wtorek, 30 listopada 2010

TOTEK CZY TOTKA?



Jakiś czas temu, gdy dopiero przyzwyczajaliśmy się do myśli, że będziemy rodzicami, zapytałam mojego męża w żartach, co wolałby: chłopaka czy dziewczynkę. Widziałam, że wybór już został dokonany, ale co mi szkodziło pogdybać. Ja odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałam mieć córkę, jednak kilka tygodni po zabiegu moja kobieca intuicja zaczęła mi podpowiadać, że chyba będzie inaczej. Dlatego zapytałam mężyka, co obstawia. Zdziwiłam się bardzo, kiedy luby z niezachwianą pewnością oświadczył, że on chce... dziewczynkę. Córeczkę tatusia i już. Byłam pewna, że facet będzie chciał małego facecika, takiego na swój wzór i podobieństwo, więc strzeliłam minę zdziwionego karpia, upewniłam się trzy razy, czy wie, co mówi i ... zaprzestałam dalszego indagowania. Zresztą w początkowych tygodniach niewiele rozmawialiśmy na temat malucha, dopiero do nas docierało, że naprawdę stał się cud - będziemy mieli dziecko. Mam wrażenie, że mój mąż uwierzył w to dopiero, gdy je zobaczył. Na pierwszym i drugim badaniu usg byłam w gabinecie sama, mężyk spokojnie czekał na relację lekarza, na trzecie - genetyczne, poszliśmy już razem. 18 października, na czarno - białym ekraniku luby po raz pierwszy zobaczył swoje dwunastotygodniowe maleństwo. Machało rękami i nogami, mężyk nie mógł oderwać wzroku od monitora, a mi podczas kolejnych pomiarów powoli spadał kamień z serca, bo badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Co najciekawsze, było na tyle dokładne, że pozwoliło lekarzowi na wstępne prognozy dotyczące... płci malucha. Było jeszcze za wcześnie, żeby ją określić tak na 100 %, ale mimo to chcieliśmy je poznać. Ciężko opisać moje zdziwienie i radochę mężyka, kiedy lekarz powiedział, że na 70-80% będzie... dziewczynka. Luby nie ukrywał zadowolenia, a ja pretensji do mojej kobiecej intuicji, która uparcie twierdziła coś innego. Mężyk hipotezę lekarza przyjął natychmiast za pewnik; kiedy wsiadaliśmy do auta, natychmiast poinformował ...psa (który czekał na nas na tylnym siedzeniu samochodu):"Travis, konkurencja rośnie. Będzie dwa : dwa".

poniedziałek, 29 listopada 2010

DRZEMKA

 
Travis już od jakiegoś czasu pełni funkcję naszego budzika. Między ósmą a dziewiątą rano złazi z kanapy i przychodzi do sypialni na rekonesans. Staje przy łóżku, bacznie nas obserwuje i zachęcająco merda ogonem. Latem nie odstraszał go nawet brak rekacji z naszej strony, po prostu wskakiwał na łóżko, trącał nas zimnym nosem, lizał po nosach i uszach, dopóki się nie obudziliśmy. A potem już skokom i piskom nie było końca, trzeba było zwlec się z łóżka i wyjść na spacerek.
Z nadejściem zimy, nasz budzik na czterech łapach zmodyfikował trochę swoje zwyczaje - okazało się, że ma w psich opcjach i stosuje z własnej nieprzymuszonej woli... funkcję drzemki. Owszem, nadal między ósmą a dziewiatą przyłazi do sypialni i tak jak kiedyś, sprawdza dokładnie, czy przypadkiem się nie obudziliśmy. Obserwuje nas dłuższą chwilę, ale kiedy odkrywa, że ciągle smacznie śpimy, rezygnuje z budzenia. Po chwili namysłu wskakuje na łóżko, zwija się w kłębek w okolicach moich stóp i z głębokim westchnieniem ponownie zasypia - na dziesięć, dwadzieścia minut, maksymalnie na pół godziny. 
Potem już nie ma zmiłuj...

