czwartek, 29 kwietnia 2010

TRZECIA ROCZNICA



Wylazłam z wanny, zawinęłam się w ręcznik i sięgnęłam po szczoteczkę do zębów. Gadzina zaślubiona nadal siedziała w wodzie. A mi zebrało się na sentymentalne rozmowy i wspomnienia, napomknęłam nieśmiało, że kolejna, już trzecia rocznica ślubu za nami, że znamy się prawie czternaście lat, ale zanim zdążyłam powiedzieć coś więcej, usłyszałam głos z wanny:- Ponad ćwierć wieku... A rocznica ślubu szósta Kochanie!Fakt, zapomniałam o mężykowej teorii, że w niewoli lata się liczą podwójnie...Nie powiedziałam nic, bo w paszczy miałam pełno piany i ze stoickim spokojem kontynuowałam mycie zębów. Tymczasem luby ciągnął swoje dywagacje, zachęcony najwyraźniej moim milczeniem i w końcu oznajmił:- Chociaż... z Tobą to chyba powinienem liczyć w psich latach!!! Jak to było? Siedem lat za pierwszy rok, potem po cztery...Wyszło mu, że spędził już ze mną ponad pięćdziesiąt lat! To był tłumaczyło tę siwiznę na mężykowych skroniach, żeby nie napisać na tym durnym łbie.
..

środa, 28 kwietnia 2010

HISTORIA PEWNEGO MAŁŻEŃSTWA

  
Długo szukałam swojego rycerza na białym koniu, niestety, to gatunek na wymarciu i łatwo o pomyłkę. Mam ich na koncie trochę. Ale znalazłam tego swojego jednego, jedynego – mężyka, choć był taki moment w moim życiu, że gdyby mi ktoś powiedział, że będziemy jeszcze kiedykolwiek razem, to wyśmiałaby go szczerze i serdecznie.

Różnie między nami bywało. Bardzo różnie. Czasem dobrze, czasem bardzo źle.

 Kiedy się poznaliśmy wiele lat temu, byliśmy jeszcze oboje dzieciakami, mieliśmy po siedemnaście lat. Chodziłam do trzeciej klasy liceum i uważałam się za głupią, grubą i brzydką. Byłam strasznie smutnym stworzeniem, któremu spod góry kompleksów nawet czubka głowy nie było widać. A on sprawił, że zaczęłam się uśmiechać. Wszystko było wtedy dla nas nowe i pierwsze. To były cudowne, szczenięce lata.
 Potem zdałam na studia i przeprowadziłam się do wielkiego miasta. On został, chodził do pięcioletniego technikum. Mimo odległości i tęsknoty radziliśmy sobie i nasz związek też. Ciągnęłam go za uszy na politechnikę, chciałam, żebyśmy byli razem, byłam pewna, że wszystko się ułoży. Myliłam się. Było coraz gorzej. Na drugim roku on postanowił zmienić całe swoje życie i pewnego dnia po prostu... wrócił do domu, do mamusi i tatusia. Wkrótce jednak upomniała się o mojego lubego ojczyzna i obuła go w eleganckie kamaszki. Nie wydawał się tym faktem zmartwiony, ja wręcz przeciwnie.

 To były trudne miesiące, natura nie lubi próżni, a kobieta samotności. Nie zrobiłam tego celowo, nie szukałam przygód, po prostu pewnego dnia trafił mnie grom z jasnego nieba, choć to było pod dachem. Zobaczyłam kogoś, poznałam i zadurzyłam się. Głupio, żeby nie powiedzieć kretyńsko. Polazłam jak świnia w błoto. W ciągu dwóch tygodni rozwaliłam w drobny mak blisko pięcioletni związek. Trawa po drugiej stronie wydawała mi się wtedy jednak zdecydowanie bardziej zielona...

Czarę goryczy przelał samotny Sylwester, po nim przyznałam się bez bicia i przymusu, co jest grane. Żeby było zabawniej, zrobiłam to dokładnie w Nowy Rok; na najpotężniejszym kacu jaki miałam chyba w życiu zostawiłam mojego obecnego mężyka. A potem radośnie rzuciłam się w wir nowego związku. Jak się rychło okazało, bardzo zdradliwy... w dosłownym znaczeniu tego słowa.  Pozostał mi po nim trwały i głęboki uraz do kurdupli, nie trawię facetów wzrostu siedzącego psa, nic na to nie poradzę, staram się walczyć ze swoim uprzedzeniem, ale bez powodzenia. Może dlatego, że bardzo długo leczyłam się z tamtego związku... Ale jak to mówią - dupa nie jabłko, może być obita. Moja była i to porządnie.

