wtorek, 30 marca 2010

NIEUŻYTEK

 
Nawet nie wiem, jak nazwać to, co we mnie siedzi.
 Smutek? Apatia? Zniechęcenie?
 Prawda jest taka, że nie mam ochoty na nic. Na pisanie, na telefon, na rozmowę, na spotkanie, na wyjście z domu. Nawet wiosna mnie nie cieszy, wręcz przeciwnie. Smutno mi i czuję się beznadziejnie. Jakbym się do niczego nie nadawała.

Powiedziałam o tym ostatnio mężykowi. Przytulił mnie, pogłaskał po głowie i mówi:

-         Tak, tylko zaorać, rzeżuchę  zasiać i baranka postawić :-)
(To tak a propos nadchodzących świąt)
-         Że co?????
-         No taki z Ciebie nieużytek...

Uśmiechnęłam się na krótką chwilę, a potem pomyślałam sobie, że to doskonałe określenie..

piątek, 26 marca 2010

ODDŹWIERNY

 
Travis już nie mieszka z nami. Wyprowadził się.
Jak na psa o wyrazistym charakterze przystało, podjął taką decyzję sam, nie mieliśmy na nią żadnego wpływu. Nie byliśmy też w stanie jej zmienić. Białas jak postanowił, tak zrobił.
Wyprowadził się i już.

Od tygodnia Travis mieszka na balkonie. Do mieszkania wraca właściwie tylko po to, żeby się napić i coś zjeść. Już nie przychodzi do sypialni, już nie wskakuje na łóżko, żeby zwinąć się w kłębek na swoim stałym miejscu i zasnąć. Wieczorami leży na chłodnych płytkach, rozwalony jak nasze plany na przyszłość i tylko uchem strzyże, kiedy go wołam. Czasem łeb podniesie i merdnie ogonem, żeby dać mi do zrozumienia, że owszem, słyszy. Ale usłuchać nie zamierza.

Nagła i nieplanowana wyprowadzka Białasa pogorszyła mi jeszcze i tak kiepski nastrój. Nie mam się nawet do kogo przytulić. Travis nadawał się najlepiej, o nic nie pytał, nie pocieszał, nie prawił pustych, optymistycznych frazesów. Po prostu był. Teraz niby też jest, ale... na balkonie. Na dodatek bardzo zajęty; przez cały dzień i pół nocy monitoruje przebieg zdarzeń na skwerku. Kiedy akurat nic nie przykuwa psiej uwagi, wygrzewa się na słońcu jak rasowy kocur, coś się w białasowym łbie poprzewracało. W dupie za przeproszeniem też, bo nie dość, że się wyprowadził, to jeszcze z nas zrobił swoich służących...

Wieczór. Pies trolli jak zabity w swoim nowym lokum na świeżym powietrzu. Jemy spóźnioną kolację, drzwi na balkon zamknęliśmy, bo jednak ciągnie jeszcze chłodem z dworu. Niby szczelne, a jednak Białej Dupie coś zapachniało, psi nos się nie myli, o nie! Przebudził się, zerknął, o, mają coś dobrego, może coś dostanę, warto posępić... Stanął przed drzwiami i...

 Drap, drap... No wpuście mnie, drap, drap...

Wpuszczamy Białą Dupę, kończymy jeść, nie mija nawet dziesięć minut, kiedy Białas ponownie zajmuje pozycję wyczekującą pod oknem i sytuacja się powtarza:

Drap, drap... Otwórzcie drzwi, ja chcę na balkon, drap, drap...

I ogląda się prosząco i kiwa kitą, po raz kolejny pazury idą w ruch, a mnie krew zalewa, jak widzę brudną łapę sunącą po szybie. Wstaję, otwieram drzwi, wypuszczam. Nie zdążyłam nawet usiąść; Białas zobaczył mężyka idącego do łazienki i mu się przypomniało, że przecież pić mu się chce!

 Drap, drap...
 Ignoruję.
 Drap, drap, drap...Uuuuuu!!!
 Nadal ignoruję.
 Drap, drap, drap, drap… Wow, wow!!

 Basowe huknięcia skutecznie podrywają mnie na równe nogi. Nosz niech cię... Ty Biały Dupku!

I tak przez cały wieczór...
W związku z powyższym pilnie zatrudnię odźwiernego...

poniedziałek, 22 marca 2010

SEN

Śniło mi się dziś, że na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski. Drugi pokazywał, że będziemy mieli syna. Tak bardzo się ucieszyłam, że obudziałam się z uśmiechem na twarzy; przez dłuższą chwilę nie byłam pewna, co jest jawą, a co marzeniem. Rozespany Travis przytulał się do mojego boku, mężyk obejmował ramionami. Nie chciało mi się wstawać. Było mi dobrze i ciepło. Jakieś podszyte smutkiem i lękiem przeczucie kazało mi tę chwilę przedłużać i przedłużać. Nie posłuchałam go ...
Wyplątałam się z kołdry i poszłam do łazienki. Przeczytałam jeszcze raz, bardzo dokładnie instrukcję na różowym pudełeczku z uśmiechniętym bobasem, choć znam ją na pamięć. Serducho łomotało mi jak szalone, starałam się nie podglądać, pilnowałam sama siebie jak żandarm, żeby nie spojrzeć na test przed upływem regulaminowych trzech minut. Myłam zęby i liczyłam do sześćdziesięciu, trzy razy, powoli, wyraźnie, choć tylko w myślach. W końcu wzięłam go do ręki.
Jedna kreska. Niestety. Nie udało się.
 Oglądałam go jeszcze kilka razy, wracałam co parę minut z cichą nadzieją, że może jednak pokaże się na nim blada, bledziutka, nawet najbledsza druga kreska. Nie pojawiła się. Mimo to pojechaliśmy do kliniki na test z krwi. Nadzieja ciągle podnosiła łeb i szeptała, że te testy są mało dokładne, że się mylą, że czasem fałszują wynik. Ale gdzieś w środku już wiedziałam, że ten się nie pomylił, w sumie zrobiłam go, żeby oszczędzić sobie męki czekania na telefon z wynikami, chciałam się jakoś przygotować. Kiedy o trzynastej telefon nadal milczał, już widziałam, pozostało mi tylko upewnić się. Zadzwoniłam.
Beta w trzynastym dniu po transferze 0,10. Nie udało się.
 Nie miałam nawet odwagi, żeby dryndnąć do mężyka tak jak prosił, napisałam mu tylko smska. Bałam się, że się popłaczę, kiedy będę musiała mu o tym powiedzieć. Czułam, że wystarczy jedno czułe słowo i rozsypię się na drobniutkie kawałki i już ich nie pozbieram, nie poskładam w całość.
Nienawidzę pocieszania. Nie potrzebuję go. Nie pomaga mi.
Chciałabym się tylko przytulić się do miękkiego, futrzastego boku Białej Dupy i zasnąć. Tak po prostu. Chciałabym to przespać, przeczekać. Nawet nie umiem się rozpłakać, płacz przyczaił się gdzieś we mnie głęboko, wiem, że jeszcze przyjdzie na niego pora, że tama puści jak pod naporem wezbranej wody. Na razie jest tylko smutek. Cichy, pozbawiony emocji, pusty i tępy. I pytania, a właściwie jedno, powtarzane jak echo.
 Dlaczego? Bo tak? Tak po prostu? Ciągle dźwięczy mi w głowie...
Tłumaczę więc sama sobie cierpliwie jak dziecku, że czasem tak jest, że maluchy po prostu tylko zmieniły termin swojego przyjścia na świat.
Staram się sama sobie uwierzyć.

