czwartek, 30 września 2010

SIŁA AUTORYTETU


Białas nadal nie chce żreć suchej karmy. Kulki wsypane do miski obsychają czasem dwa dni, czasem dłużej. A kundello zabiera się do nich jak pies do jeża, zachodzi raz z prawej, raz z lewej, podeliberuje nad nimi trochę, pozastanawia się parę minut, czasem od niechcenia skubnie jedną lub dwie; widać na pierwszy rzut oka, że go kują w zęby...
Więc idzie w strategiczne miejsce, siada przed lodówką, przybierając minę rasowego żebraka i czeka na zmiłowanie boskie, a konkretniej – pańciochowe, bo to zwykle mężyk łamie się pierwszy pod niemym, psim naciskiem  Ja wczoraj byłam twardsza nawet od tej obeschniętej karmy, nie dałam kundlowi przez cały dzień nic innego do jedzenia. Zaparł się w sobie, nic nie żarł, a my oboje doszliśmy do wniosku, że Travis jest po prostu smakoszem, wytrawnym degustatorem suchych kulek. Jak kiper duma nad bukietem wina, tak Białas czeka, aż kulki dojrzeją i nabiorą nowych, nieznanych psiemu podniebieniu smaków i aromatów. My też czekamy, aż kundel dojrzeje do decyzji, żeby je jednak zjeść. Mężyk dodatkowo próbuje aktywnie nakłonić psiura do konsumpcji;dziś rano, kiedy wychodził do pracy, znów wdał się w dyskusję z Travisem, informując go tonem nieznoszącym sprzeciwu:

A ty się tak nie módl nad tymi kulkami, tylko żryj,  w kiełbasę się nie zamienią!

Zachichotałam pod kołdrą, za wychodzącym mężykiem zamknęły się drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza... Nagle usłyszałam chrupanie! Pies jadł kulki...

Siła autorytetu... :-)


piątek, 24 września 2010

PORA NA LABRADORA



W związku z faktem, że przeziębienie prawie całkowicie mi przeszło... na męża, nie ma obecnie w naszej rodzinie zbyt wielu chętnych do wychodzenia na spacery z psem. Stworzyliśmy bowiem z lubym obieg zamknięty i jesteśmy bliscy opatentowanie chorobowego perpetum mobile. Zasada działania jest prosta: ja zarażam jego, on mnie i tak to się toczy po okręgu. Tylko Travis wykazuje niezmiennie odporność na wirusy, dobre samopoczucie i nieopanowaną chęć do szlajania się pod blokiem. W związku z brakiem chętnych, żeby mu towarzyszyć, wyłaniamy drogą długich pertraktacji ochotnika przymusowego, który ciągnąc za sobą gila po schodach, człapie na dół i wietrzy Białasa. Niestety, jest jednak jeden moment w ciągu dnia, kiedy na żadne pertraktacje i dyskusje po prostu nie ma szans ani czasu. Kiedy zbliża się godzina dziewiętnasta, Biała Dupa zasiada na balkonie w pozycji czujnego obserwatora i wyczekuje. Kiedy tylko w zasięgu wzroku pojawi się którykolwiek z zaprzyjaźnionych, psich kolegów, Travis wszczyna alarm. Umarłego by postawił na nogi, a co dopiero chorego. Wyje, skomli, lamentuje, opowiada w psim języku, że na dole już są inne sierściuchy i natychmiast, ale to natychmiast musimy do nich iść! Jeśli wykryje jakąkolwiek opieszałość z naszej strony, zaczyna skakać, trącać ofiarę nosem, podgryzać i szczekać. Nie da się tego na dłuższą metę znieść, a zignorować tego psiego larum nie sposób, wiem, bo próbowałam. Jest tylko jedno wyjście - po prostu trzeba natychmiast założyć buty, kurtkę i wyjść z Białą Dupą! Nie ważne, czy śpisz, jesz, oglądasz wiadomości, czy robisz cokolwiek innego. Ważne, że na dole już czekają znajome kundle - amstafka Betty i labrador Carlos, więc zaraz po wyjściu zaczyna się baraszkowanie, bieganie za piłką, figle i harce na trawniku. Pora na labradora i już...