piątek, 26 listopada 2010

SKOJARZENIE


Wieczór. Mężyk już leży na łóżku, ja siedzę obok i nacieram swój porządnie zaokrąglony brzuch oliwką. Luby przygląda się uważnie dłuższą chwilę, przygląda się... i zaczyna się śmiać. Oczywiście nie chce powiedzieć, co go tak rozbawiło, udaje, że jest śpiący - dziabię więc go palcem w bok. Raz, drugi, trzeci. Jakieś metody przymusu bezpośredniego trzeba zastosować, żeby się przyznał, co go tak rozbawiło. Domyślam się, że widok mojego wystającego bębęnka i bardzo chcę się dowiedzieć, dlaczego. Do mężyka powoli dociera, że raczej nie dam mu zasnąć, jeśli mi nie powie, zwłaszcza, że męczę go też pytaniami:
- Ale co Cię tak rozbawiło? No powiedz! Czemu się śmiejesz z mojego brzucha?
Luby, wzięty w obroty, w końcu wyrzuca z siebie odpowiedź:
- Bo zaczyna nabierać kształtów zbiornika od ZetLa*...

 (Ps. * - Kawasaki ZL 1000 - ukochany motocykl mojego męża)

wtorek, 23 listopada 2010

ŻELAZO



Odkąd zaawansowany jadłowstręt trochę odpuścił, staram się urozmaicać swoją dietę i wybierać produkty wartościowe dla malucha. Przy okazji karmię nimi i mężyka. Dziś postanowiłam przygotować na obiad wątróbkę, a do niej sałatkę z buraczków - oba produkty zawierają ponoć sporo cennych mikroelementów. Mężyk obrał ziemniaki, wątróbka nawet mu zapachniała, ale kiedy zobaczył surówkę, skrzywił się i zrobił dziwną minę. Zaczęłam mu więc tłumaczyć powody takiego, a nie innego doboru składników:- Miśku, buraczki ćwikłowe mają dużo żelaza...Burknął coś pod nosem, ale nie usłyszałam co; kiedy poprosiłam, żeby powtórzył głośniej, powiedział:- Gwoździe też mają...

niedziela, 21 listopada 2010

ODKRYCIE

 
Przez ponad trzy miesiące miałam brzuch płaski jak deska, waga też stała w miejscu jak zaklęta. Pewnego dnia ze zdziwieniem zauważyłam jednak, że coś się zmieniło. Wyszłam rano spod prysznica, zaczęłam nacierać jeszcze wilgotną skórę oliwką i dokonałam wielkopomnego odkrycia, którym natychmiast podzieliłam się z mężykiem. Niewiele myśląc, oznajmiłam ze zdziwieniem na głos:
- Cycki mi urosły!!!
Luby spojrzał fachowym, męskim okiem, uśmiechął się i z gryźwie dodał:
- Dobrze, że nie druga para... :-)

sobota, 20 listopada 2010

OBSCYMURKI DWA

Travis jest rasowym Obszczymurkiem, nie ominie tak po prostużadnego drzewa, latarni, kępki trawy, kosza na śmieci, kamienia. Przy każdej zwyżej wymienionych rzeczy i przy tysiącach innych niewymienionych, kundellozatrzymuje się na dłużej, najpierw obwąchujebardzo dokładnie, dopiero po dłuższej chwili podnosi łapę i zostawia swoją„żółtą wizytówkę”. Nie pomaga wołanie, ciągnięcie za smycz, szarpanie iproszenie, żeby się pośpieszył, nie ma mowy – Biała Dupa musi dopełnić psiegorytuału. Nawet po kilkukilometrowym spacerze, nawet kiedy wskaźniki pojemnościpsiego pęcherza stoją na rezerwie i miga czerwona lampka, Travis jest w staniewycisnąć z siebie kilka żółtych kropelek. Przymus posikiwania jest silniejszyod kryzysu w zasobach psiego pęcherza.

