piątek, 25 czerwca 2010

PUSZEK - OKRUSZEK

 
Rozejrzałam się wczoraj wieczorem po mieszkaniu i załamałam ręce. Cała podłoga pokryta była psimi kłakami. Winowajca zaś spał spokojnie na kanapie, zwinięty w kłębuszek i kompletnie nieświadomy zagrożenia. A ja zastanawiałam się głośno, czy lepiej będzie go ogolić na łyso czy owinąć folią streczową od czubka nosa po koniec ogona, popatrzyłam jeszcze raz na panele i wyrwało mi się rozpaczliwe westchnienie:

-          „Jak to mieszkanie wygląda...”

 Mężyk udzielił mi błyskawicznej odpowiedzi:

-         Jakby w nim mieszkał labrador J

Sypiący się, potwornie kłaczący labrador. Taki puszek – okruszek, jak się ostatnio okazało, obdarzony doskonałą pamięcią. Poszliśmy z pieskiem na szczepienie do weterynarza. Wszystko było pięknie, fajnie, w poczekalni były inne sierściuchy, trzeba je było powitać, obwąchać, zaprzyjaźnić się z nimi. Schody zaczęły się, kiedy ruszyliśmy do gabinetu. Już w korytarzu pies doznał olśnienia, przypomniało mu się nagle, że kiedyś tam był i mu się nie podobało, więc doszedł do błyskawicznego wniosku, że nie ma ochoty po raz kolejny tam wchodzić. Jak postanowił, tak zrobił. Zaparł się czterema łapami w podłogę i żadna sił nie była go w stanie wciągnąć do środka. Nawet siła mojego męża. Nie pomogły prośby, wołanie, ciągnięcie za smycz, o mało sobie nie zdjął obroży przez łeb, tak bardzo pragnął się ewakuować. Nie było rady, ani innego sposobu. Trzeba było czterdziestopięciokilogramowego pieska wziąć na ręce i jak szczeniaczka wnieść do gabinetu, z którego uciekł natychmiast po szczepieniu. Ja zostałam jeszcze chwilę po wpis do książeczki, kiedy wyszłam, czekali na mnie po drugiej stronie ulicy, z dala od kliniki. W ramach podziękowania za troskę o psie zdrowie zostałam głośno i z pretensjami przez Puszka – Okruszka... obszczekana.

czwartek, 24 czerwca 2010

OGŁOSZENIE DUSZPASTERSKIE



Kochani moi, jak mawiał nasz lokalny biskup, uprzejmie proszę o ignorowanie trolla, który się tu ostatnio zabłąkał i niekomentowanie jego wypowiedzi. Zwisają mi one i powiewają zwiędłym kalafiorem. Prędzej czy później i tak wylądują w koszu ze śmieciami, a nie chcę razem z nimi wywalać komentarzy normalnych czytelników, którym niniejszym przypominam starą i mądrą zasadę:
"Nie dyskutuj z idiotą, bo najpierw sprowadzi Cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem"
Trollowi zaś składam wyrazy głębokiego współczucia, smutne to Twoje życie, pewnie w dzieciństwie rodzice musieli Ci wieszać serdelka na szyi, żeby chociaż pies chciał się z Tobą bawić :-)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

CIĘŻAR



Czasem śni mi się kilka razy ten sam sen.
Ten sprzed trzech lat wrócił do mnie dziś po raz kolejny.
 
Śniło mi się, że mam dziecko. Malutkie niemowlę, które wyciąga do mnie swoje łapki, różowe i pulchne jak serdelki. Wiem, że to mój syn, uśmiecham się do niego, pochylam się, żeby wziąć go na ręce i nie mogę. Nie mogę go unieść. Dziecko jest małe, ale bardzo ciężkie. Tak strasznie ciężkie, że nie jestem w stanie go podnieść z ziemi. Jakby było odlane z metalu i tylko dla niepoznaki pokryte miękką, delikatną skórą.
 Mały człowiek z żelaza ciągle wyciąga do mnie rączki. Patrzę na niego, wiem, że jest mój, czuję to. Tak bardzo chcę go przytulić... Znowu próbuję. Ciężki, tak potwornie ciężki; nie mogę go podnieść... Nie poddaję się, próbuję go dźwignąć kolejny raz, ale jest tak strasznie ciężki...
 
