sobota, 28 sierpnia 2010

LWICA



Kiedy wróciłam po tygodniowym pobycie w Turcji, odkryłam, że nie mam już włosów. To co, miałam na głowie śmiało można było nazwać kupką mocno wypalonego przez słońce siana, sterczącymi na wszystkie strony jasnymi badylami czy też malowniczą kępą rozwichrzonej, wysuszonej na wiór trawy, ale na pewno nie włosami. Po kilkudziesięciu kąpielach w słonej wodzie, która zadziałała o wiele lepiej, a na pewno skuteczniej niż niejeden profesjonalny, fryzjerski utleniacz, moja czupryna mocno pojaśniała. Bardzo mocno, w sumie przypadkiem zrobił się ze mnie blond bond. Kłaki miałam tak jasne, że z powodzeniem mogłabym straszyć nocami po zamkach zamiast Białej Damy. Chciałam trochę zapuścić włosy, ale po trzech tygodniach nieustającej, porannej walki z wronim gniazdem na łbie, doszłam do wniosku, że prędzej się wszystkie badyle wykruszą niż ugną pod grzebieniem. Znaki czasu były aż za wyraźne: przyszła jesień, zaczęły lecieć liście z drzew i włosy z mojej głowy.... W związku z faktem, że fryzura typu: trzy włosy w cztery rzędy to niekoniecznie szczyt moich marzeń, wybrałam się ponownie do fryzjera. Rozjaśniać nie było już co, chyba że na bielszy odcień bieli, więc zażyczyłam sobie lekkie przyciemnianie, na złocisty, złotorudy, ciepły blond. Wyszłam z efektu bardzo zadowolona, zaprezentowałam się mężykowi, zapadła cisza, na jego twarzy pojawił się znajomy uśmieszek, ale w końcu powiedział tylko, że ładnie i zamilkł. Ale nie zaprzestał rzucania dziwnych spojrzeń na moją głowę. Co zerknął, to mu ten mimowolny uśmieszek wypełzał na twarz... Poczułam wewnętrzny przymus wytłumaczenia mu, że tak jest ładnie i że właśnie, że mu się podoba ten kolor, bo miałam wrażenie, że nie do końca jest przekonany. Więc wzięłam się wczoraj na spacerze za urabianie mężykowych gustów, tłumaczyłam mu jak krowie na rowie, że to taka piękna jesienna barwa, podkreślająca walory mojej lwiej grzywy i powinna mu się podobać, bo ono przecież kocha miłością bezgraniczną swoją małżonkę, swojego kudłatego lwa, lewka...W końcu ślubny nie wytrzymał, parsknął śmiechem i bardzo dyplomatycznie skomentował kolor mojej czupryny:- Ale ty wyglądasz jak lew, który pił za dużo karotki....

piątek, 27 sierpnia 2010

Z BRAKU LAKU...



Przez ponad pół tygodnia łaziłam za mężem i nudziłam, że brakuje mi psa, że nie mam kogo głaskać. Dopadałam go na łóżku, jak drzemał i głaskałam, miziałam go przy śniadaniu, chodziłam za nim po mieszkaniu i drapałam go po plecach, siadałam przy nim na sofie i dalej gładzić i głaskać. Z braku laku, a właściwie psa, dobry i mąż. Nawet lepszy pod pewnymi względami, bo choć włochaty to się przynajmniej z niego kłaki nie sypią... Obudzony po raz kolejny moim gładzeniem, luby westchnął głęboko, przewrócił się na drugi bok i z ulgą mruknął pod nosem: "Dobrze, że mnie chociaż na spacer nie wyganiasz"...Wczoraj już chyba nie wytrzymał psychicznie; kiedy byłam w pracy pojechał do rodziców i przywiózł Travisa nic mi o tym nie mówiąc. Kiedy wróciłam z pracy i otworzyłam drzwi, niespodziewanie przywitała mnie kręcąca ogonem młynka w powietrzu, rozespana... Biała Dupa. Od razu morda mi się uśmiechnęła, wszystkie smutki i troski zniknęły po jednym przytuleniu do miękkiego, biszkoptowego futra... A mężyk mógł się w końcu po nocnej zmianie w spokoju wyspać...

