sobota, 30 stycznia 2010

HACHIKO

Nie umiałam wczoraj nic więcej napisać o Hachiko. Długo próbowałam wymyśleć jakąś trafną puentę, celne podsumowanie, wysnuć błyskotliwą refleksję, ale nie potrafiłam. Bo co tu więcej dodać? Wszystko wydawało mi się płytkie i banalne, nawet to, co w końcu napisałam na końcu. Nie istnieją chyba odpowiednie słowa, żeby cokolwiek dopowiedzieć do tej historii. Zawsze, kiedy do niej wracam, wilgotnieją mi oczy. Choć Hachiko odszedł do lepszego ze światów prawie siedemdziesiąt pięć lat temu, ciągle mi go żal. Tego nadaremnego, psiego czekania, przepełnionego niezachwianą wiarą, że pan wróci, że na pewno wróci, przecież zawsze wracał, więc wróci i tym razem. Jak nie dziś, to może jutro, jak nie jutro, to może pojutrze. Żal mi rozpaczliwie psiej nieświadomości i niewiedzy. Tego, że nikt nie był w stanie, nie potrafił mu wytłumaczyć, że pana już nie ma i nie bedzie, że nie przyjedzie, że już nigdy więcej nie wysiądzie o piętnastej po południu z wagonu, że nie ma na co czekać.
No bo jak to wyjaśnić psu? Jak mu wytłumaczyć tajemnicę śmierci? Jak?
Człowiekowi, nawet bardzo małemu, da się jakoś wyjaśnić. Zrozumie. Będzie płakał, tęsknił, cierpiał, ale kiedyś, po wielu tygodniach, miesiącach, po latach burza emocji powoli ucichnie, rozpacz przygaśnie. Czas leczy rany, czy tego chcemy, czy nie.
Ale jak to wytłumaczyć przyjacielowi na czterech łapach, który codziennie idzie na stację i godzinami wygląda powrotu pana?
Zawsze uważałam, że nie ma gorszego uczucia niż bezradność, nawet jeśli dotyczy ona tak pozornie nieistotnej sprawy, jak psie czekanie. Tragiczne i niepojęte w swoim nieludzkim wymiarze, nie pozwalające zapomnieć o psiaku, który miał nadzieję do samego końca. Pewnego dnia zasnął na stacji i już się nie obudził.
Dlatego o nim napisałam. Niezmiennie wzrusza mnie i chwyta za serce jego wierność, taka psia właśnie, ta niezachwiana pewność, bez wątpliwości, dylematów, rozterek, bez pytań, czy kochać, czy nie, czy to ten, czy nie ten.
 Miłość prosta i nieskomplikowana. Kocham, więc jestem. Tu, gdzie zawsze. Czekam na Ciebie. Wierzę, że wrócisz. Nie wątpię. Ufam Ci.
Kogo z ludzi stać na coś takiego, na coś więcej niż puste deklaracje?
Uczmy się od psów miłości i wierności.
Bo jedyne co po nas zostanie, to pamięć tych, którzy nas szanowali, lubili, kochali... Tylko pamięć i słowo pisane mają moc ocalania przed niebytem.
Ps. Historię psa Hachiko uratował od zapomnienia jeden ze studentów profesora Ueno. Napisał o psiaku artykuł, który opublikowała lokalna gazeta. Pies stał się szybko symbolem tak cenionej przez Japończyków lojalności, z całego kraju zjeżdzali się ludzie, żeby go zobaczyć i pogłaskać; wierzono, że przynosi to szczęście. Kiedy Hachiko odszedł na spotkanie ze swoim panem, napisały o tym wszystkie gazety, a w Japonii ogłoszono dzień żałoby narodowej.

piątek, 29 stycznia 2010

WIERNY JAK PIES

Przeczytałam o nim w książce „Japoński wachlarz” Joanny Bator, potem znalazłam jego zdjęcie w internecie. Z czarno - białej, starej fotografii patrzył na mnie poważnie duży, puchaty psiak z charakterystycznie klapniętym uchem, szpic rasy Akita – inu. Miał na imię Hachiko. Jego historia utkwiła w mojej pamięci na dobre.

W 1924 roku kilkumiesięczny psiak trafił do profesora Uneo, wykładowcy tokijskiego uniwersytetu. Podobno od razu przypadli sobie do gustu, pies panu i pan psu. Nić międzygatunkowej sympatii związała ich bardzo mocno, na wiele lat. Codziennie rano kudłaty przyjaciel odprowadzał swojego pana na stację metra. Codziennie po południu wracał na nią i czekał cierpliwie na jego powrót.