W końcu budzę się, zmęczona i smutna.
Sen wraca, ale nigdy nie przynosi odpowiedzi.

czwartek, 17 czerwca 2010

LEK W PŁYNIE



Spotkałam się wczoraj z koleżanką, u której bawiliśmy się pod koniec maja na weselu. Obejrzałyśmy zdjęcia, pogadałyśmy, powspominałyśmy. Opowiadała mi, jak bardzo była zdenerwowana przed wejściem do kościoła. Przypomniał mi się nasz ślub. Mój stres był tak duży, że trzęsły mi się ręce. W końcu wzięłam ziołowe tabletki uspokajające, jedną, drugą, trzecią, ale w ogóle mi nie pomogły, nadal uginały mi się nogi, a serce podchodziło do gardła. Kiedy siedzieliśmy już w aucie, ja w powodzi halek, tiulów, tak, że spod zwałów białej materii ledwo wystawał mi czubek nosa, przyznałam się lubemu, jak bardzo jestem zdenerwowana. Przyznałam się także do spożycia sześciu persenów i poskarżyłam na brak efektów. Zaczął się śmiać i opowiadać mi o terapii, którą zastosował razem ze świadkiem. Po prostu przed wyjściem z domu obaj strzelili sobie po przysłowiowym... kielichu. Oburzyłam się, że jak to tak, tak przed ślubem, ale luby zdusił moje zastrzeżenie jedną, celną puentą:- Kochanie, nie oglądasz reklam? Lek w płynie szybciej działa!

wtorek, 15 czerwca 2010

ROMANTYCZNA KĄPIEL W JEZIORZE

  W praktyce - i nie mam tu na myśli zbiornika wodego o takiej nazwie - romantyczna kąpiel w jeziorze wyglada tak:
 On i ona wracają do domu, razem z nimi pies. Ten ostatni zieje, bo gorąco, a z mordy śmierdzi mu gorzej niż z kubła na odpadki. Szanowni właściciele długo zachodzą w głowę, co pupil zżarł i kiedy, bo po zapachu są jedynie w stanie ustalić jedynie czas padnięcia, a raczej fakt, iż był dość odległy...

Aromat powala ich na kolana i wykręca na lewą stronę. Postanawiają więc zgodnie psa przewietrzyć i przepłukać. W tym celu zbaczają z raz obranej trasy w miejsce odludne, co by kundla do stanu używalności doprowadzić, bo masek gazowych na wyposażeniu auta nie posiadają. Skręcają nad jeziorko skąpane w promieniach zachodzącego słońca, gdzie okrutna prawda wychodzi na jaw natychmiast po uchyleniu drzwi samochodu. Wcale nie są właścicielami biszkoptowego labradora, tak naprawdę należy do nich świnia błotna, która pędem rzuca się w kierunku majaczącej w oddali wody i wskakuje do niej bez zastanowienia, niczym rasowy terrorysta, to jest metodą na „bombę”. W obliczu brawurowo wykonanego desantu, w całej okolicy wszystko co żywe milknie, a następnie ewakuuje się na z góry upatrzone pozycje.

 On i ona udają się na romantyczny spacer. Przedzierają sie przez chaszcze rosnące dookoła jeziora, krocząc dzielnie piaszczystą ścieżką, gdy ona potyka się o wystającą gałąź i rzuca wiązanką, bynajmniej nie woniejącego kwiecia. Komary ich żrą jakby miały za sobą miesiąc ścisłej diety. Ona burczy, że zimno i gryzą, on z zazdrością obserwuje poczynania kundla, w końcu rzuca propozycję kąpieli i się do wody.
Niemalże.
 W końcu jaki pies, taki pan. Ona się waha, ale ulega pokusie, on idzie po ręcznik. Ona szczękając zębami zanurza się w wodnej topieli, niczym poskubana gęś, świecąc gołym kuprem w zapadającym zmroku i zapadając się nieco w muliste dno. Kundel się pławi przy brzegu, żre trawę jak rasowa krowa i obserwuje właścicieli, którzy rozpoczynają romantyczne umizgi. On wchodzi do wody, obejmuje ją ramieniem, spogląda głęboko w oczy, promienie zachodzącego słońca odbijają się w nieco zbełtanej wodzie koloru podejrzanego brązu, romantyzm aż kipi, aż się przelewa przez brzeg stawu...