czwartek, 16 września 2010

O PODGLĄDANIU I PODSŁUCHIWANIU


Lubię półnagie okna, pozbawione rolet, firanek, żaluzji, szczelnych, ciężkich zasłon. Zawsze gdy wieczorem idę przez miasto, wyszukuję te rozjaśnione żółtym światłem żarówki i ukradkiem zaglądam do środka. Podglądam koty śpiące na parapetach, omiatam wzrokiem pajęczyny w kątach starych kamienic, rejestruję dobiazgi zwykłego codziennego życia obcych ludzi. Na ścianie Matkę Bożą w złotej ramie i niemal pod ramię z młodym Karolem Wojtyłą, na stole bukiety kwiatów chińskich za złotych pięć i kwiatów polskich w kryształowym wazonie, między resztkami kolacji, w błękitnej poświacie włączonego telewizora. Lustruję półki z książkami u sąsiadów na parteru, co kuszą jak nieodkryta ziemia obiecana. Zaglądam przez uchylone rolety do koleżanki z drugiego, co ma męża Amerykanina, małe dziecko i czarnego kota.
Podglądam cudze życia, jego ułamki, kawałki, oprawione w ramę okna, tylko na tyle, na ile ktoś je odsłoni. Podsłuchuję przypadkowe rozmowy na ulicy, delektuję się soczystymi dialogami z podmiejskiego warzywniaka, wyłapuję soczyste fragmenty restauracyjnych konwersacji. Chłonę jak gąbka, podglądam, podsłuchuję, zapisuję. Zlepiam z fragmentów historie, układam warstwami w szufladach, przesypuję cukrem, niech leżakują, dochodzą jak mocne wino domowej roboty. Może kiedyś dojrzeje, ono lub ja - do prezentacji.
 Pisanie otwartego bloga jest pierwszym krokiem do niej, jest pozostawieniem niezasłoniętego okna, świadomą decyzją, wyborem, co ustawić w zasięgu wzroku, a co schować w ciemnej piwnicy, gdzie nie dosięgnie oko przypadkowego przechodnia. Bo wiadomo, z nimi to różnie bywa, jedni przystaną na moment, popatrzą i pójdą dalej, inni cisną kamieniem. Nauczyłam się, że nie warto się odsłaniać za bardzo, a nawet nie trzeba, bo i tak ci najwierniejsi, najbliżsi, zaprzyjaźnieni potrafią zajrzeć nawet za zaciągniętą żaluzję, widzą i potrafią wyczytać więcej niż czasem sama chcę napisać...
Wracają, tak jak i ja wracam do miejsc w sieci, które są mi bliskie, staję przed cudzymi oknami i dzięki kolejnym notatkom na blogach zaglądam w cudze życia. Lubię te moje sieciowe wędrówki, dzięki nim wiem, co ostatnio zmalował Miaukotek, dowiaduję się, jaka pogoda w Nowym Jorku i jak ciężko przykleić plaster na plecach, ze zdziwieniem odkrywam, jaką frajdę może sprawiać nauka pływania na desce. Na bieżąco śledzę postępy w budowie wymarzonego białego domu, trzymam kciuki za Większą Chatkę i ponoć zagrożone szczęście Gabona, uczę się, żeby sprawdzać kolor bejcy przed oddaniem mebli do renowacji, dowiaduję się, jak radzić sobie z plotkarską, włoską sąsiadką, trzymam kciuki za postępy i aklimatyzację przedszkolaków, jakby to były moje własne dzieci. Tak naprawdę każdy z piszących w blogosferze zostawia takie niezasłonięte, jasne okno, pozwala zajrzeć do własnego wnętrza.
 Mam swoje ulubione, do których wracam w sumie już od lat. Po uśmiech, ciętą ironię, mądre słowo, refleksję, opowieści o dzieciach i życiu, o rzeczach ważnych i pierdołach. Za wszystkie te okna wszystkim piszącym bardzo, bardzo dziękuje... pewien Podglądacz :-)

