodziny, a kto jest obcy. Obecnie akceptuje tylko mnie, mojego męża i swoją opiekunkę, każda próba wzięcia jej na ręce przez jakąkolwiek inną osobę, kończy się rozpaczliwym płaczem. Wszyscy obcy są straszni i źli, owszem, mogą popatrzeć na dziecko, byle nie za długo, ale mają się nie zbliżać pod żadnym pozorem. Do kategorii obcych niestety Blanka zakwalifikowała swoją babcię, nie pozwalając się jej nawet dotknąć. Bo nie i już. A jak nie to nie, choć próbowałam wiele razy, zaraz były nerwy, złość, płacz i mina pod tytułem: "Mama ratuj". Więc ratowałam. Tego mojego maluszka, bo tak naprawdę siedem kilogramów w wieku sześciu miesięcy to żadna rewelacja, zwłaszcza że Blanka ma już 72 centymetry wzrostu.  
Mój mały - wielki człowiek.

wtorek, 1 listopada 2011

MYCHA


Ostatnio Blanka, kiedy leży na kanapie, przekręca się na bok i zaczyna skrobać pazurkami po oparciu. Fascynuje ją najwyrażniej dźwięk, który towarzyszy zahaczaniu delikatnymi paznokciami o skóropodobny materiał, więc skrobie długo i wytrwale. Kiedy któreś z nas pochyla się nad nią i pyta:
"Hej, Mycha, co tam robisz? - przerywa na chwilę, unosi głowę, uśmiecha się i po chwili wraca do swojego zajęcia.
Czasem dobry kwadrans leży cicho jak mysz pod miotłą i... skrobie :-)

poniedziałek, 24 października 2011

UŚNIJ WRESZCIE!

Dramat z nocnymi pobudkami Blanki osiągnął ostatnio apogeum - Młoda potrafiła wybudzać się w nocy kilkanaście razy, najpierw wstawała co dwie godziny, potem co godzinę, w ostatnim tygodniu sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Malutka budziła się z płaczem co pół godziny, czasem co czterdzieści minut, niekiedy cudem udało się jej przespać pełną godzinę.
Nie pomagał smoczek, kołysanie, czułe przemawianie do marudzącego ssaka, jedynym ratunkiem był... cycek. Wystarczyło, że przystawiłam ją do piersi, a possała chwilę i ... odlatywała niemal natychmiast. Odkładałam śpiące dziecko do łóżeczka, mijało kilkadziesiąt minut i cała zabawa zaczynała się od nowa. Nie jestem nawet w stanie opisać ogromu mojego zmęczenia, narastającego zamulenia, niedospania i frustracji; nie byłam wstanie przespać w ciągu nocy nawet godziny, łapałam tylko krótkie, kilkunastominutowe drzemki.
Kiedy przychodził kolejny poranek i musiałam się zwlec do pracy po kolejnej bezsennej nocy, miałam ochotę się poryczeć...
. Jednocześnie coś mi zaczęło świtać...
Blanka nie budziła się, żeby jeść. Owszem, zawsze wypiła trochę mleka, ale niewiele, choć jednocześnie spożywanie małych porcji przez całą noc powodowało, że rano, po przebudzeniu, interesowało ją wszystko, tylko nie jedzenie. Wstawała o szóstej, a pierwszy porządny posiłek potrafiła spożyć dopiero o jedenastej, w sumie nie było się czemu dziwić, po całonocnym tankowaniu zbiorniczek był pełny przez ładnych parę godzin. Za to ja jechałam już na rezerwie... sił i cierpliwości
. Przypomniało mi się, że kiedyś moja "blogowa" koleżanka pisała mi, że miała identyczny problem ze swoimi synkami,  wspomniała mi w mailu, że półroczne dzieci nie potrzebują już nocnego karmienia i że odzwyczaiła swoje od tego, stosując się do rad z książki "Uśnij wreszcie".
Przeczytałam ją kilka dni temu i wyszło mi czarno na białym, że moja córka jest książkowym przypadkiem dziecka, które nie potrafi prawidłowo spać. Dorosły człowiek budzi się kilkanaście razy w ciągu nocy, ale nawet tego nie pamięta, przekręca się na drugi bok, zmienia pozycję i znowu zasypia... A nie woła mamę.. Już w trakcie lektury odkryłam, że moja córka po wybudzeniu po prostu nie potrafi znowu zasnąć, zrobiła więc sobie z mojego cycka smoczek, który jej w tym pomaga. A konsekwencją nocnych pobudek było nie tyko moje zmęczenie, ale i Blanki -  w dzień była ciągle marudna, zapadała w krótkie drzemki, z których wybudzał ją każdy głośniejszy dźwięk, każde zasypianie poprzedzał płacz,  wieczorem dziecko nie miało już siły na nic poza marudzeniem.
Po kilku tygodniach tego dramatu doszłam do ściany - miałam dość, tak serdecznie dość, że postanowiłam spróbować, choć na myśl, że będę musiała zignorować jej płacz, krajało mi się serce.
Zaczęłam w sobotę. Wykąpaliśmy Młodą, zaśpiewałam jej kołysankę, pobawiłam się z nią chwilę i zaniosłam do łóżeczka. Owinęłam kocykiem, położyłam obok niej białego, mięciutkiego misia, wytłumaczyłam, że będzie z nią spał, powiedziałam, że bardzo ją kocham, ucałowałam, pogłaskałam i wyszłam z sypialni, nie czekając aż zapadnie w sen. Na efekty też nie musiałam długo czekać. Natychmiast się rozryczała. Odczekałam minutę, wróciłam, dałam smoczek, przytuliłam, uspokoiła się, a ja wznów wyszłam. To były najdłuższe trzy minuty w moim życiu - Blanka łkała, zanosiła się płaczem, aż się zachłystywała. Mężyk wymiękł po minucie słuchania naszej małej syrenki, ale nie pozwoliłam mu wejść do sypialni. Odczekałam wymagany czas, potem poszłam, wyjęłam ją z łóżeczka, przytuliłam, pokołysałam i spokojnie wytłumaczyłam jej jeszcze raz, że będzie spała sama, że bardzo ją kocham, ale teraz potowarzyszy jej miś. Uspokoiła się, więc odłożyłam ją do łóżeczka i znowu zostawiłam samą. Rozbeczała się żałośnie, miałam tym razem odczekać pięć minut, ale po dwóch Blanka doszła do wniosku, że to nie ma sensu, ten cały lamet, bo efektów nie przynosi i po prostu... przestała płakać. Wydała jeszcze kilka wrzasków, jakby się skarżyła i ciągle pochlipując... zasnęła. 
Sama. Bez przystawiania do piersi. Przebudziła się po godzinie i cała historia się powtórzyła, ale tym razem Młoda odpuściła już po trzech minutach. Nakarmiłam ją o jedenastej i o czwartej - "na śpiocha", uważając bardzo, żeby przystawienie do piersi nie było reakcją na płacz. Bo ten towarzyszył nadal każdej pobudce. Tej nocy beczała jeszcze wiele razy; dobrze, że Luby poszedł do pracy, bo chyba by nie wytrzymał tych jej lamentów. O piątej dała prawdziwy koncert, protestując głośnym rykiem przeciwko dalszemu spaniu przez blisko czterdzieści minut.  Nie poddałam się. Zasnęła.
Wczoraj już było lepiej, nadal się wybudzała co godzinę, dwie, ale po krótkim płaczu sama zasypiała, nawet nie musiałam do niej wstawać, uspokajałam ją może z dwa razy. 
Dziś po kąpieli po raz kolejny zrobiłam to samo - poprzytulałam, zaśpiewałam kołysankę, wytłumaczyłam, że idzie spać razem ze swoim misiem, ucałowałam i włożyłam do łóżeczka. Pogłaskałam ją po głowie i wyszłam. Usiadłam w dużym pokoju na sofie i czekam. Czekam minutę, dwie, jak na szpilkach, kiedy ta moja Blanka zacznie płakać... A tu cisza. Zajrzałam na palcach do sypialni i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam.
Moje dziecko spało przytulone do pluszaka.
Po raz pierwszy od kilkunastu tygodni zasnęła sama, bez płaczu, lamentów, bez wierzgania, kopania i marudzenia. Dochodzi jedenasta, a ona śpi dalej; co prawda przebudziła się już dwa razy, ale nawet nie zapłakała, pokręciła się chwilę w łóżeczku, znów zasnęła i ... ciągle śpi. Tak po prostu śpi. Cud. Prawdziwy cud. Nie mogę w to uwierzyć. 
Maciejko, dziękuję.
Kocham Cię :-))))

