niedziela, 28 lutego 2010

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

Obudziłam się późno. W mieszkanku cisza, białasowe pazury nie szurały jak co dzień po panelach, tylko ulica szumiała za oknem. Mogłam pospać, nie poderwał mnie na nogi jak co rano stempel z zimnego, mokrego, psiego nosa na policzku. Przebudziłam się po dwunastej, spojrzałam na zegarek i pomyślałam – nie no, przecież to środek nocy, jeszcze minutkę… Po godzinie i pięciu drzemkach udało mi się spionizować, chyba tylko i wyłącznie siłą woli. Zlazłam z łóżka. Włączyłam radio. Zaśpiewało mi głosem Rynkowskiego, że lubi naszą samotność we dwoje...
Ta piosenka… Długo nie mogłam jej słuchać. Uśmiechnęłam się, choć gdzieś na samym dnie serca, bardzo, bardzo głęboko, przemknął mi cień smutku. Zakuło. Cienka igła bólu pojawiła się i znikła. Na krótką chwilę wróciło razem z nią stare wspomnienie z przed wielu lat. Wyrzuciłam je szybko z myśli jak nieproszonego gościa.
Lubię naszą samotność we dwoje... Lubię swoją samotność. Lubię takie dni. Oblechy pojechały wczoraj do teściów, wrócą w poniedziałek. Mam wolne popołudnie. Nie muszę się nigdzie śpieszyć, nic dziś nie muszę i dobrze mi z tym.
Odsłoniłam rolety, wstawiłam czajnik na gaz, przeciągnęłam się jak na rasowego kocambra przystało i jeszcze na moment wróciłam do łóżka powygrzewać się w plamie słońca. Nawet coraz głośniejsze gwizdanie blaszanego uparciucha nie zmotywowało mnie do powstania, dopiero kiedy zaczął rzygać wodą, pobiegłam mu na ratunek. Wyciągnęłam filiżankę i z rozpaczą odkryłam, że skończyła się kawa rozpuszczalna.... No nie, tylko nie to… jęknęłam i załamałam się na krótką chwilę. Już miałam iść na kompromis i zadowolić się sypaną, kiedy stwierdzałam organoleptyczne, że neska jednak jest. Wymacałam ją w drugiej szafce. Człowiek bladym świtem to jednak niedowidzi.
Ucieszyłam się na widok pełnego słoika jak małpa z zakrzywionego gwoździa. W związku z tym faktem mój nastrój gwałtownie się poprawił. Zajrzałam do lodówki, a tam tylko micha z sałatką, pingwin i światło. Mój nastrój znowu gwałtownie się pogorszył. Mleka ni widu, ni słychu, dedukcja była prosta, a jej efekt tragiczny w swojej wymowie: ma mleka, nie ma kawy… Czarna rozpacz już wypełzała z kątów, już miała mnie dopaść, ale obroniłam się przed nią resztkami sił, coś mnie tknęło i zajrzałam do szafki pod zlewem – no trzeba być moim mężem, żeby je tam schować!!! Stało tam sobie, pełne, łaciate i nawet się nie odezwało. Usatysfakcjonowana skompletowaniem filiżanki, kawy, mleka i gorącej wody w jedną, kompatybilną całość osiadłam na laurach i nie zwracając już dłużej większej uwagi na to co robię, zagrzebałam łyżeczką w pojemniku z cukrem. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Nosz ja pier…!!! Pieprzone pojemniki, co mnie podkusiło, żeby kupić dwa takie same???
Oplułam pół blatu. Upomniałam sama siebie w myślach, że miałam nie rzucać mięchem. Niech będzie, solona kawa, faktycznie, mniej wulgarnie i nawet się zgadza z rzeczywistością. Rozpoczęłam całą skomplikowaną procedurę od nowa. Już pierwszy łyk słodkiego, gorącego płynu sprawił, że zaczęło rozjaśniać mi się w głowie. Nie wiem, po prostu nie wiem, jak funkcjonuje firma pod moimi rządami od rana, ZANIM napiję się kawy.
Połaziłam po mieszkaniu, zignorowałam panujący w nim bałagan, zrobiłam sobie kolejną dziurę w brzuchu do kompletu, potem wyciągnęłam sałatkę z lodówki i pogrzebałam w niej widelcem niemrawo i bez przekonania. Zawsze należałam do osób, które lepiej żywić niż ubierać. A skoro już o tym mowa - z żalem podjęłam dramatyczna decyzję o rozstaniu z piżamą. Na wpół obudzona poczłapałam pod prysznic, stałam po strumieniem ciepłej wody dobry kwadrans i czułam jak spływa ze mnie wczorajszy, ciężki dzień, zmęczenie i resztki snu. Zawinęłam się w ręcznik i resztką stygnącej kawy wyszłam boso na balkon. Odetchnęłam głęboko, wystawiłam twarz do słońca, zmrużyłam oczy.
Chłodno.
 Rześko.
Cudownie i błogo.
 Pachnie wiosną.
W powietrzu delikatny, ale wyraźny zapach.

Zapach nadchodzących zmian.

piątek, 26 lutego 2010

KUCHNIA PEŁNA NIESPODZIANEK


Znów mnie poniosło na łowy. Miałam do zrealizowania gratisowy bon na zakupy do jednego ze sklepów z biżuterią i postanowiłam za całość nabyć oczywiście kolczyki. Nie chwaliłam się za bardzo mężykowi, ale wyczuł z daleka pismo nosem i zaraz padło podejrzliwe pytanie:

- Co, znowu jakieś pirze???

Zaprotestowałam żarliwie, ale głos mi się załamał w połowie zdania i sprawa się rypła, zostałam zmuszona do zaprezentowania swoich najnowszych nabytków. Wyjęłam nieśmiało brązowe piórka, potem pokazałam kółka z muszli malowane w fioletowe wzory, dorzuciłam jeszcze miedziane blaszki z turkusowymi kamykami i… czekałam na reakcję. Mężyk pomyślał chwilę, położył na samym spodzie te okrągłe i mówi:

- Tu mamy talerze..