Ostatnio bardzo zazdroszczę Travisowi, że może sobie po prostu przystanąć na ulicy, zadrzeć łapę do góry... i po kłopocie. Kiedyś strasznie mnie to denerwowało, teraz wkońcu biednego Białasa rozumiem, bo… ciągle chce mi się sikać!!!

piątek, 19 listopada 2010

CHARAKTEREK

Bardzo szybko okazało się, że Toto jest charakterne i wybredne.
I się rządzi.
Zaczęło gdzieś w okolicach ósmego tygodnia. Poszłam rano przed pracą na moją ulubioną sałatkę, zamówiłam jak zwykle do niej pitę z czosnkiem i sok pomarańczowy. Spróbowałam – mniam, świeża sałata, tuńczyk, cebula, pomidory. Pyszna jak zwykle. Ugryzłam pitę i…. ooooooo, tego nie było w umowie!
Toto wypowiedziało się bezgłośnie, ale bardzo zdecydowanie:
- Pita nie!!!
Poczułam rozgoryczenie i bunt. Jak to nie, zawsze jem pitę, świeżą, gorącą, pachnącą, ugryzłam więc jeszcze raz.
Toto zaprotestowało jeszcze bardziej stanowczo:
- Przecież mówiłem, że pita nie! Nie słyszałaś? Nie jemy już pity!!! Bo...wiesz co! Lepiej uważaj!
No groził mi, terrorysta jeden.
Poddałam się. Pita wylądowała w koszu. Nie to nie.
Potem już było tylko gorzej.
Weryfikacja produktów żywnościowych nadających się do spożycia trwała do końca trzeciego miesiąca. Chodziłam, obwąchiwałam, próbowałam, gryzłam, odkładałam, brałam się za coś innego, bo to niedobre, to nie smakuje, to jakieś nie takie jak być powinno… Wykluczyłam całkowicie z jadłospisu mięso, bo śmierdziało na odległość, zabroniłam nawet kupowania dla psa wędzonych specjałów, po mu capiło po konsumpcji z mordy i nie byłam wstanie tego znieść. Pomagała mi tylko herbata z cytryną. Przez kilka tygodni żywiłam się owocami i śledziami w occie. Przez resztę czasu snułam się po sklepach i po domu w poszukiwaniu czegokolwiek do zjedzenia i nic mi nie odpowiadało, nawet najdziwniejsze połączenia. Zrobiłam się bardziej wybredna niż pies Travis.
Mężyk z lekkim zdziwieniem obserwował moje zachowanie, a kiedy wyjaśniłam mu ich przyczyny, westchnął głęboko i z nadzieją oznajmił

- „No cóż, może się w końcu w tym domu chętny na psie kulki znajdzie”…

TOTO

Na pierwsze usg pojechaliśy 16 września, miesiąc po transferze, dokładnie w 7 tygodniu ciąży - ja zasmarkana, kaszląca i kichająca, ale ... spokojna. Siedziałam z mężykiem pod gabinetem i nie umiałam się zdenerwować, dopiero kiedy przyszła nasza kolej zaczęły mi drżeć ręce. Czekałam na fotelu i ogladałam lampy na suficie; bałam się spojrzeć na monitor... Dopiero kiedy usłyszałam głos doktora, odwróciłam głowę, nie pamiętam, co mówił, nie mogłam oderwać wzroku od szarego ekraniku. Widac na nim było... COŚ.
 Coś, co przypominało małą rybkę, z pulsującą, ciemną kropką serduszka. Kiedy ubrałam się i wróciłam do gabinetu, dla odmiany mój mąż wpatrywał się w małe zdjęcie leżące przed nim na biurku. W pierwszą fotografię naszego dziecka :-)
Kiedy wsiedliśmy do auta, wyjęłam je jeszcze raz i gapiłam się na nie jak zaczarowana - mężyk pochylił głowę, pokazał na malucha paluchem i zapytał:
"To to?"
Oburzyłam się, że tak nieładnie mówi o naszym maleństwie, on też się obruszył, bo pytał o ciemną plamkę widoczną na zdjęciu - czy to serduszko. Ale określenie zostało.
Toto. Totek. Totusiek lub Totuśka, Totka.
Nasze dziecko. 1,15 mm cudu.
Nasza wygrana w totka :-)

środa, 17 listopada 2010

TAK BYŁO...


