sobota, 30 października 2010

WIKTOR

Moja przyjaciółka ma synka Wiktora. Młody ma prawie trzy lata i ciekawe pomysły, jak to zwykle w tym wieku bywa...

 Jest dzieckiem uroczym, bardzo inteligentnym i odrobinę rozbrykanym. Ostatnio Ewa opowiadała mi, co znowu zrobił Młody - przyszedł do niej rano zaraz po przebudzeniu i bardzo ładnie poprosił:
- "Mamusiu, pomóż mi wyciągnąć kredeczki z dvd, bo sam nie dam rady" :-)

czwartek, 28 października 2010

STORCZYKI

 
Lubię kwiaty, ale bez wzajemności. Zwłaszcza doniczkowe jakoś nie darzą mnie miłością, one chyba po prostu wyczuwają, że nie mam dla nich za wiele czasu i żeby mi oszczędzić kłopotów, umierają sobie po cichu. No dobra, zapominam o podlewaniu, przyznaję się, ale żeby tak od razu przez to się ewakuować do krainy wiecznych łowów? No bez przesady, choć faktów nie da się ukryć, mówią same za siebie...

 Cyprysiki już jakiś czas temu popełniły zbiorowe samobójstwo, zdechły wszystkie cztery na raz, w ich ślady podążyło drzewko szczęścia, dracena odchodzi powoli, acz systematycznie, zrzucając listek po listku. Reszta po prostu strajkuje i nie rośnie. Fikusiki jakie były, takie są, nic im nie ubywa, nic nie przybywa. Storczyki nie kwitną, może mają żałobę po koledze, który odszedł od nich miesiąc temu...  Ale to chyba powinny sczernić, zamiast zżółknąć...

Tak myślałam, dopóki nie przyjrzałam się im bliżej i nie odkryłam, że niedługo zapuszczą korzenie w parapecie, bo te z doniczki już dawno wylazły. Uwielbiam przesadzać, niekoniecznie jednak kwiaty, więc trochę czasu minęło zanim nabyłam odpowiednią ziemię i większe doniczki. Zamiast tego zafundowałam im na początek wietrzenie, bo zaczęli mocno dogrzewać nasze małe mieszkanko i okno jest stale otwarte. Przy okazji zapomniało mi się trochę o podlewaniu. Byłam pewna, że teraz to już je szlag trafi nieodwołalnie. Jednak wczoraj po bliższych oględzinach doszłam do zadziwiającego wniosku: storczyki są masochistami. Po dwóch tygodniach bez wody, stania w przeciągu ... zaczęły wypuszczać pąki i zamierzają zakwitnąć! 

Po przejrzeniu literatury fachowej odkryłam, że one kochają ekstremalne warunki, przez przypadek stworzyłam im takie, jakich potrzebowały, żeby zakwitnąć, bo de facto kwitną, żeby przetrwać! Opowiedziałam o tym mężykowi, który moje dokonania hodowlane podsumował krótko:

„Oooooo, to uważaj, żeby Ci teraz całego okna nie zarosły”....

środa, 20 października 2010

KRÓTKOWIDZ - CIĄG DALSZY

 
Ostatnio mężykowi podczas szlifowania wpadło coś do oka. Nawet nie zauważył, ale dokuczało mu i łzawiło tak bardzo, że w poniedziałek cała historia zakończyła się, co prawda szczęśliwie, ale jednak wizytą na pogotowiu, gdzie odłamek usunięto. Luby zaś dostał receptę na krople łagodzące i chłodzący żel do aplikowania na podrażnione ślepie. Dzielnie używał obydwu specyfików aż do dziś.
Wieczorem zadzwonił i opowiada mi zatroskanym głosem, że teraz to chyba z kolei nasz pies ma problem ze wzrokiem. Przestraszyłam się nieco i dopytuję, co się stało Traviskowi, czy wszystko z nim w porządku. I co słyszę w odpowiedzi?
- Chyba sobie podrażnił oczy tym Twoim płynem i soczewkami, bo dziś pogryzł mój żel... 
Pewnie chciał sobie nim ślepia posmarować...