niedziela, 23 października 2011

MASZERU ALBO GIŃ!

Mało mam ostatnio czasu. Praca i opieka nad Blanką pochłania jego większość, do tego dochodzą spacery z Travisem, jakieś pranie, sprzątanie, gotowanie, na przyjemności i zwykły odpoczynek już go nie starcza, tak jak na wiele innych rzeczy. Pomyślałam o tym z lekkim smutkiem wczoraj wieczorem, stojąc na środku sypialni i przymierzając się do układania blanciakowych ubranek. Ale zanim się za to zabrałam, spojrzałam w okno i przypadkiem zobaczyłam, że jeden z kwiatków jest już niestety nieco powiędnięty...
Nie umiałam sobie nawet przypomnieć, kiedy je podlewałam, poszłam więc do kuchni po dzbanek i dyskretnie, żeby Mężyk nie zauważył, zaczęłam nawadniać naszą doniczkową plantację. Efekt był oczywiście odwrotny od zamierzonego, Luby natychmiast zwrócił uwagę na zdychającą roślinkę i zaczął sobie żartować, że pewnie znów próbuję zmotywować nasze rośliny do zakwitnięcia. Próbowałam się jakoś tłumaczyć i bronić, że ja nikogo nie zmuszam, jak mają ochotę, to kwitną, a jak nie, to nie, ale przerwał mi w pół słowa, mówiąc:

- U Ciebie kwiatki mają  wybór jak w Legii Cudzoziemskiej ...
....???? - popatrzyłam na niego pytająco, więc dokończył:
... maszeruj albo giń, kwitnij albo schnij!

sobota, 22 października 2011

O PORANKACH I POMYŁKACH

Przez kilka tygodni po narodzinach Małej ciągle się myliliśmy. Kiedy psiur warował przy drzwiach, czekając na spacer, obiecywałam mu "Tata zaraz z Tobą wyjdzie", a Luby podając mi Blanką, nie raz powiedział: "Idź do Pani na rączki". Travis sterczący przed lodówką cierpliwie jak słup soli dowiadywał się, że tata zaraz mu da coś dobrego, a Blanka była informowana, że pan jej zaraz zrobi kąpiu - kąpiu..
Potem jakoś połapaliśmy się w tym nazewnictwie. Ale coraz częściej śmiejemy się z mężem, że mamy dwoje dzieci. Starsze i młodsze. Travisa i Blankę... Co najciekawsze, nadal mieścimy się całą rodziną na łóżku. Młoda wybudza się w okolicach godziny szóstej, więc owijam ją w kocyk i zabieram do naszego wyrka. Kładę ją pomiędzy poduszkami, gdzie sobie w miarę spokojnie leży, macha nogami w powietrzu, bawi się pościelą, grucha, gada i gaworzy. A my łapiemy resztki uciekającego snu.
Zwykle o tej samej porze przyłazi też do sypialni Travis, merda ospale ogonem, staje w nogach łóżka, patrzy na nas wymownie i czeka... No, żebyśmy zrobili mu miejsce. Zazwyczaj to ja się posuwam, zabieram swoje kończyny, tak, żeby psiur mógł wskoczyć na kapę, co natychmiast robi. Zwija się w kłębek, przytula do moich kolan i z ciężkim westchnieniem spokojnie zasypia. Młoda niestety rzadko idzie w jego ślady, zabawa tekstyliami nudzi jej się dość szybko, więc zaczyna nas zaczepiać - dotyka rączkami naszych twarzy, łapie mnie za włosy, a tatę za nos, zagaduje, coraz intensywniej domagając się naszej uwagi. Mus nie rada, trzeba więc oczy otworzyć, pozbawiać małego ssaka, pogadać z nim...
I tak zazwyczaj, w takiej konfiguracji zastaje nas nowy dzień, całą naszą piątkę. 
Tak, piątkę. Zapomniałam napisać, że Travis niezmiennie przychodzi do nas z Dinusiem w mordzie, tak więc podczas porannej drzemki towarzyszy nam teraz w łóżku dziecko, pies i...  gumowy dinozaur.

środa, 19 października 2011

MYYYYYMMMMAAA...


Kiedy Blanka jest bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwa, kiedy jej się coś nie podoba, kiedy łka żałośnie, zanosi się płaczem, kiedy wyciąga do mnie rączki, oczekując natychmiastowego ukojenia wszelkich boleści i zlikwidowania dziecięcych nieszczęść, czasami pomiędzy kolejnymi pochlipywaniami wymawia coś na kształt słowa "mymmaaa"...

