środa, 26 maja 2010

POZA CZASEM

Mam ostatnio masę pracy, od poniedziałku dosłownie nie jestem w stanie wyrwać się  z firmy przed nocą. Milion spraw do załatwienia na wczoraj i dwa miliony na przedwczoraj skutecznie spędzają mi sen z powiek. Wszystko w biegu, wszystko na szybko, najlepiej na już. Tak kręci się ten kołowrotek jak oszalały i nie wygląda, żeby miał się zatrzymać, ani chociaż zwolnić w najbliższym czasie. Ja wiruję w nim i razem z nim.
Jestem zarobiona jak ciasto na drożdzówki. Jak bardzo, zorientowałam się dopiero dziś wieczorem, kiedy zadzwonił mój szef i po krótkiej rozmowie zadał mi swoje tradycyjne pytanie:
- Jak ruch?
Mówię więc mu, że jak na wtorek to całkiem, całkiem. Zdziwił mnie trochę jego śmiech, ale na krótko, bo po chwili usłyszałam:
- Dzisiaj jest środa :-)
Trochę mnie zatkało, choć bardziej zdziwiło jego stwierdzenie, dokonałam pośpiesznych obliczeń i niewiele myśląc, palnęłam:
- Eeeee.... Słuszna uwaga, drogi Watsonie! :-)

Żyję ostatnio poza czasem.

piątek, 21 maja 2010

DINUŚ REAKTYWACJA

Nie miała baba kłopotu, to kupiła sobie ... gumowego dinozaura.
 Blisko miesiąc temu Dinuś numer jeden ostatecznie dokonał żywota w okolicznościach tragicznych - jego najlepszy przyjaciel ogryzł mu głowę. Potem z zapałem wypruł z niego białe, waciane flaki i bardzo był zdzwiony, że gumowa gadzina nie chce się dalej bawić z pieseczkiem. Deptał go łapą, tracał nosem, międlił w pysku - niestety! Dinuś nie był już w stanie wydobyć z siebie żadnego głosu, co pies przyjął z wyraźnym rozczarowaniem. Próbował jeszcze kilka razy reanimować swojego lateksowego przyjaciela, ale bez spektakularnych efektów.
Nie miałam większych nadziei, ale kiedy mężyk jechał do pracy, napomknęłam nieśmiało, że może by kupił psu drugiego gumiaka, gdyby przypadkiem były jeszcze w Tesco. Ślubny miał tam skręcić po zakupy, bo w lodówce mieliśmy już tylko światło. Jakież było moje zdziwienie, gdy w okolicach siódmej rano obudziło mnie coś na kształt ryku dzikiego bawoła zarzynanego tępym nożem.
Dinuś reaktywacja!!!!!
Pies oszalał za radości. A gumowy dinozaur ryczał, ryczał i ryczał moelstowany przez Białasa niemal bez przerwy. Po godzinie nawet ja miałam dosyć. Zarekwirowaliśmy gadzinę i schowaliśmy na półce nad łóżkiem. Kiedy obudziłam się godzinę póżniej, odkryłam z niejakim zdziwieniem,  że centralnie przed moim nosem znajduje się biała, psia dupa. A jej właściciel siedzi sobie na mojej poduszce z łbem uniesionym do góry, wachluje ogonem i cicho popiskując, próbuje wzrokiem ściągnąć zabawkę z półki...
Dziś była powtórka z rozrywki. Korzystając z psiego, głębokiego snu, ukryłam póżnym wieczorem dinozaura w wiklinowej skrzynce pod telewizorem. Miałam nadzieję, że tam go nie namierzy...
O szóstej rano obudziło mnie ciche, psie skomlenie. Wstałam, poszłam do salonu i odkryłam, że pies siedzi centralnie... przed telewizorem, ogonem zamiata podłogę, a nosem trąca pudełko, w którym ukryłam Dinusia...
Nie dało się gadziny oszukać, trafił jak po sznurku...
 Poszliśmy więc na kompromis. Pies dostał swoją zabawkę, ja dodatkowe dwie godziny snu, a Dinuś... foliową reklamówę z Tesco, którą został wypachny, żeby nie pierdział.