Mówią także, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ja wlazłam. Znów miałam nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie wiem, skąd mi się wtedy wzięło to naiwne przekonanie, zwłaszcza, że niewiele robiłam w tym kierunku. Po jakimś czasie luby odpłacił mi pięknym za nadobne. Nauczyłam się wtedy, że zawsze może być gorzej i obecnie w wielu sytuacjach myśl ta jest dla mnie perwersyjnym pocieszeniem :-). Kiedy zmarł mój tata, wracałam na studia z przeświadczeniem, że nic gorszego już się nie może zdarzyć. Los bywa jednak czasem bardzo złośliwy... Szybko się okazało, jak bardzo się myliłam, w związku z tym już nigdy, przenigdy, w żadnej sytuacji tak nie mówię. Na wszelki wypadek. Bo zawsze może być gorzej...

Kilka tygodni po pogrzebie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Moja kobieca intuicja mnie nie zawiodła. Luby przyciśnięty do muru i zmuszony do złożenia wyjaśnień wyznał jak na spowiedzi... że się zakochał. I to z wzajemnością. W mężatce z dzieckiem, żeby było jeszcze zabawniej. Ponoć w trakcie rozwodu, co to chyba do dnia dzisiejszego nie doszedł do skutku.  Mniejsza o to. Czułam się, jakby mi cegła spadła na głowę z jasnego nieba, o co w sumie w tym mieście, pełnym rozlatujących się kamienic nie było trudno. A jednak mnie to zaskoczyło. Nie układało się nam, to fakt, wiedziałam, że jest źle, ale nie sadziłam, że aż tak. Zrobiłam wtedy wszystko, żeby do mnie wrócił. Kiedy czasem teraz myślę o tamtej sytuacji, żałuję, że nie pozwoliłam mu odejść, że się nie przekonałam. Siedzi mi do dziś w głowie uparta myśl:

Jeżeli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy Twoje nie było...

Nie sprawdziłam, nie przekonałam się. Pewnie dlatego już zawsze będę się bać... Miał rację Salomon nie tylko w tym stwierdzeniu, ale także mówiąc, że pustego w próżne nalać to i on nie potrafi. Obiecywałam mężykowi złote góry, cuda na kiju i gwiazdkę z nieba.... Uwierzył mi. A ja żadnej z tych rzeczy nie miałam i co się z tym wiąże, po prostu nie mogłam mu ich dać. Na efekty nie trzeba było długo czekać...

Kilka miesięcy później wszystko rozpadło się po raz kolejny, a ja usłyszałam od niego swoje słowa sprzed tygodni: wiedziałem, że jest źle, ale nie sadziłem, że aż tak, że to się tak skończy. Usłyszałam je, kiedy pewnego dnia coś we mnie pękło ostatecznie i powiedziałam, że to koniec, definitywny, że ja już nie chcę dłużej tego ciągnąć. Byłam tego pewna, chciałam zacząć wszystko od nowa. Tak wtedy czułam. Chciałam być uczciwa, choć bardzo ciężko było mi podjąć tę decyzję po siedmiu wspólnych latach. Tyle czasu, tyle wspomnień... Kiedy odłożyłam słuchawkę, rozpłakałam się jak dziecko. Myślałam, że to będzie prostsze...

 Zostałam sama. Nigdy nie należałam do kobiet, które jak małpy skaczą z drzewa na drzewo. Wolałam zaczekać, choć za długo nie musiałam, spieszyło mi się do własnego domu, rodziny, męża i dzieci. Próbowałam nadgonić bezpowrotnie, jak mi się wtedy wydawało, stracony czas i o mało nie wyszłam za mąż za takiego jednego faceta... po raptem trzech miesiącach znajomości. Moja mama z kolei o mało nie dostała zawału na wieść o moich planach. Został mi po nich tylko pierścionek zaręczynowy, którego nigdy nie włożyłam... . Zostały wspomnienia tamtego czasu, czasem myśl, że może się pomyliłam, że może trzeba było wybrać inaczej, podjąć inną decyzję, bo był ktoś jeszcze, bardzo dla mnie ważny. Ale to trochę tak, jakby przed Gdańskiem zorientować się, że można było skręcić pod Krakowem i pojechać w zupełnie innym kierunku...