Pewnego wiosennego popołudnia profesor Ueno nie wysiadł z metra jak co dzień, Hachiko czekał więc dłużej niż zwykle późnym wieczorem wrócił jednak do domu sam, bez swojego pana. Nastęnego dnia jak zwykle pojawił się na stacji, ale znów nie doczekał się jego powrotu. Ani tego, ani kolejnego dnia, ani nigdy więcej.
 21 maja 1925 roku profesor Ueno zasłabł nagle podczas wykładu i zmarł po kilku godzinach. Chachiko miał wtedy osiemnaście miesięcy. Nie zapomniał. Nie stracił nadziei, że może jednak pewnego dnia pan wróci, że jak zwykle o stałej porze wysiądzie z kolejki metra i przywita się z psem. Więc czekał. Dzień w dzień.

Przez dziesięć lat przychodził codziennie na stację i wyglądał powrotu ukochanego pana.

Cierpliwie. Spokojnie. Uparcie. Wiernie.
Nikt i nic nie było w stanie odwieść go od popołudniowego wyczekiwania.

Mam nadzieję, że jego niewyobrażalna, nieludzka cierpliwość została wynagrodzona. Wierzę, że 8 marca 1935 roku profesor Ueno podrapał go za uchem, a radości, skokom i piskom nie było końca. Tego dnia znaleziona psiaka martwego przy wejściu na stację Shibuya, dokładnie tam, gdzie tyle lat czekał na powrót swojego pana.
Dziś stoi tam jego pomnik, symbol psiej wierności i miłości, której nie rozłączyła nawet śmierć.

wtorek, 26 stycznia 2010

SKROMNOŚĆ TO PODSTAWA

Zimno jest.
 Tak bardzo, że rano mam nieodpartą ochotę wdziać na tyłek majtki z golfem.

Wiadomo, zimno bo zima, ale i tak mnie ten fakt oburza i zniechęca do wykonywania jakichkolwiek czynności prowadzących do utraty ciepła. Ze szczególnym uwzględnieniem przymusu opuszczania nagrzanych pomieszczeń, który to staram się zredukować do minimum. Słowem – wychodzę z mieszkania tylko w szczególnych wypadkach wyższej konieczności. Głównie celem udania się do pracy, nabycia strawy nieduchowej i wysikania Białej Dupy. W tym ostatnim przypadku decyduję się na ten desperacki krok tylko i wyłącznie po długich, rozpaczliwych lamentach sierściucha, który siłą, głównie swojego głosu, wyciąga mnie na dwór. Po dziesięciu minutach zamieniamy się rolami i z istoty wleczonej staję się istotą wlokącą... bardzo niezadowolonego psa z powrotem na górę.

Przykro mi, ale spacer przy dwudziestostopniowym mrozie to dla mnie wątpliwa przyjemność, może się coś zmieni, jeśli porosnę takim futrem, jakie ma Travis, ale szczerze mówiąc – wolałabym nie...  Zdecydowanie bardziej odpowiada mi owinięcie się grubym kocem, celem maksymalnego zminimalizowania ubytków ciepła.

 Tak też robiłam któregoś wieczoru: przyniosłam sobie do pokoju kubek gorącej herbaty, przywlokłam kapę z sypialni, okręciłam się nią po same uszy, tak przygotowana zasiadłam na sofie, poobtykałam się dookoła poduszkami i zażądałam od męża seansu kina domowego. Lichą miałam mobilność w tym kokonie, więc wyboru filmu na wieczór dokonywał ślubny, grzebiąc w płytach jak rasowy kogut w kupie ziarna. Wybór był spory, więc trochę to trwało. Po dłuższej chwili wyciągnął jedną i bardzo z siebie zadowolony oznajmił mi:

-         Niuniu, zobacz, mamy nawet film o mnie!

Spojrzałam podejrzliwie, zdziwiona, że taką sławę mam w domu, a nic mi o tym doniosłym fakcie nie wiadomo i zapytałam:

-         Ale jaki film...?
- „Mąż idealny”! 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

WAFELKI

Chciałam mężykowi życie osłodzić i zrobiłam wafelki. Czekoladowe. Moja mama zawsze przygotowywała takie na święta – były miękkie, ale jednocześnie kruche, dosłownie rozpływały się w ustach. Uwielbialiśmy je z bratem, nie dało się ich przed nami ukryć, choć wiele razy mama bezskutecznie próbowała. Wyniuchaliśmy je w każdym, nawet najbardziej pomysłowym schowku i wyjadaliśmy do ostatniego okruszka.