Po pierwszej, nieudanej procedurze in vitro, chciałam jak najszybciej podejść do drugiej, złapać się kolejnej szansy, jak tonący brzytwy…
Kiedy dowiedziałam się, że trzeba zrobić trzy miesiące przerwy między stymulacjami, byłam załamana. Lekarz nie pozostawił nam złudzeń – organizm został zbyt silnie obciążony lekami, musi odpocząć. Ja też musiałam, tylko wtedy jeszcze to do mnie nie docierało.
Potrzebowałam czasu, żeby pewne sprawy uporządkować, przemyśleć, wyjaśnić samej sobie, zrozumieć. Musiałam złapać oddech, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, a tak naprawdę – pogodzić się z myślą, że być może nigdy nie będziemy mieli dziecka.
Bardzo często w leczeniu niepłodności, po wykorzystaniu wszystkich dostępnych metod, dociera się do ściany. In vitro to ostatnia szansa, żeby ją pokonać. Do marcowego zabiegu  podchodziłam pełna nadziei i optymizmu, patrzyłam na córeczkę mojej przyjaciółki, uśmiechałam się do siebie, cieszyłam się, bo myślałam, że już niedługo też będę miała takie fajne dziecko. Byłam wtedy ucieleśnieniem naiwności i wiary, że tak zaawansowana medycyna na pewno potrafi zdziałać cuda. Nie pomyślałam nawet przez moment, że być może nigdy nie będę miała dziecka. Kiedy zobaczyłam jedna kreskę na teście, jeszcze to do mnie nie docierało. Nawet się nie popłakałam. Schowałam gdzieś bardzo głęboko cały mój żal, smutek i rozczarowanie, przykleiłam uśmiech i poszłam dalej. Tak po prostu. Chciałam być silna.
To był chyba mój największy błąd – bo po jakimś czasie wszystkie te głęboko schowane emocje wypłynęły na wierzch i uderzyły we mnie, w nas, w nasze małżeństwo ze zdwojoną siłą. Najmocniej wtedy, kiedy zrozumiałam, że być może nigdy, nikt nie powie do nas „mamo, tato”. Posypało się między nami. Były dni pełne milczenia, pretensji, niedomówień, niewiary. Przyszedł taki moment, że i ja odpuściłam – powiedziałam sobie: trudno, może tak musi być, nie ma się co szarpać i buntować, spróbujemy jeszcze raz, jak się nie uda, to jakoś się z tym pogodzę. Mam w końcu takie wiele – fajnego męża, dom, psa, pracę, zdrowie, może faktycznie nie można mieć wszystkiego, może już wyczerpałam swój limit.
Zrozumiałam, że najwyżej w moim życiu nic się nie zmieni, będzie tak jak dotychczas – słowem – dobrze. Kiedy to do mnie dotarło, odetchnęłam, ta metalowa obręcz, która ściskała mnie gdzieś w środku, zniknęła. Wzięłam głęboki oddech, w końcu zauważyłam, że jest wiosna, że świeci słońce, kwitną forsycje, a co ma być, po prostu i tak będzie, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Pogodziłam się z tym.
W sumie nie miałam innego wyjścia, ale trochę czasu mi zajęło dojście do tego odkrywczego wniosku. Po marcowym niepowodzeniu, nasze rokowania spadły z kilkunastu do kilku procent szansy na powodzenie, lekarz nie pozostawiał złudzeń, wskazał jednoznacznie przyczynę obumierania zarodków. Opcji leczenia brak. Nie próbował nawet zachęcać nas do podjęcia kolejnej próby, sami podjęliśmy taką decyzję.
Do drugiej procedury podeszliśmy z marszu, bez wielkszej nadziei, bez mówienia komukolwiek o naszych planach, w sumie nawet bez przykładania do tego jakiejś szczególnej wagi. W dniu powrotu z Turcji wzięłam pierwszy zastrzyk wyciszający.
Od początku towarzyszył mi dziwny, niczym nieuzasadniony spokój. Może dlatego, że wszystko, co przechodziłam było już znane, oswojone. Znów seria zastrzyków, znów usg, leki, kolejne zastrzyki… Punkcja 9 sierpnia. Pobrano 15 komórek, zapłodniło się 11 i tyle zaczęło się rozwijać. Dzień przed transferem mieliśmy jeszcze 9 zarodków, na różnych etapach rozwoju. Bardzo zależało mi na podaniu trzech, klinika nie chciała się zgodzić, zbyt duże ryzyko ciąży trojaczej, stanęło na tym, że jeśli będą idealne blastocysty, to zabierzemy dwie.
Transfer 14 sierpnia o dziewiątej. Jechałam zabrać swoje maluszki całkowicie spokojna, dziwnie spokojna – ja, koncertowy nerwus i panikarz. Na miejscu, gdy już czekałam w zabiegowym, przebrana i podłączona do kroplówki – potężne rozczarowanie. Zostało tylko 5 zarodków, z czego tylko jeden stał się idealną blastoscytę 4AA. Już po minie pani embriolog widziałam, że nie jest dobrze. W piątej dobie wszystkie powinny dotrzeć do tego stadium, a okazało się, że prawie połowa przestała się rozwijać, reszta utknęła na stadium zarodków skompaktowanych, z których jeszcze jeden zaczął się przekształcać we wczesną blastoscytę.
Po konsultacji z mężykiem zdecydowaliśmy się na podanie trzech zarodków, lekarz się zgodził, ich kiepski rozwój i poprzednie niepowodzenie przeważyło szalę. A mi powoli zaczynała w głowie krążyć smutna myśl o powtórce z rozrywki, że znów klapa, zwłaszcza, że klinika nie zdecydowała się na zamrożenie pozostałych zarodków, wstrzymali się z decyzją do niedzieli, bo nie rokowały co do dalszego rozwoju.
Nam pozostało czekanie…
Towarzyszy nam bez przerwy...