sobota, 16 października 2010

MOJE PARANOJE

 
Moje paranoje dopadają mnie ostatnio szczególnie często. Wypełzają z kątów, pętają się pod nogami i sprawiają, że tracę równowagę. Wyłażą zza szafy, kiedy siedzę sama w domu, szepczą, straszą i piszą czarne scenariusze.  Wyciągają do towarzystwa lęki z mojej głowy i grasują po całym mieszkaniu, natykam się na nie wszędzie, potykam o nie i przewracam na prostej drodze. Wstaję, zbieram się i znów mnie dopadają w ciemnym kącie, gdy tylko zgaszę lampkę i przytulę głowę do poduszki, nawet na samym dnie najgłębszego snu. Lęk budzi mnie w środku nocy i rozpycha się w naszym łóżku łokciami; nie pozwala na bliskość. Próbuję znaleźć schronienie w szerokich, ciepłych i bezpiecznych ramionach mężyka, ale on tam już jest, wślizgnął się między nas niepostrzeżenie i nie daje znaleźć ukojenia. Najbardziej nienawidzę go za to, że zabiera mi radość i poczucie bezpieczeństwa.
 I tak tłukę się z nim jak błędna owca, doskonale wiedząc, że spokój mogę i muszę znaleźć sama w sobie. Tylko tam i nigdzie indziej.

piątek, 15 października 2010

KRÓTKOWIDZ



Kiedy mężyk wraca z pracy, zawsze dzwoni do mnie i melduje, w jakim stanie zastał nasze mieszkanie. A dokładnie - co podczas naszej nieobecności zmalował pies. Za spokojny był ostatnio, więc kiedy luby przez telefon poinformował mnie, że Biała Dupa powróciła do swojego nałogu i znowu ukradła mi książkę z półki, żeby ją doszczętnie przemielić, nie pozostało mi nic innego, jak tylko ustalić, którą wybrał. Z drżeniem serca zapytałam więc o to mężyka, w duszy zastanawiając, z jaką pozycją tym razem przyjdzie mi się z żalem pożegnać. Ten zastanowił się chwilę i odparł:- Nie wiem...  jakąś z wyjątkowo drobnym drukiem..- ????????????????- Bo wziął też z szafki Twój płyn do soczewek i go pogryzł. Chyba chciał je sobie założyć :-)

wtorek, 12 października 2010

TAKIE BUTY

Od kilku tygodni bezskutecznie próbuję kupić sobie zimowe buty. Kozaki konkretnie. Przedreptałam pół miasta i dwie galerie handlowe, chyba tylko po to, żeby poćwiczyć kondycję, bo efektów ta wędrówka żadnych nie przyniosła, poza takim, że zziajałam się jak pies tropiący, ale niczego niestety nie wyniuchałam

Ale, ale! Gdybym tak była na przykład ... kotem w butach, tylko chwilowo bez laczków, poszukującym stosownego obuwia, to do wyboru miałabym tysiąc wzorów i fasonów! Albo chociaż rybakiem lub zwykłym wędkarzem, spędzającym całe dnie w wodzie po kolana – wtedy na pewno znalazłabym coś dla siebie. O byciu zwykłą modelką o figurze trzciny gnącej się wdzięcznie na wietrze mogłam pomarzyć jakieś dziesięć lat i dziesięć kilogramów temu, ale gdybym przypadkiem cofnęła się w czasie i jeszcze sporo urosła, to na pewno udałoby mi się kupić coś odpowiedniego!  W czym moje nogi nie wyglądałby jak świąteczne balerony albo dwa pieski shar pei, należy dodać dla jasności sytuacji...

Ale niestety! Ani kotem w butach bez butów, ani rybołowem nie jestem, ani nawet wzrostu metr dziewięćdziesiąt nie posiadam, więc się pytam, za przeproszeniem, jak mam nosić buty, których cholewa sięga mi jak nie do pasa, to do pachwiny?  A czasem i wyżej... Mam je sobie zasznurować na szyi, że się tak głupio spytam??? A jeśli nawet, to w jaki sposób? Samodzielnie??? Nie należę do hrabianek, które przed wyjściem dzwonią złotym dzwoneczkiem, wzywają służbę i z arystokratycznym akcentem rzucają wyniosłe: „Janie, buty”, nadstawiając zgrabną nóżkę w jedwabnej pończoszce do przyodziania... Jak na razie w zębach buty przynosi mi jedynie mój pies, ale zwykle do założenia już się potem nie nadają....

 Nóż mi się wtedy w kieszeni otwiera, podobnie jak podczas wędrówki po sklepach, gdy widzę tę przebogatą ofertę, gdzie na dodatek wyoskość obcasa dzielnie konkuruje z długością cholewy. Cóż, cenię sobie własną wygodę prawie tak bardzo jak własne uzębienie, choć względy estetyczne także nie są mi obce. Kiedy przymierzam najmodniejsze w tym sezonie fasony, kiedy patrzę na siebie w lustrze, to najpierw wydaję jęk rozpaczy, a potem mam ochotę zakrzyknąć: „Hej szable w dłoń, ruszajmy w bój, hajda na koń...”.
Tylko wierzchowca brak, gdybym dorwała chociaż producenta tych cudeniek, to chętnie bym się na nim przejechała jak na siwej kobyle... I wytargała porządnie za grzywę w podzięce za ten dizajn rodem z rajtszula.