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

PORANNY RYTUAŁ

Pierwszą rzeczą, jaką robię po przebudzeniu, zaraz po wyłączeniu wyjącego jak dzika hiena budzika, jest... głaskanie psa. Rozwalonego na kanapie, rozłożonego pod drzwiami, chrapiącego pod oknem lub zwiniętego w kłębek w nogach naszego łóżka. Gdy gładzę wielki, biały łeb, Travis mruczy zadowolony, a kiedy czochram go za uchem, przekręca się na grzbiet i nadstawia brzuch do drapania. Miziam go tak dłuższą chwilę, potem idę do łazienki umyć zęby i wziąć prysznic. Zwykle w tym czasie pies zajmuje moje, jeszcze ciepłe, miejsce na łóżku.

Dziś rano wstałam i odruchowo zakręciłam się po mieszkaniu w poszukiwaniu Białasa i odprawienia naszego porannego rytuału. Dopiero po chwili przypomniało mi się, że mój mąż zostawił go u rodziców, że kundella chwilowo nie ma. Ogarnęłam więc chałupkę, posprzątałam, pozamiatałam, a pokaźną kupkę biszkoptowych kłaków zebranych z podłogi wyrzuciłam do kosza.

Jeszcze kilka razy w ciągu dnia złapałam się na tym, że idę do pokoju, albo do przedpokoju z zamiarem pogłaskania psiura i zatrzymuję się w pół kroku. W końcu zwierzyłam się mężykowi, opowiedziałam mu ze śmiechem o swoich mechanicznych odruchach i o tym, jak mi brakuje Białej Dupy. Ślubny spojrzał w kierunku kuchni, wskazał mi kosz na śmieci, z którego wystawały zmiecione z podłogi, travisowe kłaki i powiedział:

- Tam masz trochę pieska, idź, pogłaskaj sobie...

piątek, 20 sierpnia 2010

MIŁOŚĆ

Miłość zmienia wszystko. Rewiduje podejście do świata, stosunek do innych, odmienia perspektywę widzenia. Powoduje, że osobnik zakochany staje się bardziej troskliwy, odpowiedzialny i męski. Jednocześnie dodaje siły, energii i wiary w siebie.

W związku z nagłym i nieopanowanym atakiem uczucia do Betty, nasz najspokojniejszy na świecie pies, który nawet nie wie, jak wygląda kaganiec, nasza biała pierdoła, nasz łagodny ciapulek... odgryzł pół ucha znajomemu buldogowi francuskiemu!!!
Tylko dlatego, że ten na niego warknął w obecności lubej!
Co gorsza, na tym nie poprzestał
 Następny był biały terier, który także wybrał zły moment; nieopatrznie i bardzo pochopnie postanowił obszczekać zakochanego Białasa, kiedy ten akurat obwąchiwał zadek swojej umiłowanej. Nie trzeba było niestety długo czekać na reakcję, urażony w swej godności Travis błyskawicznie ucapił małego agresora zębami za kark, uniósł w górę i zaczął nim trząsać jak pluszową zabawką. Poderwany przez mojego męża silnym i zdecydowanym szarpnięciem za obrożę na tylne łapy, zamiast puścić psiaka, tylko sobie w powietrzu uchwyt poprawił, żeby mu przypadkiem terierek nie wypadł z pyska…

Miłość zmieniła Travisa w krwiożerczą bestię.
A wszystko to z powodu pokracznej amstafki o urodzie i wdzięku kuchennego stołka…

środa, 18 sierpnia 2010

TEORIA


Travis przygotował sobie dziś mój sandałek na kanapie do obróbki, książkę tylko zdjął z półki, ale za to poszarpał na strzępy parasol. W sumie jest to kolejna z rzeczy, które zniszczył i nawet nie byłoby warto o niej wspominać, gdyby nie fakt, że na podstawie tego aktu psiego wandalizmu mężyk zauważył pewną prawidłowość. „Marię i Magdalenę” czytałam wczoraj przed zaśnięciem, w japonkach, które sobie naszykował do gryzienia, byłam w pracy, a z parasolem do niej poszłam i wróciłam...