wtorek, 18 maja 2010

FUTRO

Kto ma psa, ten ma futro. Wszędzie i na wszystkim.
W związku z powyższym, jednym z priorytetowych urządzeń w naszym domu jest wałek do zbierania psiej sierści z ubrań. Jednak kilka dni temu mojego mężyka ogarnął trudny do zrozumienia i przewidzenia, oraz niestety także chwilowy, szał sprzatania. Jego skutkiem było tak przemyślne ukrycie wspomnianego wałka, że za Chiny, Japonię oraz za całą Indonezję nie mogłam go nigdzie znaleźć. Mężyk, niczym doświadczony ogrodnik, posiał go trwale i skutecznie, no przesadził zdecydowanie z tym chowaniem. W tej sytuacji pozostało mi jedynie wykazać się cnotą cierpliwości i czekać, aż gdzieś wykiełkuje niebieska rączka. A że niestety do osób cnotliwych nie należę, wzburzyłam się ogromnie, niczym Bałtyk podczas sztormu. Fala mojego zdenerwowania uderzyła z całą siłą w mężyka nieomal zmiatając go z nóg. No bo posprzatał, gadzina i ja teraz niczego nie mogę znaleźć, on zresztą też nie, trzeba przyznać, że jest to nad wyraz skuteczna technika, która sprawia, że wolę osobiście zajmować się porządkami. Przynajmniej wtedy jedna osoba wnaszym domu wie, gdzie co leży. No, może nie zawsze, galopująca skleroza już mnie niemal stratowała, ale wałek umiem namierzyć!
Niestety przed jakimkolwiek wyjściem muszę się odkłaczyć, w przeciwnym wypadku wyglądam jak nieandertalczyk albinos. W pracy muszę jakoś się prezentować, niekoniecznie jak hodowca stada biszkoptowych labradorów. Ale cóż, było myśleć przed, a nie po, było przysposobić do rodziny czarną dupę zamiast białej, nie byłoby tak kłaków widać na ciemnych ubraniach. Teraz przecież już Travisa nie przefarbuję, muszę więc sobie radzić innymi metodami...
Wałek, tylko wałek mógł w niedzielę uratować mój czarny sweterek, który zamierzałam założyć, gdyż w planach mieliśmy wypad do restauracji i seans w kinie. Przetrząsnęłam pół mieszkania. Nie ma. Diabeł ogonem nakrył. Szurnęłam ślubnego raz i drugi o miejsce ukrycia - zero efektu, gubił się w zeznaniach jak Pinkio w trocinach, starcze dementi w ostrej formie, nie wiem, gdzie schował, nic nie pamięta. Na delikatne sugestie, że co mi tam pięć włosków przeszkadza, odparłam, że nie zamierzam wyglądać jak przedwcześnie posiwiałe Yeti i zaczęłam nieporadnie zbierać dodatkowe owłosienie z odzieży, co to je gratis od kundella otrzymałam. Włosek po włosku, kłaczek po kłaczku.
 I wtedy usłyszałam komentarz ślubnego:
- Co, boisz się, że Cię z pieskiem do knajpy nie wpuszczą? :-)

poniedziałek, 17 maja 2010

CZEGO POTRZEBUJE KOBIETA?

Dowiedziałam się ostatnio od mężyka.
Na weekend mieliśmy jechać do mojego brata, więc w sobotę po południu zabrałam się za pakowanie: spodnie na zmianę, druga para butów, bo słusznie podejrzewałam, że w sandałkach będzie mi za zimno, gruby sweter, kurtka, kosmetyki. Do tego książka i jakaś gazeta, butelka wody mineralnej - niegazowanej, bo u braciaka wszyscy preferują z bombelkami, a ja wolę bez, dwa jabłka...
Mężyk patrzył na moją rosnąca torbę z rosnącym zdziwieniem. W końcu nie wytrzymał i mówi:
- Kochanie, ale my wyjeżdzamy tylko na dwa dni, nie na dwa tygodnie!
- Są rzeczy, których kobieta potrzebuje niezależnie od tego, ile ma czasu spędzić poza domem!
-... miejsca w bagażniku...???

niedziela, 16 maja 2010

TĘSKNOTA



Za oknem leje. Siedzę przy komputerze, błądzę po necie, zaglądam to tu, to tam. Trochę czytam, czasem komentuję, skaczę ze strony na stronę, zerkam, oglądam. Zobaczyłam na nk zdjęcie kilkudniowej córeczki mojej koleżanki. Mała ubrana w białożołte śpiochy spała głęboko z rączką zarzuconą za głowę, taka spokojna, tak słodka. Puszek sterczących włosów na głowie, ciemne kreski zaciśniętych powiek, dołek w brodzie i te pucołowate poliki, jakby pod każdym miała połówkę brzoskwini. Delikatnie, żeby jej nie obudzić, pogłaskałam ją po policzku opuszkiem palca. Był taki ciepły...