Ciąża po zabiegu in vitro to radość nie do opisania – że stał się cud, że się udało. I lęk nie do wyrażenia, na który nie ma lekarstwa. Można tylko czekać i liczyć mijające dni, tygodnie. Świadomość, szeroka wiedza, jaką nabywa się w trakcie leczenia wcale nie pomaga. Po pozytywnym teście kilka razy sprawdzałam przyrost bety hcg, oznaczałam poziom progesteronu; każdy wynik odbierałam z duszą na ramieniu, z panicznym lękiem, z drżeniem w sercu, czy wszystko jest ok. Tego strachu nie da się opisać, ani opanować. Przez wiele tygodni odkładałam na półkę myślenie o dziecku, które noszę w sobie, tak potwornie bałam się, że czar zaraz pryśnie, sen się skończy, że się prześni, nie chciałam o tym mówić, ani pisać, nie chciałam wyciągać tego strachu na światło dzienne. Pisanie, które zawsze mi pomagało, w tym przypadku nie było wstanie go oswoić, przywoływało tylko kolejne demony… Brałam leki osłabiające odpowiedź autoimmunologiczną organizmu, cierpliwie robiłam kolejne zastrzyki i modliłam się, żeby na usg zobaczyć serduszko… Jakby tego wszystkiego było mało, w siódmym tygodniu ciąży, pochorowałam się i to poważnie. Nie mogłam wziąć adnych leków, tydzień leżałam w łóżku, panicznie bojąc się o malucha…
Cdn.