I choć zawsze bardzo mi żal rozpaczającego, narzekającego malca, to kiedy słyszę tę zbitkę głosek, tak zbliżoną to tego wyczekanego, wytęsknionego słowa, coś we mnie mięknie i się uśmiecha...

poniedziałek, 17 października 2011

PLAN NA JUTRO


Travis śpi. Mężyk poszedł do pracy. Siedzę przed komputerem i myślę. Planuję i układam. Zapisuję, notuję, tworzę punkty. Zadzwonić do mamy. I do huty szkła. I do Pana P. Najlepiej od rana. Posprzątać. Pomyśleć, co na obiad. Zrobić zakupy jak będę wracać. I manicure. Pranie wstawić przed wyjściem. Odebrać pocztę. Wysłać paczkę. Zapłacić rachunki. Młodej kupić kombinezon. Odpisać na maile. Nanieść poprawki na projekt. Zadzwonić do drukarni. I do firmy wynajmującej powierzchnie magazynowe. Dopytać, czy ta cena to brutto czy netto. Podpisać umowę. Naszykować umowę. Umówić się jej podpisanie. Przesunąć dostawę z soboty na piątek. Zrobić zamówienie. Zadzwonić do Pana A. Konieczne o 14. I do M. I do fryzjera. I do Warszawy. Wysłać płytę z wzorem do Krakowa. I maila do zarządcy. I kopie faktur do biura. Zrobić rozliczenie. Na wczoraj. Poprawić poprzednie. Oddać segregatory do księgowości. Zajrzeć do kadr po zaświadczenie.
Siedzę i myślę, co jeszcze. 
Sklonować się.
Plan na jutro. 

poniedziałek, 10 października 2011

ŚWIEŻA DOSTAWA


Siedzieliśmy w niedzielę z Mężykiem przy stole w kuchni i jedliśmy śniadanie, korzystając z faktu, że nasze dziecko zajęło się samo sobą. Blanka leżała w łóżeczku i uparcie polowała na zwierzaki z pozytywki, latające jej nad głową. A my delektowaliśmy się chwilą spokoju. Luby podgrzał i pokroił w grube plastry kaszankę, posmarował masłem kilka kromek chleba, ja zrobiłam herbatę dla siebie i kawę inkę dla niego.
Usiadłam na krześle, zaczęłam jeść, ale czegoś mi brakowało. Naszła mnie ochota na musztardę. Zajrzałam do lodówki, ale nie było, potem do szafki i nic, w końcu zapytałam Mężyka, czy mamy na stanie. Odpowiedział, że nie kupował ostatnio, więc raczej nie posiadamy i poszedł do sypialni po Blankę, bo zaczęła jej już doskwierać samotność. Delikatne postękiwanie zamieniło się w całkiem głośne narzekanie, więc wyjął ją z łóżeczka i przyniósł do kuchni.
Uśmiechnął się szelmowsko, więc już wiedziałam, że coś tu śmierdzi; w wyciągniętych rękach trzymał Małą i coś nader niecierpliwie usiłował mi ją wręczyć. Nie śpieszyłam się do przejęcia małego ssaka, wietrząc jakiś podstęp i miałam rację, bo w końcu Mężyk oświadczył "zachęcająco":
- Chciałaś musztardę, to masz :-)

piątek, 7 października 2011

PIĄTY MIESIĄC Z ŻYCIA UŚMIECHNIĘTEJ DZIEWCZYNKI

Pięciomiesięczna Blanka jest dzieckiem pogodnym i wesołym. Uśmiecha się od ucha do ucha na widok mamy, taty, psa, a nawet obcych osób, pod warunkiem, że dadzą jej moment na oswojenie się ze swoją obecnością. Bo Malutka już doskonale wie, kto jest członkiem naszej małej rodziny, a kto do niej nie należy. Z poważną miną przygląda się więc zagadującemu ją sąsiadowi, zafrasowana obserwuje moje koleżanki, nieufnie zerka na badającą ją przy okazji szczepienia lekarkę. Każda obca osoba musie zostać dokładnie obejrzana, zanim będzie mogła zbliżyć się do Blanki, która przy każdej próbie zbyt natarczywego spoufalenia się, gwałtownie protestuje. Najpierw na buzi pojawia się podkówka niezadowolenia, a po chwili dziecko uderza w płacz. Ostatnio w ten sposób przywitała swoich dziadków.
Na szczęście na widok swojej opiekunki, cioci Eli, uśmiecha się szeroko i radośnie. Od początku września bowiem spędza z nią cztery godziny dziennie; podczas gdy ja wychodzę do pracy. Kiedy wracam, wyciąga do mnie małe łapki i zaczyna domagać się spotkania z pysznym, mlecznym bufetem. Nadal jest karmiona piersią, butelkę dostaje rzadko, za to w jej diecie pojawiły się pierwsze owoce i warzywa, przyjęte jak na razie z umiarkowanym entuzjazmem. Ich główna wada jest taka, że nie są mlekiem :-)
To Młoda pochłania bardzo chętnie, zwłaszcza w nocy - niestety nadal budzi się na karmienie co dwie godziny, a czasem i częściej. Niekiedy rano nie potrafię sobie nawet przypomnieć, ile razy do niej wstawałam. Na szczęście Mała została się już ze swoim barbarzyńskim nawykiem wstawania o piątej. Teraz budzi się punkt szósta :-) Czasem uda się ją jeszcze zmusić do małej drzemki, wtedy wita nowy, piękny dzień między siódmą a ósmą, co już jestem w stanie przeżyć. Nie ma jednak nic za darmo, w zamian zrezygnowała ze spania na spacerze. W dzień zasypia trzy razy - o dziesiątej, trzynastej i szesnastej, w mało elegancki sposób - wypina po prostu na mnie tyłek - odwraca się na bok, pupą do całego mieszkania, wciska twarz w kocyk i dosłownie po minucie już śpi. Za każdym razem pół godziny, z zegarkiem w ręku. Kiedy wstaje o 16.30 ubieramy się, zabieramy psa Travisa i idziemy na spacer. 
Wszystko musi być sprawnie zorganizowane, gdyż Blanka jest dzieckiem niecierpliwym - pięć minut siedzenia w wózku, który nie jedzie do przodu i awantura gotowa. Marudzi już podczas ubierania, zwykle pozwala sobie założyć na spokojnie body, rajstopki i spodenki. Przy zakładaniu bluzy już narzeka, a włożenie jej czapki i bucików za każdym razem wiąże się z dantejskimi scenami. Blanka nie toleruje niczego, co w jakikolwiek sposób krępuje jej ruchy i ogranicza swobodę. Już kilkakrotnie próbowałam założyć jej chociaż cienką kurtkę; nic z tego, wyje jak obdzierana ze skóry... Uspokaja się dopiero, gdy odpuszczę.
Generalnie jeśli się jej coś nie podoba, żadna siła nie jest jej w stanie zmusić, żeby to zaakceptowała, taki ma charakterek. Kiedy zobaczy, że zbliżam się do jej twarzy z fridą, celnym ruchem łapie za rurkę i tak ściska, że się duszę. Albo tak kręci głową na prawo i lewo, że za nic nie jestem w stanie wyciągnąć baboli z nosa. Nie życzy sobie i już. Od jakiegoś czasu myjemy ją w wanience, każdej kąpieli towarzyszył ryk, zanoszenie się płaczem, łzy jak grochy i rozpaczliwe łkanie. Dopóki nie zorientowaliśmy się, że dziecko próbuje nam powiedzieć: "Nie kładźcie mnie, ja się nie chcę kąpać na leżąco!". Sadzamy więc Małą i myjemy, delikatnie podtrzymując, a ona odwzajemnia się radosnym uśmiechem, wystarczy jednak ją trochę za mocno odchylić do tyłu, a już na buzi Blanki pojawia się ostrzegawczy grymas, informujący nas, rodziców: "Nie radzę, będę ryczeć...". Idziemy więc na rękę małej terrorystce, która uwielbia tę pozycję nie tylko w kąpieli. 
Bardzo lubi przesiadywać u taty na kolanie, gdy ten czyta gazetę, małe rączki natychmiast wyciągają się do szeleszczącego papieru, robią wszystko, żeby go dorwać i wymiętolić. A my robimy wszystko, żeby jej to uniemożliwić, bo prasa po bliższym kontakcie z naszą córką nie nadaje się już do czytania. Blanka dosłownie ją... pożera. Nadal pcha do buzi wszystko, co uda się jej złapać w rączki, a chwyt już ma pewny i precyzyjny, potrafi wyjąć sobie z buzi smoczek i samodzielnie włożyć go z powrotem, zwykle odwrotną stroną, ale czasem trafia właściwą. Za to stopą umie idealnie wcelować do dzioba, dzięki czemu ma notorycznie mokre, obślinione skarpetki.
Nauczyła się też używać nóg zgodnie z przeznaczeniem, podtrzymywana pod pachami stoi na nich pewnie, zachwycona nową pozycją. Potrafi też już siedzieć z podparciem, próbuje też bez, przyjmując charakterystyczną pozycję na żabę. Rechocze równie często jak to stworzenie, wszystko ją śmieszy, wystarczy wydać z siebie dziwny dźwięk albo pocałować ją w szyję, a już się zanosi głośnym śmiechem. To tylko jedna ze stron dziecięcego zachwytu nad światem, drugą są coraz większe problemy z jedzeniem - żebym mogła ją nakarmić, mój mąż musi chować się w drugim pokoju, zabierać z sobą psa i obaj muszą siedzieć tam bez ruchu, dopóki mały ssak nie zostanie zatankowany do pełna. Bo wystarczy, że tata pojawi się w zasięgu wzroku, pies zaszura pazurami, a już Blanka przerywa cycolenie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie omija jej coś fascynującego.
Interesuje ją absolutnie wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku, ku mojej rozpaczy szczególną atencją obdarza takie rzeczy jak: telewizor, komputer, klawiatura, telefon, pilot od telewizora i aparat fotograficzny. Aż pieje z zachwytu, kiedy w końcu uda się jej wydrzeć mi z ręki komórkę, kiedy trzymam ją na kolanach, aż się cała wygina, żeby się odwrócić i rzucić okiem na wieczorne wydanie wiadomości, które ogląda jej tata. Ciężko ją utrzymać, tak się wierci - widać, że marzy się jej już samodzielne przemieszczanie się. Kiedy leży na brzuchu, wije się jak dżdżownica,  odpycha się z całej siły rączkami od materaca, próbując podciągnąć się na nich do przodu, albo unosi w górę pupę, boksując nogami w miejscu i usiłując się nimi odepchnąć. Niestety nie udaje się jej jeszcze skoordynować jednego z drugim :-) Ale uparcie próbuje i podejrzewam, że w ciągu najbliższego miesiąca w końcu się jej uda. Piąty zakończyła z szeregiem nowych umiejętności, z wagą 6,7 kilograma i 69 centymetrami wzrostu. 
Patrzę na nią i czasem nie wierzę własnym oczom, jak błyskawicznie się zmienia.

