piątek, 30 lipca 2010

CYKADY

Musiały być ich tysiące. Rankiem i o zmierzchu wszystkie wzgórza dookoła Oludeniz aż wibrowały od ich chóralnego cykania. Kiedy płynęliśmy statkiem do Fetiye, całe wybrzeże rozbrzmiewało głośnym, rytmicznym, wielogłosowym brzmieniem. Zachodziliśmy w głowę, co może wydawać taki dźwięk, nie mieściło nam się, że te małe, niepozorne owady mogą zagrać taki cudny, intensywny, tęskny koncert.

Kiedy doczytałam, że to tak zwana „pieśń zalotna” samców, podzieliłam się natychmiast z mężykiem tą nowo nabytą informacją, tłumacząc mu łopatologicznie, że cykady tak mają, kiedy im się na sex zbiera .Buchnęłam dzikim śmiechem, kiedy usłyszałam w odpowiedzi:
- Tam to chyba było jakieś porno...

czwartek, 29 lipca 2010

TURCJA - GARŚĆ WSPOMNIEŃ


Jasnobłękitne morze. Plaża z biało - szarych, wygładzonych przez fale, niemal idealnie okrągłych kamyków. Dookoła góry i wzgórza porośnięte lasem, aż wibrującym od tęsknego, chóralnego koncertu zakochanych cykad. W dolinie gwarna i kolorowa miejscowość.

Tak najkrócej można opisać Oludeniz, małe, tureckie miasteczko na Wybrzeżu Likijskim, gdzie spędziliśmy nasz tegoroczny urlop. Kraj wybraliśmy trochę na wariata, wahając się do ostatniej chwili między Rodos i Egiptem. Na szczęście już na miejscu okazało się, że nasza szybka decyzja była strzałem w dziesiątkę. Czekał na nas przytulny hotel, otoczony pięknym ogrodem, położony nieco na uboczu, w bezpośrednim sąsiedztwie meczetu, tak więc kilka razy dziennie słychać było muezina wzywającego wiernych na modlitwę. Także o piątej nad ranem :-). Uznałam to jednak za element lokalnego kolorytu i jakoś przeżyłam. Nie wiem, jak z kolei moje gorące modły przeżył... kogut.

Tak, kogut, który nie wiedzieć czemu pomieszkiwał w zagrodzie na terenie hotelowego ogrodu razem z całkiem sporym stadem pierzastej ferajny i któremu przez cały wyjazd życzyłam z całego serca nagłej i niespodziewanej śmierci. Najintensywniej między trzecią a czwartą w nocy, kiedy to darł ryja, a właściwie dzioba, informując wszystkich wszem i wobec o nadchodzącym poranku. A pruł się tak, jakby bez tego świt miał nie nadejść. Tak więc przez cały pobyt, codziennie o wschodzie słońca, budziło mnie radosne „Kukuryku!!!!”...
Warczałam nie gorzej od psa Travisa, naciągałam poduszkę na głowę i śniłam dalej o potrawce z kurczaka, o kurczaku pieczonym, panierowanym, generalnie o kurczaku martwym i cichym...

 Potem mi trochę głupio było, bo odkryliśmy, że w zagrodzie obok mieszkają też kozy i barany i zaczęliśmy się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest faktycznie taka oryginalna, żywa spiżarnia. W każdym bądź razie, kiedy wyjeżdżaliśmy stan żywizny był niepomniejszony i tą myślą się pocieszam...

 Oprócz wymienionej zwierzyny w holu pomieszkiwały dwa psiaki hotelowe, które swobodnie przemieszczały się po terenie całego kompleksu, a wieczorem spotykaliśmy je na plaży, gdzie przychodziły, żeby się wykąpać w morzu. Z ciekawostek przyrodniczych należy wspomnieć jeszcze o wszechobecnych, acz dyskretnych i nie narzucających swojej obecności jaszczurkach, które tak idealnie komponowały się kolorystycznie z kamiennym ogrodzeniem hotelu, że ich prawie nie było widać. Raczej nie zapuszczały się dalej, choć jedną przyłapaliśmy, gdy wyłaziła z kratki pod barem. Wyjątkowo dorodną cykadę zdybaliśmy z kolei na gorącym uczynku, jak siedziała na krawędzi szklanki z drinkiem i podpijała zawartość... Osy krążące w jadalni nad naszymi talerzami początkowo odganialiśmy, aż pewnego dnia postanowiliśmy przeprowadzić eksperyment. Pozwoliliśmy jednej usiąść podczas śniadania na plasterku wędliny. Ze zdziwieniem obserwowaliśmy, jak odgryza sobie sporą kulkę mięsa, zabiera z sobą i odlatuje... 