poniedziałek, 8 listopada 2010

OTWARTE DRZWI

Przez cały tydzień po transferze czekałam na znak z nieba, na coś, co da mi odpowiedź jeszcze przed testem. Czas od soboty dłużył się w nieskończoność. Poziom progesteronu po trzech dniach powyżej normy, ale nie był niestety na tyle wysoki, by dać gwarancję sukcesu. Ale nie musiałam brać dodatkowych zastrzyków, pierwsza ulga...
Mijały dni, a ja wsłuchiwałam się w swój organizm w oczekiwaniu na jakikolwiek sygnał. Cisza była coraz bardziej przytłaczająca. Cisza. Żadnych objawów. Żadnego pobolewania w podbrzuszu, nic. Bardzo rzadko lekki ból, czasem, kilka razy na dzień, coś zakuło. Głaskałam swój brzuch delikatnie, nieśmiało i po chwili odsuwałam rękę, bo łapałam się na myśli, że może gładzę pustkę.
Obwąchiwałam kolejno wszystkie produkty spożywcze. Nawet wodę mineralną. Piątego dnia zastanowił mnie bowiem podczas picia ledwo wyczuwalny zapach boczku. Wędzonego na dodatek. Wmówiłam sobie, że sobie wmawiam. Rano nałęczowianka smakowała już normalnie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że po prostu mam pierdolca. Mimo ustalenia tego mało budującego faktu, nie zaprzestałam obwąchiwania. W piątek, kiedy weszliśmy do kina, uderzył mnie i odrzucił zapach gorącego, zjełczałego popcornu. Chyba po raz pierwszy w życiu nie zabraliśmy pełnego kubła na seans, kupiliśmy orzechy laskowe prażone w cukrze. Rozgryzałam pierwszego... miał chemiczny posmak proszku do prania. Wyplułam. Spróbowałam drugiego. Chmm…. Vizir, ixi??? Nie byłam pewna. Na wszelki wypadek wszystkie orzechy obrałam ze słodkiej skorupki. Po krótkiej chwili namysłu postanowiłam rozszerzyć grupę testową i poczęstowałam lubego. Zjadł bez słowa komentarza. Zapytałam, czy czuł ten smród w holu. Popatrzył na mnie jak na wariatkę. Zaprzestałam więc dalszych indagacji z obawy przed szybkim odtransportowaniem do najbliższego zakładu psychiatrycznego. Nie porzuciłam jednak obwąchiwania, zachowując się bezustannie jak rasowy pies tropiący. Ale ciągle wmawiałam sobie, że sobie wmawiam.
Zaostrzony, wyczulony węch został mi do dziś, ale dziwny ze mnie przedstawiciel czworonogów - mięso mi śmierdzi. Ciągle, tak jak wtedy, nie wmawiałam sobie jednak...

Kiedy w niedzielę wieczorem, w pracy, po kolejnej wizycie w toalecie, odkryłam na wkładce higienicznej kilka plamek krwi, tak wyraźnie, tak mocno poczułam, jak zamknięte drzwi lekko uchylają……
 To wystarczyło, żeby w głowie eksplodowała mi kolorowa bańka mydlana pełna marzeń, a one rozsypały się jak zwariowane confetti pojedynczych, drobnych myśli. Pierwsza, najbardziej uparta, uporczywa, przez cały wieczór siedziała mi w głowie - że to musi być to, musi, to musi być właśnie to, w myślach ciągle wracałam do jednego zdania z karty wypisu leczenia metodą ICSI: „Po 6-10 dniach od transferu może się pojawić niewielkie plamienie, które nie musi oznaczać niepowodzenia, a często jest pierwszym objawem ciąży”. 
Przez wąziutką szparę nadziei marzenia zaczęły się wymykać, wyrywać do przodu, na wolność, próbowałam je łapać, zatrzymywać, zaganiać z powrotem, bo pierwsza radość mieszała się z lękiem, ale one uciekały mi między palcami, były nie do opanowania.
Rozwijały, prostowały pogniecione, pomięte przez lata oczekiwania skrzydła…