wtorek, 14 września 2010

O PAMIĘTANIU


Oglądałam ostatnio po raz kolejny „Historię kina w Popielawach” J. Kolskiego. Jeden z pierwszych kadrów pokazuje pofalowane, jasnozielone, wiosenne pola, gdzieś daleko - stara kuźnia, słychać śpiew skowronka pod błękitnym, bezchmurnym niebem. Tak zaczyna się opowieść. Zachwyciła mnie ta scena, przywołała w jednej chwili wspomnienia z dzieciństwa, wzbudziła tęsknotę za tym, co bezpowrotnie minęło, ale ciągle trwa  – w pamięci.

„Bo o tym jest ten film. O pamiętaniu” – mówi narrator, kilkuletni chłopiec, jakby czytał w moich myślach. Uśmiechnęłam się. Nie umiem w tak magiczny sposób połączyć obrazów, dźwięku i historii, jak reżyser tego filmu, ale słowo, słowo samo w sobie zawsze było mi bliskie. Od jedenastego roku życia pisałam pamiętnik, przez wiele, wiele lat. Potem pojawił się ten blog. Przegapiałam obchody jego święta, ale Klarka skłoniła mnie do refleksji nad jego ideą, do zastanowienia, po co tak naprawdę piszę.

Czas pędzi co tchu, tak szybko zaciera kontury sytuacji, zdarzeń, detale wspomnień, upraszcza i spłyca opowieści, obdziera je ze szczegółów, kolorów i słów. Zanim się obejrzę, już nie potrafię sobie przypomnieć, co zdarzyło się kilka lat temu, choć mam wrażenie, że miało to miejsce ledwie wczoraj. Zdjęcia i filmy mają moc reanimowania przeszłości, ale bez opowieści są martwe, płaskie i milczące. Dopiero słowo je wskrzesza. Doświadczyłam tego cudu podczas spotkania z moją ukochaną ciocią, najstarszą siostrą mojego taty; niedawno skończyła osiemdziesiąt lat. Kiedy wybierałam się do niej, włożyłam do torby stare, bardzo stare zdjęcia moich dziadków, pradziadków, grupowe fotografie i malutkie, wyblakłe fotki sprzed blisko stu lat. Przeglądałyśmy je razem, a ciocia opowiadała mi o miłościach dawno zmarłych, o rodzinnych mezaliansach, o szczęśliwym małżeństwie bogatej i ładnej kuzynki z biednym i dużo młodszym, ale bardzo przystojnym parobkiem, o tym, że jak szli Niemcy, to wszystkie meble z domu wyniesiono i wstawiono w kukurydzę, bo jak spalą to tylko dom, o tym, jak strasznie niebo huczało podczas bitwy nad Bzurą i jaka krwista łuna była, o zrujnowanej Warszawie, do której trafiła będąc młodziutką panienką, o tym, jak przyjeżdżała i wylatywał po nią na drogę mój tata. Był najmłodszym dzieckiem, miał pięć starszych sióstr. Ciocia Marysia opowiadała, ja słuchałam. Dopiero przykurzone, wyciągnięte z lamusa historie ożywiły stare fotografie, tchnęły w nie iskierkę dawno pogrzebanego życia.