Na nich umieścił te z piórek, oznajmiając:

- Na nich bażant po senatorsku…

Na czubku kolczykowej piramidy ulokował te orientalne i podsumował:

- Z odrobiną indyjskiej przyprawy…

Faceci. Im się wszystko z jednym kojarzy..

czwartek, 25 lutego 2010

JAGODZIANKA

Zastanawiałam się wczoraj dłuższą chwilę, które miejsce na oponce będzie lepsze pod zastrzyk: dorodna śliwa węgierka z prawej strony, czy szereg drobnych po lewej? A może wcelować w te starsze, już znikające siniaki, żółknące powoli jak mirabelki latem?
Tak sobie dywagowałam po cichu, deliberowałam, kiedy osobnik zakontraktowany przyczłapał do łazienki, popatrzył na mój brzuch, uśmiechnął się trochę smutno i powiedział:
- Moja ty jagodzianko…
I przytulił mnie bardzo mocno.

niedziela, 21 lutego 2010

GREMLIN


Odkąd przekułam uszy, mam nowego fioła – kolczyki. Szukam fajnych wzorów w sklepach, w butikach, na allegro, mogę w nich grzebać godzinami, poluję na oryginalne okazy i dziwne, fantazyjne kształty. Nie jestem przesądna, nie ruszają mnie stada czarnych kotów, nie przeraża piątek trzynastego, pod drabiną przechodzę śmiało, więc kiedy me oko wypatrzyło na półce kolczyki z pawich piór, już wiedziałam, że będą moje! Zakupiłam, w domu zaprezentowałam ślubnemu i natychmiast mój czujny wzrok wychwycił lekką dezaprobatę w spojrzeniu mężyka, która szybko znalazła swoje potwierdzenie werbalne:
- „Co to za pirze,Kochanie?”
- zapytał mnie luby, a ja dumnie odparłam, że pawie – było, a teraz jest moje i niniejszym będę je nosiła, czy mu się to podoba, czy nie. Czułam przez skórę, że wybiera opcję numer dwa, ale nic nie powiedział. Wytrzymał trzy dni. W sobotę rano, kiedy wróciliśmy z kolejnych badań, już dłużej nie mógł się powstrzymać. Popatrzył na mnie, parsknął śmiechem i powiedział: 
- Zdejmij je, proszę. Wyglądasz jak Gremlin…

piątek, 19 lutego 2010

PRZEKRĘT

  
Jestem rasową trzęsidupą. Nie mam duszy hazardzistki, nie umiem ryzykować, kręcić i oszukiwać, a mimo to – zdarzyło mi się kiedyś zrobić przekręt. Ten jeden, jedyny raz przeszłam samą siebie i odstawiłam taki numer, że sama w to nie wierzę. Nie jestem jakoś z tego bardzo dumna, ale jak sobie przypomnę tę historię, to śmiać mi się chce do tej pory.

 Dawno to było, ładnych parę lat temu, na moich drugich studiach, bodajże na czwartym roku. Tytułem wstępu, żeby sytuacja była jasna i klarowna, muszę dodać, że na pierwszym fakultecie byłam strasznym kujonem, studentką idealną, zawsze zwartą i gotową do odpowiedzi, co to nie opuściła żadnego wykładu, ani zajęć. Wszystkie egzaminy zdawałam w zerówkach, nie wiedziałam, co to znaczy przedłużenie sesji, a kiedy dostawałam czwórkę z plusem z kolokwium, to płakałam po nocach z rozpaczy. Na drugim kierunku przeszłam radykalną metamorfozę.

 Stałam się własną antytezą.

W związku z faktem, że miałam indywidualny tok studiów, na zajęciach pojawiałam się równie rzadko jak pomarańcze na sklepowych półkach za czasów komuny. Praca na pełny etat zdecydowanie utrudniała mi studiowanie w trybie dziennym, ale jakoś sobie radziłam. Na zajęciach byłam gościem, obowiązywało mnie rozliczenie roczne, więc sesję zimową przesypiałam, a co lato zaliczałam, ale powtórkę z rozrywki. Historia lubiła się powtarzać, oj lubiła, kampania wrześniowa dopadała mnie jak bumerang każdej jesieni. Dla odmiany co semestr występowałam o przedłużenie…ale do przedłużenia.  Moim osobistym rekordem było przeciągnięcie sesji letniej z drugiego roku studiów do takiego ekstremum, że zamknęłam ją dokładnie szesnastego stycznia, cztery dni przed rozpoczęciem zimowej.
Ale to jeszcze nic.

 Na początku ósmego semestru straciłam wenę na dalszą naukę i postanowiłam rzucić te studia, więc przez pół roku nie pokazałam się na zajęciach, bo i po co. Jednak gdzieś pod koniec lutego zmieniłam zdanie i postanowiłam jednak moją edukację kontynuować. Było to, po półrocznej absencji, wyzwaniem dość karkołomnym, obudziłam się, szczerze mówiąc, z ręką w nocniku. Ale pełna wiary we własne siły i urok osobisty, objawiłam się na uczelni w samym środku sesji tak nagle, że niektórzy żegnali się na mój widok, nie wiedząc, czy sen to, czy mara...
A ja była pełna zapału i... zielona jak szczypiorek na wiosnę, choć był środek zimy.

Jeden egzamin zdałam stosując metodę mickiewiczowskiego Konrada, oj wielka to była improwizacja, wielka i udana, drugi zaliczyłam fuksem, resztę obleciałam po łepkach, tak, że w efekcie zostało mi tylko jedno zaliczenie. Ale jakie…

Masakryczna kobyła, historia wszystkiego i niczego, nie miałam pojęcia, jak ugryźć ten przedmiot, ani z której strony. Na zajęciach byłam raz – przyszedł jakiś zamorzony głodem doktorek, podyktował temat, włączył projektor, posadził jedną ze studentek przy nim, żeby przewijała slajdy i wyszedł... W związku z faktem, że prowadzący nie zamierzał prowadzić zajęć, ja nie zamierzałam na nie chodzić. Beznadzieja, nie będę w tej farsie uczestniczyć i jak postanowiłam, tak zrobiłam, bo szkoda mi było czasu. Więcej moja noga na tym konwersatorium się nie pojawiła, reszta ciała zresztą także. A cała grupa karnie, tydzień w tydzień, przez półtorej godziny przepisywała notatki z rzutnika - z relacji koleżanek dowiedziałam się, że wszystkie zajęcia wyglądały dokładnie tak samo. Doktor delegował jedną osobę z sali do obsługi urządzenia i wychodził. I tak co tydzień. Był z nim tylko jeden problem, niestety bardzo poważny problem.

 Nie, nie z projektorem, choć to biedne urządzenie de facto pełniło rolę prowadzącego, ale z tym ostatnim. Na koniec semestru robił szczegółowy test sprawdzający znajomość, nie, tu znów potrzebne jest wyjaśnienie - absolutnie nie historii tego i owego, ale owych feralnych slajdów, których oczy me nie miały wątpliwej przyjemności oglądać.