Postanowiłam w sobotni wieczór odtworzyć ich smak już we własnym domu. Zakupiłam niezbędne produkty i po konsultacji telefonicznej z rodzicielką, zabrałam się do gotowania masy, a kiedy przestygła – do przekładania wafli. Czekoladowym kremem posmarowałam każdy delikatnie i cienko, żeby nie powiedzieć – cieniutko, w końcu kryzys jest, trzeba oszczędzać... Tak między Bogiem a prawdą, od początku miałam wrażenie, że z proporcjami jest coś nie tak. Popatrzyłam nieufnie na mały rondelek kremu, potem na cztery paki wafli, podrapałam się po głowie...

Dla chcącego nic trudnego, obdzieliłam więc sprawiedliwie wszystkie andruty z cichą nadzieją, że się jednak pozlepiają. Mąż widząc moje starania zaproponował, żebym może wymieszała krem z klejem do tapet, za co został usunięty z kuchni w trybie natychmiastowym, żeby nie powiedzieć – wykopany. Ale zdążył jeszcze rzucić na odchodnym, że zawsze można przecież posmarować majonezem...

 Dla spokojności ułożyłam wafelki w elegancką piramidę i mocno obciążyłam. Pozostało mi jedynie czekać na efekty, które niestety, nie spełniły moich oczekiwań.  Jak to zwykle bywa, ilość nie przeszła w jakość. Kiedy po godzinie zabrałam się za krajanie, okazało się, że wafle są suche jak wiór, a na dodatek – rozwarstwiają się....

Udało mi się jednak wykroić kilkadziesiąt trójkącików, z których część spożyliśmy sobotnim wieczorem w bardzo sympatycznym towarzystwie, zapijając obficie herbatą i nie tylko.
W niedzielę mieliśmy jechać do moich teściów na wieś, zabrałam więc odrobinę moich wyrobów na spróbowanie. Już na miejscu uprzedziłam lojalnie, że wafelki są nieco... suche, ale powinny dać się zjeść. Kiedy usłyszał to mój mąż, buchnął śmiechem; nie minęły dwie sekundy, kiedy usłyszałam jego dobrą radę:

-         A jak nie, to niech tata namoczy w mleku i da kurom, to sobie podziobią...

A po chwili dodał z udawaną obawą:

- Tylko żeby się nieść nie przestały...

piątek, 22 stycznia 2010

BLOG ROKU - NIEWESOŁE REFLEKSJE

 
Jakoś od początku nie miałam przekonania do tego konkursu. Niemniej bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie głosy oddane na historię Białej Dupy. Przyznaję, czekałam niecierpliwie koniec blogowej rywalizacji. Nie, nie z nadzieją na wygraną. Z bardzo prostej przyczyny – bo mi się to zielone logo wściekle gryzło z szatą graficzną. Taki paskudny, jadowity zgrzyt kolorystyczny na szaro pomarańczowym tle... bleee. Cieszę się przeokropnie, że mogłam je w końcu usunąć. A jeszcze bardziej, że nie wygrałam. Serio! Paradoksalne? Ale prawdziwe.

Realną szansę na zwycięstwo w kategorii „Ja i moje życie” zapewniała jedynie ciężka choroba własna lub dziecka, najlepiej nieuleczalna. Pokazał to tegoroczny konkurs, zeszłoroczny i ten sprzed dwóch lat. To ja dziękuję, postoję, wolę być zdrowa, szczęśliwa i z góry skazana na porażkę. Zerkałam przez te kilka dni, jak kształtuje się ranking i nie rozczarowałam się nawet na jotę. Rzadka choroba genetyczna szybko wysunęła się na prowadzenie, tuż za nią łeb w łeb szły rak i mukowiscydoza, pokonane jednak w ostatecznym rozdaniu przez białaczkę, która zostawiła daleko w tyle depresję, autyzm, chorobę Downa i szereg innych przypadłości. Takie niestosowne, takie nie na miejscu były te nieliczne, pozytywnie pisane blogi z konkursowego zestawienia. Ja się w nim czułam się jak zdrowy, normalny człowiek biorący udział w paraolimpiadzie...