sobota, 20 marca 2010

KROWA RESTAURACYJNA

 
Krowa jak jest, każdy widzi.

 Gatunek nie do wytępienia, ma w sobie potencjał przetrwania i siłę przebicia, choć niedowidzi i niedosłyszy. Pozostałe zmysły także ma mocno ograniczone, podobnie jak zdolności kojarzenia faktów. Nie potrafi czytać i liczyć, a jeśli już coś nawet przesylabizuje, to bez zrozumienia. Nigdy nie zmienia, ani poglądów, ani nawyków, krowa jak to krowa, zawsze wlezie w szkodę, a jak już jej się uda, to siad na zad. I patrzy spode łba.

Największy problemy mamy z krowami latem, kiedy przed restauracją wystawiony jest obródek. Nie ma niestety drzwi, które da się zamknąć. Złazi się więc bydło już od samego rana, zasiada w fotelach i czeka - niecierpliwe, niezadowolne, wściekłe, fukające, parskające z oburzeniem, toczące pianę z pysków. Kiedy pojawiam się z kluczami, już rusza do mnie to całe stado, już grzebie racicami w wejściu, już burczy rozdrażnione, już żada kategorycznie podstawienia koryta, niezależnie od pory dnia i nocy. Bo jak wcześniej wspominałam, przedstwiciele wspomnianego gatunku, są ślepi na oba oka.

 Nigdy, przenigdy, nie widzą godzin otwarcia restauracji.

 Od lat zastanawia, fascynuje i wnerwia mnie ten syndrom, który szczególnie wyrażnie można obserować w restauracjach. Nazwijmy go ogólnie zkrowieniem obyczajów ludzkich.

Nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek na dwie godziny przed otwarciem placówki dobijał się do zamkniętego banku, nie słyszałam, żeby jakiś petent wrzeszczał, żeby otworzyć, bo on przecież chce tylko zrobić przelew!!!  Nie spotkałam nigdy klientek szturnmujących drzwi nieczynnego butiku i wyrzekających, że co to za obsługa, co nie chce godzinę wcześniej ich wpuścić, one przecież chcą tylko kupić po bluzeczce!!  Nie miałam okazji nigdy zobaczyć kinomana, który darłby ryja na obsługę i wyskakiwał do niej z pretensjami, że seans jest za pół godziny, a on chce oglądać film już teraz!

A w restauracji, a i owszem, takie zachowania są na porządku dziennym!!!
Zawsze święte oburzenie, pretensje i głupie uwagi, czasem podniesiony ton, czy grubsze słowo. Nawet kilka razy w tygodniu krowy prują za przeproszeniem mordy z tytułu, że jeszcze zamknięte. Bo dlaczego, skoro taka jedna z drugą chce tylko kawe, bo co to za problem, bo co to za knajpa, co za niemiła obsługa, dlaczego ona musi wyjść, skoro już wlazła, dlaczego sobie poprzeżuwać nie może jak ma ochotę, akurat teraz, a nie za godzinę... Rozsiadaja się na ogródku, dobijają się do zamkniętych drzwi, szarpią za klamkę ciężko obrażeni. Nie ma sposobu, żeby im wytłumaczyć, że po prostu, najzwyczajniej w świecie - jest jeszcze zamknięte!.

 Dziś rano znów do nas przylazła krowa. Ja do pracy przychodzę o dziewiątej, razem ze mną sprzątaczka, kucharze, barman i reszta ekipy; kilkanaście minut późnej pojawia się zaopatrzeniowiec, dostawcy alkoholi, mięsa, mrożonek, piwa – słowem wszystkiego, co do funkcjonowania restauracji jest niezbędne. Wszyscy zgodnie zasypują lokal towarem, ja go przyjmuję, sprawdzam, płacę faktury, rozliczam puste opakowania, dwoję się i troję.
Drzwi się nie zamykają, co chwila ktoś wchodzi z kolejnymi paczkami i wychodzi. Jest dziewiąta trzydzieści, kiedy za plecami jednego z przedstawicieli pojawia się krowa restauracyjna. Zatrzymuje się na moment przed drzwiami, spogląda na godziny otwarcia, czyta je uważnie... i co robi?

Wchodzi.
Omija zgrabnym łukiem piętrzące się na podłodze kartony z chemią, slalomem pokonuje trasę między skrzynkami owoców i lezie do stolika. Po drodze bierze sobie menu z komody i siada. A ja patrzę i oczom nie wierzę. Czuję jak moje ciśnienie niebezpiecznie rośnie. Spoglądam jeszcze raz na zegarek, nie, nie zaślepłam nagle i niespodziewanie, godzina dziewiąta trzydzieści trzy, podchodzę do drzwi, bo może dla odmiany oszalałam i zmieniły się od wczoraj godziny otwarcia. Nie, jestem przy zdrowych zmysłach, napisane jak byk, że czynne od 11.00.