Na egzamin pisemny oczywiście nie poszłam, bo akurat cierpiałam na ostrą fazę rzucania studiów. Kiedy mi minęło, minął również termin, wiedziałam, że można się do doktorka umówić na konfrontację oko w oko, ale to było szaleństwem, o zaliczeniu nie miałam nawet co marzyć, bo mówiąc wprost… nic nie umiałam. Czasu, żeby się nauczyć także nie posiadałam, sesja zbliżała się nieuchronnie ku końcowi, a mi brakowało tylko tego jednego, jedynego zaliczenia…

Wtedy w mojej głowie pojawił się szatański plan. Normalnie chyba diabeł podszepnął mi ten pomysł i kazał go zrealizować. W sumie to nawet za bardzo nie musiał mnie kusić, długo się nie zastanawiałam, to było tak głupie, że... mogło się udać. To było czyste szaleństwo, ale jak w każdym, była w nim jakaś metoda…

Najpierw zmierzałam iść na konsultacje, ale doszłam do wniosku, że to zły pomysł, bo prowadzący może mieć za dużo czasu, lepiej wziąć go z zaskoczenia. Sprawdziłam, kiedy doktorek ma zajęcia, przydybałam go kiedy kończył konwersatorium i już miał pędzić na kolejne, gdy zaczepiłam go z przepraszającą miną i poprosiłam o chwilę rozmowy. Następnie, przeprosiwszy go uprzednio za spowodowanie mimowolnie zamieszanie, powiedziałam:

"Panie doktorze, ja już jednak nie chcę poprawiać tego testu na czwórkę, trzy z plusem absolutnie mi wystarczy…"

Patrzyłam mu prosto w oczy, nawet mi powieka nie drgnęła, dorzuciłam tego anielski uśmiech, podsunęłam pewnym ruchem indeks i ...  zamarłam w oczekiwaniu na reakcję.

 Facet popatrzył na mnie jakby mnie pierwszy raz w życiu na oczy widział.
Nie miał pojęcia, że to by się nawet zgadzało… 

Oczy zrobiły mu się wielkie jak pięć złotych. Wręcz widziałam, jak błądzi w meandrach swojej pamięci, jak szuka w niej mojej twarzy i nie znajduje. Mijały sekundy... trwające jak dla mnie całą wieczność. Oczy zrobiły mu się wielkie jak zakrętki od słoika. Widziałam jak trybiki w jego mózgu obracają się coraz szybciej, jak zwoje rozgrzewają mu się do czerwoności i zaczynają topić się z sykiem. Oczy zrobiły mu się wielkie jak spodki od herbaty. Widziałam jak walczy sam ze sobą, jak toczy wewnętrzny spór, jak po cichu zastanawia się: czy skompromitować się i przyznać do absolutnej amnezji, czy iść w zaparte i brnąć dalej w to błocko, które mu właśnie zachlupotało mu pod stopami w najmniej spodziewanym momencie. Wybrał rozwiązanie numer dwa, ale nie od razu, nie poddał się tak łatwo, najpierw sprawdził dyskretnie moje nazwisko na indeksie, pogrzebał chwilę w swoim laptopie i niepewnym głosem ni to oznajmił, ni to zapytał:

 "Ale Pani nie ma oceny z testu w systemie... ???"

To wahanie go zgubiło, już był mój. Ruszyłam do ataku jak taran, nic mnie nie mogło powstrzymać, zalałam go potokiem słów, co jak co, ale w wodolejstwie jestem dobra, już po kilku minutach zaczął tonąć… Oświadczyłam doktorowi, że przecież sam mi mówił, że nie będzie jej wpisywał, bo mam się poprawiać, ale ja już nie chcę, mam dużo pracy i niestety mało czasu, za mało, żeby jeszcze raz przejrzeć materiał, że bardzo mi przykro z tego powodu, bo wykłady były fascynujące, dzięki nim dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy, tak wielu, że ocena przestała mieć dla mnie znaczenie, więc jeszcze raz mu dziękuję za szansę, za wyrozumiałość, wielkoduszność i dobre serce oraz przepraszam go bardzo, że zmieniłam zdanie i już nie chcę z danej mi szansy i możliwości poprawy skorzystać, i niniejszym poproszę o wpisanie tego nędznego trzy plus w indeks...
Kiedy skończył mi się oddech, urwałam i…

i… zamarłam w oczekiwaniu....

Facet popatrzył na mnie raz jeszcze, podrapał się po głowie, dam sobie rękę uciąć, że mnie nie pamiętał, no bo przecież nie mógł, a w efekcie mojej gadaniny miał w głowie jedną, wielką czarną dziurę… Pomyślał, pomyślał, ale czas go gonił, grając na moją korzyść, za chwilę miał prowadzić kolejne zajęcia, ktoś wszedł już do sali, zawahał się jeszcze przez sekundę, popatrzył na mnie, nie wiem, co miałam na twarzy poza przyklejonym uśmiechem, ale koniec końców wziął mój indeks i …
...wpisał mi ocenę!

A ja podziękowałam ładnie, przeprosiłam jeszcze raz za całe zamieszanie, posłałam mu najpromienniejszy z moich uśmiechów i wyszłam na korytarz, zamykając za sobą delikatnie drzwi. Dopiero tam się pode mną nogi ugięły. Dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam. Wystarczyło, żeby mi zadał jedno pytanie. Jedno. Gdyby padło, rozstąpiłaby się pode mną ziemia...

Otworzyłam indeks, spojrzałam jeszcze raz na wpis – no trzy plus jak byk. Nie wierzyłam własnym oczom i własnemu szczęściu.  Ani w to, co zrobiłam - bezczelnie wmówiłam prowadzącemu, że zdałam u niego egzamin. A on w to uwierzył!!!!

Siła przekonywania.
Chyba ją posiadam J

czwartek, 18 lutego 2010

POCZYTAJ MI ...

 
Nasz pies ma przedziwne pomysły, to już wiemy aż za dobrze i od dawna. Ale najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt, że nadal potrafi nas porządnie zaskoczyć...

Wczoraj znowu mu się udało. Siedzieliśmy sobie z mężykiem w pokoju, o czymś gadaliśmy, sierściuch zostawiony sam sobie łaził po mieszkaniu, jak się wkrótce okazało, w poszukiwaniu zajęcia. Zniknął na moment w sypiali, po czym wrócił chwilę później niosąc w zębach ... książkę!!! Moją książkę, która zabrał sobie z nocnej szafki!!! Stanął przed nami i merda kitą, nie wypuszczając tomiszcza w pyska z tak rozbrajająco miną, że nie mogliśmy się powstrzymać...

Buchnęliśmy dzikim śmiechem, pies stracił rezon i położył zdobycz na dywanie, ale nadal stał, patrzył na nas i kiwał zachęcająco ogonem...
Co za przedziwne zwierzę, skąd ja ma wiedzieć o co mu chodziło? Co to miało znaczyć? Poczytaj mi???
Może ja nie jestem na bieżąco, słyszałam o kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”, ale nic mi absolutnie nie wiadomo o innych! Może jestem niezorientowana, może ktoś ogłosił za moimi plecami akcję „Cała Polska czyta... psom”???