W Turcji obfitość fauny i flory powala na kolana, kwitnące jak szalone różaneczniki na poboczach dróg, baldachimy z winorośli, bajecznie kolorowe pnącza włażące na dachy budynków zachwycają swoją wybujałym rozmachem, zapachami i kolorami.

Oludeniz to tętniące życiem, nieco pstrokate i krzykliwe, ale urocze, nadmorskie miasteczko, pełne turystów, dzieci i miejscowych sprzedawców pamiątek: złota, biżuterii, kolczyków, rysowanych od ręki karykatur, lodów, tureckich słodyczy, ręcznie robionych mydeł. Zachęcają do kupna na wszelkie możliwe sposoby, są głośni, hałaśliwi, ale jednocześnie serdeczni, życzliwi i przesympatyczni. Uśmiechnięci od ucha do ucha, ekspansywni i gwarni, nikomu nie przepuszczali, zagadywali przechodniów angielskim „Jak się masz”, niestrudzenie pozdrawiali polskim „Dzień dobry”, sprawiali wrażenie kupców niezmordowanych, którzy potrafią sprzedać wszystko. Jakikolwiek, najmniejszy nawet przebłysk zainteresowania kończył się wizytą w salonie lub sklepie u właściciela. Krótka rozmowa z jednym z agentów zakończyła się godzinnym spotkaniem u niego w biurze, połączonym z piciem herbaty i oglądaniem filmów z wycieczek, które posiadał w ofercie. Przy okazji poznaliśmy przebieg całego życia sprzedawcy, jego rodziny, rodzeństwa, sąsiadów, dzieci i psa, choć potrafił po polsku powiedzieć tylko „Dobzie, dobzie, tak, tak!”. Jeden rzut oka na sklep ze słodyczami i już właściciel witał się z nami wylewnie, już próbowaliśmy świeżo zrobionych galaretek, na zapleczu podglądaliśmy ich produkcję, degustowaliśmy najświeższe kawałki chałwy z pistacjami... Ciekawostka: ten z kolei po polsku potrafił powiedzieć tylko: "Rucha mucha karalucha" :-)
 Nie byli jednak natrętni, co mnie mile zaskoczyło po negatywnych doświadczeniach z Tunezyjczykami, wystarczyło zdecydowanie odmówić, a już uśmiechali się do kolejnego klienta, już kogoś innego zapraszali na najlepsze, świeże ryby prosto z morza...
W wielu restauracjach gotowe dania wykładano na stolikach przed wejściem, żeby zachęcić potencjalnych gości, owoce morza z kolei eksponowano w specjalnych ladach, na kruszonym lodzie. Choć byli i sprzedawcy, którzy jedną ręką zachęcali do kupna świeżych muli prosto z wiklinowego koszyka ustawionego przy trotuarze, a drugą pracowicie wachlowali naszykowane do spożycia skorupiaki, aby odgonić ró jkrążących nad nimi much...

Na ten specjał się nie zdecydowaliśmy, ale skusiły nas tureckie lody, które, jak zgodnie stwierdziliśmy, miały lekki posmak oscypka, próbowaliśmy też chyba najsłodszych na świcie, tureckich łakoci...

 Wszystko to jeszcze mam w głowie, kiedy zamknę oczy, niemal widzę ten ukwiecony, kolorowy deptak, ze śmiesznym neonem restauracji o dużo mówiącej nazwie „Help”, zaraz obok sprzedawcę zwierzątek formowanych ze szkła na poczekaniu, kartografa malującego zamaszyste inicjały na porcelanowych talerzach, niemal słyszę tłuczenie w dzwon i nawoływanie „Ice cream, ice cream!” wybijające się ponad deptakowy gwar rozmów, plączących się ze sobą motywów muzycznych z okolicznych restauracji, mieszających się z szumem morza...
Fale rozbijające się o brzeg pracowicie wygładzały kamyki na plaży, podczas kąpieli wciągały co bardziej odważnych coraz dalej, tych niezdecydowanych wyrzucały, wypluwały stanowczo na brzeg, wynosiły i zostawiały na szorstkim piasku. Aż się kiedyś zapytałam mojego męża miotanego tam i z powrotem przez wzburzone bałwany, czy wylezie sam, czy dzwonić po greenpeace...