 Na którym nadal siedzi pies. Zazdrosny, niezadowolony pies. Bardzo niezadowolony.
Pies zignorowany i zostawiony sam sobie, który postanawia wyrazić swoją frustrację głośno. Bardzo głośno. W jedyny dostępny sobie sposób, tak jak potrafi: tubalnym szczekaniem. No bo oni się tak fajnie bawią, a on nie bierze w tym udziału, wow, wow, dlaczego, jak to, ja też chce, wow, wow!? I już się kreci, już się przymierza, żeby do nichą dołączyć na trzeciego.

 Oni trójkąta nie mają w planach, psa nawet mało kulturalne „Zamknij ryj”, poparte jeszcze mnie kulturalnym „Travis, spier...dalaj!”  wcale nie zniechęca. Szczeka więc jeszcze głośniej i jeszcze zajadlej. Właścicielom zaczynają pękać bębenki, więc postanawiają oddalić się nieco od białego dupka i idą popływać. Kundello niewiele myśląc rusza w ich ślady i eleganckim pieskiem podąża raz za panem, raz za panią, co wywołuje u obojga zrozumiałe ataki paniki. Bowiem pieseczek pedikiur ma nieco niedbały, a łapami w wodzie młóci jak rolnik cepem, biorąc szeroki zamach - nie daj Boże się znaleźć w jego zasięgu...

On umknął pieskowi, jej też się prawie udało, ale wpłynęła w zielsko i w końcu z wrzaskiem uciekła na brzeg, gdzie o mało nie wytrzaskała sobie z zimna całego uzębienia. On ją przytulił, otulił ręcznikiem i szepnął do ucha: „Kocham Cię moja Ty foczko”.

Ona się uśmiechnęła, uszczęśliwiona, ale tylko przez moment, bo zaraz wrzasnęła z rozpaczą: „Foczko??? Jak to foczko? Jaka foczko? Tylko nie foczko!

On zdziwiony zapytał: "Ale dlaczego, kochanie...?"
Ona odparła: "Bo foczki są tłuste...”

I cały romantyzm definitywnie diabli wzięli... Został katar i ślady psich pazurów.
Na tyłku.

Ps. Uroczyście i obłudnie oświadczam, że tekst powyższy wcale nie został ocenzurowany, a wszelkie podobieństwo osób opisanych powyżej do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe 

sobota, 12 czerwca 2010

MŁODY DINOZAUR



Bardzo często spotykam się z pytaniem: "To ile ty masz w końcu lat?". Nawet mój szef mi je kiedyś zadał i był mocno zaskoczony moją odpowiedzią. Kiedy kupuję bilet na tramwaj, za każdym razem słyszę: "Normalny, czy ulgowy?". Opowiedziałam o tym kiedyś koledze w pracy i natychmiast dowiedziałam się, że mam się tak nie cieszyć, bo emeryci też mają zniżki :-) Fakt jest jednak faktem, wyglądam raczej na studentkę ostatniego roku niż na stateczną panią kierownik.  Dwa lata temu próbowałam namówić mojego bardzo fajnego kolegę do podjęcia pracy w naszej firmie, na stanowisku kierowniczym. Moja zmienniczka lada moment miała otrzymać zwolnienie lekarskie, potem planowała urlop macierzyński, więc pilnie potrzebowaliśmy kogoś na zastępstwo. Pech jednak chciał, że Karol w tym samym czasie dostał ofertę z banku, długo się wahał, ja zaś nie ukrywałam, że moja koleżanka po urodzeniu dziecka będzie chciała do pracy wrócić. To chyba przeważyło, kolega odrzucił naszą ofertę, zastępstwo go nie satysfakcjonowało. Jakoś przy okazji, po zakończeniu rozmowy rekrutacyjnej, zgadało nam się o planach na życie. On właśnie przerwał na czwartym roku studia, ja twierdziłam, że głupio zrobił, opowiadałam mu o swoich, że też miałam moment, kiedy miałam ochotę cisnąć to wszystko w diabły, że powtarzałam rok, ale się obroniłam. Mówiłam o sytuacji w pracy, że potrzebuję zmian, że chciałabym mieć już dziecko.... - kiedy Karol to usłyszał, obruszył się zdrowo, skrzywił i mówi:- Zgłupiałaś? Za młoda jesteś na pieluchy, po co Ci teraz dziecko? Wtedy z kolei ja się zdziwiłam i powiedziałam bardzo ostrożnie, bo coś mi zaczęło świtać:- Karol, ja mam już swoje lata, myślę, że to dobry moment..
- Jakie lata, jaki dobry moment, przecież dopiero skończyłaś studia!!!
I wtedy mnie olśniło. Zaczęłam się dziko śmiać, on patrzył na mnie i nic nie rozumiał, a oczy mało mu nie wypadły z orbit, kiedy w końcu przyznałam się nieśmiało, wyprowadzając go z błędu:- Karol.... To były moje drugie studia...
I wtedy znów je usłyszałam. To pytanie. Zadane ze zgrozą, jakbym się nagle, na oczach kolegi zamieniła w prehistorycznego dinozaura:"To ile ty masz w końcu lat???"