Tymczasem krowa już rozwaliła zad na krześle, siedzi i czeka, nie przeszkadza jej sprzątaczka jeżdząca niemal mopem po jej racicach, nie zwraca uwagi na brak muzyki i ogólny bałagan w restauracji. Nawet powszechne zdziwienie obsługi jej nie dziwi, w końcu to krowa. Siedzi, wybałusza gały, ona na nas, my na nią. Toczy zgorszonym wzrokiem po sali, poszukuje obsługi, co jej paszy nasypie do żołbu. Erupcja oburzenia następuje zadziwiająco szybko, w sumie nie ma się co dziwić, coraz częściej spotyka się krowy wściekłe. Ta jest typową reprezentantką gatunku. Po chwili rozlega się obrażony ryk:

Muuuuuuuuu...głby się ktoś tu pofatygować i mnie obsłużyć…?

Kelnerstwo baranieje, więc w końcu podchodzę ja do szacownej wielmożnej i w krótkich, w miarę uprzejmych słowach informuję ją, że niestety nie, głównie dlatego, że restauracja jest jeszcze zamknięta i zapraszam ją bardzo serdecznie, ale za półtorej godziny. Krowa wybałusza gały i pyta –
"Ale jak to? No i tu pada koronny argument skrowiałej dedukcji: „Ale przecież drzwi były otwarte!”

No były, fakt, niestety zaopatrzeniowcy nie opanowali jeszcze sztuki przenikania przez ściany, miałam ochotę zapewnić krasulę, że właśnie nad tym pracujemy, ale jak na razie musimy im jeszcze wrota otwierać. Odpuściłam sobie jednak złośliwości;  zasugerowałam tylko delikatnie, że na drzwiach są umieszczone godziny działaności restauracji, którym nota bene, kilka minut wcześniej krowa się dokładnie przyjrzała, co tylko potwierdza moją teorię, że czytanie ze zrozumieniem to umiejętność obca temu gatunkowi. Choć równie dobrze można zachowanie krowy tłumaczyć nie tyle analfabetyzmem, ale szacunkiem dla cudzego czasu i godzin cudzej pracy, który krowa posiada, tyle że bardzo głęboko pod ogonem (słowem: w zadzie). Gdyby go miała, to majtnęłaby nim pewnie, odganiając  mnie od siebie jak natrętną muchę, ale doszła do wniosku, że jednak mogę się jej na coś przydać. Więc brnie dalej:

- Ale ja muuuuuuuszę coś zjeść, tylko kawę chciałam i sałatkę. O te, tutaj, z łososiem

Słowo "proszę" jest oczywiście równie obce krowie jak czytanie ze zrozumieniem. Siedzi dalej twardo, z mordą gotową do przeżuwania, jak już wlazła w szkodę, to się przecież nie wycofa. Zgłupiałam, a może to on zgłupiała, nie wiem, kto bardziej, chyba jednak ja, bo niby mówię po polsku, miło, uprzejmie i kulturalnie, a krowa ani be, ani me, ni w ząb nie rozumie, albo nie chce zrozumieć. Serwuję jej metodą zdartej płyty tę samą odpowiedź, którą już słyszała – że niestety restauracja jest jeszcze nieczynna i nie możemy jej nic podać, ale zapraszamy ją po godzinie jedenastej. Reakcja zerowa, no krowa - beton, na dodatek krzyżówka z małpą, po przejęła moje metody i teraz ona jak zacięty patefon powtarza:

- Ale ja chce tylko kawe i sałatke, nie rozumie Pani???

No nie, niestety. Ja chce mieć dziecko, słonia na złotym łańcuchu i willę z basen i co z tego? Krowa nie jest w stanie pojąć, że nie przebywa na środku  Sahary, gdzie jedna oaza i jedna szansa na milion, żeby ugasić pragnienie i głód. Obok proszę bardzo, mieści się urocza kawiarnia, gdzie pyszne latte można zamówić już bladym świtem, czyli o siódmej rano - polecam więc ją krowie, w tej sytuacji chętnie dam zarobić konkurencji, jedzenie też serwują, bardzo smaczne, sama tam czasem zaglądam na śniadanie przed pracą.  Ale ona nie rozumie, no bo co to za problem, w końcu ona chce tylko kawe!!! I tylko sałatkę...

Gąbczaste zwyrodnienie mózgu posunęło się jednak tak daleko w tym przypadku, że musze jej jak krowie na rowie tłumaczyć, że nie możemy podać kawy, ponieważ restauracja jest jeszcze zamknięta, a co się z tym wiąże, ekspres jest wyłączony, a to z kolei ma decydujący wpływ na temperaturę w nim zawartej wody, która to jest zimna, z czego jednoznacznie wynika, że kawy nią się zaparzyć nie da. Sałatki też się zrobić nie da z prostej przyczyny, bo jak już wspominałam, restauracja jest jeszcze zamknięta, dlatego nie ma w niej jeszcze żądanego łososia, przyjedzie dopiero za godzinę razem z dostawą ryb i nie da się tego ani zmienić, ani przyśpieszyć, tylko dlatego, że krowa chce. Złowić też jej nie złowię, chyba że jakimś cudem łososie spłynęły właśnie rurami do naszej fontanny, w co szczerze wątpię, ale mam ochotę zaproponować, żeby sama poszukała, a nuż widalec jej uda, może od razu upoluje wędzonego? 

Krowa nie rozumie. Dotarło do niej już, że zamknięte i jest jakiś problem, więc w takim razie ona poprosi tę sałatkę na wynos i w żaden, absolutnie żaden sposób nie jest w stanie skojarzyć faktu, że jeśli restauracja nie posiada łososia do sałatki podawanej na miejscu, to nie posiada go także do sałatki podawanej na wynos!!! Nerwy mi powoli puszczają.