wtorek, 4 października 2011

ŚWIAT SMAKÓW

Pierwszą marchewkę Blanka dostała tydzień temu. Posadziłam dziecię w leżaczku, owinęłam pieluchą, nabrałam odrobinę papki na łyżeczkę, wycelowałam... by po chwili zebrać całą jej zawartość z dziecięcej brody. Blanka się wykrzywiła, jakbym ją co najmniej cytryną karmiła i wszystko wypluła. Na twarzy miała wypisane i zdziwienie, i niezadowolenie, mina wyraźnie mówiła: "Ale to nie jest mleko!" Niewiele trafiło do dziecięcego żołądka, każda kolejna porcja w szybkim tempie była eksmitowana na zewnątrz. Na drugi dzień poszło nam nieco lepiej, zjadła więcej, ale pozbyła się nowej strawy jeszcze szybciej - na spacerze zwróciła większość skonsumowanej marchewki, radośnie rozsmarowując pomarańczową maź po spodenkach, buzi i włosach. Cudownie wyglądała... 
Przerzuciliśmy się więc na owoce. Jabłko także nie zyskało aprobaty małej degustatorki, już po pierwszej porcji zaczęła kręcić głową na prawo i lewo, skutecznie uniemożliwiając mi trafienie łyżeczką do buzi, zaciśniętej nota bene z całej siły. Dopiero jabłko z morelą na tyle zasmakowało małej księżniczce, że zdecydowała się zjeść, ale tylko odrobinę. Hitem tygodnia okazał się mus z bananów. Blanka z otwartym dziobem czekała na więcej, domagając się dalszego karmienia.
Musi jednak jeszcze popracować nad techniką jedzenia, bo uparcie próbuje ssać łyżeczkę i jest bardzo niezadowolona, kiedy nic z niej nie leci. A ja muszę popracować na technikami gotowania, a dokładniej - podgrzewania jedzenia dla Blanki. Nawet to mnie ostatnio przerosło. Zanurzyłam słoiczek w misce z gorącą wodą, mieszałam, mieszałam, a marchewka ciągle była zimna, zniecierpliwiona Gwiazdka próbowała już wydostać się z leżaczka, zaczynała popłakiwać, więc wetknęłam marchewkę do mikrofalówki i poleciałam ratować dziecko.
A Mężyk - jedzenie dla szkraba, które tymczasem zaczęło w kuchence... syczeć, pryskać i bulgotać. Wyciągnął słoiczek, popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział:
- Blanka, mamusia Ci zdetonowała obiadek...

piątek, 30 września 2011

SPOTKANIE

Szłam chodnikiem szybkim krokiem. Bez kurtki, tylko w sukience, z torbą  przewieszoną przez ramię. Słońce przygrzewało. Jak zwykle byłam trochę spóźniona. Stukałam rytmicznie, miarowo obcasami. Szłam i gryzłam jabłko. Pachnące, soczyste. Delikates. Aż chrupało. Minęłam ubranego na szaro starszego pana; miał mlecznobiałe włosy i puchatą brodę. W zębach trzymał długi, zielony, jesionowy liść, gryzł łodyżkę i uśmiechał się.
Pomyślałam przez moment, że tak pewnie wygląda Pan Bóg. A on spojrzał na mnie i powiedział:
- Smacznego!
Nie zastanawiając się wiele, odpowiedziałam:
- Dziękuję!
Po chwili obejrzałam się za nim i z uśmiechem dodałam:
- I nawzajem!
Znów się uśmiechnął.
A potem każde z nas poszło swoją drogą.