Mimo poobijanych stóp, żwirowo - kamieniste wybrzeże jednak wcale nas nie odstraszało, co rano wędrowaliśmy na plażę, rozkładaliśmy ręczniki, panowie pędzili do wody, a my z koleżanką wystawiałyśmy się na słoneczne pieszczoty. Asia rysowała, ja czytałam, a mój mąż, który praktycznie nie wyłaził z morza, patrzył na nas ze zgrozą i z podziwem... Trzeciego dnia, kiedy moje plecy zaczęły przybierać kolor dobrze zrumienionej skórki chleba, nie wytrzymał i powiedział:

   Niuniu, złaź już z tego słońca, już wystarczy, słyszałaś?
Złaź!
Dlaczego? - zapytałam
  Bo jeszcze trochę i podadzą Cię na obiad – odpowiedział i po chwili dodał:
 Jako pieczyste...

środa, 28 lipca 2010

MĘSKIE ROZMOWY



Travisowi się w białej dupie poprzewracało przez te upały. Prawie nic nie jadał, tylko opróżniał kolejne miski wody w łazience, z której niemalże nie wychodził. Mężyk mu dogadzał, podtykał pod nos a to wędzoną kostkę, a to świeże mięso, a to kawałek smakowitej kaszanki, żeby pieseczek w końcu coś z wielką łaską skonsumował.
Gorące dni minęły, zrobiło się zdecydowanie chłodniej, za oknem pluje żabami, a Białas nadal kręci nosem na żarcie, podniebienie mu się najwyraźniej wydelikaciło, bo byle co przez nie już nie przechodzi. Serwowane kąski są najpierw obwąchiwane dokładnie z wszystkich stron, potem zjadane albo z łaską, albo w ogóle.
Zmieniliśmy suchą karmę, kupiliśmy Canin Royal dla labradorów - kulki wsypane rano do miski jak obsychały cały dzień, tak obsychają. Pies nawet na nie nie spojrzy, za to rzuca niedwuznaczne spojrzenia w kierunku lodówki z częstotliwością trudną do zniesienia. Trąca nas  nosem i merda zachęcająco ogonem, żebyśmy się jakoś bardziej wysilili, wyjęli jakiś plasterek szyneczki, może kawałek schabiku i dali biednemu, zagłodzonemu pieseczkowi...
Nawet mój mąż się już nie daje nabierać na te żebracze gesty, ostatnio podsłuchałam następującą, męską rozmowę:
- Jesteś labrador? Jesteś? No jesteś labrador retriever, czy nie?
Merdnięcie białą kitą najwyraźniej mój mąż uznał za potwierdzenie swojej śmiałej tezy, więc kontynuował wywód logiczny:
- Jak jesteś labrador, to żryj labradora, to jest karma dla labradora retrievera, słyszałeś?
 Więc żryj to, a nie się oglądasz na lodówkę!

niedziela, 25 lipca 2010

WIELKI BŁĘKIT


Nigdzie jeszcze nie widziałam tak niebieskiego morza jak w Turcji. A miałam okazję je obejrzeć z różnych perspektyw: z powietrza, z plaży, z pokładu statku. Ciągle miałam w głowie jedno określenie: wielki błękit. Mogłam siedzieć i gapić się godzinami, jak zmienia się kolor fal w zależności od pory dnia, miejsca i głębokości. W małej zatoczce niedaleko Fethyie woda miała barwę szmaragdową, była przezroczysta i mieniła się w słońcu jak drobne szkiełka. Wyraźnie było widać każdy kamień na dnie i stada kolorowych ryb krążących tuż pod powierzchnią.