Negocjacje trwają. No to chociaż zupę. Dla krowy, bo głodna i chce. Nie wytrzymuję psychicznie i zaczynam warczeć przez zaciśnięte zęby, że po to przychodzimy do pracy dwie godziny wcześniej, żeby je ugotować, więc nie ma i do jedenastej nie będzie, chyba że z kucharza w proszku, bo jak na ten moment, to taką właśnie konsystencję ma cała załoga…. Zaczynam szukać goraczkowo czegoś ciężkiego, niekoniecznie argumentu, krowa chyba wyczuwa zagrożenie, bo zaczyna grzebać raciczką w miejscu, kręcić zadem, toczyć w swej bezsilności pianę z pyska, w końcu ryczy obrażona:

- „Co za restauracja, nigdy więcej tu nie wrócę”

I wychodzi. Mam ochotę zaprzeć za nią drzwi kołkiem. 
Jeszcze jedno taka dyskusja od rana i kupię sobie elektrycznego pastucha.

środa, 17 marca 2010

ŁAPY, ŁAPY, CZTERY ŁAPY...

Łapy, łapy cztery łapy
A na łapach pies kudłaty
Kto dogoni psa, kto dogoni psa
Może ty, może ty, może jednak ja…
 
Łazi za mną ostatnio ta piosenka. Pies co prawda bardziej włochaty niż kudłaty, ale jakoś tak zawsze wychodzi, że doganiam go ja. Kroki na schodach i zgrzyt klucza w zamku, to dla mnie sygnał, żeby przygotować się do startu, bo dwa Oblesławy właśnie wracają ze spaceru.
Ślubny zwykle w ramach dowcipu tygodnia odpina psu smycz i rzuca do mnie z jadowitym uśmieszkiem: „Łap pieska!”. Niestety Biała Dupa też się rzuca i też do mnie...  Już biegnie, już leci, żeby się przywitać, stemplując podłogę zabłoconymi łapami...
Cała sztuka polega na tym, żeby wykazać się refleksem i przejąć kontrolę nad sierściuchem, zanim zdąży ruszyć w rajd po mieszkaniu. Kundella należy osadzić w miejscu ostrym i kategorycznym stwierdzeniem: „Łapy!!!” i zagonić w kąt przy drzwiach wyjściowych. Osaczony tam, niechętnie pozwala doprowadzić sobie wspomniane cztery kończyny do stanu względnej używalności, choć nie ukrywa wcale niezadowolenia. A że aura mu ostatnio nie sprzyja, procedura ta powtarzana jest z bezwzględnym okrucieństwem nawet kilka razy dziennie. Pod warunkiem oczywiście, że jestem w domu, bo co się dzieje pod moją nieobecność, mogę się tylko domyślać, wymiatając tony piachu przy sprzątaniu. Albo usuwając z kanapy bardzo szykowny, acz zupełnie nie w moim guście wzorek znany w szerokich kręgach jako „panterka”, w węższych jako „łapki Traviska”. Kiedy go widzę, od razu przypomina mi się hasło mojego męża: „Ale czyste ma!”, którym każdorazowo reaguje na upomnienie, żeby wytarł kundlowi łapy.
Tych poodbijanych na jasnej kanapie, na drewnianych panelach czy na gresie w kuchni po prostu nie da się przeoczyć, więc chodzę ze ścierą i sprzątam. Zamiatam rano i wieczorem, bo wystarczy jeden dzień przerwy i już się po kątach czają białe koty z piesusiowych kłaków.
W sumie to jedyny jak na razie, wyraźny i niepodważalny sygnał nadchodzącej wiosny – Travis się sypie jak choinka po świętach.
Wielkanocnych, żeby było jasne.
Tych, co to się ponoć właśnie zbliżają, choć kiedy wyglądam za okno, to zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyciągnąć z szafy bombek. No cóż, piękną zimę mamy tej wiosny, dobrze, że mnie dogrzewa dodatkowa warstwa piesusiowego futra, nie każdy ma takie "szczęście". Białe kłaki pokrywają szczelnie każdą, dosłownie każdą sztukę naszej odzieży, ze szczególnym uwzględnieniem moich czarnych spodni, spódnic i sweterków.
Kiedy ostatnio przed wyjściem do pracy tyle gorliwie, co bezskutecznie próbowałam pozbyć się z kurtki kundlowej sierści, usłyszałam jak za moimi plecami mężyk mówi do Białasa:
Widzisz Travisku, co Pani robi? Pani Cię wcale nie kocha, nie chce zabrać ze sobą pieseczka do pracy, nawet odrobiny pieseczka... Niedobra Pani, niedobra…

poniedziałek, 15 marca 2010

ZEGARYNEK

Czy zamawiali Państwo budzenie? Nie? Nie szkodzi...
Gdyby Travis potrafił mówić, witałby nas codziennie takim stwierdzeniem. Od kilku tygodni pełni funkcję naszego prywatnego "zegarynka". Czasy, kiedy pies spał tyle co my, skończyły się na dobre - nagle, bez powodu i wyraźnej przyczyny. Dni, kiedy kundello cierpliwie czekał, aż się obudzimy, minęły bezpowrotnie. Kiedyś, gdy my spaliśmy, on albo drzemał pod oknem, albo łaził sobie po mieszkaniu, zaglądając od czasu do czasu do sypialni, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają na chwilę bieżącą. Kiedy biała morda pojawiała się w drzwiach, jedynym ratunkiem był absolutny bezruch i milczenie. Broń Boże wtedy nawet drgnąć, czy choćby oko rozchylić, słowo powiedzieć. Jeśli cokolwiek zobaczył lub usłyszał, ruszał z inwazją na nasze łóżko. Kiedy panowała absolutna cisza, dochodził do wnisku, że to jeszcze nie pora i zniechęcony odchodził szukać sobie jakiegoś zajęcia.
 Ale jakiś czas temu coś mu się przestawiło. Zaczął z własnej, psiej i niekontrolowanej, niestety inicjatywy pełnić funkcję ... budzika. Rano po prostu Biała Dupa w pewnym momencie stwierdza, że starczy nam już tego spania, więc podskokach podbiega do łóżka, radośnie merdając kitą i ... wielki, różowy jęzor idzie w ruch. Ja śpię z brzegu, więc mam dosłownie - przechlapane,  wrażenie nie do opisania, jakby ktoś mokrą, zimną szmatą przejechał po twarzy, zapach niestety także zbliżony. Natychmiastowa pobudka gwarantowana.
Pies wie o tym doskonale, zna swoją skuteczność, więc po chwili daje mi spokój, wskakuje na łóżko i bierze się za mojego męża. Liże go po twarzy, po uszach, po szyj. Odpychany i ignorowany - zaczyna podgryzać. Nie daje się zegnać z kołdry, ani wygnać. Po prostu dochodzi do wniosku, że pora na pobudkę i już! I z całym psim okrucieństwem egzekwuje wykonanie wyroku...
Wstajemy! Proszę się ruszyć drodzy Państwo, pobudka, nie widzicie, że wasz pies już nie śpi? 
Nie zamawiali Państwo budzenia?
Nie szkodzi...

