niedziela, 26 grudnia 2010

GADUŁA I MILCZEK



Wigilijny wieczór, już po kolacji. Leżymy w łóżku, przytuleni, ja gadam jak najęta, mężyk coś mi tam odmrukuje co jakiś czas. Zniecierpliwiona brakiem interakcji postanowiłam jakoś go skłonić do podjęcia bardziej ożywionej konwersacji:- Ja coś mówię do Ciebie, a Ty przysypiasz, nie śpij, pogadaj ze mną!- Tak nawijasz, że się nie da.- No dobra, już siedzę cicho, teraz Ty coś powiedz!A Mężyk na to:- Dobranoc...Po chwili oboje wybuchnęliśmy głębokim, serdecznym śmiechem
.

wtorek, 21 grudnia 2010

DRUGI BISZKOPT



Poniosło mnie wczoraj do fryzjera. Na balejaż, taki jak zwykle, złoto - rudy i strzyżenie kłaków. Panią, która mi go robiła też niestety poniosło. Chyba miała zły dzień. Po odkryciu, co mam na głowie, miałam o wiele gorszy...Zamierzałam po raz kolejny zapuszczać włosy, taką mam dziwną metodę, ciągle je podcinam i ciągle się dziwię, że są za krótkie. Niestety, wczorajsza platyna nie sprawiła, że po moich planach nie zostało nawet śladu; podobnie jak po włosach - nadawały się tylko do ścięcia na zapałkę. Niewiele to dało. Wyglądam jak własny pies, przynajmniej pod względem kolorystycznym. Jestem krótkowłosa i biszkoptowa.Niech się baba cieszy, że jej ręki nie odgryzłam. Wrrrrrrr....

poniedziałek, 20 grudnia 2010

WYRAZY MĘSKIEGO UZNANIA



Jakiś czas temu mężyk popatrzył na mój wystający, okrągły brzuch, potem popatrzył na swój, poklepał się po nim z uśmiechem zadowolenia, znów spojrzał na mój i stwierdził z niekłamaną satysfakcją:- Nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem to do Ciebie, ale...MASZ WIĘKSZEGO... :-D