Kiedy po raz pierwszy zeszliśmy pod wodę, o mało nie  rozdziawiłam przysłowiowej gęby ze zdziwienia, tyle ich było, całe ławice, przepływały niby na wyciagnięcie ręki, ale żadna nie dawała się złapać, ba, nawet musnąć jednym palcem. A co ja się namachałam za nimi łapami, doprowadzając mojego męża do dzikiego ataku podwodnego śmiechu i siebie samą do głupawki.. Sytuacja była o tyle ciekawa, że znajdowaliśmy się na sporej głębokości, a ja dodatkowo na skraju schizofrenicznego ataku paniki wymieszanej z dzikim chichotem. No bo nurkuje sobie człowiek i nagle do niego dociera, że jest pod wodą, głęboko pod wodą i cały zdrowy rozsądek, jaki posiada, zaczyna wrzeszczeć, krzyczy mu w środku: „Hej, co ty wyprawiasz, utopisz się!”, wierzga kopytami i zdroworozsądkowo każe się natychmiast ewakuować na powierzchnię, wypływać i to już! Zanim jednak panika rozszaleje się na dobre, rozsadek zmienia zdanie, bo ze zdziwieniem odkrywa: „Hej, nie utopisz się, przecież możesz oddychać...”.
 I głupieje. Na dobre.

 Nurkowanie to totalny odlot, wariactwo i schizofreniczne rozdwojenie w jednym.
Trudno przestawić się na oddychanie ustami, moja koleżanka uparcie próbowała tradycyjnie, nawet jej się udało zaciągnąć, niekoniecznie powietrzem, bo do niego było akurat daleko, więc przypadkiem dokonała rzeczy teoretycznie niemożliwej – napiła się wody nosem. A wszystko dlatego, że na głębokości kilku metrów pod wodą odkryła, że jakiś kosmyk włosów zawieruszył się jej pod maskę, więc ją sobie poprawiła... W związku z powyższym wspomnienia z nurkowanie ma trochę traumatyczne, w przeciwieństwie do mnie, bo ja ten kilkunastominutowy pobyt pod wodą przyjęłam z absolutnym, cielęcym zachwytem. Zapierający dech w piersiach wielki błękit, cisza i majestatycznie sunące nad dnem mureny.

Kiedy oglądaliśmy fotografie z nurkowania, z żalem odkryłam, że mój mąż ma piękne zdjęcia ze stadami ryb w tle, a ja ani jednego, wszystkie morskie stwory trzymały się ode mnie z daleka; nie wiedzieć czemu, ewakuowały się na bezpieczna odległość. Głośno wyraziłam swój żal i ubolewanie z tego powodu, niezrozumienie oraz pretensje wobec takiego postępowanie podwodnych mieszkańców wielkiego błękitu. Oczywiście mój mąż natychmiast znalazł i wskazał mi motywację takich, a nie innych zachowań:

„Bo wiesz, foczki są naturalnymi wrogami rybek...”