środa, 21 września 2011

ŚMIESZNA NOGA ZIABUCHY

Nasza córka ma "śmieszną nogę". Konkretnie lewą. Od kilku tygodni, kiedy leży na plecach uparcie próbuje przyciągnąć swoją łydkę do klatki piersiowej. Łapie się za pajaca, spodenki lub skarpetkę i targa ze wszystkich sił, za wszelką cenę próbując umieścić swoją stopę w buzi. Z prawą nogą nie idzie jej tak dobrze, więc skoncentrowała się na lewej; kilkadziesiąt razy dziennie uprawia taką gimnastykę.

Czasem kładę ją sobie na kolanach i delikatnie pomagam, dotykając czubkiem małej stopy do policzka Blanki. Wtedy moja córka zaczyna się szeroko uśmiechać. Kiedy powtarzam całą operację, Malutka zaczyna chichotać. Gdy po raz kolejny mała stopa, dzięki mojej pomocy, wchodzi w bliski kontakt z policzkiem Blanciaka, ten zaczyna się zanosić głośnym śmiechem. Rechocze tak, że aż dostaje czkawki.

Mój mąż też ma swój sposób na rozbawienie Młodej - pochyla się nad Blanką i mówi do niej "Zzzziiiaaaabucho!, zzzziiiaaaabucho!". Nie umiem tego powtórzyć i bardzo żałuję, bo efekt jest zawsze ten sam - na małej buzi najpierw pojawia się uśmiech, taki od ucha do ucha, który po chwili przechodzi w radosny rechot. Mała śmieje całą gębą.

Śmiejemy się razem z nią, głównie z faktu, że śmieszy ją ... śmieszna noga Ziabuchy.

piątek, 16 września 2011

CODZIENNOŚĆ

Dzień nagle się skurczył. Z początkiem września wróciłam do pracy - w niepełnym wymiarze godzin, ale i tak zaczęło mi dramatycznie brakować czasu. Na wszystko. Biegiem lecę do firmy i biegiem wracam do domu, do Malutkiej. Próbuję jakoś to wszystko poukładać, uporządkować, choć coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy się da. Wszystko z wszystkim połączyć, dobrze wybrać i nie ominąć niczego, niczego nie stracić lub chociaż jak najmniej... 

sobota, 10 września 2011

NOCNY KOSZMAR

Niestety trwa. Już blisko drugi miesiąc i sprawia, że kompletnie nie mam na nic siły, ani ochoty. Codziennie kąpiemy Blankę o dwudziestej, potem karmienie i kładziemy ją spać. Zawijam ją w kocyk i rożek - niestety, nie mogę jej po prostu przykryć, bo natychmiast się przekręci na brzuch, a miękka tkanina, którą ją otulam, trochę ogranicza jej mobilność. Potem całuję, głaszczę po włosach, mówię, że bardzo ją kocham, chwilę szepczę jej do ucha, coś nucę i po kilku minutach, około dwudziestej trzydzieści Mała zasypia. I tak zaczyna się nocny koszmar...

Ten tydzień był po prostu straszny. Przywykłam już nawet do tego, że budzi się na pierwsze, nocne jedzenie o dwudziestej trzeciej, po prostu nie idę spać wcześniej, bo mi się nie opłaca. Ale w środę Młoda obudziła się już o dwudziestej drugiej... W czwartek zaś pobiła swój pobity dzień wcześniej niechlubny rekord i pierwszego tankowania zażądała o dwudziestej pierwszej dwadzieścia, równo godzinę po zaśnięciu. Głodna nie była, ale nie dawała się uspokoić w żaden sposób, dopiero przystawienie do piersi na dosłownie kilkanaście sekund pomogło, znowu zasnęła. By wstać po raz kolejny za godzinę... Zjadła i zrobiła karczemną awanturę, z krzykami, wrzaskami, przez bite dwie godziny beczała, bo nie mogła zasnąć. Ja razem z nią.

Ostatnio każda nocna pobudka na karmienie tak się kończy - godziną wiercenia się, kopania i popłakiwania w takim płytkim pół - śnie. Przyzwyczaiłam się już nawet do tego, że budzi się na jedzenie dokładnie co dwie godziny, jak w zegarku, ale kiedy dołożyła do tego grafiku te swoje narzekania, zaczęłam wysiadać. Fizycznie i szczerze mówiąc, psychicznie trochę też. Myślałam, że może jest głodna, że może nie dojada, więc kilka razy przed zaśnięciem dostała jeszcze dodatkowo mleko z butelki. Efekt żaden, i tak się obudziła po dwóch godzinach. A żeby było jeszcze zabawniej, w tym tygodniu zwiększyła jeszcze częstotliwość pobudek i zaczęła wstawać w nocy co godzinę, półtorej. A w czwartek zrobiła mi niespodziankę i nowy piękny dzień postanowiła powitać już o godzinie trzeciej rano. Jak sama nazwa mówi, w końcu było już rano... O piątej złapała czterdziestopięciominutową drzemkę i tuż przed szóstą była gotowa do dalszego brykania...

Wszystko to sprawia, że ilość mojego snu uległą dalszym ograniczeniom. Jak mi się uda przespać półtorej, dwie godziny - z przerwami oczywiście, żeby nie było za miło, to mam powody do świętowania. Bo zwykle jest to może godzina krótkich, nocnych drzemek, śpię lekko, wybudza mnie każdy szelest, każdy jej płacz stawia mnie na równe nogi. Z początkiem września wróciłam do pracy, na razie na pół etatu, pracuję tylko cztery godziny dziennie, ale po ósmej muszę już wyjść z domu, nie mam więc kiedy odespać. Kiedy wracam wczesnym przedpołudniem, Blanka już zaczyna marudzić ze zmęczenia, w końcu wstawanie o trzeciej, czwartej dla takiego malca to spore obciążenie. Między osiemnastą a dziewiętnastą, kiedy wracamy ze spaceru, dziecięce narzekanie zaczyna narastać, by tuż przed kąpielą zmienić się w regularny ryk. I tak codziennie. Szczerze mówiąc, mam dość, po tym tygodniu zaczynam podejrzewać, że radość z macierzyństwa polega na tym, że człowiek się bardzo cieszy, że jego dziecko dorosło i wyprowadziło się z domu.... 