piątek, 17 grudnia 2010

ŁAPOWNIK



Travis jest łapownikiem. Przekupnym i sprzedajnym zdrajcą. Jego łakomstwo nie ma granic. Jego żebractwo nie zna ograniczeń. Ani personalnych, ani terytorialnych. Każdy, kto posiada cokolwiek smacznego do jedzenia i znajduje się w zasięgu psiego nosa, staje się potencjalnym obiektem, od którego owo pachnące żarcie można pozyskać. Wszystkie chwyty i metody są dozwolone i zwykle zostają wykorzystane: merdanie ogonem, dawanie łapy, trącanie nosem, opieranie mordy na kolanach, ślinienie się i ten wzrok... To spojrzenie mówiące:"Zlituj się nade mną, zmiłuj się, podziel się, daj chociaż odrobinę, zobacz jakim jestem pięknym, sympatycznym i uroczym psem, no przecież mi nie odmówisz!"Doszło do tego, że... wstydzę się chodzić z psem po zakupy na ryneczek. Już pominę milczeniem tak żenujące psie zachowania, jak wkładanie mordy do toreb i koszyków innych kupujących, celem sprawdzenia, co dobrego nabyli. Wystarczy chwila nieuwagi, moment zagapienia się w kolejce, a brązowy nochal już gmera w siatce osoby stojącej przede mną. Ale nie to jest najgorsze. W takich przypadkach wystarczy po prostu przeprosić, uśmiechnąć się przepraszająco , wyciągnąć zdziwioną śnupę z cudzych zakupów i po raz milionowy  wytłumaczyć zdumionemu psu, że tak robić nie wolno.  Oczywiście wtedy Travis merda ogonem na znak zrozumienia i po chwili... robi dokładnie to samo.  Ale co zrobić, kiedy  Białas holuje mnie z siłą pociągowego wołu przed konkretne stanowisko, zasiada przed nim i nie chce się ruszyć??? W ekstremalnych przypadkach opiera się przednimi łapami o ladę, oblizuje mordę i skomli, żądając... łapówki. Kilka razy już próbowałam dyskretnie przeciągnąć go na krótkiej smyczy obok sklepiku z wędzonymi rybami... bezskutecznie. Nie wiem, kto ma lepszy: sprzedawczyni wzrok czy Travis węch; fakt jest faktem, pani bardzo lubi naszą Białą Dupę, a Białas bardzo lubi szprotki, które daje mu pani. Dzięki kundellowi znacząco wzrosło spożycie ryb w naszym domu, bo trochę głupio się poczęstować i nic nie kupić; nieważne, że degustuje akurat pies. Zwykle kilka razy, bo kiedy odciągamy go siłą, wykręca się dupą, siada w błocie i całym sobą pokazuje, że on się nigdzie nie wybiera, on chce jeszcze! Więc zawracamy po jeszcze jedną, pachnącą szproteczkę... I tak kilka razy. W związku z nieskrywanym urokiem osobistym i talentem żebraczym naszego psa doszliśmy do zabawnego wniosku, że w sumie to bylibyśmy go w stanie wykarmić podczas codziennych zakupów na rynku. Na szczęście bywamy tam tylko dwa razy w tygodniu, a i tak wstydzić się za łapownika zwykle trzeba kilka razy, bo zaraz za sklepem z rybami jest mięsny, gdzie pan ma zawsze pyszne okrawki dla Travisa. Za rogiem z kolei jest budka z psimi smakołykami, gdzie wędzone kości, świńskie uszy i inne tego typu specjały wabią naszego pupila swoim zapachem. A sympatyczna pani zwykle daje się naciągnąć na jakąś małą degustację... Doszło już do tego, że Travis żebrze nawet w warzywniaku. Ot, tak profilaktycznie, a nóż widelec i tutaj mu coś dobrego dadzą? Małą łapówkę, łapóweczkę dla uroczego pieska, pieseczka... Psie CBA powinno się już dawno zainteresować naszym pupilem... :-)

czwartek, 16 grudnia 2010

AKWARIUM

Jeszcze kilka tygodni temu miałam wrażenie, że mam w brzuchu... akwarium. Ciągle coś w nim bulgotało, pluskało, przelewało się, plumkało. W okolicach siedemnastego tygodnia po raz pierwszy miałam wrażenie, że coś mi się otarło o jego ścianki... coś jakby rybka. Czułam to coraz wyraźniej. Niedawno doszłam do wniosku, że rybol osiągnął niespodziewanie wyższy poziom rozwoju, zrobił się coraz bardziej ruchliwy i na dodatek - wykształcił kończyny. W ciągu ostatnich dwóch tygodni dowiedziałam się, że potrafi zrobić z nich użytek. A jaki - przekonałam się dziś rano, bo - za przeproszeniem - dostałam takiego kopa, że się... obudziłam.

Normalnie nie wierzę, że to dziewczynka!
Dziewczynki się przecież tak nie zachowują!

poniedziałek, 13 grudnia 2010

RÓŻNICA



Przeszukałam wczoraj całą łazienkę. Sprawdziłam na półce pod prysznicem, w okolicach lustra i w szafce pod zlewem. Znalazłam tylko puste opakowanie. Podeliberowałam trochę nad plastikową butelką, spróbowałam wycisnąć z niej bez powodzenia ostatnie krople, w końcu wyszłam z łazienki z kwaśną miną i oznajmiłam lubemu z niezadowoleniem:- Oliwka mi się skończyła ... :-(Na co mężyk natychmiast odparł: - Jest olej.Kujawski...:-)