piątek, 23 lipca 2010

RAFTING

Na rafting rzeką Dalaman zdecydowałam się, bo zostałam przegłosowana. Trzy do jednego, trudno, jedziemy. Najpierw do Marmaris, dobre trzy godziny tłuczenia się po krętych, tureckich drogach, potem przesiadka i jeszcze godzinka telepania się po ostrych zakrętach między górami Kocos.
Wrażenia z trasy nie do opisania, klimat nie do odtworzenia słowami: pył z szutrowej drogi, lejący się strumieniami z człowieka pot, bo duchota niemiłosierna, walające się po busie kapoki, pontony przypięte na dachach, w których nota bene podróżowali co bardziej uodpornieni na turecką aurę, pokrzykujący wesoło instruktorzy. Brakowało tylko kilku gdaczących i wyrywających się kur oraz przynajmniej jednego kwiczącego prosięcia dla dopełnienia panującej atmosfery. 
Kiedy dotarliśmy na miejsce za cały zwierzyniec mogłam robić ja, bo nabzdyczyłam się jak kwoka, wykrzywiłam ryj i grzebiąc kopytkiem w spalonej na pył ziemi, oświadczyłam, że ja to chyba jednak nie popłynę… A wszystko przez jeden głupi dopisek na karcie uczestnictwa, który głosił bezwstydnie, że ubezpieczenie nie obejmuję… wybicia zębów. No bardzo to było zabawne, bardzo, ale jakoś mnie nie rozśmieszyło, podobnie jak widok pontonów dachujących na pierwszym zakręcie rzeki…
W każdym płynęło osiem osób plus instruktor, agencja sprzedająca wycieczki obiecywała nawet szumnie polskojęzycznego, ale jak się rychło okazało był to sprytny „chłyt marketingowy”. Nasz miał na imię Wladimir, mówił na szczęście po angielsku, lecz preferował „russian style” - potrafił na przykład efektownym backfleep’em wysadzić z pontonu  wszystkich uczestników spływu na środku rzeki; po prostu wpływał centralnie na największy kamień. Noga, którą sobie wtedy porządnie obiłam, boli mnie do dziś, podobnie jak ramiona od wiosłowania, ale całą zabawę, mimo początkowych oporów i tych drobnych urazów wspominam bardzo miło.
Rafting polecam jednak ludziom skrajnie spragnionym, niekoniecznie tylko ekstremalnych doznań…
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że na pewno nie jest to zabawa dla ludzi, którzy boją się wody i bliższego z nią kontaktu. Prędzej czy później, każdy się w niej znajdzie. Na jej brak podczas całego spływu nie można narzekać, każdy z uczestników pokonał fragment trasy dryfując luźno poza pontonem, zwykle ku nieopisanej uciesze gawiedzi, której udało się w nim pozostać. Ja tak zakończyłam swój rafting, dobrze, że mnie wyłowili w punkcie docelowym, bo przy tym rwącym nurcie miałam spore szanse na samodzielne zatrzymanie dopiero gdzieś w okolicach ujścia rzeki Dalaman do morza.

 Wody opiłam się jednak wtedy tyle, że do dziś, nawet podczas tych upałów, patrzę na butelkę mineralnej z niejakim obrzydzeniem...

czwartek, 22 lipca 2010

SUMA NASZYCH DNI...



Wróciliśmy na dobre.
My do domu, do pracy, do codziennego życia i obowiązków, a Travis na kanapę i... do gryzienia moich książek...
Ten pies jest niereformowalny, nie mam pojęcia, co zrobić, żeby się odczepił od mojej biblioteczki. Jakiś czas temu zainwestowałam całkiem sporą sumę pieniędzy w bardzo gorzki środek, zabezpieczający opryskane nim przedmioty przed obgryzaniem ich przez psy i koty. Na dzień dzisiejszy wniosek jest jeden: albo Travis nie jest psem, albo należy zmienić definicję przedmiotu. Albo po prostu zareklamować bitter.
Wczoraj przed wyjściem do pracy coś mnie tknęło, popatrzyłam na swoje książki, potem na kundella, który przez ostatnie dwa tygodnie, z racji pobytu u teściów, nie miał żadnych bliższych kontaktów ze słowem pisanym... Dawno Biały Dupek niczego nie "przeczytał", lepiej się zabezpieczyć, pomyślałam sobie i przyniosłam z łazienki środek antypiesowy, po czym jeszcze raz, bardzo dokładnie spryskałam nim wszystkie moje lektury. Zobaczymy, jak Ci będzie smakowało, zobaczymy, mruczałam sobie pod nosem, rozpylając bitter na kolorowych okładkach.
No i zobaczyliśmy. A raczej mężyk zobaczył po powrocie z pracy i zdał mi telefoniczną relację, jak wygląda "Suma naszych dni"....
 Jak to ładnie ujął: "Właściwie to już suma WASZYCH dni"...
"Nie, tylko nie ta!!!!" - jęknęłam rozdzierająco, kiedy wymienił tytuł książki Isebell Allende, która zachwyciła mnie ostatnio tak bardzo, że przeczytałam blisko czterysta stron w jeden wieczór. Po prostu połknęłam tę opowieść, w gruncie rzeczy o tym, ze każda rodzina jest w jakiś sposób pozytywnie nienormalna. A Travis ją pożarł. Dosłownie.
 Chyba psim swędem się kierował, jak zawsze zresztą, nie mam pojęcia jak on to robi, ale zawsze ściąga z półki i demoluje moje ulubione książki. Koneser literatury się znalazł. Kiedy wróciłam do domu i ze smutkiem gładziłam wygryziony grzbiet grubego tomu, Białas pokornie siedział pod drzwiami i tradycyjnie udawał, że on nie ma z zaistniałą sytuacją absolutnie nic wspólnego. Ślady zębów na okładce niezbicie jednak świadczyły na niekorzyść futrzastego łobuza, który w głębi psiej duszy chyba jednak poczuwał się do winy, bo uszy miał stulone, a ogon wciśnięty w białe dupsko. I tylko końcówką kiwał leciutko i przepraszająco, czekając cierpliwie na dobry moment, na chwilę, kiedy przestanę się złościć, a zacznę śmiać i kiedy będzie już mógł podbiec, przeprosić, polizać po nosie i jakby tylko mimochodem wysłuchać kolejnej reprymendy, w końcu tyle ich już ma za sobą...
Mężyk jeszcze nie spał, usiadłam przy nim na łóżku, ignorując łaszącego się przymilnie Białasa i dobre piętnaście minut zżywałam się na zmianę, to na psa, to na nieskuteczność środka. Mój luby podsumował jego mizerne działanie krótko:
"Słaby na laby" :-)