No cóż, orientacją w terenie to się raczej pochwalić nie mogę, refleksem i spostrzegawczością też nie grzeszę, pod pewnymi względami jestem kompletną pierdołą, zdarza mi się w centrum handlowym wyjść z butiku i poważnie się zastanawiać, którędy do wyjścia... No i ślepota za mnie totalna, nigdy nie potrafiłam zauważyć, że się komuś podobam. Ze dwa lata temu spotkałam kolegę, który zaprosił mnie na swoją studniówkę. Tak sobie z nim pogadałam, powspominałam licealne czasy i nagle on powiedział coś, co zabrzmiało co najmniej dziwnie, a na mnie iluminacja spłynęła i załapałam, dlaczego wtedy wybrał akurat mnie... Rychło w czas, jak to ja. No cóż, w liceum byłam tak świecie przeświadczona o swojej brzydocie, że byłam skłonna podejrzewać, iż zrobił to z litości... Z perspektywy czasu coraz częściej jednak dochodzę do wniosku, że taka paskudna, jak mi się zawsze wydawało chyba jednak nie jestem. Choć wersja, że po prostu przyciągałam turpistów może być również prawdopodobna :-) Tylko dziwnie dużo ich było, cóż, być może po prostu niektórzy faceci mają dziwny gust...:-)

 Dziwne też bywa życie, czasem potrafi porządnie zaskoczyć. Tyle lat szukałam tego jednego, jedynego, najlepszego, najcudowniejszego na świecie, a on był tuż obok. Zawsze, czasem dalej, czasem bliżej, ale na wyciagnięcie ręki. Cieszę się, że kiedy to w końcu do mnie dotarło, on nadal był tam, gdzie go zostawiłam. Czekał. Ciężko było posklejać nasz związek po raz kolejny, ale czasem myślę, że gdyby nie to wszystko, co się wydarzyło, gdyby nie te rozstania i powroty, nigdy nie bylibyśmy już razem.
Wiele się nauczyłam. Wybaczać, zapominać, przepraszać, także tolerancji i szacunku. Nauczyłam się kochać mojego męża takim, jakim jest,  z całym dobrodziejstwem inwentarza, z wadami i zaletami. Nie jest idealny, nigdy nie był, ale nie ma to dla mnie obecnie żadnego znaczenia. Nie próbuję go zmieniać, choć bardzo się różnimy (no dobra, może trochę). On jest milczkiem, ja gadułą, on spokojny, ja nerwus, on opanowany, ja narwana... długo można by wymieniać. Nie jesteśmy idealnym małżeństwem, choć może stwarzamy takie pozory. Ja święta nie jestem, on czasem doprowadza mnie do szału, wnerwia, irytuje i złości. Nie zawsze jest miło, zabawnie i śmiesznie. Czasem jest tak smutno i źle, że wracają pytania bez odpowiedzi. Ale nawet w takich chwilach nie zamieniłabym mężyka na żadnego innego.
Takiego sobie wybrałam, takiego lubię, takiego kocham...

Mam nadzieję, że będę mogła znów powiedzieć tak za rok i powtórzyć to, kiedy miną kolejne lata, że nadal będę mieć pewność, że to ten, że to z nim chcę być. Taką niezachwianą pewność, jak wtedy, kiedy szliśmy razem do ołtarza trzymając się za ręce. Taką na... dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

Całkowitej chyba nigdy się nie ma. Moja stara ciotka zwykła mawiać, że tylko po minimum(!) pięćdziesięciu wspólnie spędzonych latach można ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że to był ten jeden, jedyny lub... że to nie ten :-)

Za nami już prawie czternaście wspólnych lat, wliczając przerwy. Jeszcze trzydzieści sześć i będę ją miała :-)

wtorek, 27 kwietnia 2010

ROCZEK

Wstałam w niedzielę późno, pokręciłam się po domu, popatrzyłam na komputer, w końcu usiadłam w fotelu. Opaliłam moje stare pudło, pomyślałam sobie, że raz kozie śmierć i zaczęłam pisać...

Dokładnie rok temu, dwudziestego siódmego kwietnia powstał ten blog.