środa, 17 lutego 2010

PIRELLI DIABLO CORSA


Kiedy pisałam wczorajszego posta, mężyk pętał się po mieszkaniu, szykując się do spania i próbując jednocześnie podejrzeć mi przez ramię, co tam sobie gryzmolę. Poinformowałam więc go niezbyt uprzejmie, żeby zabrał ryja i nie zaglądał, bo właśnie opisuję, jak mi dokucza i śmieje się z mojej biednej, pokłutej oponki. I dodałam po chwili, że niechybnie trzeba będzie ją niedługo oddać do wulkanizacji. Natychmiast usłyszałam pełen wątpliwości głos ślubnego, zastanawiający się, czy na pewno będą mieli taki rozmiar…
Zignorowałam komentarz i pisałam sobie dalej, kiedy usłyszałam ciche wezwanie:
- Chodź tu do mnie, bo bez Ciebie nie zasnę…
Moja ty Pirelli Diablo Corsa…
 
Wyłączyłam komputer i pobiegłam. Męża w potrzebie trzeba ratować :-)
Ps. Mam nadzieję, że to jakaś dobra marka!

wtorek, 16 lutego 2010

BUFOR

Mężyk przyglądał się ostatnio badawczo, jak robię sobie zastrzyk – naszykowałam wszystko, podciągnęłam koszulkę, chwyciłam fałdkę skóry na brzuchu w dwa palce i zanim wbiłam igłę, usłyszałam:
- Oponka Ci się chociaż przydaje, masz w co kłuć…
Tak się oburzyłam, że nawet nie poczułam tego zastrzyku.
No mam, nie będę się zapierać, noszę od jesieni kółko ratunkowe na bioderkach, przewidziałam zawczasu nadchodzące roztopy, jak mróz puści i miasto popłynie to ja na pewno nie zatonę...
Taka pora roku po prostu, przyszedł sezon na opony zimowe, to i ja je zadobyłam. Dokładnie sztuk jeden, ale jeśli nadal będę zajadać swoje stresy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiosnę przywitam wyglądając jak ludzik Michelin. Dziś podczas zakupów, kiedy zapakowałam do koszyka kilka czekolad, paczek delicji, a na wierzch dorzuciłam ptasie mleczko, mężyk uśmiechnął się tylko i zapytał:
- Co to, przygotowujesz bufor pod kolejne zastrzyki?

Jakoś trzeba sobie radzić z nerwowym okresem w życiu :-)

niedziela, 14 lutego 2010

TRZY ŁYŻECZKI

 
Byłam wczoraj na randce z własnym mężem. Takiej prawdziwej, poprzedzonej oficjalnym zaproszeniem do kina i rezerwacją stolika na kolację w restauracji. Ślubny nawet włożył białą koszulę z tej okazji, aż mnie korciło, żeby zapytać, co przeskrobał... 
Ale się powstrzymałam i dobrze, bo moje podejrzenia okazały się bezpodstawne, a przynajmniej do dziś żywię taką nadzieję,  z facetami nigdy nic nie wiadomo... Miałam pewne obawy, że po jagnięcinie na bardzo ostro mężyk zacznie mówić baranim głosem, ale nie, tylko lekko poczerwieniał. Nawet się przy wytrawnym winie nie skrzywił, godne podziwu, bo znam aż za dobrze jego miłość do słodnich trunków. Ja z kolei wymiękłam przy lodach z imbirem i kardamonem. Nie dałam rady, choć bardzo lubię indyjskie jedzenie - pachnie oszałamiajaco, zadziwia smakiem. Uwielbiam ten ich drobniutki, sypki, biały ryż, jego aromat kojarzy mi się z zapachem... uwaga: futra szarej, polnej myszki, takiej malutkiej...  Wiem, wiem, to śmieszne skojarzenie, nie mam pojęcia skąd mi się wzięło, być może mam w sobie coś z kota?
Na pewno chodzenie własnymi ścieżkami, fochy i humory. Choć te ostatnie wczoraj nam dopisywały jak nigdy, już dawno wypatrzyliśmy, że właśnie w tej knajpce mają w  menu pyszne napoje na bazie jogurtu i mango, nazywane lassie. Nigdy jednak nie łączyliśmy ich z tak dużą ilością wina jak wczoraj, toteż zastanawialiśmy się dość długo, czy przypadkiem po powrocie do domu nie przyjdzie czas na „Lassie wróć!”...
 Na szczęście wszystko zostało na swoim miejscu, pies także okazał się wyjątkowo łaskawy i nie zrobił w domu przemeblowania pod naszą nieobecność. Wyszłam z nim jeszcze na moment, zapadał się łapami w śnieg po sam brzuch, bardzo z tego faktu zadowolony, bobrował w sypkim puchu, grzebał, węszył i szukał nie wiadomo czego. Było chłodno, biało, tak niesamowicie cicho i  pusto, całe miasto już zapadło w sen. Zerknęłam w okna naszego mieszkania i zobaczyłam, że mężyk już wygląda za nami... Złapał moje spojrzenie, uśmiechnął się i pomachał mi ręką.
Ciepło mi się zrobiło na sercu. Nagle uświadomiłam sobie, że mam bardzo fajne życie. Niby o tym wiem i pamiętam, a jednak czasem dociera to do mnie tak intensywnie w najzwyklejszych, najprostszych momentach. Tak mocno, że aż zadziwia.
 Uśmiechnęłam się sama do siebie i do własnych myśli:
 Mam fajnego męża i fajnego psa. Jeden jest milczkiem, drugi jest nieposłuchany i nieco głupawy, ale i tak ich obu bardzo, bardzo kocham.
Takimi, jakimi są - bo są fajni.
Nie przepadam za tym słowem, ale ono najlepiej opisuje i wczorajszy dzień, i... nasze życie.
Wróciłam do domu, skusiłam ślubnego na wspólny prysznic, potem wleźliśmy pod kołdrę i zasnęliśmy wtuleni w siebie jak dwie łyżeczki. A właściwie trzy, bo po chwili dołączyła do nas Biała Dupa.