wtorek, 20 lipca 2010

PARALOTNIA

 
Start przypomina rzucenie się w przepaść.

 Usłyszałam za swoimi plecami krótkie, ponaglające „Go!” i  ruszyłam biegiem w dół zbocza, na łeb, na szyję, stopy ślizgały mi się na drobnych kamieniach. Kolejne z hurgotem zaczynały toczyć się po osuwisku. Robiło się coraz bardziej stromo. Od urwiska dzieliło mnie zaledwie kilka metrów, stok kończył się nagle, dalej była już tylko przepaść. Zawahałam się przez chwilę, zwolniłam i natychmiast usłyszałam za swoimi plecami ostre „Don’t stop, don’t stop, run!!!”. Jednocześnie przypomniało mi się ostrzeżenie instruktora, żeby nie patrzeć w dół, naprawdę próbowałam, starałam się jak ten Osioł ze Shreka, powtarzam sobie: „Nie patrz w dół, w dół nie patrz!”.

Nie minęła nawet sekunda, gdy z rozpaczą odkryłam, że ja... w dół patrzę. Serce podeszło mi do gardła, a rurka zmiękła. Daleko jej było do twardości tej aluminiowej, której kurczowo uczepiłam się w jeepie, gdy wjeżdżaliśmy na szczyt Babadag, krętą, szutrową drogą, dokładnie na wysokość 1960 m n p m. Mężyk oczywiście przyuważył mój podejrzanie silny chwyt i zjadliwie go podsumował: „Tylko żeby Ci tak nie zostało”. Wdepnął mi na ambicję, więc jakoś odkleiłam się na szczycie góry, wysiadłam z auta z miną wyraźnie niewyraźną i pozwoliłam zamontować sobie na plecach skomplikowany system pasków, zaczepów i linek. Wysłuchałam uważnie objaśnień instruktora i choć miałam wielką ochotę, żeby się cofnąć w ostatniej chwili, było już za późno, żeby zawrócić.

Pobiegłam
 Jeszcze kilka kroków, jeszcze dwa, jeszcze jeden i ... straciłam grunt pod nogami. Ale zamiast runąć w dół... poleciałam.
Jak ptak.

 Zbocze uciekło gdzieś do tyłu, zniknęło z pola widzenia, a do mnie nagle dotarło, że... lecę. Naprawdę lecę! Przypomniała mi się scena z mojego ukochanego filmu Emira Kusturicy „Arizona Dream”, w której Elaine (grana przez Faye Dunaway), po wielu nieudanych próbach, w końcu wznosi się w powietrze, rozkłada szeroko ramiona i krzyczy na całe gardło, upojona szczęściem: „I’m flying!”. A potem szepcze cichutko jeszcze raz te same słowa, jakby nie wierzyła, w to, co się dzieje..
.”I’m flying...”