 Na początku nawet pies z kulawa nogą tu nie zaglądał. Tylko kilka bardzo bliskich mi osób wiedziało o istnieniu tego miejsca. Potem pojawiły się kolejne, poszerzał się powoli krąg wirtualnych przyjaciół i znajomych, poznawałam kolejnych, fantastycznych ludzi. Z wieloma mam kontakt mailowy, z jedna sztuką nawet telefoniczny J. Nie zdecydowałam się jeszcze na przeniesienie żadnej znajomości do świata realnego, ale kto wie, może kiedyś? Cenię sobie swoją anonimowość, szanuję swoją prywatność, dlatego pewnych rzeczy, spraw nigdy tutaj nie opiszę, choć niekiedy mam ochotę, choć czasem mnie kusi...

Tak to już jednak jest, blogowanie zawsze stawia przed dylematem, co i w jakim stopniu odsłonić, co powiedzieć między wierszami, a co przemilczeć, schować głęboko. Dlatego czasem nie piszę,  potrzebuję po prostu czasu i spokoju, żeby zapomnieć lub opowiedzieć o tym, co mnie gryzie, cieszy, zachwyca... A jest tego tyle, że coraz częściej „posty nienapisane” przepadają mi, giną gdzieś bez wieści, choć staram się przed tym bronić, zatrzymywać słowem, ile się tylko da.

Lubię tu być, to moje miejsce w sieci. Lubię ludzi, którzy tu zaglądają. Lubię pisać, lubię siedzieć na balkonie i czytać, zwłaszcza teraz, wiosną. Lubię zapach miasta po burzy, lubię czereśnie, słodkie, dojrzałe, soczyste, lubię minę mojego rozespanego psa, kiedy złazi rano z kanapy i przeciąga się jak kot, lubię zgryźliwe komentarze mojego męża, lubię czasem zatrzymać się na środku chodnika, zadrzeć brodę do góry, wystawić twarz do słońca i cieszyć tak głupio i bez powodu, że świeci i ciepło.

Niezmiennie, dokładnie tak samo jak rok temu, a może i bardziej - zachwyca mnie życie, wciąż, w każdym jego przejawie i aspekcie. Ja je po prostu lubię :-).
Choć tęsknię za zmianami, choć czasem skrzywię się, ponarzekam, wyskoczę z wyrzutami, że głupie i niesprawiedliwe, to tak naprawdę ciągle je lubię.

Takim, jakim jest. Tu i teraz.

piątek, 23 kwietnia 2010

KOMPLEMENT

Poszliśmy z mężykiem do kina.
 Decyzję o wyjściu podjęliśmy na szybko, więc nie miałam za dużo czasu na zebranie się do kupy. Wciągnęłam na tyłek to, co mi akurat pod rękę wpadło: jeansy, topik, jakiś sweter. Rzut oka w lustro tylko upewnił mnie, że wyglądam jak siódme dziecko stróża, ewentualnie jak on sam w Boże Ciało, ale nie miałam czasu, żeby się przebrać, więc pocieszyłam się tylko myślą, że na sali kinowej jest ciemno i za wiele nie będzie widać.

Polecieliśmy. Zdążyliśmy. Zasiedliśmy w fotelach, zdjęłam kurtkę, światła nieco przygasły, na ekranie pojawiły się reklamy a ja czuję, że ślubny zamiast patrzeć na nie... łypie ślepiem na mnie. Raz, drugi, trzeci... No lampi się i już!. Zjeżyłam się cała i tylko czekam na komentarz celnie i złośliwie podsumowujący mój mało wyjściowy image. Cisza. Nic. Mężyk ciągle na mnie zerka. Nie wytrzymałam ciśnienia i się kulturalnie pytam:

-   Co się tak na mnie gapisz?
A ten w odpowiedzi serwuje mi uśmiech numer pięć i mówi:

-  Wpadłaś mi w oko...

Już, już miałam się ucieszyć, już prawie zrobiło mi się miło, kiedy usłyszałam jak patafian dodaje:

... i zalazłaś za skórę.. :-)

środa, 21 kwietnia 2010

USZKO



Czasem nie ma mnie w domu cały dzień, obowiązki w firmie wzywają i mocno absorbują, ale zawsze staram się chociaż dryndnąć do mojego lubego i zamienić kilka słów lub tylko go usłyszeć, tak po prostu. Tak było i wczoraj. Zrobiłam sobie w końcu małą przerwę, wzięłam telefon i dzwonię wieczorem do mężyka - chwilę gadamy o głupotach, o tym, jak mu minął dzień. Pytam przy okazji, co porabia Biała Dupa i słyszę w odpowiedzi, że sierściuch już się zalogował na kanapie i śpi. Proszę więc moją drugą połowę:- Podrap ode mnie piesusia za uszkiem
W odpowiedzi słyszę zdecydowane stwierdzenie:- Nie mogę
- Ale dlaczego?
- Bo on leży na uszku, a nie za..