czwartek, 10 czerwca 2010

DYWANIK

Mamy w łazience nowy dywanik. Całkiem spory, z naturalnego, jasnego futra. Biszkoptowego konkretnie. Tak sobie leży na samym środku, rozciągnięty na zimnych płytkach i ledwo dycha...

  Nawet na balkonie Travisowi jest już za gorąco. Przeprowadził się więc po raz kolejny. Większość upalnego dnia spędza biedak w łazience i tylko monitoruje, czy w misce na pewno jest zimna woda. Nieco to uciążliwa lokalizacja, bo pomieszczenie malutkie, a pies spory i blokuje przejście. Ale nie wyganiam go, nie mam serca, choć wykonywanie wszelkich czynności higienicznych w nieodłącznym psim towarzystwie jest nieco...dziwne i krępujące.

Jeszcze trzeba uważać, żeby nie wdepnąć, bo jak spojrzy z tą swoją labową pretensją, to aż się człowiekowi głupio robi...

wtorek, 8 czerwca 2010

UŚMIECH



Postarzałam się.
O cały rok.
 A nawet o dwa, bo po dokonaniu rozmaitych, skomplikowanych obliczeń odkryłam rzecz straszną - że przez te minione dwanaście miesięcy wcale nie miałam trzydziestu lat, jak uparcie uważałam, tylko dobijałam do trzydziestu jeden...
A kilka dni temu rozpoczęłam już trzydzieści dwa... od mało uroczystego trącenia w bok kolanem i stwierdzenia  "Te, wstawaj!". Otworzyłam jedno zaspane oko, potem drugie i zobaczyłam ślubnego. W jednej ręce trzymał tort z płonącymi świeczkami, a w drugiej smycz, zakończoną nieco zdezorientowanym Travisem. Nawet mi sto lat zaśpiewał, co prawda tylko połowę, ale podobno sztuka się liczy!.. Mąż oczywiście, nie pies, ten ostatni, mimo budujących zachęt o treści "Śpiewaj kundlu!", milczał wymownie i tylko merdał ogonem, nie bardzo rozumiejąc, o co w tej całej szopce chodzi...
 
Jak co roku dopisali przyjaciele i bliscy, także mój humor, a nawet pogoda. To był fajny dzień. Ciepły, słoneczny, leniwy i radosny, zakończony butelką białego, sycylijskiego wina i odcinkiem dr House'a z nowego pakietu, który otrzymałam w ramach prezentu urodzinowego. Wszystko to sprawiło, że następnego dnia do pracy dotarłam mocno spóźniona. Niedziela mijała powoli, czas wlókł się leniwie. Nie chwaliłam się nikomu swoim nowym nabytkiem, w końcu kolejny rok na koncie to żaden powód do dumy.
 Temat mojego wieku wypłynął przypadkiem. Wieczorem, kiedy siedziałam przy barze i rozmawiałam z jednym z pracowników, zajrzała do restauracji na chwilę kelnerka z drugiej zmiany i zaczęła opowiadać o zbliżających się, trzydziestych urodzinach siostry. Pokazała mi prezent, jaki dla niej kupiła i dwie różowe świeczki zapakowane w przezroczystą folię. Woskowa trójka i zero, które Aga zaprezentowała mi i barmanowi sprawiły, że uśmiechnęłam się lekko. Trochę ze smutkiem, trochę do własnych myśl. Mój pracownik chyba to zauważył, bo zaczął sobie żartować:
- Tak, tak, trójka z przodu, zmiana kodu pani kierownik! Jeszcze parę lat i Ciebie też to czeka, już niedługo!
Wtedy dopiero uśmiechnęłam się szczerze i radośnie, tak od ucha do ucha. A barman kompletnie nie mógł zrozumieć, co mnie tak ucieszyło :-)