 Czułam się dokładnie tak samo, miałam ochotę tak jak ona, rozłożyć szeroko ręce i krzyknąć na całe gardło: „Ja lecę!!!!”. To było cudowne uczucie. Absolutna cisza, tylko w uszach szum wiatru, który przez cały lot bawił się moimi włosami, grzebał w nich kosmatymi palcami. Pod stopami zapierające dech widoki. Ciemnobłękitna zatoka otoczona górami, w dolinie miasteczko, czerwone dachy hoteli i niebieskie oczka basenów. A w powietrzu dookoła, wyżej i niżej, szybujące, kołyszące się inne paralotnie, jak rozsypany na części kolorowy dmuchawiec

Nigdy nie zapomnę tego uczucia absolutnej wolności, swobody, wszechogarniającej, dzikiej, nieopanowanej,  niczym nieskrępowanej radości. Do tej pory znałam je tylko z marzeń sennych. Nigdy nie zapomnę tej jednej, niewiarygodnej myśli w głowie:
 Ja lecę...
Jak we śnie.

piątek, 9 lipca 2010

W BARDZO TELEGRAFICZNYM SKRÓCIE

Wyjeżdżamy.
Travis już pojechał na wczasy pod gruszą do teściów, my jutro wylatujemy do Turcji, ale już dziś musimy dotrzeć do Poznania. Aby tradycji stało się zadość, wszystko załatwialiśmy w biegu, łącznie z wyborem miejsca na wakacje, załatwianiem urlopu w mojej pracy i pakowaniem. Ale zdążyłam w międzyczasie zaliczyć fryzjera i kosmetyczkę (bez skojarzeń proszę :-), żeby zrobić się na bóstwo. Co spowodowało, razem z opłatami za wyjazd, że pod względem finansowym zrobiliśmy się na ubóstwo. Ale tym będę się martwić po powrocie, jak i całą masą spraw, które tu zostawiam, daleko, daleko za sobą. Tak bardzo tego potrzebuję. Wytchnienia i niemyślenia. Dlatego w  najbliższym czasie nie zamierzam się przejmować niczym, za to planuję: odpocząć, odpocząć i jeszcze raz odpocząć, leżąc martwym bykiem na ciepłym piasku, do góry tylną częścią ciała, z nosem zawieszonym nad dobrą książką. Słowem - zlezę z plaży dopiero jak usłyszę skwierczenie :-) A jak mi się znudzi, to będę zwiedzać, biegać, latać, skakać, pływać, jak w piosence. Szczególną chrapkę mam na to trzecie, ale nie wiem, czy się odważę. Chęć wzbicia się w przestworza walczy z ochotą na nurkowanie, to zaś być może przegra z chrapką na zwiedzanie Rodos...
Świat jest tak niesamowicie bogaty i różnorodny, tak wiele ma do zaoferowania w swej cudowności, jest taki piękny... zwłaszcza na dzień przed urlopem :-)

czwartek, 8 lipca 2010

ŻABOJAD

Travis ma nowe, ciekawe zajęcie. Całymi dniami siedzi nad stawem albo brodzi przy brzegu, uważnie wpatrując się w nieco mętna wodę z wielkim skupieniem. Niech no tam tylko coś dgnie, niech się tylko poruszy.... Jeden szybki ruch, morda wędruje pod wodę, jedno klapnięcie i Biała Dupa łapie... żabę.
 No zbocianiał nam pies na amen.
 Ale nie to jest najgorsze. Odezwały się w nim upodobania francuskich przodków, których najwyrażniej miał, o czym nie wiedziałam do tej pory. I nie miałam jakoś ochoty przyjąć tego faktu do wiadomości. Kiedy mi mężyk opowiadał o najnowszej, psiej rozrywce, uparcie odpychałam od siebie tą myśl i to pytanie. Ale w końcu nie wytrzymałam i zadałam je, oczekując gorliwego zaprzeczenia:
- Ale on ich nie zjada, prawda????
W odpowiedzi usłyszałam tylko, jak mężyk parsknął śmiechem i rzucił z wrodzoną ironią:
- Nie, ssie jak landynki, a potem wypluwa!
I już nie musiał nic mówić, ani dodawać, że tak, że oczywiście, że je zżera. Fakt, to było głupie pytanie.
Po co by je łapał...