niedziela, 14 marca 2010

POCIESZYCIEL

Robię sobie od kilku dni test ciążowy. Taki amatorski, nie do końca na serio, bo przy użyciu kawy. Tak, kawy.  Wyczytałam u mądrych ludzi, że im w odmiennym stanie ten boski napój zaczął zwyczajnie śmierdzieć. No więc parzę go sobie rano, dolewam mleka, żeby był leciutki, słodzę... i obowąchuję jak rasowy pies tropiciel. I nic. Nie wonieje. Pchnie normalnie. Ale co tam, poczekam i jutro sprawdzę jeszcze raz.
Głupie to, wiem, ale wyglądam i wyglądam tych pierwszych sygnałów nowego życia jak zwiastunów wiosny. Wystarczy wyjrzeć za okno, żeby zobaczyć, jak mi idzie. Ni widu, ni słuchu, ani pani w zielonej sukience, ani widocznych symptomów. Nic, a przynajmniej nic jednoznacznego.
Spać mi się chce. Ale to w sumie norma, zawsze mi się chciało, o każdej porze dnia i nocy, nic niezywykłego, mogę spędzać w objęciach Morfeusza dwadzieścia cztery godziny na dobę, a i tak czuję niedosyt. Czasem coś zakłuje, zaboli, ale tak naprawdę przed transferem pobolewało bardziej, a wtedy to na bank w ciąży nie byłam. Plamienia wskazującego na implantację brak. Zachcianek brak.
Na dodatek we wczorajszym badaniu wyszło, że progesteron, choć paradoksalnie dość wysoki, to jednak za niski i muszę brać domięśniowe zastrzyki z agolutinu. Słabo mi się zrobiło, kiedy o tym usłyszałam, bo po ostatniej injekcji tego leku czułam się, jakby mi ktoś nerki łopatą odbił. Ale nie jest tak źle, mężyk daje radę o niebo lepiej niż panie w zabiegowym. Zaczynam go tylko podejrzewać o jakieś sadystyczne skłonności, bo strasznie go to cieszy, nie mam pojęcia częmu? Zastanawiające, czegoś o nim nie wiem, czy  z powołaniem się minął? Chmmm, może się po prostu lubi się bawić w lekarza?
Pytałam swojego ostatnio o tę kawę, czy mogę ją pić, nie miał nic przeciwko, tylko słabą, najlepiej z mlekiem i mało, podobno przy moim ciśnieniu to nawet wskazane. Więc piję i testuję przy okazji.
Wczoraj przy śniadniu pociągnęłam łyk latte, jeden, drugi, trzeci... i zrobiłam minę zbitego psa. Ślubny, który uporał się już ze swoją filiżanką, zaczął mnie ciagnąć za język i pytać o przyczyny strapienia pyska. No to mu mówię, że mi smutno, bo mi kawa nie śmierdziała. Zrobił oczy wielkie jak pięć złotych, więc brnę dalej, opowiadam co i jak, wykładam mu całą teorię i tłumaczę przyczyny mojego rozczarowania. Uśmiał się oczywiście i na pocieszenie dodał:
- Nie martw się kochanie, mi śmierdziała :-)

piątek, 12 marca 2010

HERBATA

Największy problem mam zawsze z herbatą. Musi spełniać szereg wyśrubowanych kryteriów: w kubku, koniecznie z uchem, nie za mocna, nie za słaba, bez cukru, no i najważniejsze – o odpowiedniej temperaturze. Już nie parzy, ale jeszcze trochę…
Taką uwielbiam. Każda inna skazana jest na niedopicie. Zresztą tak naprawdę ja nigdy nie dopijam herbaty, mam swoją teorię, która to tłumaczy: po prostu ta z początku i ze środka kubka smakuje o wiele lepiej, niż ta z końca. Zwykle przy ostatnich łykach pokrywa się już tym obrzydliwym sreberkiem, którego nie tknę nawet długim kijem i nawet gdyby to była ostatnia herbata na świecie, nie wypiję jej, a przynajmniej - nie do końca. Mam zawsze dziwne wrażenie, że na dnie coś pływa i nie ważne, czy tak jest, czy nie - ja po prostu czuję, podświadomie wiem, że tam na pewno coś jest!
W związku z szeregiem wskazanych powyżej czynników i faktem, że mój ulubiony napój szybko traci swoje odpowiadające mi właściwości, ciągle robię sobie nowe herbaty. Czasem kilkanaście dziennie, no bo przecież zimnej się nie napiję! A że jestem roztrzepana jak żółtko na kogel – mogiel, to zostawiam ciągle te moje kubki i kubeczki w dziwnych miejscach w mieszkaniu i... zapominam o nich. Wystarczy, że zadzwoni telefon, zajmę się rozmową, mija kilka minut, a już gorący, aromatyczny napój staje się ledwie ciepły i przestaje się nadawać do konsumpcji. Parzę więc sobie kolejną herbatę, potem parzę nią sobie język, odstawiam, żeby ostygła… I kiedy sobie o niej przypominam po godzinie, zwykle nadaje się tylko i wyłącznie do wylania. Pół biedy jeśli tylko to, bo czasem znajduję swoje niedopitki po tygodniu.
Kiedyś wpadł mi w ręce kubeczek, który ładnych kilka dni stał sobie za kwiatkiem na parapecie i nic a nic, no kompletnie się nie odzywał. Zajrzałam do niego nieśmiało i… odkryłam istnienie nowego życia!. Piękną, bujną, mocno zaawansowaną w rozwoju kolonię! Przyjrzałam się jej dokładnie i naszła mnie refleksja, że jeszcze parę dni i jej mieszkańcy wynaleźliby koło…
Niestety, ich dalszą ekspansję skutecznie zahamowała zmywarka, do której wpakowałam kubek. Był to jednorazowy wybryk, bo to zazwyczaj mój biedny Mężyk niszczy ekspozycję moich herbacianych niedopitków, pracowicie tworzoną przez cały dzień. Zbiera filiżanki ze stołu w kuchni, z biurka, ściąga z parapetu, zdejmuje z półek w pokoju, czasem także wynosi z łazienki. Lubię pić herbatę wannie, no co, dziwniejsze zwyczaje mają ludzie na świecie!
Kiedy on pracowicie zapełnia kosze w zmywarce, ja już nastawiam czajnik i grzeję wodę na kolejną herbatę... Zaczynam grzebać po szafkach w poszukiwaniu nowego kubeczka, a on zachodzi mnie z lewej flanki i pyta wrednie: „Co, naczynka Ci się skończyły?” -  i dawaj mi prezentować miski, garnki i talerze, sugerując, że równie dobrze będą się nadawały do moich celów. Zwykle się obrażam, unoszę honorem, myję ostentacyjnie jeden kubek i parzę sobie swój ulubiony napój. Jego nawet nie próbuję o to prosić, bo wtedy rozgląda się po mieszkaniu, jakby czegoś szukał i mówi: „Zaraz, zaraz, ale ty już masz, gdzieś tu była, zaraz Ci znajdę”… i przynosi mi takiego herbacianego  „starucha”, mam szczęście jak tylko porannego, bo czasem namierza dwudniowego... Dopada mnie z prawej strony, podtyka to zimne ohydztwo pod nos i zachęca do picia, sugerując, że jak mi temperatura nie odpowiada, to zawsze sobie mogę podgrzać w mikrofalówce.
Ale najgorsze jest w tym wszystkim to, że nie tylko on już poznał aż za dobrze moje nawyki. Kiedy ostatnio poprosiłam w pracy barmana o zrobienie kolejnej herbaty, bo poprzednia mi właśnie wystygła, popatrzył na mnie i zaproponował nieśmiało
- Może weź sobie do razu ice tea?