piątek, 4 czerwca 2010

PIES PÓŁKOWNIK



Travis bardzo lubi jeździć autem. Wystarczy otworzyć drzwi, gwizdnąć i pies bez wahania wskakuje do środka. Kiedy podróżuje z moim mężem, zasiada nieodwołalnie na fotelu dla pasażera, łeb wysuwa delikatnie przez uchyloną szybę, uszy powiewają mu jak chorągiewki, a mokry nos zbiera zapachy mijanych miejscowości. Pies zostawiony sam sobie w aucie natychmiast przesiada się za kierownicę, budząc tym zainteresowanie i śmiech większości przechodniów. Wygoniony na tył obraża się i niezadowolony wielce kładzie mężowi łeb na ramieniu, trąca go nosem, liże po uszach,  próbując jednocześnie wepchnąć się z powrotem na nasze fotele. Trwa to kilka minut, dopóki nie wyjedziemy z miasta. Kiedy Białas orientuje się, że przed nami dłuższa trasa, pakuje swój włochaty tyłek... na półkę za tylnymi siedzeniami. Z niemałym trudem, bo miejsca tam tyle, co kot napłakał, a Travis do najmniejszych zwierzaków nie należy, ale wdrapuje się jakoś, nie mam pojęcia jak!  Wciska z mozołem swój wielki tyłek w wąską przestrzeń pod szybą i układa się tak, że łapy zwisają mu między zagłówkami. Potrafi podróżować w tej pozycji godzinami,  w charakterze żywego, czterdziestopięciokilogramowego pieska kiwającego głową...Początkowo obserwuje mijaną okolicę, nic sobie nie robiąc z sensacji, jaką budzi. Kierowcy i pasażerowie mijanych aut pokazuję go sobie palcami, śmiejąc się z niego, a Travis powoli przysypia, łeb początkowo oparty na zagłóku zsuwa coraz niżej, przymyka ślepia, tylko w gęstym futrze gmera mu wiatr wpadający przez uchylone okno. Wystarczy jednak, że trochę zwolnimy, że zjedziemy z głównej trasy, że wpadnie mu w ucho zgrzyt zaciąganego ręcznego hamulca i pies zrywa się na równe łapy! Alarm! Dojeżdżamy! Kiedy zaczynamy kluczyć podmiejskimi drogami, on już wie, nie mam pojęcia skąd, wyczuwa, że już prawie jesteśmy na miejscu. Pogania więc nas za pomocą sobie dostępnych metod - łazi po aucie, piszczy, jojczy, skomli, skarży się i niecierpliwi, jakby pytał "No długo jeszcze?". Gdy docieramy do rodziców, wyskakuje z auta jak wystrzelony z procy, biega, szaleje, ale wystarczy tylko otworzyć ponownie drzwi do samochodu  i już jest, czeka jak czujny wartownik, pilnuje, żebyśmy o nim nie zapomnieli, żebyśmy przypadkiem nie zostawili pieska, pieseczka... Kiedy zawołamy, wsiada bez zastanowienia i tradycyjnie pakuje się na tylną półkę, jak na psa "półkownika" przystało... Kiedyś nasza znajoma postanowiła swoim autem zabrać Travisa razem z własnym psem. Pojechali na spacer nad rzekę. Celtik usiadł na miejscu pasażera, a Białas wskoczył na tylne siedzenie i po krótkiej chwili namysłu, swoim psim zwyczajem, postanowił wleźć na półkę. Spróbował raz. Nic z tego.