Znowu będę całą zimę chodzić goła i bosa :-(

czwartek, 7 października 2010

SZOPA



Poranki są dla mnie najtrudniejszą porą dnia. Mam naturę sowy, doskonale funkcjonuję w nocy, a kiedy dzwoni budzik, rozpaczliwie próbuję ją przedłużyć. Włączam drzemkę, potem kolejną, a kiedy już naprawdę muszę wstać, wyplątuję się z obejmujących mnie ramion mężyka, wywlekam z trudem odwłok spod ciepłej kołdry i po omacku człapię do łazienki. Tam dokonuję skomplikowanej procedury rozklejenia powiek i  z przerażeniem odkrywam, że z lustra patrzy na mnie rozmazany potwór. Tylko dzięki temu, że niedowidzę, nie uciekam z krzykiem, bo po przybliżeniu nosa do lustra i zmrużeniu ślepiów okazuje się, że to jednak nie żadna bestia, tylko moje własne oblicze w wersji porannej... No nie oszukujmy się, w pełnym makijażu śpią chyba tylko aktorki w polskich serialach, co pozwala im bladym świtem, jeszcze w łóżku olśniewać ukochanych promiennym wyglądem. Ja po przebudzeniu ciamkam paszczą i zaczynam się rozglądać po mieszkaniu w poszukiwaniu kota, który mi do niej narobił, kiedy spałam. No bo skąd ten smak, ten zapaszek...? Kiedy wraca mi przytomność umysłu, przypominam sobie, że z sierściuchów mamy tylko psa, więc dochodzę do wniosku, że może po prostu wystarczy umyć zęby. Co też czynie, próbując drugą ręką zagrabić jakoś siano na głowie, a trzecią odkręcam kran, żeby kundlowi nalać wody, bo już się wepchnął do łazienki i pokazuje, że w jego misce Sahara. Siadam sobie na tronie, Travis żłopie, chlapiąc dookoła niemiłosiernie, a ja czaję się ze srajtaśmą w dłoni, żeby wytrzeć mu mordę, zanim otworzy sobie drzwi i zaleje dodatkowo resztkami wody z pyska panele w całym mieszkaniu. Zresztą, mniejsza o podłogę, jeśli nie uda mi się przejąć laba w locie, to pójdzie wytrzeć sobie buźkę o kapę albo pościel na łóżku, higienista jeden.

wtorek, 5 października 2010

DOWCIP TYGODNIA

Mężyk w tym tygodniu pracuje na nocną zmianę. Wraca około szóstej trzydzieści, kiedy ja jeszcze smacznie śpię, bo do pobudki o 8.00 mam jeszcze półtorej godziny. Niestety, pies nie śpi... Biała Dupa czuwa na swoim posterunku przy oknie z nosem przyklejonym do szyby i wyczekuje na porót ukochanego Pańciunia. Wzrok ma doskonały, słuch także, wystarczy, że zobaczy rower lubego na horyzoncie, wystarczy, że zgrzytnie winda, a już sierściuch zaczyna koncert powitalny połączony z trabieniem na pobudkę. Pierwszy przeznaczony jest dla mężyka, druga niestety, tak przy okazji - dla mnie. Kiedy luby wchodzi do mieszkanka, pies zaczyna swój szaleńczy taniec radości: skomli, piszczy, kręci się pod nogami i całym sobą pokazuje, jak bardzo się cieszy, że jego pan już wrócił. Ja naciągam kołdrę na głowę i zgrzytając zębami ze złości, przewracam się na drugi bok i próbuję schwytać uciekający sen...
Wtedy do sypialni wpada rześki jak skowronek na wiosnę mężyk, daje mi soczystego buziaka, za nim wbiega rozradowany pies, także próbuje złożyć na moim policzku swój pocałunek - ale nie to jest najgorsze! Bo po całej ceremonii powitalnej, która wybudza mnie do reszty, luby pyta:
"Kochanie, ty jeszcze śpisz, zobacz, już jasno, wstajemy, Twoje dogi już wstały!!!"
Normalnie dowcip tygodnia... Wrrr... Jeszcze tylko cztery dni..