Travis gryzie rzeczy, z którymi miałam ostatnio kontakt, te, na których został mój zapach, a jak nie znajduje takich, to sięga po inne – głównie skupia się niestety na książkach...

Gryzie, bo tęskni i mści się, że sobie poszłam, że go zostawiłam samego...
.
Tylko co z tym fantem teraz zrobić???
Zabierać z sobą Białą Dupę do pracy ??? :-)

wtorek, 17 sierpnia 2010

LUBIĘ

 
Lubię zapach nowej książki.
Otwieram ją zawsze nieśmiało, w przypadkowym miejscu, wciskam nos pomiędzy zadrukowane strony i wciągam głęboko powietrze. Papier, farba drukarska i obietnica nowej historii; niepowtarzalna kompozycja zapachowa, której zawsze pozwalam się uwieść.

Lubię zapach świeżej pościeli.
 Nigdy jej nie prasuję, odpowiada mi jej chropowaty dotyk na skórze, jej szorstkość i płócienna grudkowatość. Jej niepowtarzalny zapach: odzyskanej czystości, powietrza, chłodu, zachęty i obietnicy.

Lubię zapach ziemi po deszczu.
Wilgotny, szeroko rozlany, panoszący się, wciskający się do pokoju przez uchylone okno, parujący i świeży. Kiedy pada gęsty, rzęsisty, kiedy bębni w blaszany parapet, kiedy szumi, gra i oczyszcza, przyklejam nos do szyby w cichym zachwycie.

Najbardziej lubię siedzieć z nową książką na kolanach w łóżku, w świeżej pościeli, właśnie w te wieczory, kiedy za oknem świat rozpływa się w deszczu.

niedziela, 15 sierpnia 2010

KAMYK


Za oknem ostatni, głęboki oddech późnego, dojrzałego i gorącego lata. Jesienny smutek czai się już za plecami, popłakuje czasem wieczorem, czasem nocą. Pachnie mokrą trawą. Szumią auta przejeżdżające ulicą pod blokiem, rogówki przechadzają się po chodniku tam i z powrotem, milcząc wymownie.
Muszę jeszcze wyprowadzić psa. Śpi już głęboko, ale wystarczy głośno wypowiedzieć pytanie retoryczne: „Idziemy na spacerek?” i poderwie się na cztery łapy, gotowy do wyjścia.
Za mną trudny tydzień. Ciężkie dni, kiedy nie dostałam tego, czego tak bardzo potrzebowałam. Zrozumienia. Wsparcia. Ciepła.
Uwiera mnie to jak mały ostry kamyk w bucie.

wtorek, 10 sierpnia 2010

ZAJĘTE!

 
W związku z faktem, że wczoraj póżnym wieczorem, opanowana nagłym atakiem głodu zżarłam ponad pół arbuza, przez całą noc śniło mi się, że jestem beczką pełną wody. Tak we mnie chlupotało, że w końcu o czwartej nad ranem wstałam i obijając się o ściany, poczłapałam do łazienki. Bez zapalania światła, po ciemku i po omacku, bo bez szkieł kontaktowych, jak rasowy lunatyk opuściłam łóżko, by po dosłownie po kilkunastu sekundach do niego wrócić. Przywlokłam się na ślepo z powrotem i już miałam zanurkować pod kołdrę, kiedy z niebotycznym zdziwieniem odkryłam, że...
No, że nie mam się gdzie położyć!!!
Moje miejsce było już... zajęte!!!