 Słowo ma moc ocalania. Dlatego piszę. Żeby pamiętać. Żeby złapać za ogon umykającą chwilę, zamknąć ją w zdaniu i zatrzymać. Bo mi jej żal. Że tak szybko, że już i nie ma. Że tak wiele pogubiłam po drodze. Czasem wraca jakieś pojedyncze wspomnienie, zabłąkane, nieśmiałe, przyciąga je znajomy zapach, widok, skojarzenie. Dzisiejszy ciężki, zimny deszcz przypomniał mi, jak dwanaście lat temu stałam z jeszcze niemężykiem na peronie kolejowym w Łowiczu; lało jak z cebra, ale wolałam spędzić z nim chwilę dłużej niż schować się przed ulewą, lecz przed jego spojrzeniem ukryć się już nie mogłam, więc w końcu poprosiłam trochę żałośnie: „Nie patrz na mnie, wyglądam jak zmokła kura”. A on uśmiechnął się i powiedział: „Nie wiedziałem, że zmokłe kury są takie ładne”...

W ten ciężki, ponury dzień, kiedy kaszlę, kicham i chyrcham, znienacka i zupełnie bez powodu uśmiechnęłam się do siebie i do swoich wspomnień. Pewnie to kwestia coraz szybciej upływającego czasu, tkającego zegara, ale coraz częściej do nich wracam, zwłaszcza kiedy jadę do mamy i brata, do mojego rodzinnego domu i widzę, jak szybko wszystko się zmienia. Nie ma już za stajnią starej kosztelki, która rodziła najsłodsze i najtwardsze jabłka, jakie zdarzyło mi się w życiu jeść. Zniknęła akacja rosnąca za domem, zasypana już jest stara studnia, dziki bez ujarzmiony, uwięziony w kącie ogródka. A kiedyś szalał i rozrastał się, tworząc tunele, domki i zasieki idealne do zabawy w wojnę... Obeszłam podczas swojego ostatniego pobytu u mamy całą okolicę dookoła. Tyle się zmieniało. Wszystko jakoś zmalało, skurczyło się, okno, do którego ledwo sięgałam brodą, zapadło się chyba, bo mam je teraz na wysokości pasa, dziura, przez którą właziłam do kurnika zadziwiła mnie swoim rozmiarem, teraz wydaje mi się za mała nawet dla... kury. Tylko topole na łąkach są ciągle tak majestatyczne i wielkie jak za dawnych lat i na szczęście szumią cały czas tak jak kiedyś... Ale już babciny, okrągły stół, dożywający swoich dni na werandzie, okazał się przy śniadaniu taki malutki, że ledwo zmieściliśmy się przy nim we czworo; aż zajrzałam pod serwetę, żeby sprawdzić, czy to na pewno ten sam. Chowałam się pod nim przed wszystkimi potworami z bajek, niebezpieczeństwami nadchodzącego zmierzchu i całym światem...

Wiem, że nie da się go zatrzymać, nie do końca, nie całkiem, ale chociaż trochę – spróbuję. Pisząc, notując, kreśląc krótkie scenki, obrazki, czasem budując dłuższe opowieści. Bo słowo ma magiczną moc ocalania. Dla siebie i dla innych. Bardzo wyraźnie dotarło to do mnie, kiedy wzięłam do ręki moje wytęsknione, wyczekane „Chmurdalia” Joanny Bator i już na obwolucie znalazłam cytat, który mnie zachwycił:

„JESTEŚMY TYM, CO PAMIĘTAMY”

piątek, 10 września 2010

WIECZÓR


Nadal mi zimno, a mężyk nadal się ze mnie nabija. Nic nowego, po prostu nasz mały, małżeński standard. Wczoraj, kiedy wyciągnęłam z szafy polarowe spodnie od piżamy, buchnął takim śmiechem, że o mało co nie spadł z kanapy. Zignorowałam. Podobnie jak pytanie, w czym będę spała, kiedy przyjdzie prawdziwa zima i czy produkują może już dla mnie gdzieś na specjalne zamówienie piżamę - puchówkę... Stwierdziłam, że nie będę z nim gadać, bo i tak mnie nie zrozumie, więc w obliczu mojego wyniosłego milczenia, ślubny przerzucił się na rozmowę z psem. Po chwili usłyszałam, jak mówi do Białasa pokazując na mnie:- Zobacz Travis, jak zimno, ty też musisz uważać, nie śpij za blisko okna, bo jeszcze przymarzniesz do szyby...

poniedziałek, 6 września 2010

ZIIIMMMNNNOOO...