wtorek, 6 września 2011

CZWARTY MIESIĄC Z ŻYCIA WESOŁEJ, RUCHLIWEJ DROBINKI

Czteromiesięczna Blanka jest dzieckiem bardzo ruchliwym i uśmiechniętym. Nawet chwili nie uleży spokojnie, macha łapami, wierzga, kopie, wystarczy moment i sprawnie, bez czyjejkolwiek pomocy, przekręca się na brzuch. Pierwszy raz dokonała tego wyczynu tuż po ukończeniu trzeciego miesiąca życia – teraz zostawiona na jakiekolwiek płaskiej, w miarę twardej powierzchni natychmiast obraca się na bok, wygina w łuk, balansuje nogami przez moment, żeby wyciągnąć rączkę, która zwykle utyka gdzieś pod spodem i... już leży na brzuchu, z głową zadartą do góry. Zaczyna się też powoli w tej pozycji opierać na rękach, do wyprostowanych jeszcze daleko, ale pierwsze próby już podejmuje. Nie potrafi jednak jeszcze utrzymać tak długo głowy, jak by chciała – to znaczy najlepiej w nieskończoność – więc po pewnym czasie zaczyna narzekać, popłakiwać i prosić o ratunek, bo sztuki przewracania się z powrotem na plecy jeszcze nie opanowała. Więc mama musi przyjść, pomóc córeczce i przekręcić ją, co zwykle wiąże się z eskalacją lamentów. Blankę dopada bowiem tymczasowy zanik pamięci, natychmiast po zmianie pozycji dochodzi do wniosku, że jednak na fajnie się leżało na brzuszku, więc co robi? Zaraz po odwróceniu przekręca się na bęben ponownie. Poleży trochę, już krócej i ponownie zaczyna płakać. Więc mama po raz kolejny wkracza do akcji i pomaga zmienić pozycję. Blanka wtedy znów dostaje amnezji i natychmiast, po raz kolejny z rzędu zaczyna kombinować, jak by się tu przekręcić na brzuch… I tak do momentu, kiedy już naprawdę nie wie, czego chce i płacze w każdej pozycji. Wtedy po raz kolejny muszę interweniować...

Muszę wziąć na ręce albo posadzić na kolanie, bo siedzenie na nim jest najfajniejsze; dużo widać - Blanka ciągnie się oczywiście do przodu, żeby zobaczyć jeszcze więcej, żeby już samodzielnie usiąść. Kombinuje jak siwek pod gorę, a sił trochę brak na te zapędy, Gwiazdeczka jest nadal drobna, żeby nie powiedzieć – chuda. Dwa tygodnie temu, kiedy byliśmy na szczepieniu, ważyła 6,10 kilograma i mierzyła 66 cm, była na 25 centylu z wagą i na 90 ze wzrostem. Ledwo wchodzi w rozmiar 68, każde spodenki są na nią za krótkie, body ledwo dopinają się w kroku, za to wszystkie są zdecydowanie na szerokie. Szukam więc po wszystkich sklepach ubranek jak na dżdżownicę, czasem udaje mi się coś kupić, ale wielkiego wyboru nie ma; niestety także w zabawkach. 

Ciężko znaleźć coś kolorowego, bezpiecznego, pomysłowego i rozwijającego dla takiego malucha. Jeszcze trudniej zainteresować jakąś grzechotką  Blankę, jej ulubioną zabawką jest  zielono – niebieska torba z pampersami ustawiona tuż obok przewijaka. Kiedy kładę na nim Małą, natychmiast przekręca się na bok, łapie za folię, targa nią, maca, próbuje przyciągnąć do siebie i wcisnąć ją do buzi. Generalnie usiłuje tam umieścić wszystko, co uda się jej złapać. A nie ma z tym już najmniejszego problemu, swobodnie sięga po wybraną rzecz, przekłada ją sobie z rączki do raczki i oczywiście pakuje do gęby. Bardzo długo próbowała bezskutecznie dosięgnąć do zabawek wirujących jej nad głową w rytm melodyjki z pozytywki, aż się w końcu wycwaniła. Odkryła, że jak się przekręci na bok i wyciągnie łapę do góry, to jest w stanie w końcu je złapać. Co niniejszym czyni, tak więc niedługo zabawkę, przeznaczoną ponoć dla dzieci w wieku do 6 miesięcy, trzeba będzie zdemontować, bo Młoda próbuje także te pluszaki doholować do gęby, pałąk aż trzeszczy, kiedy się na nim uwiesi. 

Generalnie wszystko, co się nadaje do włożenia do buzi, ląduje w niej, a jeśli Blanka nic nie ma akurat w dłoni, to pakuje do buzi samą rękę, już niemal cała łapa mieści się w małym pysiaku.  Czasem moja córka zachowuje się tak, jakby próbowała  włożyć sobie rękę do gardła, albo ją po prostu zjeść. Nadal ślini się jak dog de bourdeaux, do tego nauczyła się jeszcze pluć, tak efektywnie sobie pruka i fiuka przez cały dzień, że muszę jej zakładać śliniak. Alternatywą jest zmienianie ulanego do pasa body co godzinę...

Nadal je tylko tyle, żeby podtrzymać podstawowe funkcje życiowe i ani mililitra więcej, przy czym trzeba bardzo uważać, żeby nic jej w jedzeniu nie przeszkodziło. Bo wszystko jest od niego ciekawsze. Pies przejdzie w zasięgu wzroku dziecka, tata się odezwie – już mała głowa się odwraca i patrzy, co tam ciekawego się dzieje. Od pewnego czasu z wielkim zainteresowaniem przygląda się, jak jemy – wczoraj zafascynowana patrzyła, jak zajadam się arbuzem, dzień wcześniej, podczas obiadu w restauracji próbowała zabrać mi kawałek panierowanego kurczaka, który trzymałam w ręce. Trzeba będzie pomyśleć nad rozszerzeniem dziecięcej diety, bo jak na razie, mimo trudności, moich wahań i rozterek, nadal jest karmiona przede wszystkim piersią. Mleko z butelki dostaje rzadko, zwykle pod moją nieobecność i wtedy zjada je nawet chętnie. Ale wystarczy, że apetyczny, mleczny bufet pod postacią mamy pojawi się w domu, a silikonowy substytut jest natychmiast odrzucany

Blanka nie przepada także za smoczkiem, w ciągu dnia, kiedy próbuje ją nim zakorkować, zachowuje się rozbrajająco - po prostu wyjmuje go sobie z buzi ręką, wystarczy chwila, precyzyjny chwyt i już go trzyma w łapie, przygląda mu się przez chwilę… i wyrzuca. W nocy zasypia co prawda ze swoim gumowym przyjacielem, ale tylko po to, by go wypluć po kilkunastu minutach, co nie zmienia faktu, że kiedy się przebudzi, zaczyna beczeć, że go nie ma. Bo Blanka śpi jak zając pod miedzą – wystarczy, że coś stuknie, puknie i zrywa się natychmiast, wybudza i popłakuje. 