W moim łóżku leżała blondyna, jak psu w modrę strzelił, na co miałam ochotę, ale o tym za chwilę, nie wyprzedzajmy biegu zdarzeń - przytulona do boku mojego męża, rozanielona i rozmarzona. Przetarłam zaspane, niedowidzące oczęta, nie wierząc w to co widzę, zrobiłam krok do przodu, przyjrzałam się delikwentce z bliska i odkryłam, że jest ... delikwentem. Zwiniętym w kłębuszek na mojej poduszce, przyrzuconym kołdrą, tak, że mu tylko uszy wystawały... Na moim miejscu w  łóżku spał już w najlepsze, kamiennym psim snem...  Travis.

Zagotowałam się. To już były szczyty wszystkiego, to było przegięcie! Mało uprzejmie przerwałam więc psią drzemkę i wyprosiłam śmiertelnie obrażonego tym faktem kolegę z mojej pościeli. Zeskoczył z łóżka i polazł pod okno, a spojrzenia, jakie mi posłał, to nawet opisać się nie da.
 Jakby mówił:

-         „Niewdzięczna jesteś, no wiesz, ja tu pilnuję, grzeję, żeby Ci miejsce nie wystygło, a ty do mnie, że wynocha...
Aż mi się głupio zrobiło...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

PSIA AROMATERAPIA

 
Umówiliśmy się w sobotę na spacer -  dwie pary, dwa labradory, jeden biały, drugi czarny. Wystroiłam Traviska w czerwoną obróżkę, co by się prezentował okazale i  elegancko na spotkaniu z nowym kolegą. Tuż przed umówioną godziną popełniłam jednak niewybaczalny błąd – spuściłam dosłownie na dziesięć minut mojego męża z oczu. A on z kolei spuścił psa. Ze smyczy. Ja weszłam do apteki, oni poleźli zwiedzać okolicę.

Już z daleka coś mi nie pasowało, niby wracali razem, pan i pies, ale ten drugi stracił coś na kolorze... Bliższe oględziny wykazały niezbicie, że Białas jest w połowie czarny, cały brzuch i łapy miał w błocie. Ale nie to było najgorsze... Taki jakiś mi się wydawał lekko mokry na grzbiecie, konsultacja organoleptyczna potwierdziła moje najgorsze przypuszczenia... Dotknęłam go, powąchałam swoją dłoń i poczułam, że zaraz moje śniadanie z siłą wodospadu uderzy w chodnik. Nie wiem, w czym się ten debil wytarzał, ale śmierdział jak rasowy skunks... Odór był nie do zniesienia, ale  nie mogłam już spotkania odwołać... Moją koleżankę i jej męża przywitałam więc z daleka gromkim:
 „Nie głaskać, nie głaskać Białego Dupka!!!”

Ale już było za późno. Po chwili wszyscy śmierdzieliśmy jak stado rasowych skunksów...
Tylko kundlom to nie przeszkadzało, psia parfuma najwyraźniej obu przypadłą do gustu, moja koleżanka także wykazała się daleko idącą tolerancją. Spojrzała tylko na ufajdany travisowy łeb i zaciekawiła ją pewna kombinacja kolorystyczna, zapytała więc:

-         Ooooo, a co on taki zielony?

Zanim zdażyłam odpowiedzieć, odezwał się mój mąż:

- Wiesz Aga, było mięsko na obiad, jak widać była też i sałatka...

czwartek, 5 sierpnia 2010

ŚWIADEK

 Z tego co mi wiadomo, plotka zatacza coraz szersze kręgi. Donosiciele salowi, garkotłuki kuchenne i ciecie barowe szepczą po kątach niestworzone opowieści na mój temat. Więcej w  tym śmiechów i chichów niż realnej treści, ale co gadają - nie wiem, bo nie chcą mi powiedzieć. Próbowałam wysondować kelnerstwo, ale migają się z zeznaniami jak mogą. Jeden z nich, przyciśnięty do ściany, zapytał dziś wprost:
- Aaaaaa... a dostanę status świadka koronnego jak powiem?
Jeśli nie....
To złego słowa na kierowniczkę powiedzieć nie mogę! :-)