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

APPENDIX

 
Nie mylić z tłumaczeniem się.
 W sumie to tylko informacja, epilog do tekstu "A to Polska właśnie"

Odkąd istnieje ten blog, mam „miły” zwyczaj usuwania spamu i kasowania komentarzy, które obrażają mnie, innych komentatorów lub osoby opisane. Zawsze przestrzegałam tego z żelazną konsekwencją. Nie deklaruję, że będę to robić, nie ostrzegam potencjalnych czytelników, po prostu usuwam, mam do tego prawo i z niego korzystam. Ale dziś postanowiłam zrobić wyjątek.

Zamierzam pozostawić wszystkie opinie, które pojawiły się pod tekstem „A to Polska właśnie”. Stały się one bowiem jego appendixem, swoistym suplementem mojej wypowiedzi, z której nie będę się tłumaczyć, toteż uprzejmie przepraszam wszelkich nadal zainteresowanych i oczekujących, ale zamierzam odpowiedzieć tylko na wybrane komentarze.

Cieszę się, że nie byłam odosobniona w swoich niepoprawnych politycznie odczuciach, za wyrazy uznania dla literackiej wartości tekstu hurtowo dziękuję, za krytykę, obelgi, inwektywy i wyzwiska także, przy lekturze większości uśmiałam się szczerze i serdecznie. Rozczarowanych moją reakcją uprzejmie informuję, że nie jestem już małą dziewczynką (niestety i na szczęście), która się przejmie cudzymi opiniami, usiądzie, zapłacze rzewnymi łzami, a potem zacznie się bić w piersi i przepraszać. Napisałabym, że spływają po mnie one jak po kaczce, ale w świetle ostatnich wydarzeń mogłabym być źle zrozumiana, więc powiem tylko tyle: to co myślą o mnie inni, zwłaszcza Ci, którzy mnie nie znają, zwisa mi i powiewa.

W związku z powyżym serdecznie pozdrawiam Panią Barbarę (nazwisko litościwie przemilczę), która wysłała do mnie mail o treści: "pierdol się ubeku -- chuj ci w dupę"

Nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć (z wrodzoną ironią): "A to Pol(s)ka właśnie" :-)

piątek, 16 kwietnia 2010

SZCZELINOMIERZ


Obudził mnie ostatnio dzwonek do drzwi i tubalne szczekanie, które było naturalną konsekwencją tego pierwszego. Zwlokłam się z łóżka zaledwie po trzech godzinach snu, więc kwaśna mina, z którą otworzyłam drzwi kurierowi, była całkowicie usprawiedliwiona. Pies przynajmniej stanął na wysokości zadania i powitał pana w sposób kulturalny, radośnie waląc ogonem w szafe wnękową. Ja jakoś nie podzielałam jego entuzjazmu, miałam ochotę warknąć: „Czego”, ale się powstrzymałam. Z trudem, bo na żadna przesyłkę nie czekałam, nie zamawiałam niczego, więc dlaczego, do jasnej ciasnej, ktoś mnie budzi w środku nocy? Kiego grzyba?

Tajemnica wyjaśniła się szybko, rzut oka na dane odbiory i już wiedziałam, kto mi taką niespodziankę sprezentował. Mój ukochany, choć nieukrywam, że tego ranka moje uczucia do niego dalekie były od miłości, oj dalekie...
Zwłaszcza kiedy okazało się, że przesyłka jest za pobraniem i jeszcze muszę za nią zapłacić!!! No to już były szczyty!!! Zatrzasnęłam z hukiem drzwi za kurierem, zadzwoniłam do ślubnego, w niezbyt kulturalnych słowach powiedziałam, co myślę na temat tej całej sytuacji, rzuciłam słuchawką, a właściwie to pizgnęłam całym telefonem i powlokłam się z powrotem do łóżka.