piątek, 10 grudnia 2010

REMIS


Kobiety górą, czyli remis w rodzinie.    Toto jest ...
DZIEWCZYNKĄ
Będziemy mięli córeczkę. Charakterną - podejrzewam, że po mamusi. Już na samym początku usg panienka pokazała nam... język. Normalnie zero szacunku dla rodziców i to na już tym etapie! Co będzie dalej??Mała waży już 310 gram. Połowa ciąży za nami.A ja kocham słowo: "prawidłowy". Słyszałam jej dziś kilkadziesiąt razy, przy każdym pomiarze. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek sprawi mi ono tyle radości. Patrzyłam na ten zadarty nos, maleńkie palce i w głowie miałam tylko jedną myśl:Jesteś cudem. Kocham Cię Malutka.

środa, 8 grudnia 2010

ODWYK

Od kilku dni nie mamy w domu herbaty. Mieliśmy kupić podczas większych sprawunków w markecie, ale byłam święcie przekonana, że jeszcze jest, więc nie wrzuciłam jej w końcu do koszyka. W niedzielę skończyła się definitywnie. Minął poniedziałek, wtorek, wczoraj miałam kupić, ale mężyk zaoferował się, że jak wyjdzie w psem wieczorem, to podejdzie do sklepu i nabędzie ten deficytowy towar. Kiedy wróciłam ze spotkania z przyjaciółką, odkryłam, że nadal nie mamy herbaty, bo luby niesłusznie założył sobie, że pewnie ja zrobię zakupy po drodze. Kiedy dziś wieczorem wstawiłam czajnik na gaz, przyszło mi do głowy, że nas stan posiadania pod tym względem najprawdopodobniej się nie zmienił. Ale postanowiłam się upewnić. Zapytałam mężyka:

- Kupiłeś herbatę?

Uśmiechnął się tylko szeroko od ucha do ucha, co było równoznaczne z odpowiedzią i powiedział:

- Yyyyy... odzwyczajamy się :-)