środa, 4 sierpnia 2010

PLOTKA



W związku z moją metamorfozą w pracy pojawiła się plotka... A wszystko dlatego, że w niedzielę rano złapałam kelnerstwo na siedzeniu przy barze na hokerach i beztroskim piciu kawy i NIE ZAREAGOWAŁAM. Było jeszcze wcześnie, żadnych gości, choć knajpka już otwarta, więc uśmiechnęłam się tylko, machnęłam ręką i poszłam dalej. Z wrażenia o mało nie pospadali z tych stołków, na dłuższą chwilę wstrzymali oddech, a jedna osoba nawet się zakrztusiła. Ze śmiechu. Jak się później dowiedziałam, obstawiali grupowo moją spodziewaną reakcję, poszły już nawet pierwsze zakłady i wygrała właśnie ta najmocniej chichrająca się osobniczka. Podejrzewam właśnie ją o autorstwo plotki, krążącej po firmie i mówiącej, że jednak nie jestem cyborgiem, choć jak do tej pory większość faktów świadczyła przeciwko tej teorii. No cóż, nie potwierdzę, ale i nie zaprzeczę :-)

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

SPOKÓJ

 
Coś się zmieniło.
 Mam w sobie ostatnio wielki spokój, szeroko rozlany, nieporuszony i cichy. Zatrzymałam się gdzieś w środku, tak wewnętrznie, choć w rzeczywistości niewiele się zmieniło. Dalej biegnę, ale już się nie szarpię, nie obijam o to, co po drodze, nie potykam, nie kaleczę. Nie szarpię się, nie złorzeczę, nie wściekam, nie złoszczę, nie denerwuję, nie mam żalu ani pretensji do nikogo. Jest we mnie równowaga i wyciszenie, jest dobra pogoda, jest bezchmurne spojrzenie na świat, jest zgoda na to, co przyniesie los, na to, co mi da i czego mi nie da.

Sama tak do końca nie wiem, skąd ta metamorfoza. Pomógł odpoczynek, słońce, szorstki piasek, błogie lenistwo i fale huśtające tak, że śmiałam się w głos, dziko, nieskrępowanie, radośnie, z całego serca, bez opętania. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak  bardzo się cieszyłam z tak banalnego powodu. Dopiero tam, w Turcji, nagle zobaczyłam, jak bardzo jestem znerwicowana, spięta, zestresowana i zmęczona. Wiele mi uświadomiła przedwyjazdowa nocna rozmowa z kolegą, spojrzałam na siebie cudzymi oczami, bardzo też mi pomogła pewna mieszkanka Nowego Yorku – dziękuję Ci Marylo! :-) Swoje zrobiło też oddalenie o setki kilometrów, zadziałała magia wyjazdu, dzięki niemu nabrałam dystansu. Powiedziałam sobie: stop, tak dalej nie można, to ślepa uliczka, nie tędy droga, przecież już prawie stoję pod ścianą, pod którą się sama zapędziłam. W ciągu tygodnia wróciłam do samej siebie sprzed kilku miesięcy. Wzięłam głęboki oddech, inaczej spojrzałam na wiele spraw, podniosłam głowę i uśmiechnęłam się. Zauważyłam, że świeci słońce, że jest pełnia cudownego lata.
 Mam jeszcze pewne obawy, ale już się nie boję. Nie boję się chodzenia po morzu, czekania na nikogo...  Jest mi dobrze. Tak po prostu. A kiedy wychodzę z pracy i wracam w nocy do domu, w piekarni obok której przechodzę tak cudownie pachnie świeżym chlebem...