niedziela, 7 listopada 2010

PORANEK

Tyle razy, przez tyle lat wyobrażałam sobie ten moment. W wyobraźni widziałam siebie, jak wstaję rano z łóżka i wręczam mojemu mężowi małe pudełeczko, on patrzy zdziwiony, ja uśmiecham się tajemniczo, on odwiązuje kokardę, zdejmuję pokrywkę i wyjmuje małe, dziecięce buciki…
Jak w kiczowatym filmie.
A było tak
Mężyk obudził się około dziewiątej, usiadł zaspany na krawędzi łóżka, widziałam jego pochylone, szerokie plecy. Wygrzebałam się spod pościeli, czarnej w białe owce, mojej ulubionej, przycupnęłam obok niego, w zaciśniętej piąstce trzymałam test. W końcu wyciągnęłam do lubego rękę z białym, prostokątnym, płaskim pudełeczkiem i rozprostowałam palce. Test leżał na mojej dłoni... do góry nogami. Nie do końca obudzony mężyk przetarł oczy i spytał:

- Co to jest?
- Test. Odwróć.
Wziął go niezgrabnie i przekręcił. Popatrzył.
- No i ? Co to znaczy?
- Są dwie kreski
- A ile powinno być?
- Dwie. Chyba się udało Miśku…
- No widzisz…
Uśmiechnął się, rozespany, z poduszką odbitą na policzku, z dwudniowym zarostem, objął mnie i przytulił bardzo mocno…
Pojechaliśmy na badanie z krwi. Wynik bety hcg dziewiątym dniu po transferze 215,10…

sobota, 6 listopada 2010

23.08.2012

 
Obudziłam się wcześnie, bardzo wcześnie. Strasznie chciało mi się sikać. Próbowałam zasnąć, ale doskonale widziałam, że już mi się nie uda. Serce tłukło jak ptak w klatce oszalały ze strachu, trzepotało i biło skrzydłami, próbowałam je bezskutecznie uspokoić. Spojrzałam na zegarek. Szósta trzydzieści jeden. Mężyk spał odwrócony plecami, wtulony w poduszkę. Nawet nie słyszałam, kiedy wrócił z pracy. Bałam się, że go obudzę, ale wstałam po cichutku i poszłam do łazienki. Wyjęłam pudełko, rozerwałam białą folię.

Cztery kropelki. Szybko pojawiła się bardzo wyraźna, gruba kreska testowa.
 I nic więcej.
Wpatrywałam się w ten test jak sroka w gnat, z nerwami napiętymi jak postronki, do granic wytrzymałości, powtarzając w myślach jak oszalała jedno słowo: proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, błagam, proszę, błagam.…
 Mijały minuty. Jedna, druga, proszę, błagam, proszę, proszę, proszę, trzecia, proszę, proszę, czwarta, proszę, błagam…

Na teście pojawiła się delikatna, druga kreseczka. Blada, bledziutka, jaśniuteńka... tak blada, że przez moment pomyślałam, że jej pojawienie się wywołałam siłą woli. Spojrzałam jeszcze raz. Ledwo widoczna, ale była tam.
 Druga kreska...

Aby wykluczyć, że trafił mi się wredny, podstępnie zakłamany i załgany test, zrobiłam drugi. Znów pojawiła się bledziutka druga kreska…

Nawet się nie ucieszyłam jakoś specjalnie. Poczłapałam z powrotem do łóżka, wsunęłam się pod kołdrę, a test schowałam pod poduszkę. Trzymałam go w zaciśniętej dłoni i próbowałam zasnąć, ale nadal nie mogłam. Był duszny, gorący sierpniowy poranek. Zapadałam w krótkie drzemki, tylko po to, żeby przebudzić się za moment, wyjąć test spod poduszki i sprawdzić, czy ta bledziutka druga kreska ciągle tam jest, czy na pewno nie zniknęła. Nadal była. A mi wciąż wydawało się, że śnię.

Codziennie, kiedy się budzę i dociera to do mnie po raz kolejny, tak wyraźnie i mocno, jakbym właśnie się dowiedziała, chce mi się krzyczeć z radości i płakać ze szczęścia.
Codziennie, kiedy wstaję, uśmiecham się i myślę: „Jestem w ciąży”.