środa, 2 czerwca 2010

ZASKOCZENIE

Kiedy mężyk idzie do pracy na rano, musi zerwać się przed piątą z łóżka, żeby dotrzeć na czas. Cierpi niezmiernie z tego powodu, rozumiem go doskonale, sama jestem śpiochem koncertowym, dlatego uśmiałam się dziś serdecznie z jego porannego oburzenia. Opowiadział mi bowiem, jak się zdenerwował i zdziwił:
- Śpię sobie spokojnie, środek nocy, a tu mi się odzywa nagle telefon.
Myślę sobie, co za chu*j dzwoni do mnie o tej porze?
 Patrzę... a to budzik :-(

wtorek, 1 czerwca 2010

MILCZENIE JEST ZŁOTEM ?



Przed sobotnim weseliskiem zdrowo zaspaliśmy, kiedy dotarliśmy do rodziców mojego męża, było już mocno po trzynastej, mieliśmy naprawdę mało czasu. Byłam lekko poddenerwowana, a jakby tego było mało, teściowa przywitała mnie uroczym pytaniem: "Ty w takich poczochranych włosach zamierzasz iść? Uczesz się, jak to wygląda!" Mam krótkie włosy, złocistą, lwią grzywę, która mój mąż uwielbia, ale w obronie której jakoś nie stanął. Zabolało. Więc sama, jeszcze wtedy ze stoickim spokojem poinformowałam moją teściową, że ja JESTEM UCZESANA i nie zamierzam nic więcej ze swoją fryzurą robić. Aby uciąć zbędne dywagacje, podziękowałam grzecznie za obiad, przystałam na szybką herbatę, mężyk poleciał umyć auto, a ja poszłam się ubierać. Moja teściowa niczym ogon powlokła się za mną i po paru minutach wkroczyła do pokoju, gdzie stałam niemal goła i niekoniecznie wesoła. Oczywiście bez pukania, bo to przecież taki głupi zwyczaj, w końcu jest u siebie, a ponadto od stukania ponoć wrzodów można na palcach dostać, co się będzie narażać, a ja krępować. Od publicznego merdania gołymi cyckami jeszcze nikt nie umarł, no chyba, że ze wstydu. Ale jej to nie grozi, najwyraźniej pojęcie intymności jest mojej teściowej absolutnie obce.Rozejrzała się po pokoju, wzięła mój biały stanik w dwa palce, jak jakąś zdechłą, odrażającą gadzinę, podniosła go góry, obejrzała badawczo i bardziej stwierdziła, niż zapytała:"Nowe? Pewnie drogie..." Nie odpowiedziałam, wychodząc z założenia, że nie usatysfakcjonowałaby jej nawet informacja, że tę oto bielizną własnoręcznie wygrzebałam w kontenerze na odpadki, a pracownicy MPO jeszcze mi dopłacili za jej zabranie i zmniejszenie masy wywożonych śmieci. Ja, rozrzutna i niegospodarna żona, zacisnęłam zęby i nie powiedziałam nawet słowa. Ignorując obecność teściowej poprzez ostentacyjne wykręcenie się do niej półnagim tyłkiem, zaczęłam zakładać sukienkę. Jasną, prawie białą, lekko prześwitującą, z delikatnego lnu ze srebrną nitką i srebrną lamówką. Z dużym dekoltem, na ramiączkach. Do tego duże, wiszące, bardzo ozdobne kolczyki z cyrkoniami. Kiedy kończyłam montować w uchu drugą sztukę, poleciało w moim kierunku kolejne pytanie, niczym dobrze zaostrzona szpila: "A co zakładasz na szyją, jaki wisiorek?". Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nic i natychmiast usłyszałam bardzo "sympatyczny" komentarz podsumowujący:"Brzydko tak bez niczego". No cóż, choinkę mam zwyczaj ubierać tylko raz do roku, na Boże Narodzenie, nie zamierzam w tej roli występować w środku lata, pomyślałam sobie i po raz kolejny nic nie powiedziałam, tylko mocniej zacisnęłam zęby. Do sukienki miałam naszykowany srebrny szal, torebkę i sandałki w tym samym kolorze, moje ulubione, bardzo delikatne, tylko pasek na piętę