Ale niestety! Pozycja pionowa jest w naszym domu znakiem, którego pies nigdy, przenigdy nie przegapi! Nawet zdrzemnąć mi się już nie udało, bo kundel zażądał spaceru zanim zdążyłam wrócić do wyrka... Mus nie rada, poszliśmy, ja mieląc w zębach przekleństwa, Białas bardzo zadowolony z takiego rozwoju sytuacji. Paczką do ślubnego się nawet nie zainteresowałam, cisnęłam ją na stół w kuchni, ale kiedy wrócił z pracy i zaczął rozrywać kopertę, rzuciłam w jej kierunku okiem. Złym i niewyspanym. Mężyk rozjarzył się jak stuwatowa żarówa, kiedy wyciągnął z koperty jakieś cienkie blaszki, a mi posłał przepraszający uśmiech i obietnicę:

-         Kochanie, wynagrodzę Ci tę pobudkę..
-         Że niby jak??? Co to w ogóle jest?
-         Szczelinomierz. Do regulacji zaworów. A jak...? Yyyyyy... będę Ci go pożyczał!!!

Skrzywiłam się. Że niby do czego ma mi się przydać takie cudo ???
Chwila zastanowienia i mężyk znalazł odpowiedź na moje pytanie...

- Będziesz sobie mogła zmierzyć pierwsze zmarszczki!!!

czwartek, 15 kwietnia 2010

A TO POLSKA WŁAŚNIE...

 
Jazgot.
W mediach, w internecie, w prasie, na ulicach. Zamiast szeroko rozlanego, kojącego oceanu spokoju, braterstwa i wspólnoty - burza w szklance wody. Aż po linię horyzontu spienione bałwany. Na fali tragedii wypływają wszystkie polskie kwasy i zakwasy. Chleba z tego nie będzie, tylko woda na młyn, szum i zamęt. 

 Dookoła mnie jazgot. Złe, nienawistne głosy z prawa i lewa. Obrzucają wszystko i wszystkich i siebie nawzajem świeżo bitą pianą. Słowami jak tortami. Bitwa trwa. Zabawa mało śmieszna. Bitwa na tanie bułki z masłem. Polskim, tradycyjnym masłem maślanym. Zjełczałym.

Ponoć to była nawet nie bułka, tylko kajzerka z margaryną, dla tych, którzy chcieli zmienić władzę w Polsce. Ten cały wypadek. Ta cała tragedia już rozpisana na głosy, kwestie i didaskalia, przerobiona na farsę już rozgrywaną na scenie. Państwowej, lokalnej i na podeście tramwaju.
Jadę i podglądam występ miejscowej trupy. Podsłuchuję fragment dialogu:

- Pani, słyszała Pani, jaka straszna tragedia?
- Straszna. Taki dobry prezydent zginął. Szkoda że zamiast niego ten Żyd Tusk nie leciał...
-  Szkoda. Teraz już się tylko modlić się można za tych, co zginęli i za Polskę...
-  Ja jestem prawdziwą katoliczką, ja się modlę tylko za Kaczyńskiego! Ruscy się wzięli i go zabili...

 Wstaję. Wychodzę. Wysiadam od kilku dni. Wszędzie błoto po kostki. Polskie bagienko. Niedobrze mi. Głowa pęka od tego jazgotu. Mdli mnie. A suflerzy wrzeszczą. Jak w taniej tancbudzie. Jak na jarmarku. Jak na targowisku:

 Zabiła ich ludzka nienawiść. Zginęli ci, którzy nakręcali spiralę nienawiści. Bóg tego nie chciał. Bóg tak chciał. To on przemówił, dał znak, pokazał palcem, chociaż to brzydko. Ta tragedia to jego palec, choć go nie znaleziono na miejscy katastrofy i ciągle nie wiadomo: kciuk czy wskazujący?
Ciska się więc kamieniami na wszystkie strony świata, na wszelki wypadek, na oślep.

To była zemsta Stalina zza grobu. Nieludzka ziemia znów morduje. Rosyjski sabotaż. Bomba w ogonie. Terrorysta na pokładzie. Pilot samobójca. Pożar w samolocie. Tajemnicze strzały.
 Niebo dla zmarłych, spokój i pokój. A dla Polski piekiełko. W nim jazgot i ujadanie. Powarkiwanie i podgryzanie, jak nad parująca kością.
 Nad kościami.
Kto winien, czego, komu, co i dlaczego, po co, na co, kogo i gdzie.