czwartek, 11 marca 2010

KARUZEL

Jestem bałaganiarzem. Nawet nie próbuję tego ukryć, bo to wysiłek z góry skazany na niepowodzenie. Wystarczy rzucić okiem na nasze mieszkanie czy moje miejsce pracy. Wielokrotnie próbowałam z tym coś zrobić, żeby nie było, że się poddałam bez walki. Podejmowałam niezliczone próby poskładania ubrań w kosteczkę, poukładania ich na półkach w szafie. Obiecywałam sobie trzy razy dziennie, że będę odkładać rzeczy na swoje miejsce. Milion razy próbowałam naszykować sobie wszystko wieczorem, żeby przed porannym wyjściem do pracy nie krążyć po mieszkaniu z obłędem w oczach w poszukiwaniu kluczy czy telefonu. I nic. Nic z tego.
 Nie mija nawet kilka godzin od gruntownych porządków, kiedy wszystko powoli i niepostrzeżenie zaczyna wracać do swojego naturalnego stanu. Rzeczy rozpełzają się podstępnie po całym mieszkaniu, zasiedlają fotele, porastają kanapę i niczym wodorosty malowniczo falują na krzesłach. Gazety, książki, czasopisma po cichu spływają z półek, osadzają się na biurku i na szafkach. W pracy faktury obrastają mi biurko, piętrzą się chytrze na umowach, mieszają z ofertami, na których kiełkują jak zboże na wiosnę łany żółtych karteczek. Które, nota bene, są tak małe chyba tylko i wyłącznie dlatego, żeby było je łatwiej zgubić...
I potem latam, szukam z szaleństwem w oczach tej jednej, jedynej, na której zapisałam sobie ten najważniejszy na świecie numer telefon, który akurat teraz jest mi potrzebny… Próbowałam robić sobie notatki na kratkach formatu A4. Zero efektu. Zapodziałabym nawet arkusz papieru wielki jak plandeka od namiotu. W moim przypadku rozmiar nie ma znaczenia, umiem zgubić absolutnie wszystko, jestem niekwestionowanym mistrzem w tej dziedzinie... Nawet jeśli w ramach eksperymentu zostanę zamknięta w absolutnie pustym pomieszczeniu, bez okien, drzwi i jakiegokolwiek wyposażenia, gwarantuję, że uda mi się tam coś zawieruszyć. Z ciekawostek – umiem także popsuć metalową kulkę. Ten typ tak ma, niestety, jestem zdolna bestia, ale zakręcona jak świński ogon.
Najbardziej jednak dobija mnie fakt, że szukając zagubionej rzeczy zazwyczaj znajduję tę, której bezskutecznie poszukiwałam poprzednim razem. Jakiś czas temu zapodziałam gdzieś psią książeczkę zdrowia, dosłownie miesiąc grzebałam w mieszkaniu, żeby ją namierzyć. Nie udało mi się. Ale kiedy był mi potrzebny plaster z opatrunkiem, książeczka sama wlazła mi w ręce, a przylepca znalazłam tydzień później, kiedy podjęłam dramatyczną próbę odnalezienia małych nożyczek, zakończoną oczywiście fiaskiem…. No diabeł ogonem nakrył i już, tylko po co mu one, kopyta sobie będzie przycinał, czy co? Zrozumiałabym, gdyby mi zginał pilniczek, choć rozmiar też chyba byłby za mizerny… No właśnie, kurde, gdzie ja go ostatnio położyłam…? ?Nie no, tylko nie to...
I tak bez przerwy…
 
Nie jestem w stanie się zmienić, jestem jak słoik dżemu... zakręcona. Mężyk stwierdzi, że mam wiele wspólnego z diabłem tasmańskim, więc woła na mnie „Karuzel”. Moja przyjaciółka z kolei powiedziała kiedyś, że nie rozumie, jak ja mogę być kierownikiem. Ja też nie rozumiem :-). Pocieszające jest jednak to, że wbrew pozorom sama się w swoim bałaganie doskonale odnajduję. Najgorzej jest, kiedy ktoś mi zrobi porządki, zwykle wściekam się zamiast podziękować, bo wtedy już absolutnie niczego nie mogę znaleźć… W pracy nikt mi niczego raczej nie tyka, boją się najwyraźniej, ale mężyk prowadzi ze mną wojnę podjazdową od lat.