sobota, 13 lutego 2010

ABSOLUTNE ZEZWIERZĘCENIE

W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy zwierzakami, które wczoraj zeszły z drzew. Wiec zdarza się nam spadać na cztery łapy, spoglądać z byka na nieprzyjaciół, płakać jak bóbr i mieć gęsią skórkę na myśl o spotkaniu z szefem...
Kurzy móżdżek zaś sprawia, że boże stworzenie ciągle coś wymyśla, na przykład nowe zastosowanie dwóch desek... I tylko patrzeć, a już reszta stada, wiedziona owczym pędem, małpuje jego pomysł, porywając ze sobą osobniki nie do końca przekonane, takie jak ja.
Ośli upór zdał się psu na budę - pewnego pięknego, zimowego dnia, rozważając wszystkie aspekty bliskiego pokrewieństwa z poczciwym kłapouchym, stanęłam u szczytu oślej łączki.
Postałam, popatrzyłam, pomyślałam i takie oto nasunęły mi się refleksje natury zoologicznej:

Łączka wbrew pozorom i nazwie wcale nie służy do wypasu, choć pełna jest stworzeń poruszających się na czterech nogach. Co najciekawsze, próbują one mozolnie wspiąć się na wyższy etap ewolucji i stanąć na dwóch. Wszystkie bacznie strzygą uszami, nauczyły się już, że wyczulony słuch pozwala uniknąć niebezpieczeństwa związanego z przyjęciem pozycji pionowej przez co bardziej uzdolnione osobniki. Głośne okrzyki "UWAGA!!!!" świadczą o wykształceniu się aparatu gębowego i pozyskaniu przez nie zdolności mowy, ale nie tylko.
Przede wszystkim informują innych członków stada, że oto właśnie na stoku pojawiła się pędząca w dół na złamanie karku krzyżówka "konia (z klapkami na oczach)" z osłem. Osobnik takowy bowiem, obiera instynktownie podstawową metodę zjazdu znaną powszechnie jako z "górki na pazurki". Polega ona na przemieszczeniu się z punktu A położonego na szczycie stoku do punktu B, leżącego na jego dole. Całkowita ignorancja podstawowych praw fizyki - tj. pojawiającego się w tym momencie przyśpieszenia, pozwoliła mi gwałtownego rozszerzyć pole obserwacji zoologicznych. Odkryłam, że wbrew pozorom orły bieliki wcale nie są rzadkimi ptakami, na stoku można obserwować do woli, jak z szeregiem innych ptaszków próbują uparcie wzlecieć ponad poziom morza i swój własny.

Z kolei komentarze "Patrz, jak jeździsz baranie!!!" świadczą wyraźnie o postępującym rozwoju komunikacji międzygatunkowej, tak istotnej na oślej łączce, gromadzącej  w końcu przerozmaite gatunki. Najgłośniej miauczą tak zwane "koty", które zjeżają tyłem do przodu i rozpaczliwie drapiąc pazurami śnieg, próbując się zatrzymać. Z kolei "chrabąszcze" suną po zboczu dostojnie, w absolutnym milczeniu, próbując niemrawo dogonić swoje narty,
grzebiąc przy okazji, choć nie wiadomo po co, odnóżami w powietrzu. Zwykle udaje się to dopiero tak zwanym "żuczkom", które uzyskują lepsze przyśpieszenie, ustawiając się głową w dół stoku i przybierając opływowe kształty. Trudności z zatrzymaniem rekompensuje fakt, iż kurtka narciarska nie podciąga się pod brodę... No i raźniej jakoś taki osobnik się czuje szusując (nawet na tyłku) niczym bobslej, zamiast toczyć się wzbijając tumany śniegu jak ratrak...

Docierają stworzenia w ten lub inny sposób na dół - z doświadczenia wiem, że metody i formy są przerozmaite - i wjeżdżają potem cierpliwie wszystkie z powrotem na górę, wleczone przez wyciąg, by dalej odkrywać swoje
Absolutne Zezwierzęcenie...
Nabierają wprawy, ćwiczą cierpliwie przed codzienną jazdą na krawędziach.
Tak to już w życiu bywa: raz jedzie się w górę, raz stacza się w dół.

czwartek, 11 lutego 2010

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

 
Wróciłam wczoraj z kliniki, postawiłam na stole w kuchni dwie torby leków, strzykawek, igieł, ampułek, popatrzyłam na to wszystko przez dłuższą chwilę i wymiękłam.
Tak trochę...
Nie da się ukryć, nawet nie zamierzam próbować - boję się zastrzyków. No cykor ze mnie i już. Najbardziej przerażają mnie te, które człowiek musi sobie zrobić… sam.

Dziś dla odmiany wymiękłam na całej linii. Dobre kilka minut mocowałam się z oporną ampułką, której nie chciał odpaść łepek, potem pomyliłam igły, musiałam je zmieniać trzęsącymi się z nerwów rękami, trzy razy wkuwałam się w fiolkę, dłuższą chwilę zamiast płynu zaciągałam tylko powietrze, aż w końcu mi się udało. Napełniłam strzykawkę lekiem. Przez moment miałam ochotę zamknąć oczy i nawet to zrobiłam, ale bałam się, że nie trafię, z moim szczęściem mogłam równie dobrze zrobić zastrzyk w tapicerkę krzesła, tak mi ręce latały.
Więc otworzyłam ślepia i … zrobiłam to.

 Nie wiem jak, ale zrobiłam.
Pierwsze koty za płoty.
Mój debiutancki, samodzielnie zaaplikowany zastrzyk, drugi z kolei, bo do wykonania pierwszego niemal zmusiłam sanitariusza w zabiegowym. Bardziej mnie bolał brzuch ze stresu niż sama iniekcja …

A sporo ich jeszcze przede mną, kiedy patrzę na swoją rozpiskę, robi mi się słabo; ze skomplikowanych wyliczeń wynika, że nawet pięć zastrzyków dziennie. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Osobnik zakontraktowany jako małżon zadeklarował co prawda ochoczo swoją pomoc, ale trochę... zbyt ochoczo. A kiedy jeszcze oświadczył, że mi „z radością skuje tyłek”, szybko podziękowałam i postanowiłam liczyć na siebie. Jakoś nie mam zaufania do człowieka, który  już na samym wstępie radyklanie myli miejsce podawania. Wolę z dwojga złego liczyć na własną orientację w terenie, nie jest co prawda za rewelacyjna, ale tył od przodu jeszcze odróżniam, przynajmniej jeśli chodzi o moje własne, prywatne ciało.
Mam więc cichą nadzieję, że i jutro trafię igłą tam, gdzie trzeba.

 Mam nadzieję, że się uda.

 Mam  nadzieję, że warto, choć o wartości, a raczej cenie tego wszystkiego nie chce nawet myśleć. Kiedy zobaczyłam wczoraj rachunek za leki do stymulacji, zaczęłam się w duchu śmiać. Bo pomyślałam sobie, że jeśli efektem tych wszystkich starań będzie maleństwo, to zupełnie nowego znaczenia nabierze zwrot:

Moje drogie dziecko
 Moje bardzo drogie dziecko...