piątek, 14 maja 2010

SPICHLERZ

 
Mężyk boi się zębodłuba jak diabeł święconej wody. Próbowałam go zmotywować do odwiedzenia dentysty długo i bezskutecznie, kiedy raz go zapisałam i doprowadziłam przed drzwi gabinetu podstępem, pod pretekstem romantycznego spaceru we dwoje, obraził się na mnie śmiertelnie. Więc dałam spokój.
W końcu poszedł po rozum do głowy i sam z siebie zabrał się za generalny remont. Z własnej, nieprzymuszonej woli, ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu umawia się na kolejne wizyty. Średnio raz w miesiącu zasiada na fotelu i pozwala się dręczyć. Kiedy wrócił z ostatniej, zapytałam nieśmiało o zbliżające się ku zakończeniu leczenie i usłyszałam jak mówi z udawanym smutkiem:
Ostatni spichlerz zasklepiony... :-)

czwartek, 13 maja 2010

JUTRO

Czasem się łapię na tej myśli. Kiedy rano cmokam mojego męża w szorstki, nieogolony policzek na do widzenia, a on uśmiecha się przez sen i mruczy coś pod nosem, przyłapuję się na głupiej myśli – czy go jeszcze zobaczę? Gładzę go chwilę po włosach, potem jeszcze przez moment tarmoszę pieszczotliwie rozespanego psa, w końcu biorę torbę, zamykam za sobą drzwi i wychodzę, jak zawsze spóźniona. Spieszę się. Kiedy stoję się na krawędzi chodnika i przestępuję z nogi na nogę, kiedy się niecierpliwię, bo już chcę przebiec przez tą ruchliwą ulicę, znów wraca ta myśl.
Może to ten tramwaj, który właśnie nadjeżdża, a może to czerwone auto za nim, albo to, które ma przejechać tu dopiero jutro o tej samej porze, kiedy znów będę próbowała przedostać się na drugą stronę?
Skutecznie lub bezskutecznie.
A jeśli jeszcze nie tu i nie ty razem, to kiedy i gdzie? Za progiem, za rogiem, a może na skrzyżowaniu dwie przecznice stąd, gdzie wcześnie rano przechodziła już Annuszka i rozlała specjalnie dla mnie olej słonecznikowy? A może będzie prozaiczniej, mniej spektakularnie, bez fanfar karetek, przypadkowej publiczności i zaskoczenia? Może to kłucie w plecach to raczek, złośliwy skorupiaczek? A może zwykły, naciągnięty mięsień, co boli od długiego siedzenia przed komputerem po nocach?
Przeciągam się. No dokucza jak cholera. Idę spać.
Skończę pisać jutro.
Jutro.
Znów łapię się na tej myśli i śmiać mi się chce z mojego podświadomego przeświadczenia, że jutro będzie. Bo sama sobie szybko i głupio odpowiadam na własne pytanie – a niby dlaczego miałoby być?
Bo przecież zawsze jest...?

wtorek, 11 maja 2010

JESZCZE WCZORAJ


Trzy tygodnie temu pojechaliśmy do Złotego Potoku na pstrągi, mężyk, jego przyjaciel i ja. Była słoneczna, ciepła, wiosenna niedziela, usłyszałam znajomy dźwięk, wyjrzałam oknem i zobaczyłam, jak mi machają spod bloku. Mój luby trzymał mapę w łapie, Emek jeszcze tylko wszedł szybko na górę, żeby skorzystać z toalety, wyszliśmy już razem i polecieliśmy.
W drodze nudziłam się jak mops, z braku zajęcia obserwowałam pobocze. Przydrożne kasyno z różową palmą. Potem całe pasy wykarczowanego lasu, po drzewach zostały tylko sterczące pieńki i korzenie. Będą ciągnąć jeszcze jeden pas. Mijaliśmy puste domy z powybijanymi szybami. Potem znajome stado wiatraków, pierwsze skałki Jury Krakowsko – Częstochowskiej i w końcu - łabędzia siedzącego na gnieździe nad samym brzegiem wody. Zaczęłam pukać mężykowi w kask, żeby go nie przeoczył, śmiał się potem ze mnie już w smażalni, że to była taka atrapa, a nie żywy ptak. A ja nabijałam się w rewanżu z niego, doskonale wiedząc, jaki ma stosunek do jedzenia ryb. Kiedyś wrócił wcześniej z pracy, zobaczył naszykowaną do smażenia mirunę, skrzywił się i usłyszałam mocno zdegustowane pytanie:

- Ryyyyyyba????
- Ryba, a co, nigdy w Twoim domu nie jadało się ryb?
- Jadało. Na Wigilię.