Ma swoje sprawdzone, skuteczne metody… Nie tyle sprząta po mnie, co dokucza mi ile wlezie. Tłumaczę mu, że bałagan jest oznaką mojego bogatego wnętrza, (chmm, gdyby tak podążyć za tą myślą…. to czego oznaką jest porządek????), ale nie chce mnie słuchać. Za to podsuwa mi co i rusz pomysły rożnych „praktyczny” rozwiązań, które w jego opinii, zdecydowanie usprawniłyby nam wspólne życie. Kiedyś zaproponował mi demontaż szafy wnękowej, powiedział, że zamiast niej lepiej będzie po prostu wstawić cztery krzesła... Bo będę mogła sobie wtedy do woli na nie rzucać, rzucać i rzucać wszystkie swoje ubrania…
We wtorek zaś, przed wyjazdem do kliniki, siedział sobie na kanapie i wielce rozbawiony obserwował moje chaotyczne próby skompletowania garderoby. A miotałam się po mieszkaniu dość długo. Kiedy otworzyłam szafę, dostał głupawki. Wcale mi to nie pomogło w poszukiwaniach, zwłaszcza, że pociągnęłam za wystający rękaw niebieskiego sweterka i... wypadła na mnie cała zawartość półki. Wnerwiłam się, zebrałam z podłogi to, co wyleciało, zwinęłam malowniczo i upchnęłam z powrotem. Mocno ubijając, tak na wszelki wypadek, żeby znowu nie wypadło.  Kiedy to zobaczył, zaczął się śmiać, w sumie nie wiem, co go tak rozbawiło, był czas przywyknąć do moich patentów, i rozpoczął snucie kolejnej wizji  „modernizacji” naszego mieszkania:
- Kochanie, a może tutaj, zamiast biurka z komputerem wstawimy taką betoniarkę przemysłową? Co o tym myślisz?
Uniosłam brwi pytająco, tradycyjnie wietrząc podstęp. Nie myliłam się, mężyk po chwili dokończył:
efekt będzie ten sam, albo i lepszy: wrzucisz sobie wszystkie ubrania do środka, a kiedy będziesz chciała jakieś znaleźć, włączysz ją, wszystko się wymiesza, wymiesza, a ten ciuch, który wypadnie jako pierwszy, będzie na pewno tym, którego szukasz!

wtorek, 9 marca 2010

W SAMO POŁUDNIE

Dziś w samo południe, jak w starym, dobrym westernie „zabraliśmy” nasze okruszki do domu, sztuk trzy - jedną wczesną blastocystę i dwa zarodki kompaktujące. Nie było sensu podawać dwóch, a mrozić jednego słabego. Wzrosło co prawda prawdopodobieństwo ciąży bliźniaczej i trojaczej, ale w naszym przypadku nie aż tak bardzo. Za duże straty były „po drodze”, z ośmiu komórek powstały w końcu tylko trzy zarodki, z tego jeden dobry, ale nie rewelacyjny i dwa słabsze.
Nie napawa mnie ten wynik jakimś szczególnym optymizmem, ale i nie przytłacza. Na dzień dzisiejszy nie przeraża mnie nawet wizja trojaczków. Czuję się wyprana z wszelkich emocji.  A może znów się uspokoiłam? Czekam. Nie nastawiam się ani na tak, ani na nie, choć zawsze byłam zdania, że lepiej się spodziewać najgorszego niż najlepszego. Bezpieczniej.
Choć serce się wyrywa i marzenia gotują się, żeby wystartować, zerwać do lotu, poszybować wysoko i daleko, to ścigam je siłą na ziemię. Tak będzie lepiej. Jeśli przyszłość przyniesie kiepskie wieści, chcę być choć trochę na nie przygotowana.
A jeśli dobre...?
Tu po raz pierwszy nie wiem, co napisać dalej. Cóż, życie samo sporządzi końcówkę tej notki.Za jakieś dwa tygodnie.

niedziela, 7 marca 2010

PRYWATNY DOKTOR HOUS'E

 
Już od jakiegoś czasu czekam z niecierpliwością na polską premierę piątego sezonu doktora House’a. Ściągnęłam kilka odcinków z sieci, trochę obejrzałam on-line, nałóg jest nałogiem, nie mogłam się oprzeć. Ślubny oczywiście podśmiewa się bezlitośnie ze mnie i z moich żałosnych prób pozyskania chociaż odrobiny serialowego narkotyku.  Nawet w ten czwartek mi nie odpuścił.
Kiedy po punkcji leżałam pod kroplówką, pielęgniarka zapytała, czy zawołać męża, przytaknęłam natychmiast, więc poszła po niego. Przed wejściem na oddział kazała mu założyć zielony, szpitalny fartuch. Wyglądał w nim prawie jak lekarz, ale jak powszechnie wiadomo "prawie" robi różnicę... Skojarzenie jednak było zbyt oczywiste, jeden uśmiech i usłyszałam:
- Chciałaś doktora Housea, to masz J
 Siedział  ten mój prywatny złośliwiec przy mnie dobrą godzinę i głaskał mnie po głowie, niezgrabnie, nieporadnie, jakby trochę nieśmiało. Magiczna to była chwila, pełna bliskości, czułości i miłości.

sobota, 6 marca 2010

ODLICZANIE

Z sześciu zapłodnionych komórek zaczęły rozwijać się cztery, trzy są w pierwszej i drugiej klasie jakości, jedna niestety słabiutka. Czekamy do poniedziałku, aż osiągną stadium blastocysty, wtedy najlepiej rokują na implantację, tak nam poradzili w klinice. Posłuchaliśmy. Znów czekamy. Kolejne dwa dni na kolejny telefon. Oszaleć można od tego czekania. Dobrze, że mam pracujący weekend, przynajmniej szybciej mi mija czas. Myślę ciągle o tych małych okruszkach, z drżeniem serducha, błagalnie - żeby przetrwały, żeby dały radę.
Myślę też o tacie. Dziś są jego sześćdziesiąte urodziny, z tego już siódme pozaziemskie.
Wszystkiego najlepszego tatinku.