Nie żal mi tych pieniędzy. Nie było mi ich żal nawet przez moment.

Są rzeczy bezcenne.

Za wszystkie inne można zapłacić kartą maestro ...

środa, 10 lutego 2010

PIZZA

 
Mimo licznych niepowodzeń, nadal próbuję od czasu do czasu coś upichcić. Z duszą na ramieniu i sprawdzonym przepisem, za który Emilii jeszcze raz, bardzo, bardzo dziękuję, zabrałam się po raz kolejny do robienia pizzy. No i muszę się pochwalić  - pierwszy raz wyszła mi taka, jak wyjść powinna: mięciutka, na wyrośniętym cieście, odpowiednio wypieczona, pachnąca i aromatyczna.  Nie trzeba było wyciągać piły spalinowej, żeby ją przekroić, ba!, nawet nóż nie zazgrzytał  przy krojeniu spodu! Mężyk zajadał tak, że aż mu się uszy trzęsły.  Zrobiłam wielką blachę, taką na cały piekarnik, licząc na to, że resztę pokroję na eleganckie prostokąty i zamrożę, żeby ślubny nie głodował pod moją nieobecność. Takie rozwiązanie zaproponowałam już w trakcie jedzenia mojemu pasibrzuchowi. Odpowiedzią było pełne zdumienia spojrzenie i równie zdziwione pytanie:
- Ale po co ty chcesz zamrażać tę pizzę?
- Bo się zepsuje, nie zjemy jej, jest za duża.
- Zjemy, nie zepsuje się
- Jest wielka, nie zjemy jej, a jak ją zamrozimy, to będziesz miał na później
- Na później? Opłaca Ci się do jutra mrozić???
To powiedziawszy, zabrał się do pałaszowania kolejnego kawałka. Poddałam się. Na drugi dzień po pizzy zostały tylko okruszki…

poniedziałek, 8 lutego 2010

TERMOFOREK

Oglądaliśmy ostatnio z mężykiem jakieś filmidło, typowe kino akcji, gdzie odważni, silni i waleczni mężczyźni robili wszystko, by ocalić świat od zagłady. W tym celu prężyli swe gołe, muskularne torsy, napinali umięśnione ramiona, prezentowali atletycznie wyrzeźbione sylwetki, walcząc przy okazji, jakby od niechcenia, o dobro i pokój ogółu, bliżej zresztą nieokreślonego.
Zawiesiłam oko na sylwetce głównego bohatera, no bo było na czym, podeliberowałam sobie trochę pod nosem, porównałam z mężowską posturą, wyciągnęłam wnioski i zaapelowałam do ślubnego:

- Mógłbyś i ty mieć taki „kaloryferek”…
A ten się poklepał tylko po swoim falującym bęcolku i oznajmił mi, bardzo z siebie zadowolony:
- Ja mam termoforek …

niedziela, 7 lutego 2010

POLIGLOTA

  Travis też lubi książki. Mój mąż śmieje się czasami i mówi, że pod tym względem piesusio wdał się w Panią. Zostawiony sam sobie nawet na godzinę, potrafi sobie zajęcie zorganizować. Umie wyciągnąć z półki książkę i bardzo dokładnie, po psiemu… „przeczytać”. Jeśli ma mało czasu, robi to pobieżnie – tylko obgryza rogi. Ale zdarzyło mu się już oddać pasjonującej, wielogodzinnej lekturze i wtedy białe kartki fruwały po całym mieszkaniu. Działania prewencyjne polegające na chowaniu książek na najwyższe półki niewiele pomagają. Pies po prostu włazi wtedy na łóżko lub fotel, staje na tylnych łapach, przednimi opiera się o ścianę i zdejmuje sobie wybrane tomiszcze, żeby rozprawić się z nim po kozacku.

 Zawsze robił to pod naszą nieobecność, tylko ślady na ścianach zdradzały technikę dobierania się do moich papierowych skarbów. Aż do dnia, kiedy się po prostu… zapomniał. Mężyk błądził po necie, ja moczyłam się w wannie, a pies się nudził. Ganiał trochę po mieszkaniu za piłką, próbował zachęcić do zabawy Pana, ale ten ostatni jakoś nie miał weny i natchnienia. Zignorowana i osamotniona Biała Dupa postanowiła sobie zorganizować rozrywkę we własnym zakresie. Wtedy dowiedzieliśmy się, jak to się robi. Pies, na którego nikt nie zwracał uwagi wlazł do sypialni, jeden sus i już był na kapie, delikatny podskok , capnięcie zębami za grzbiet i dalej do czytania…

Mężyk zawołał mnie cichutko i oboje zafascynowani obserwowaliśmy, jak wygląda kundlowe czytanie. Na pierwszy ogień poszła okładka, elegancko przytrzymana łapą, nie stawiała większego oporu. Potem kolejne strony zaczęły zamieniać się w białą sieczkę…

 Nie protestowaliśmy, zauroczeni białaskową techniką szybkiego czytania, także dlatego, że na swoją lekturę kundello wybrał po raz drugi tę samą książkę. „Piaskowa góra”, którą Travis zdjął sobie z półki, była już mocno nadgryziona zębem czasu – tego, który pies poświecił jej już wcześniej, podczas naszej nieobecności w domu…

Gust ma doskonały – wybiera same najlepsze tytuły, oznaczając je bardzo charakterystycznym, psim „exlibrisem”. Sporo już moich ulubionych książek przeczytał. Kiedy kupuję nową lekturę, mój mąż zwykle komentuje to krótko, pytając zawsze o to samo:

- Znowu kupiłaś psu nową zabawkę?

A następnie ogląda świeżo nabytą lekturę fachowym okiem, podtyka psu pod nos i mówi:

- Zobacz Travisku jaka fajna, w twardej okładce!