 
Ziiiimmmnnooooo mi.
Codziennie sprawdzam, czy przypadkiem nie włączyli już ogrzewania, macam zimne żeberka kaloryfera, a potem lecę przytulić się do ciepłych, mężykowych. Wyciągnęłam z szafy piżamę z długim rękawem i przytachałam na łóżko grubą, cieplutką kapę. Lubemu oczy zrobiły się wielkie jak spodki, kiedy to zobaczył, natychmiast zapytał: „Po co Ci ten kapiszon???” i zanim zdążyłam odpowiedzieć, usunął moje dodatkowe okrycie z łóżka jednym celnym wierzgnięciem nogą.

Przywlokłam z powrotem, położyłam na kołdrze, w kołdrę zawinęłam się jak w naleśnik, otuliłam dodatkowo kapą ignorując twardo śmiechy, chichy i kpiny zza moich pleców, a kiedy padł argument, że przecież jest ciepło, już bez cienia wyrzutów sumienia buchnęłam ślubnemu podstępnie jego połowę kołdry. Zanim się obejrzał, już leżał z tyłkiem na wierzchu, a ja kończyłam się mościć,  zatuliłam po same uszy i jeszcze tylko się poprawiałam, żeby mi było wygodnie.

Zrozumiałam, że przegięłam, kiedy usłyszałam za swoimi plecami głos z wyczuwalną nutą groźby, mówiący:

-TY... MOŚCICKI...!!!

Zachichotałam tylko, pomyślałam sobie, że Mościski to stoi sobie kilka przecznic dalej na postumencie w parku, marznie i moknie, a mężykowi średnio inteligentnie, ale zgodnie z prawdą, odpowiedziałam:

- Mom :-)

czwartek, 2 września 2010

KOKON


Schowałam się w sobie bardzo głęboko. Zawinęłam się szczelnie w ciepły, bezpieczny kokon niemówienia i niemyślenia. Dobrze mi tam, spokojnie i cicho. Nie chcę spotykać się, rozmawiać, nie zadaję pytań nawet samej sobie. A jeśli pojawią się jak spłoszone ptaki, które zgubiły drogę, przeganiam je szybko, żeby zostawiły mój spokój w spokoju. Dobrze mi tu, gdzie jestem, w tej chwili i w tym momencie.
Zbieram resztki lata podczas spacerów z Travisem, robię z nich kolorowe bukiety i zerkam w  kierunku w nadchodzącej jesieni...

środa, 1 września 2010

KONFRONTACJA



Po południu wyszłam na spacer z Travisem. Było zimno, zacinał drobny deszcz. Białas krążył po skwerku, węszył, sikał, słowem robił wszystko, co każdy porządny pies robi po spuszczeniu ze smyczy. Zauważyliśmy go jednocześnie. Gołąb siedział na trawie i obdziobywał skórkę chleba. Chyba nie mógł latać, bo kiedy Travis podszedł do niego, zrobił tylko kilka kroków w bok, ale nie odfrunął. Pies przyjaźnie kiwnął ogonem i korzystając z faktu, że ptak nie ucieka, wyciągnął mordę, żeby go obwąchać. Ot tak po prostu. Czarną, wilgotną śnupę dzieliły od gołębia zaledwie centymetry, kiedy ptaszysko niewiele myśląc... dziobnęło mojego psa prosto w nos! W związku z powyższym Biała Pierdoła zrezygnowała z kontynuowania tak obiecująco zapowiadającej się znajomości i zrejterowała. Bohater nie pies...