GRUPA WSPARCIA

 
Wczoraj, kiedy już było mi bardzo, bardzo źle z tym czekaniem, próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Wlazłam na łóżko, wzięłam  „Zasypie wszystko, zawieje” Odojewskiego i próbowałam czytać, ale kompletnie nie mogłam się skupić na tekście. W końcu odłożyłam książkę na szafkę nocną, zwinęłam się w kłębek, leżałam i czekałam, tak po prostu.
Po chwili przyszedł do mnie mężyk , położył się obok i mocno mnie objął. Trwaliśmy tak dłuższą chwilę milcząc, przytuleni do siebie.  Brak jakiegokolwiek ruchu w mieszkaniu szybko  zainteresował psa. Przytoczył się do sypialni, wskoczył na łóżko radośnie merdając ogonem, wsadził mordę pomiędzy nas i zaczął nas lizać po twarzach mokrym, ciepłym jęzorem, jakby próbował nas pocieszyć, odgonić złe myśli, jakby mówił: „Ej, co jest smutasy, co to za nastroje?”. I jakby nie patrzeć, udało mu się to,  zaczęłam się śmiać, a mężyk psi nalot podsumował krótko:
- Zobacz, grupa wsparcia przyszła J

piątek, 5 marca 2010

CZEKANIE

 Czekanie.
Nie lubię go.
To żałosne uczucie.
Człowiek czuje się jak pies godzinami patrzący na zamknięte drzwi.
 Pojawiło się wczoraj. Tak po prostu. Wślizgnęło się do naszego domu po cichu, na palcach, za plecami, tak że żadne z nas nie zwróciło na nie początkowo uwagi. Mężyk poszedł do pracy, ja spać, kiepsko się czułam po znieczuleniu. Kiedy obudziłam się późnym południem, już tutaj było, siedziało rozparte na fotelu i gapiło się na mnie. Przyszła jego pora. Widziałam, że przyjdzie i bardzo się tego bałam. Wiem, że się go już nie pozbędę.
Nawet nie próbowałam, ale nie sądziłam, że tak trudno będzie z nim wytrzymać pod jednym dachem. Dziś rano rozpanoszyło się na dobre. Czekanie. Nie lubię go to delikatnie powiedziane. Dzisiaj nie mogłam go znieść. Po dwunastej mieli zadzwonić z kliniki, żeby poinformować nas o efektach „randki na szkiełku”. Im bliżej było do południa, tym trudniej było mi wytrzymać jego milczącą obecność. Niecierpię go. Nienawidzę na coś czekać.
Denerwowałam się coraz bardziej. Nosiło mnie. Tłukłam się po mieszkaniu jak zwierzę po klatce, nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Ślubny musiał wyjść o trzynastej, więc zostałam z nim sam na sam. Przemknęło mi przez myśl, że być może już za chwilę, już po telefonie z kliniki się wyniesie, powie grzecznie, że przeprasza i sobie pójdzie, zatrzaśnie za sobą drzwi. I zrobiło mi się smutno, nawet popatrzyłam na nie jakoś życzliwiej.
To była bardzo długa godzina, zadzwonili dopiero o czternastej.
Jest dobrze. Z ośmiu komórek zapłodniło się sześć. Podobno nawet bardzo dobrze, bo przy tak słabych parametrach, jak u nas statystycznie zapładnia się połowa lub mniej, ale jeszcze wolę tak nie myśleć, boję się.
Tak bardzo.

Czekanie nadal siedzi na kanapie, jeszcze się nie rozpakowało, na razie zostaje z nami do jutra. Przed południem poinformują nas, czy zarodki się rozwijają i jak. Dowiemy się, czy czekanie zostanie z nami na kolejne dni, potem - czy wprowadzi się na długie dwa tygodnie, w końcu - czy rozgości się na dobre, zostanie z nami na długie miesiące. Czy będzie mi towarzyszyć w pracy, w domu, na ulicy, łazić za mną noga za nogą jak wierny pies, ignorując moją niechęć i zniecierpliwienie.

Nie lubię go.
Tak naprawdę to nienawidzę go z całego serca.
 Mimo to chciałabym, żeby jednak z nami zostało.

Dopóki czekam, jest nadzieja.

czwartek, 4 marca 2010

NIE WIEM, CO WIEM...

Jestem nerwusem. Łatwo mnie wyprowadzić z równowagi, szybko wpadam w złość, na szczęście równie szybko mi ona mija, ale denerwuję się bardzo często bez wyraźnego powodu i przyczyny. Szczególnie mocno stresują mnie sytuacje, w których nigdy nie byłam. Dlatego do tej pory nie wiem, skąd mi się wziął ten dzisiejszy, poranny spokój. Cały czas mnie to zastanawia. Jechałam na punkcję dziwnie opanowana i wyciszona. Mężyk próbował zagaić jakąś rozmowę, ale rano w aucie kleiła się tylko psia sierść do mojej kurtki.

 Siedziałam, milczałam, dziwnie i podejrzanie spokojna, jakbym doskonale wiedziała, co z tego wszystkiego będzie. Bo mam wrażenie, że wiem. Tylko jeszcze nie wiem… co. Głupie i nielogiczne, ale tak właśnie się czuję. Samą mnie to dziwi, bo przecież tak naprawdę nie wiem…??? A może wiem, może znam tak naprawdę tę odpowiedź, której znać i nie chcę, i chcę..?
 
Czasem sama siebie nie rozumiem i sama się w sobie nie potrafię odnaleźć. Tak jak dziś. Tak jak w mijającym tygodniu. Nie sądziłam wcześniej, że to wszystko będzie dla mnie takie trudne, że będzie mnie kosztowało tyle emocji. Nie umiem ich poukładać, kłębią się wszystkie we mnie i tłoczą, wypierając siebie nawzajem: strach, nadzieja, rezygnacja, lęk, radość i smutek. Może ten mój dzisiejszy spokój to reakcja na ich nadmiar, może po prostu schodzą one ze mnie, jakby ktoś odkręcił wentyl? A może się właśnie kumulują?
Nie wiem. Nic nie wiem, poza tym, co wiem, choć nie wiem. Nie wiem, czy chcę wiedzieć. Nie wiem nawet, co jest gorsze, wiedza czy niewiedza. 
Nie wiem, że wiem.  Wiem, że nie wiem. Nie wiem, co wiem.