Ostatnio zaproponował mi, żebym wyrobiła Białej Dupie kartę klubu Świata Książki, przedstawiając argumenty nie do zbicia: należy się piesuskowi, skoro już tyle przeczytał… Nie wiem jednak, czy to dobry pomysł, bo psinie coś się ostatnio zmienił profil zainteresowań. Już nie beletrystyka, już nie powieści pociągają go najbardziej. Kilka dni temu znalazłam na dywanie pogryzione repetytorium do nauki języka niemieckiego. Wczoraj obdarł ze skóry słownik angielsko – polski.
Poliglota jeden się znalazł.

sobota, 6 lutego 2010

GROCH Z KAPUSTĄ CZYLI KILKA SŁÓW O KSIĄŻKACH

Książki to dla mnie temat rzeka, a w związku z tym, że taka jedna wepchnęła mnie do niej ostatnio, domagając się wynurzeń na temat moich osobistych lektur i stanu posiadania wspomnianych, pozwolę sobie trochę popływać… w tym temacie.
Jako człowiek uparty i zawzięty, w wieku lat pięciu uniosłam się honorem i nauczyłam się sama czytać, głównie dlatego, że miałam już dość łażenia za mamą z książeczkami w garści i nudzenia: „Pocitaj mi, no pocitaj mi!” Ona też miała dosyć, zwłaszcza, że pamięć miałam doskonałą i żywo protestowałam przeciwko próbom dyskretnego pominięcia akapitu czy chociaż jednej strony. A nie raz mama próbowała, nie raz, co by szybciej dobrnąć do końca opowieści…  Nigdy się jej nie udało, bo ja wszystkie posiadane książeczki po prostu znałam na pamięć :-).
Pierwszą, jaką w ogóle sobie przypominam, była „Kurka w aeroplanie” Juliana Tuwima, kazałam ją sobie czytać na okrągło. Kiedy już sama opanowałam tę fascynującą sztukę wydobywania treści z czarnych robaczków na białych stronach, wsiąkłam na amen. Czytałam wszystko, co mi wpadło w ręce, sięgając często po książki jeszcze dla mnie za poważne tylko dlatego, że stały sobie akurat na półkach. Tak to więc w wieku lat chyba dziesięciu przeczytałam „Faraona”  Bolesława Prusa…
W moim domu rodzinnym książki po prostu były, a czytali wszyscy. Kiedy zasiadaliśmy do obiadu, każdy z nas przed talerzem rozkładał swoją książkę: ja, mój brat i … tata. Wiem, wiem, paskudny nawyk, zwłaszcza, że nie pozbyłam się go do dzisiaj. Tylko mama próbowała protestować nieśmiało przeciwko tym barbarzyńskim zwyczajom, ale zwykle robiła to niemrawo i bez przekonania, aż w końcu wyciągała „Przyjaciółkę” i też zaczynała czytać…
To ona kupowała mi książki, na to zawsze znalazł się w domu jakiś grosik, nigdy mi nie odmówiła. Choć wybierałam pozycje dość specyficzne, jak na kilkuletnią dziewczynkę; posiadanie starszego brata determinowało dość mocno dobór moich lektur  – ja po prostu czytałam to samo, co on. Tak więc w wieku lat kilku uwielbiałam powieści Jacka Londona, J. Olivera Curwooda, Karola Maya, Alfreda Szklarskiego… „Winnetou”, „Old Surehand”, „Czarny Mustang”, „Skarb w Srebrnym jeziorze”, „Łowcy złota”, „Łowcy wilków”, „Władca skalnej doliny”, „Włóczęgi północy”, „Szara Wilczyca”… To były książki mojego dzieciństwa.
Piękne to były czasy. Łaziłam po drzewach jak rasowa małpa, potrafiłam strzelać z własnoręcznie wykonanego łuku i marzyłam, żeby jeździć konno jak prawdziwi czerwonoskórzy. Z czasem poszłam na ustępstwa i stwierdziłam, że krowa też się będzie nadawać do osiodłania, ale kiedy zastrzeliłam z procy kurę, tata powiedział: dość.
No i skończyło się indianowanie…
A zaczęła się epoka zagadek kryminalnych i horrorów. Do dziś pamiętam, jak przed snem sprawdzałam dokładnie każdy kąt w mieszkaniu, a jakaś tajemnicza siła kazała mi po raz piąty z rzędu zajrzeć pod łóżko przed zgaszeniem światła. A i tak, kiedy zamknęłam oczy, niemal słyszałam szelest sunącej po podłodze macki… Taki też był tytuł horroru, który mój bracia przywlókł do domu, a ja oczywiście połknęłam go jako doskonałe lekarstwo na bezsenność… To jest dokładnie na jej wywołanie :-) Kiedyś też inteligentnie zabrałam się za czytanie „Milczenia owiec” w środku nocy. Polecam, zwłaszcza osobom obdarzonym tak bujną wyobraźnią jak moja… Horrory Stephena Kinga to też dobry wybór na samotny wieczór, zwłaszcza po północy :-). Jego "Lśnienie" to chyba jedyna dobrze przeniesione na ekran lektura, co do reszty adaptacji – nie wypowiadam się, kino nigdy nie będzie miało głębi książki, choćby dlatego, że ekran jest płaski…
Z czasem wachlarz moich lektur przestał być kompatybilny z biblioteczką mojego brata, wyruszyłam na własne literackie poszukiwania. Dużo by o tym pisać, bo fascynacje się zmieniały, ale wypadało by w końcu Nikusi odpowiedzieć na jej pytania.
Tak więc do rzeczy – mam w domu istny lekturowy groch z kapustą: sporo książek Julio Cortazara, uwielbiam zwłaszcza jego „Opowiadania”. Obok nich stoją powieści pisarza z tego samego kręgu – Gabriela G. Marqueza – moje ukochane „Sto lat samotności” i „Jesień patriarchy”, zaraz za nimi Isabel Alende z „Domem Dusz” i „Paulą”… Wracam do nich, choć okres fascynacji literaturą z kręgu realizmu magicznego mam już chyba za sobą. Mam dużo książek Milana Kundery: „Nieśmiertelność”, „Walc Pożegnalny”, „Niewiedzę” i „Nieznośną lekkość bytu”, którą po prostu uwielbiam. Pasjami czytuję Joannę Chmielewską – przy „Całym zdaniu nieboszczyka”,„Wszyscy jesteśmy podejrzani” i „Lesiu” nie raz płakałam ze śmiechu…
Ale tak naprawdę, choć trochę głupio się przyznać, najwięcej mam książek … Borysa Akunina. Uwielbiam jego kryminały retro, pisane, jak sam mawia, ku „Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp – bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i  wykrywano ze smakiem, tudzież elegancją…”
Jego książki po prostu połykam, rokoszując się przy okazji detalami historycznymi, bo akcja większości rozgrywa się w dziewiętnastowiecznej, carskiej Rosji. To moja ostatnia fascynacja, także wygasająca, w związku z faktem, że przeczytałam już wszystko tego autora, co na polski przetłumaczono i wydano.  
Co będzie kolejną – nie wiem, w końcu kobieta zmienną jest…
Tak naprawdę każda przeczytana książka w jakiś sposób wpłynęła na moje życie, na sposób widzenia świata, jednak chyba najmocniej i najwięcej we mnie poruszył Milan Kundera swoją „Nieznośną lekkością bytu”.
To by było na tyle, idę sobie jeszcze przed zaśnięciem poczytać :-)
Aktualnie „Chamowo” Mirona Białoszewskiego.
Dobranoc.