Gdzieniegdzie cicha, dobrze skrywana radość. Z nowego stołka i nie tylko. Sprzedawcy kebabów na Placu Zamkowym zacierają ręce urobione po łokcie i sosy w barwach narodowych, ciesząc się z niespodziewanego ojcostwa. Łatwy i szybki zarobek kurewską córką okazji. Jak jej nie wykorzystać? Szyją się więc, szyją na potęgę polskie flagi jednorazowego użytku. A media ryją, ryją jak świnie w kartoflisku. Wykopały prezydenckie psy i koty, przerobiły na kiełbasę. Wyborną, wyborową, a może wyborczą. Sprzedała się na pniu. Potem wygrzebały stewardessy jeszcze nie pogrzebane i zaserwowały. Kolejne ogary już poszły w las, tropią, węszą, z kim by tu jeszcze porozmawiać, co opisać, czyją rozpacz, tragedię. Wykopują co smakowitsze kąski, podsycają ogień i apetyty, gotują i warzą nastroje społeczne. Wpychają te trumny Polakom głęboko do gardła, na siłę, aż do wyrzygania.

 Przesyt i ujadanie. Kto winien, czego, komu, co i dlaczego, po co, na co, kogo i gdzie

W Warszawie, w Krakowie, w nogach Piłsudskiego czy obok, ramię w ramię? Czy posunie się wielki Marszałek? To afront, profanacja czy wywyższenie? Kogo i czego? Farsa, bufonada, jarmark próżności, hołd godności czy cele nadrzędne? Kto kazał, kto wskazał takie miejsce przechowywania, pochowania, czemu Dziwisz, się, że nie drogą demokratycznych wyborów? Społeczne larum, protesty, antyprotesty, serce na dłoni, a grymas na twarzy Polaka. Niezadowlenia. Frustracji. Komisję śledcza powołać, osądzić żywych i zmarłych, czy godni i czego, pilotów za błędy domniemane i nawet pogodę, bo zła była, nie stanęła na wysokości zadania w służbie narodu.

Postępujące skundlenie obyczajów.
Chować. Jak najszybciej. Niech to się już skończy. Chować. Najlepiej w mysiej dziurze.
Się.
 Ze wstydu.

 Psy szczekają, karawana jedzie dalej.
 Karawana karawanów.
Ona nie słyszy. Ona nie słucha.
Tego jazgotu.
  Dzięki Bogu. 

niedziela, 11 kwietnia 2010

PSIKUS

Travis ma problem. Poważny. 
Z dokonaniem wyboru, czy stacjonuje na balkonie, czy w mieszkaniu. A jak już nawet podejmie decyzję, to weryfikuje ją po kilku minutach, żeby po krótkim czasie zmienić ja po raz kolejny.

Drap, drap – chcę na balkon. Drap, drap – mam ochotę wejść do środka. Drap, drap, wypuść mnie, zmieniłem zdanie. Drap, drap, otwórz drzwi, już się nasiedziałem. Drap, drap wolę jednak wyjść. Drap, drap, nabrałem ponownie weny na pobyt w mieszkaniu. Drap, drap, otwórz mi, chcę na balkon...
 Szału można dostać. Wczoraj, po kolejnej psiej komendzie wydanej przy użyciu biszkoptowej łapy, mój mąż stracił cierpliwość i postanowił zemścić się na Białej Dupie. Usłyszałam tylko złowrogie:

-         Chcesz na balkon? Dobrze...
Wypuścił pieska, zamknął za nim dokładnie drzwi i powiedział:
- Ja Ci pokażę...
     
Poszedł do przedpokoju i przyniósł sobie buty, choć nigdzie się nie wybierał. Zainteresowało to natychmiast psa, który przykleił nos do szyby i zaczął obserwować mężykowe poczynania z wyraźnym zaciekawieniem. Ślubny postawił buty obok kanapy i poszedł po kurtkę. Wyjął ją z szafy ostentacyjnym gestem i położył na fotelu. Pies zerkał zza szyby z coraz większym niepokojem, nawet drapnął łapą w drzwi, tak od niechcenia, żeby nam o sobie przypomnieć. W końcu Pan dawał mu jednoznaczne sygnały: wyjściowe obuwie plus odzież wierzchnia równa się spacerek. Kundello merdał coraz mocniej ogonem, popiskiwał cicho, próbując zasygnalizować mojemu mężowi, że on też by się chętnie przewietrzył ... Ale od ukochanego Pańciunia dzieliła go gruba szyba...