wtorek, 7 grudnia 2010

POLUZOWAĆ WARKOCZYKI


Na białej półce nad telewizorem stoi kieliszek. Taki zwykły, z napisem „wyborowa”. Wsypałam do niego drobne kawałki bursztynu, żółte, pomarańczowe, brązowe. Większość wypatrzył i zebrał mężyk podczas porannego spaceru nad morzem. Byliśmy w Sopocie na początku listopada, mieliśmy wyjechać jedenastego, pojechaliśmy w końcu dzień później, bo luby musiał iść dodatkowo do pracy nawet w święto.
Tego dnia siedziałam sama w domu i zastanawiałam się, co się dzieje – z moim mężem, z nami, z naszym małżeństwem. Niby wszystko było w porządku, ale nie do końca. Jakby ktoś coś zepsuł. Czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co, mężyk był daleki, chłodny, jakby nieobecny. Nie miał ochoty na ten wyjazd, dało się to wyraźnie wyczuć. Podróż trwała o wiele dłużej niż planowaliśmy, deszcz lał całą drogę, przed samym Trójmiastem wpakowaliśmy się w gigantyczny korek. W nerwach zapadła decyzja – zawracamy, nie protestowałam, popłakałam się po prostu z bezsilności, z żalu, za tęsknoty za tym, co gdzieś uciekło, za tym czego zabrakło; sama w sumie nie wiedziałam dlaczego. Coś się działo, a ja wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, co...
W końcu dotarliśmy do Sopotu, czułam, że nie ma co przedłużać tego wypadu, był do dupy, nawet towarzystwo mojej ukochanej przyjaciółki, u której nocowaliśmy, nie było wstanie go uratować. Uzgodniliśmy, że wracamy dzień wcześniej. Mężyk wstał bladym świtem, zabrał Travisa i poszedł z nim na plażę. Ja zostałam, choć wiedziałam, że już nie zasnę. Zawinęłam się w swój smutek jak w kołdrę, szczelnie i ciasno. Po kilkunastu minutach zadzwonił telefon. Odebrałam smsa: „Chodź na wschód słońca”. Ubrałam się, po cichutku zamknęłam za sobą drzwi. Był chłodny, listopadowy poranek. Od plaży dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów, najpierw zobaczyłam szalejącego na brzegu psa. Uśmiechnęłam się, trochę smutno, bo przez moment pozazdrościłam Travisowi tego prostego, psiego szczęścia – jest fajnie, bo jest spacer, woda, piasek, pan a teraz przyszła jeszcze pani, jak tu się nie cieszyć? Potem zagwizdałam – Białas zatrzymał się na chwilę, nadstawił uszu i ruszył jak wariat w moim kierunku, wywijając ogonem jak cepem. Jeszcze kilka pisków, podskoków i zostałam godnie przywitana, ja i parówki, które przyniosłam mu w torbie.
Mężyk czekał na brzegu. Kiedy zasapana dotarłam do niego, wziął mnie za rękę i wsypał mi do garści drobne kawałki bursztynu, które zebrał na plaży. Ucieszyłam się jak dziecko. Było rześko, chłodno, zaspane słońce ledwo oderwało się od horyzontu. Poszliśmy na długi, milczący, kilkugodzinny spacer brzegiem morza.Travis pracowicie odbijał na mokrym piasku stemple łap, które kolejne fale cierpliwie wygładzały, wybiegał do przodu, wracał w radosnym pędzie, pływał, aportował wrzucone do wody patyki, szczekał i ganiał łabędzie. Ja uparcie próbowałam znaleźć chociaż jeden, chociaż malutki kawałek bursztynu. Plaża była pełna śmieci, wodorostów, patyków, pokruszonych muszli, ciężko było zauważyć małą, błyszczącą drobinkę... Ale znalazłam. Ten poranek był chyba jedynym pozytywnym momentem całego wypadu. Ale był.
Dziś siedzę i myślę sobie, że ten blog to taki mój kieliszek z bursztynami. Zbieram tu te dobre, fajne momenty z naszego życia. Wiem, że może sprawiać to wrażenie, jakby tak było stale, jakbyśmy byli idealnym małżeństwem bez żadnych problemów. W rzeczywistości bywa różnie. Raz dobrze, raz źle, raz lepiej, raz gorzej. Tylko ja po prostu nie umiem pisać o tym co smutne, złe, przygnębiające, nie umiem oswoić tego, co budzi lęk i przeraża, nie potrafię przelać na papier tego, co mnie gryzie i boli. A może po prostu nie chcę? Nie wiem. Wiem jednak, że warto w tym codziennym śmietnisku szukać tych dobrych, fajnych chwil. Tylko one mają wartość. Ostatnio doszłam do wniosku, że nie warto się rozwodzić nad tym, co było, ani zastanawiać nad tym, co będzie. Mam po prostu nadzieję, że mimo wszystko nam się uda.
Życie jest tu i teraz.
Jak kawałki bursztynu w kieliszku. Jak mandarynki w drewnianej misce obok monitora. Jak dziecko, które właśnie poruszyło mi się w brzuchu. Jak śpiący na łóżku pies, do którego zaraz się przytulę.
Warto czasem "poluzować warkoczyki"...

czwartek, 2 grudnia 2010

PROBLEM I ROZWIĄZANIE



Posiadanie psa, gdy na zewnątrz pluje żabami, zacina śniegiem i straszy mrozem, to problem. Zwłaszcza dla osobnika ciepłolubnego, który nie ma ochoty na wystawienie nawet czubka nosa za drzwi. W przeciwieństwie do sierściucha, który siedzi godzinami w oknie i jojczy, że chce na spacer, spacerek, a wspomniane warunki atmosferyczne nie robią na nim żadnego wrażenia.Ale! Na szczęście posiadanie w pakiecie razem z psem Najlepszego Na Świecie Męża rozwiązuje ten problem :-))))))