Cały czwarty miesiąc, jeśli chodzi o spanie, był po prostu tragiczny. Dziecko, które wcześniej potrafiło przespać nawet sześć, siedem godzin, zaczęło w nocy wstawać co godzinę, półtorej, żądając natychmiastowego widzenia się z cycem, pod groźbą rozbeczenia się... Dzień w dzień Młoda zasypiała o dwudziestej pierwszej, a o dwudziestej trzeciej już żądała pierwszego posiłku. Czasem wstawałam do niej siedem, osiem razy w ciągu nocy, spałam po dwie godziny dziennie i to z przerwami, co spowodowało, że po ostatnich tygodniach po prostu padam na pysk. Nie będę ukrywać, że poranne świergoty mojej córki, dobiegające z łóżeczka o stałej porze, dokładnie o czwartej trzydzieści, zamiast gorącej miłości, budzą we mnie najgorsze instynkty. Ale wystarczy jeden uśmiech tej małej paskudy i wszystko mija.

Młoda uśmiecha się często, czasem wręcz zaśmiewa się w głos, choć bardziej przypomina to rechotanie małej żabki; najbardziej ją bawi, kiedy trzymam ją za nóżki i dotykam nimi jej policzków. Próbuje to zrobić sama, nauczyła się łapać za stopy, skutkiem ubocznym licznych ćwiczeń było podrapanie całych łydek, wyglądają, jakby ich właścicielka bawiła się z wściekłym kotem. Ale mina Małej, kiedy leży na plecach i robi taką „kołyskę” jest po prostu nieziemska. 

Jak i cała Blanka ... :-)

niedziela, 4 września 2011

ZIELARKA

Postanowiłam ususzyć natkę pietruszki. Obskubałam listki z łodyżek, rozłożyłam na balkonie tetrową pieluszkę i rozsypałam na niej zielone listki. Poleżały trzy dni, trochę też poleżał na nich Travis, jakoś tak mu było wygodnie uwalić akurat na moim zielniku swój biały tyłek. Wrzasnęłam na niego i przegnałam go natychmiast; wlazł z powrotem do mieszkania, delikatnie zniesmaczony, kompletnie nie rozumiejąc, o co ta cała afera. Dziś wyszło, że w sumie o nic, bo wieczorem komisyjnie mój mąż całą natkę z pietruszki wyrzucił do kosza na śmieci. Nawet nie protestowałam, bo do niczego się nie nadawała, w ogóle nie wyschła. Przez te trzy dni leżakowania na balkonie tylko zwiędła i zżółkła. Zebrał ją więc Luby, zutylizował, uśmiechnął się z politowaniem i powiedział:

- Pogódź się z tym Kochanie, że najlepiej wychodzi Ci suszenie kwiatów... 

środa, 31 sierpnia 2011

KOLEŻANKI

Travis spędził ostatni weekend razem ze swoimi wiejskimi kumplami; nie chciałam mamie zawracać głowy jeszcze opieką nad psem, dlatego nasz czworonogi przyjaciel pojechał na wczasy pod gruszą. Wrócił niestety w towarzystwie skaczących i podgryzających go "kuleżanek", bo moi teściowie uważają, że szczepienie, odpchlanie i odrobaczanie podwórkowych kundelków to zbędny wydatek i miejska fanaberia. Pchły są po to, żeby psa gryzły, a ten je ma, żeby mu się nie nudziło i żeby miał co łapać.

Nie podzielam tych poglądów, więc po spędzeniu zaledwie jednego dnia z rozpaczliwie czochrającym się labem, pognałam do sklepu zoologicznego po szampon, który, jak szumnie obiecywała etykieta, miał błyskawicznie wytruć wszystkie insekty. Kupiłam też trzy obroże przeciwpchelne dla wiejskich kumpli Białasa. Tego ostatniego mąż wykąpał i zabrał od razu na spacer, bo mokry Kundello natychmiast ruszył w rajd po mieszkaniu. Wskoczył na łóżko, żeby wytrzeć się w kapę, zaczął się tarzać, ale tam dorwał go Luby, przypiął do obroży smycz i zaholował rozczarowanego sierściucha przed blok, gdzie Białas musiał dokończyć swoją "tualetę" wycierając mokre kudły o nieco mniej chłonną trawę...

Dołączyłyśmy do nich z Blanką i poszliśmy całą naszą rodziną na późny obiad do restauracji. Po drodze Travis kilka razy zatrzymywał się, siadał na środku chodnika i nadal czochrał się jak oszalały. Trochę mnie to zmartwiło, Lubego też, mieliśmy nadzieję, że szampon zadziała od razu, ale po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że nawet pchała, jako skazaniec ma prawo do ostatniego posiłku :-)

wtorek, 30 sierpnia 2011

MLEKO WYSOKOPROCENTOWE A MARZENIA...


W sobotę byliśmy na weselu u naszych przyjaciół. Blanka została w domu, pod opieką zestresowanej babci, ja jechałam na imprezę cała w nerwach, zastawiając się, jak moja mama sobie poradzi z obsługą mocno marudnego ssaka, któremu upalna pogoda zdecydowanie nie odpowiadała. Chciało mi się płakać, jak wychodziłam z domu, na szczęście byliśmy już trochę spóźnieni, więc tylko dałam Małej buziaka na szybko i poleciałam do męża czekającego w aucie. Jakoś przetrwałam to pierwsze rozstanie z córcią, ona zdecydowanie lepiej je zniosła niż ja. Niby bawiłam się fajnie, ale myślami ciągle byłam z Młodą, zastanawiałam się, czy nie płacze, czy była spokojna na spacerze, czy udało sę jej bezproblemowo zasnąć. Nie mogłam się powstrzymać i dzwoniłam do mamy co jakiś czas.

Wróciliśmy o drugiej w nocy, Blanka spała mocno i spokojnie, w przeciwieństwie do swojej babci, która siedziała przy zapalonej lampce i pilnowała spokojnego snu wnuczki. Impreza była udana, choć dla mnie oczywiście bezalkoholowa, z czego musiałam się tłumaczyć kilku osobom, bo państwo młodzi gwarantowali nocleg i moje niepicie było ewenementem. Zwłaszcza faceci jakoś nie kojarzyli mojej abstynencji z karmieniem piersią. Jeden z kolegów mojego męża kompletnie nie rozumiał, dlaczego nie mogę wypić nawet lampki wina. W końcu palnęłam mu wprost:

- Paweł, przecież dziecka mlekiem wysokoprocentowym nie nakarmię!!!