Mężyk powoli, z namaszczeniem założył pierwszy but, zawiązał dokładnie sznurówki pogwizdując jednocześnie sobie pod nosem. Usłyszał to Białas, który z coraz większą rozpaczą obserwował pańciowe poczynania i zaczął skrobać już całkiem serio łapą w drzwi. Tymczasem mężyk założył drugiego buta, również wiele czasu poświęcając na jego dokładne zasznurowanie; pies zaczął głośno skomleć, niemal wyć, domagając się dobitnie zabrania na spacer, na który nawyrażniej wybierał się jego Pan! A ten, jakby nic nie słyszał, spokojnie szykował się do wyjścia, ostentacyjnie ignorując biednego psa. Kiedy wstał i zaczął zakładać kurtkę, Białas zaczął szaleć z rozpaczy! Nie zabierze mnie, zostawi, nie zabierze!!! Stanął na tylnych łapach, a przednimi jak oszalały drapał w drzwi, za wszelką cenę chciał się dostać do środka, w końcu jego Pan wybierał się na spacer, a o psie zapomniał! Kiedy mój mąż skierował się do drzwi, kundlowa desperacja osiągnęła apogeum – Białas biegał tam i z powrotem po balkonie, skomlał, szczekał na przemian z rozpaczliwym szorowaniem pazurami po szybie i wyciem. Ja też wyłam, ale z śmiechu, po prostu tarzałam się po sofie trzymając za brzuch. A pies rozpaczał - Poszedł, no poszedł sobie Pan bez niego!
Ale wrócił. Postał kilka minut pod drzwiami, potem cofnął się, wpuścił do mieszkania szalejącego z radości, skaczącego psa, który podbiegł natychmiast do wyjścia, sądząc, że już, już właśnie teraz pobiegnie na spacer...
A tymczasem mój mąż zdjął kurtkę, buty i rozsiadł się z powrotem na kanapie.
 Bardzo z siebie zadowolony.

sobota, 10 kwietnia 2010

ŻAL

Najpierw myślałam, że to jakiś głupi żart. Makabryczny, nonsensowny dowcip. Zaczęłam się zastanawiać, czy dziś przypadkiem nie jest prima aprilis, ale nie, pomyślałam po chwili, przecież już był. I zrozumiałam, że to musi być prawda.
 
Najbardziej mi żal, tych, którzy… zostali.
Myślę o Marcie Kaczyńskiej, która straciła dziś oboje rodziców, o małej Ewuni, która nie zobaczy więcej dziadka Leszka. Nie umiem sobie wyobrazić rozpaczy dzieci, których rodzice zginęli dziś rano, ani starych rodziców, którzy tak nagle i niespodziewanie stracili swoje dzieci. I nawet nie chcę, ja wiem, aż za dobrze, że tylko we własnym bólu można być, o cudzym – zaledwie pomyśleć.

Myślę o wyrwie, jaką zostawi ta katastrofa nie tylko w polskiej historii, ale przede wszystkim – w tak wielu rodzinach. Myślę o tych, których twarze nie pojawią się w głównym wydaniu wiadomości. O pilotach tego samolotu, o stewardessach, o prezydenckiej ochronie. Zginęli nie tylko politycy, ale…po prostu ludzie. Dziadkowie, rodzice, matki, ojcowie, przyjaciele, żony, mężowie, córki, bracia, siostry, przyjaciółki, koledzy. Po każdym z nich zostanie pusta przestrzeń na wiele lat. Żałoba się skończy, Polacy wstaną z kolan, otrzepią spodnie i wszystko się dalej potoczy swoim zwykłym torem. Życie. Po nocy przyjdzie dzień, po wiośnie lato. Tak już ten świat jest urządzony. Wyjrzałam dziś za okno z nadzieją, że może coś się zmieniło. A tam wszystko było jak zwykle: ludzie spacerowali z psami, ulicami jeździły auta, kursowały autobusy, dzieci śmiały się i skakały po betonowym murku. Jakiś pijak przysiadł na ławce i zasnął twardo, choć padało. Świat się nie zatrzymał. Może tylko trochę zwolnił, na moment, na krótką chwilą; zaraz pobiegnie dalej, nie oglądając się za siebie. Ani na tych, którzy nagle zatrzymali się tam, pod Smoleńskiem, i już nie zrobią więcej nawet kroku. Ani na tych, którzy zostali i będą musieli własnoręcznie poskładać swoje potrzaskane rodziny, wziąć pod rękę smutek, ból za bary i iść dalej.

 Ich najbardziej mi żal, z czysto racjonalnych względów, niezależnych od orientacji i poglądów politycznych. Ci, którzy odeszli, są już spokojni, a rozpacz i żal najbliższych jest im już najprawdopodobniej zupełnie obojętny. Są poza tym - najpewniej nie płaczą po tych, którzy pozostali. Tym, którzy zostali jest o niebo trudniej. Ich najbardziej mi żal.