i palce, ale bardzo ozdobne. Kiedy wsunęłam bosą stopę w pierwszy pantofelek, moją teściową ogarnęła zgroza i dalej, hajda na wroga, atakować mnie i nawracać na drogę helegancji:"Tak bez pończoch idziesz? Jak to wygląda? Jak u pierwszej lepszej, u tej spod latarni!"Nadal milczałam, tylko oczami wyobraźni zobaczyłam, jak me łydki złotą lajkrą błyszczą się, a każdy but zamienia się w lodowisko, gdzie stopa ślizga się do woli, od prawa i lewa. Spojrzałam za okno - wyjątkowo mocno przygrzewało ostre, majowe słońce, termometr pokazywał ponad dwadzieścia pięć stopni. Moja wewnętrzna temperatura dobiegała zaś powoli do stanu wrzenia. Para z delikatnym sykiem zaczynała uchodzić mi uszami, moja teściowa chyba coś wyczuła, bo ewakuowała się ze strefy zagrożenia wybuchem. Po kilku minutach i ja zeszłam na dół, gdzie niemalże dostałam ataku szału. Nie, wcale nie dlatego, że po raz kolejny usłyszałam od mamusi, żebym się uczesała, a mój mąż skwitował jej uwagę milczeniem. Z trudem udało mi się opanować, bo w kuchni przy stole siedział sobie spokojnie mój luby - brudny, w roboczych ubraniach, tak jak przyszedł od mycia auta. Biedny, zagłodzony synuś, zaniedbany przez nikczemną żoną siedział sobie w najlepsze i.... jadł. Moje prośby, żeby niczego nie szykować, bo się śpieszymy, teściowa potraktowała jak powietrze, którego zresztą zaczynało mi zdecydowanie brakować. Zegar pokazywał 13.40, ślub zaczynał się za dwadzieścia minut, a ja czułam, że się za chwilę uduszę ze złości. Moja uwaga, że się spóźnimy, została, delikatnie mówiąc, olana z góry ciepłym moczem. Ale w końcu jakiś efekt przyniosła, bo towarzycho pod postacią ślubnego i mamusi, zebrało się w końcu z kanapy i poszło ubierać. Dosłownie. W końcu trzydziestoletni koń nie poradziłby sobie sam z tak skomplikowaną czynnością, jak założenie koszuli, krawata i garnituru. Patrzyłam na to wszystko i milczałam, nawet wtedy, kiedy teściowa nadstawiła dekolt pod mężowe perfumy, żeby pachnieć tak jak synek. Może to ja jestem dziwna, skoro wydało mi się to dziwne. Odezwałam się dopiero wtedy, kiedy już wychodziłam i po raz trzeci usłyszałam za swoimi plecami komentarz teściowej:"Ja to bym się jednak uczesała..."Rzuciłam przez ramię głośno:"A ja nie!"A pod nosem warknęłam sobie cicho:"Ale mama niech się uczesze, przyda się mamusi kontakt z grzebieniem od czasu do czasu..."W ramach odreagowania półgodzinnego spotkania z teściową, spiłam się na weselu jak prosię. Kac mi już przeszedł, został tylko ten moralny. Od kilku dni zastanawiam się, czy naprawdę milczenie jest złotem i czy było nim w tym przypadku, kolejnym z kolejnych. Myślę o porażce, jaką poniosłam sama przed sobą, kiedy nie wytrzymałam ciśnienia i po poprawinach, a przed powrotem do teściów, przebrałam się w aucie w jeansy i podkoszulkę. Tylko dlatego, żeby po raz kolejny nie musieć znosić komentarzy na temat mojego wyglądu. Myślę o milczeniu mojego męża, który nawet słowem nie stanął w mojej obronie, choć na weselu potrafił nie raz mi powiedzieć, że wyglądam ślicznie. Myślę o dedykacji, którą wpisałam mojej przyjaciółce zamiast ślubnych życzeń:Zgodne małżeństwo to takie, w którym żona panuje nad mężem, a mąż nad sobą". Tak bardzo mi przykro, że w naszym małżeństwie ciągle zdarzają się dni, kiedy nam moim mężem niepodzielnie panuje teściowa...