Przypomniała mi się ta rozmowa, kiedy czekaliśmy na nasze pstrągi, więc zaczęłam się przekomarzać z Mężykiem:
 
- Kochanie, dasz radę zjeść rybę? Jesteś pewien? Jadłeś już kiedyś?
- Jadłem
- Na pewno ? Może to był schabowy?
- Schabowy nie ma oka.

Dowcipkowanie zakończyło się, bo wywołali numer naszego stolika i poszliśmy odebrać wielkie, świeżo usmażone pstrągi z frytkami i górą sałatek. Zapłaciłam za trzy porcje, Emek chciał mi oddać pieniądze, ale nie chciałam ich wziąć, w końcu przełożyliśmy rozliczenie na kiedy indziej. Uparł się, żeby w jego ramach kupić bilety wstępu do zamku w Olsztynie i tak zrobił. Siedzieliśmy dobrą godzinę na trawiastym, miękkim zboczu między ruinami, oni gadali, śmiali się, ja leżałam na kurtce i wygrzewałam się w słońcu. Było mi dobrze i ciepło.
Za to w drodze powrotnej zmarzłam jak pies, kiedy dotarliśmy do domu, dosłownie trzęsłam się i szczękałam zębami z zimna. Emek gadał jeszcze chwilę z moim mężem, poganiałam ich, w końcu zabrałam cieszącego się psa i poszłam.

Nawet się z nim nie pożegnałam.
Nawet nie przyszło mi do głowy, że go więcej nie zobaczę.

Jeszcze dwa tygodnie temu pognali do Ogrodzieńca. Jeszcze tydzień temu umawialiśmy się na moto weteran bazar. Jeszcze kilka dni temu chciał mi koniecznie oddawać pieniądze za tamtego pstrąga.
W niedzielę wieczorem wracał motocyklem z kolejnej wycieczki, kiedy w okolicach Włocławka jakiś pierdolony, skurwiały, bezmózgi debil wyjechał mu nagle z podwórka.

Jeszcze wczoraj Emek był. A dziś już go nie ma.
 ...................................

czwartek, 6 maja 2010

ZWIERZYNA

 
Dzwoni wczoraj do mnie mężyk poźnym wieczorem,  po pracy, już spod bloku i oznajmia dziwnie radosnym tonem:

-         Kochanie wyprowadziłem zwierzynę na spacer!!!

Faktycznie, w tle słychać było jakieś poszczekiwanie, szum ulicy, wszystko świadczyło o tym, że wietrzenie Białej Dupy trwa w najlepsze.  Ale, ale.. coś mi tu nie gra ... zreflektowałam się po krótkiej chwili – skąd ta liczba mnoga? Zwierzynę? O ile sobie dobrze przypominam, mamy tylko psa, a ona nawet pcheł nie ma, więc...

-         Jaką zwierzynę?
-         No psa i ... żubra 

środa, 5 maja 2010

EKOLOG

Labradory mają serce ze złota, a żołądek ze stali. Szlachetnej, hartowanej na smakołykach, które niejednego człowieka zaprowadziłyby na ostry dyżur. A Travis nic, najwyżej kończy swoje eksperymenty kulinarne eleganckim haftem. Ale tylko w naprawdę ekstremalnych przypadkach.

Zazwyczaj to, co kundello zeżre, opuszcza go w bardziej tradycyjny sposób, to jest „tylnymi” drzwiami... Zanim Biała Dupa przyjmie swoją charakterystyczną pozycję a'la gotowy do startu kangur, wysyła szereg niedwuznacznych sygnałów. Zaczyna przestępować z łapy na łapę, dreptać w miejscu, ciągnąć się raz w prawo, raz w lewo, kręcić się i wiercić. Czarne kółeczko pod psim ogonem robi się coraz większe, coraz bardzie okrągłe... I już wiadomo, że trzeba natychmiast znaleźć kawałek trawnika.

Białas jest  bardzo eleganckim psem, nigdy nie załatwi się ani na chodniku, ani na ulicy, ani na drodze. Musi pod łapami poczuć miękka, zieloną darń, pewnie po to, żeby było czym zadrapać. Ale jako powszechnie wiadomo, nie rozwiązuje to sprawy. Po piesusiu trzeba posprzątać, nie jest to w końcu kupa roboty, aromaty wprawdzie mało zachęcające, ale jak przystało na praworządną obywatelkę tego pięknego kraju poświęcam się w imię nieobsranych trawników.