Ps. A wy, Drodzy Czytelnicy, co aktualnie czytacie? Co czytaliście w dzieciństwie i pamiętacie do dziś? Macie książkę, nad którą zdarzyło się wam zapłakać?
Bo ja mam. Ale się nie przyznam

środa, 3 lutego 2010

STADO

Travis codziennie po południu zajmuje strategiczną pozycję pod oknem balkonowym, przykleja mokry nos do szyby i zaczyna czekać. Wypuszczony na balkon siada i patrzy w tę stronę, z której zwykł nadjeżdżać Mężyk. Białas ma swój wewnętrzny zegarek informujący go, że zbliża się godzina, o której z pracy wraca pan. Kundello reaguje żywo na każdego rowerzystę pojawiającego się w zasięgu brązowych ślepiów, ale nie wszczyna alarmu, dopóki nie uzyska pewności, że to ten właściwy. Czasem sama ogłaszam fałszywy, wystarczy bowiem głośno powiedzieć: „Travis, pan przyjechał!, a pies zrywa się na cztery łapy, rzuca pędem w kierunku okna i sprawdza, czy na pewno, czy już jest. Oszukany długo nie daje się uspokoić, skomli, piszczy, biega od okna do drzwi i z powrotem, no bo przecież miał przyjechać, ten jego pan, pańciunio ukochany.

Wieczorem, kiedy mężyk wraca z popołudniowej zmiany, zawsze po niego razem wychodzimy. Zanim zamknę drwi, pies już zbiega po schodach, lecę więc za nim na złamanie karku, doganiam na dole, patrzy na mnie wyczekująco, więc naciskam klamkę, a on wypada z klatki schodowej jak wystrzelony z procy i zaczyna się rozglądać. Nawet jeśli spotka po drodze innego psa i zajmie się zabawą, wystarczy jedno ciche gwizdnięcie, wystarczy, że sylwetka mojego ślubnego zamajaczy na horyzoncie, a piesusio rzuca wszystko i pędzi się przywitać. Co najzabawniejsze, kiedy się bardzo, ale to bardzo cieszy, nie tyle skacze, co podskakuje wszystkimi czterema łapami w górę…

Zauważyliśmy z mężykiem, że kiedy jednej osoby brakuje w domu, pies jest niespokojny, zwłaszcza wieczorem. Łazi z kąta w kąt, jakby sobie miejsca nie mógł znaleźć, pokłada się na dywanie, po chwili przenosi się pod okno, żeby po kilkunastu minutach powędrować pod drzwi. Śpi czujnie, budzi go dźwięk ruszającej za ścianą windy, trzaśnięcie drzwiami na korytarzu, nawet zgrzyt klucza w zamku. Nadstawia uszy i cicho, gardłowo warczy. Bardzo często, kiedy wracam późno w nocy, już na parterze bloku słyszę z naszego mieszkania jego ostrzegawcze, krótkie, stłumione „Wow, wow!”

Kiedy otwieram drzwi, już czeka za nimi, cieszy się, kręci dupą i nadstawia rozespany łeb do głaskania. A kiedy w końcu wsuwam się pod kołdrę i gaszę lampkę, przyłazi do sypialni i wskakuje na łóżko. Kładzie się w jego nogach, zwija w kłębek, a następnie głęboko i ciężko wzdycha. Po krótkiej chwili zasypia spokojnie, głęboko, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
 Dopilnował.
Nareszcie wszyscy są.
 Cała rodzina w komplecie.
Stado.
Travis codziennie po południu zajmuje strategiczną pozycję pod oknem balkonowym, przykleja mokry nos do szyby i zaczyna czekać. Wypuszczony na balkon siada i patrzy w tę stronę, z której zwykł nadjeżdżać Mężyk. Białas ma swój wewnętrzny zegarek informujący go, że zbliża się godzina, o której z pracy wraca pan. Kundello reaguje żywo na każdego rowerzystę pojawiającego się w zasięgu brązowych ślepiów, ale nie wszczyna alarmu, dopóki nie uzyska pewności, że to ten właściwy. Czasem sama ogłaszam fałszywy, wystarczy bowiem głośno powiedzieć: „Travis, pan przyjechał!, a pies zrywa się na cztery łapy, rzuca pędem w kierunku okna i sprawdza, czy na pewno, czy już jest. Oszukany długo nie daje się uspokoić, skomli, piszczy, biega od okna do drzwi i z powrotem, no bo przecież miał przyjechać, ten jego pan, pańciunio ukochany.

Wieczorem, kiedy mężyk wraca z popołudniowej zmiany, zawsze po niego razem wychodzimy. Zanim zamknę drwi, pies już zbiega po schodach, lecę więc za nim na złamanie karku, doganiam na dole, patrzy na mnie wyczekująco, więc naciskam klamkę, a on wypada z klatki schodowej jak wystrzelony z procy i zaczyna się rozglądać. Nawet jeśli spotka po drodze innego psa i zajmie się zabawą, wystarczy jedno ciche gwizdnięcie, wystarczy, że sylwetka mojego ślubnego zamajaczy na horyzoncie, a piesusio rzuca wszystko i pędzi się przywitać. Co najzabawniejsze, kiedy się bardzo, ale to bardzo cieszy, nie tyle skacze, co podskakuje wszystkimi czterema łapami w górę…

Zauważyliśmy z mężykiem, że kiedy jednej osoby brakuje w domu, pies jest niespokojny, zwłaszcza wieczorem. Łazi z kąta w kąt, jakby sobie miejsca nie mógł znaleźć, pokłada się na dywanie, po chwili przenosi się pod okno, żeby po kilkunastu minutach powędrować pod drzwi. Śpi czujnie, budzi go dźwięk ruszającej za ścianą windy, trzaśnięcie drzwiami na korytarzu, nawet zgrzyt klucza w zamku. Nadstawia uszy i cicho, gardłowo warczy. Bardzo często, kiedy wracam późno w nocy, już na parterze bloku słyszę z naszego mieszkania jego ostrzegawcze, krótkie, stłumione „Wow, wow!”

Kiedy otwieram drzwi, już czeka za nimi, cieszy się, kręci dupą i nadstawia rozespany łeb do głaskania. A kiedy w końcu wsuwam się pod kołdrę i gaszę lampkę, przyłazi do sypialni i wskakuje na łóżko. Kładzie się w jego nogach, zwija w kłębek, a następnie głęboko i ciężko wzdycha. Po krótkiej chwili zasypia spokojnie, głęboko, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
 Dopilnował.
Nareszcie wszyscy są.
 Cała rodzina w komplecie.
Stado.