Usłyszał to mój mąż siedzący obok, natychmiast zaświeciły mu się oczy i rozmarzonym głosem dodał:

- Ale by wtedy spała...

czwartek, 25 sierpnia 2011

ZABAWA

Przez kilka ostatnich nocy Młoda rozrabiała aż miło. Budziła się na pierwsze karmienie już o dwudziestej czwartej, o drugiej, trzeciej w nocy żądając dokładki. Po jedzeniu zaś dochodziła do wniosku, że to idealna pora na zabawę - przekręcała się na brzuszek, machała łapami, wierzgała nogami, gadała, rozkopywała się z kocyka. Cierpliwie przewracałam ją z powrotem na plecy, zawijałam, wciskałam smoczek i usiłowałam namówić do kontynuacji nocnego odpoczynku. Już, już zasypiała, wydawało mi się, że łapie drzemkę, więc kładłam się, podciągając kołdrę pod brodę, zamykałam oczy... i po kilku minutach do moich uszu docierało po raz kolejny radosne gaworzenie i tłuczenie małymi piętami w materac. Wstawałam więc i cała zabawa zaczynała się od nowa. I tak kilkadziesiąt razy, przez dwie, trzy godziny, kilka razy udało nam się tak dotrwać do następnego karmienia, ku mojej nieopisanej rozpaczy. Spałam po dwie godziny dziennie.

Wczoraj późno poszliśmy spać, czekałam na Lubego, aż wróci z pracy, potem zebrało nam się na nocne pogaduchy w łóżku. Dopiero w okolicach północy zaczęliśmy się na serio zabierać za zasypianie. I w tedy znów je usłyszałam... znajome odgłosy dobiegające z łóżeczka, przypominające pochrząkiwanie głodnego prosiaka. Znak, że korytko czas udostępnić. Załamałam się trochę; pomyślałam sobie, że pewnie znów przede mną kolejna noc pełna atrakcji. Nakarmiłam miłośniczkę cyca, odłożyłam - o dziwo, zasnęła bardzo szybko, żeby obudzić się dopiero... o piątej rano! Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy spojrzałam na zegarek, że tak mi się dziecko zaspało. W ramach rekompensaty przyssała się do cyca jakby tydzień nie jadła, napełniła brzucho, trochę porozrabiała i znów, o dziwo, spokojnie zasnęła. Na kolejne trzy godziny. Cud! Po prostu cud nad cudami! Moja córka w końcu wstała o ósmej, zamiast zrywać się bladym świtem!

A jej tata, zamiast docenić, próbował jeszcze raz namówić Blankę na kontynuację drzemki, w mało elegancki sposób, bo odwracając się do nas tyłkiem i mrucząc przez ramię "Jeszcze 10 minut..." Ale Młoda nie odpuszczała, było już zbyt jasno, żeby jej wmówić, że ma jeszcze pospać. Rozbudziła się na dobre i zaczęła zagadywać, mruczeć i pokrzykiwać na swojego ojca. Powiedziałam więc do Lubego:

- Tata, dziecko chce się z Tobą pobawić :-)

Ten odwrócił się w końcu do nas, spojrzał na uśmiechniętą córę i zaspanym głosem zaproponował:

- Pobawmy się w śpiocha. Sprawdzimy, kto pośpi najdłużej...

Niestety, udziałem w tej zabawie były zainteresowane tylko dwie osoby z trzech...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

POJAZD UPRZYWILEJOWANY


Mieliśmy z mężem ochotę na wypad nad morze, ale po krótkim namyśle uznaliśmy, że Mała jest jednak jeszcze za mała na takie wojaże. Nawet krótkie, kilkugodzinne wyjazdy do dziadków są dla niej sporym obciążeniem - już w trakcie drogi powrotnej głośno manifestuje swoje niezadowolenie związane z unieruchomieniem w foteliku, które zwykle kończy się regularnym płaczem. Głośnym i nieutulonym, prawdopodobne wynikającym z nadmiaru wrażeń, dlatego staramy się je jeszcze ograniczać. Długo zastanawialiśmy się, czy wybrać się nad jezioro w weekend. W końcu spakowaliśmy dziecko, psa i pojechaliśmy. W drodze powrotnej zmęczona Malutka zasnęła, a my zaglądaliśmy co chwilę do fotelika, sprawdzając, czy się przypadkiem nie przebudziła. Pocieszałam męża, że jakoś dojedziemy, nawet jeśli się poryczy. Uśmiechnął się tylko i głośno wyraził nadzieję, którą oboje mieliśmy:

 - Obyśmy się tylko nie stali pojazdem uprzywilejowanym... 

sobota, 20 sierpnia 2011

ROZTERKI

Zostać, czy odejść... Cały czas się jeszcze zastanawiam.

Wczoraj, kiedy wracałam z Małą i psem ze spaceru, zaczęło delikatnie kropić. Skręciłam więc w bramę, żeby na skróty, pomiędzy kamienicami dotrzeć do domu. Często tamtędy chodzimy, psiur zna trasę na pamięć, więc nas wyprzedził, pobiegł obwąchiwać sobie tylko znane miejsca, ja chwilę jeszcze zamarudziłam z wózkiem w przejściu, przystanęłam, żeby przykryć Młodą kocykiem. W bramie siedziała siwowłosa staruszka w chustce na głowie, z wielkim, fioletowym pypciem na oku i robiła małe, kolorowe bukieciki. Na kolanach, w obszernym fartuchu miała całe naręcze polnych i ogródkowych kwiatów: drobnych rumianków,  różowych floksów, ogródkowych goździków, czerwonych georginii  i żółto - pomarańczowych nagietków. Układała je ciasno, główkami jeden przy drugim, do każdego bukietu doprawiając od dołu kryzę z liści piwonii, a wystające spod niej łodyżki roślin owijała ciasno cienkim kawałkiem starych rajstop. Uśmiechnęłam się do niej, powiedziałam "Dzień dobry" - znamy się z widzenia, mój mąż zawsze podczas spaceru kupuje mi u niej te kwiatki. A ona poprosiła, żebym wybrała sobie najpiękniejszy bukiecik i po prostu mi go dała. Za darmo. Chciałam jej zapłacić, ale wzbraniała się, argumentując, ostatnim razem sprzedał mojemu mężowi brzydkie kwiaty, bo innych już nie miała i koniecznie musi to naprawić. Przyjęłam więc podarunek, zanurzyłam w nim nos - pachniał jak cały ogródek mojej babci. Niebo zaciągnięte było ciężkimi, nasiąkniętymi deszczem chmurami, a mimo to, świat nagle zrobił się bardziej kolorowy....

Wszystkie komentarze, ciepłe maile z prośbami o kontakt, o nowy adres,  żeby nie odchodzić, żeby bal jeszcze trwał, to był właśnie taki wielki, kolorowy bukiet, który dostałam od ludzi, o istnieniu których często nie miałam nawet pojęcia. Dlatego się zawahałam i cały czas się zastanawiam - wrócić tam, na bal, czy zostać jednak tutaj. Z tamtym miejscem wiąże się tyle ciepłych wspomnień, jeszcze z rozpędu, kiedy siadam do komputera, wybieram stary adres. To jest ciągle nowe, trochę obce, tamto - moje, bliskie, udomowione, oswojone... 

Ponoć człowiek jest odpowiedzialny za to, co oswoił...