Zignorowałam więc ostatnio jednoosobową lożę szyderców w postaci mojego męża, który za moimi plecami i Travisowym wypiętym tyłkiem powtarzał radośnie: „Ha, ha, ha, Pani sra psem, Pani sra sobie psem!”.
Wiele mnie to kosztowało, ale uniosłam się honorem i zachowałam zimną krew. Nic nie powiedziałam, wyjęłam foliową torebkę, pozbierałam najświeższą dostawę koralików made in Biała Dupa i umieściłam całość w pojemniku do tego przeznaczonym. Bardzo byłam z siebie dumna, dopóki nie usłyszałam, jak mój mąż mówi: 
No i co ty zrobiłaś najlepszego??? Teraz psia kupa będzie się rozkładała 300 lat...

wtorek, 4 maja 2010

KONFLIKT INTERESÓW

Travis jest łakomy. Jak każdy labrador lubi sobie dobrze zjeść.
Kiedy wracam z pracy, wita się ze mną i zaraz leci pod lodówkę. Staje przed białymi drzwiami, ogląda się na mnie, rzuca mi niedwuznaczne spojrzenia i merda ogonem. A może to ogon merda psem? Już sama nie wiem; w każdym bądź razie całym sobą daje mi do zrozumienia, że ma ochotę na coś dobrego, może być plasterek kiełbasy, paróweczka, kawałek kotleta – obojętne, nie jest wybredny. A skoro już przyszedł Otwieracz – nie mylić przypadkiem z Panią, to niech otworzy lodówkę, wyjmie i da coś dobrego psu …
Mam miękkie serce. Nie jestem w stanie znieść tego żebrzącego spojrzenia, tych umizgów i trącania wilgotnym nosem. Zwykle ustępuje sile psiego nacisku i wygrzebuję jakiś smakołyk dla sierściucha.
Czasem jednak na tym tle powstaje konflikt interesów. Zazwyczaj wtedy, gdy obydwa moje oblechy, ten na czterech łapach i ten na dwóch, mają ochotę na to samo.
Dostałam już raz po głowie, bo dałam kundlowi wędzone udko z kurczaka, które, tak na marginesie, już prawie wychodziło z lodówki. Kiedyś wrzuciłam do psiej miski starego, obeschniętego kotleta, którego mój mąż po pięciu sekundach wyciągnął dosłownie sprzed travisowego nosa i ku mojej (i psiej także) rozpaczy… spożył, twierdząc, że jest jeszcze całkiem smaczny i szkoda wyrzucać… Ostatnio cisnęłam Białasowi spory kawałek kiełbaski, ignorując z premedytacją dramatyczny, mężykowy wrzask:
- Zostaw, nie dawaj mu, to moja kiełbasa!!!
Rzuciłam mimo to, ślubny także rzucił, ale się na ratunek krakowskiej obsuszanej, w związku z czym wywiązała się między nami mała szamotanina. Mąż próbował zabrać kundlowi darowany smakołyk, ja nie chciałam na to pozwolić, więc broniłam leżącego na podłodze kawałka kiełbasy jak Ordon reduty. Śmiejąc się dziko, przepychałam się z moją drugą połową i wrzeszczałam do Travisa, żeby się pośpieszył, a do męża, żeby mu nie zabierał, bo jak sierściuch zeżre na szybko, to się porzyga i to zaraz.
Pies głupi nie był, nauczony doświadczeniem wykazał się znakomitym refleksem. Błyskawicznie podbiegł, przecisnął się między naszymi nogami, złapał wędlinę i… połknął ją w całości, nawet nie gryząc. Niestety.
Zgodnie z moimi przewidywaniami na efekty nie trzeba było długo czekać. Nie minęła nawet minuta, a Travis puścił pawia – jedno krótkie „bleee” i kiełbasa, w stanie nienaruszonym, nieco tylko obślimaczona, znów znalazła się na panelach razem z częścią piesusiowego śniadania...
Mężyk nie zastanawiał się nawet chwili, podszedł do psiego haftu, wziął wyrzygany kawałek w dwa palce, uniósł triumfalnie do góry i z dziką satysfakcją oznajmił:

- „Oooo!!! Mooooja kiełbaska!!!!

Zagroziłam, że nie dotknę go więcej nawet długim kijem, jeśli ją zje. Pomogło. Z ociąganiem i wyraźnym żalem, ale umieścił wędlinę z odzysku w koszu na śmieci..