wtorek, 6 lipca 2010

PRZEMĘCZENIE



Ostatnio padam na twarz ze zmęczenia i popieram się nosem. Skutkiem ubocznym tego stanu jest zaawansowany ludziowstręt w ostrej formie; słowem: warczę, gryzę i rzucam się do gardła wszystkim bez wyjątku i bez powodu. Nie mam ochoty na pisanie, czytanie, ani nawet na jedzenie. Gdyby nie mężyk, nie wysunęłabym dziś nosa z naszej nory. On jednak, w przeciwieństwie do mnie, był głodny, wybraliśmy się więc na obiad (czy już wspomniałam, że na gotowanie też nie mam ochoty?). Ja miałam chęć na chińszczyznę, on na włoskie żarcie, pomyślałam krótką chwilę i przystałam na propozycję ślubnego, sugerując jednocześnie, że niby taka ugodowa jestem i skłonna do chodzenia na kompromisy. Mężyk jednak przejrzał mnie natychmiast, w ciągu kilku sekund rozszyfrował mój tok rozumowania. A był on bardzo prosty, nie da się ukryć: Bar z chińskim żarciem = daleko Włoska knajpka = blisko.Szacowna komisja wybrała opcję numer dwa i zaczęła się niemrawo zbierać do wyjścia. Kiedy gmerałam w szafie poszukując kurtki, mężyk zapytał:Dasz radę dojść? Czy Ci ciastek wziąć na drogę? :-)

piątek, 2 lipca 2010

SYSTEM MOTYWACYJNY

 
Travis w czasie tych upałów zachowuje się jak diesel podczas ostrych mrozów - ledwo, ledwo rusza ...

Wstaje z miejsca z wysiłkiem, a potem człapie łapa za łapą, niemal depcząc sobie po wywalonym języku. Pies, który na spacerze zawsze wlókł nas za sobą jak koń pociągowy, teraz sam wlecze się daleko w tyle, na samym końcu naprężonej smyczy. Zieje, dyszy, sapie, ledwo lezie, ale lezie.
Wyjęcie butów z szafy ciągle podrywa go na cztery łapy, wyciąga z chłodnej łazienki i każe zajmować pozycję startową pod drzwiami. Słowo „spacer” nadal ma magiczną, kuszącą moc, której psisko nie potrafi się oprzeć. On chce iść i już, nie sposób go nie zabrać ze sobą.  A potem to już nasz problem, jak zawodnika w różowym krawacie wlokącym się po chodniku doholować z powrotem...
Zastanawialiśmy się nawet, czy na wszelki wypadek nie spacerować z wózkiem, taką dwukółką, na który w razie awarii można by było zapakować pieseczka, żeby dotransportować go do domu. Zmęczony Białas potrafi bowiem w połowie trasy odmówić nagle i radykalnie współpracy; zacienione miejsca, zimne, chodnikowe płyty i parkowe fontanny przyciągają go jak magnes. A jak już się zatrzyma, to tylko precyzyjnie obmyślony i zawczasu przygotowany system motywacyjny jest w stanie skłonić go do dalszej wędrówki.

Byli dziś u mnie na obiedzie, przytoczyli się obaj w samo południe, pies ledwo doszedł; runął jak stara szopa na chłodną podłogę, a kiedy usiedliśmy z mężykiem przy stoliku, wczołgał się pod niego i spędził tam dobrą godzinę w charakterze miękkiego, futrzastego podnóżka...
Kiedy wychodzili z restauracji, kundello ledwo się wyczołgał, nie miał zupełnie weny na kontynuowanie spaceru, dlatego napełniłam mężykową kieszeń psimi „motywatorami” aż po same brzegi.
 Podziałało jak zastrzyk energii, a pomogło jak zatankowanie pustego baku. Travis zastrzygł uchem, kiedy usłyszał szelest folii, niuchnął raz, drugi, puknął ślubnego zachęcająco nosem po spodenkach, co w psim języku oznacza dosłownie „dawaj!”, merdnął wesoło ogonem i ... zgłosił pełną gotowość do drogi powrotnej.

Obyło się bez awarii, niespodziewanych przestojów i holowania; „paliwa” im na szczęście wystarczyło niemal do samego domu.

W czasie upału labradory najlepiej działają na ciastka, a może to ciastka najlepiej działają na labradory...