Żeby było jasne i nikt się nie pomylił – nie kpię i nie zamierzam kpić ani tutaj, ani nigdzie indziej z ludzi chorych, z rodzin dotkniętych straszną tragedią, z umierających dzieci. Współczuję im głęboko i serce mi się kraje, kiedy czytam ich historie. Tak, zajrzałam i właśnie z tego powodu jest mi teraz tak bardzo wstyd. Bo skłoniła mnie do tego... ciekawość.

Ta jej gorsza wersja, ta brzydsza, pokraczniejsza siostra zdrowego, normalnego, ludzkiego zainteresowania. Ta sama, która każe obejrzeć się na ulicy za karłem i obmacać go wzrokiem. Ta, która przykleja lepkie spojrzenie do twarzy ludzi oszpeconych, do blizn po oparzeniach, do zdeformowanych kończyn. Ta, która każe ukradkiem przyglądać się upośledzonemu dziecku, która zmusza do zmierzenia wzrokiem garbatego czy kaleki.

Widziałam ostatnio na ulicy kobietę chorą psychicznie, szła o kulach, brudna, obszarpana, coś wykrzykiwała głośno, budząc powszechne zainteresowanie. Wszyscy się za nią oglądali... z tą niezdrową ciekawością, która nie ma nic wspólnego ze współczuciem, ani współodczuwaniem. Jest za to bardzo bliską krewną zwykłego, okrutnego wścibstwa, kuzynką obrzydliwego podglądactwa, które każe zerkać ukradkiem na każdego, kto jest inny.

Nie ma bardziej odrażającego uczucia, niż fascynacja cudzym cierpieniem. Nie ma nic gorszego, niż żerowanie na ludzkim nieszczęściu.

A jednocześnie dla prasy, radia i telewizji nie istnieje nic bardziej pociągającego, perwersyjnego i kuszącego. Wabik na tłumy, sprawdzony lep, przyciągający najbardziej opornych. Nic nie sprzedaje się lepiej, nic nie przyciąga szerszego audytorium, nic nie skupia więcej uwagi niż cierpienie i ból. Najlepiej cudzy i wystawiony na widok publiczny, żeby nie powiedzieć, wyeksponowany.

Wystarczy, że zapachnie świeżą krwią, a już węszą hieny, już się gromadzą, już się zlatują jak stado sępów do śmierdzącej padliny. To ona każe się ludziom tłoczyć wokół ofiar wypadku, przepychać, wspinać na palce, wyciągać szyję, żeby tylko zobaczyć. Cudzą, parującą wątrobę, flaki rozwleczone na jezdni, rozlaną krew, poszarpane mięśnie, bezradnie rozrzucone dłonie, spojrzenie ciągle otwartego oka, utkwionego w martwym punkcie....

To nie współczucie, nie litość, nie chęć pomocy, tylko ciekawość w swej najohydniejszej wersji. To ona przyciąga dziennikarzy, to ona sprawia, że media bezbłędnie i uparcie tropią ludzkie tragedie. Co jakiś czas telewizja nagłaśnia takie historie. Chora na raka matka, której amputowano nogę, zbiera na protezę. Dziecko umierające na białaczkę potrzebuje pieniędzy na niekonwencjonalne leczenie. Para staruszków przymiera głodem - wieszczą nagłówki w internecie, krzyczą wytłuszczone litery: „Oni nie mają nawet na chleb”. Straszna historia i świetny news, w sam raz na pierwszą stronę, idealna okazja, żeby poruszyć sumienia Polaków. To zawsze działa, po raz kolejny drgnęły czułe i miłosierne serca rodaków, zawrzało w naszym, szlachetnym społeczeństwie, posypały się oferty pomocy, darowizny, pieniądze.

Aż głupio zapytać, gdzie ci wszyscy ludzie byli, kiedy staruszkowie przymierali głodem, gdzie była ich rodzina, znajomi, sąsiedzi, władze gminy? A to Polska właśnie... Te nasze szlachetne porywy serca, tak wielkie, jak chwilowe, szalone powstania, by ratować, ocalać, walczyć o godność naszą i wasza, udowadniać jacy my cudowni, bohaterscy, wielcy, wspaniali i cierpieć, cierpieć, aż do wypęku. Nadymać się w imię cierpienia, w cierpieniu puszyć, cierpienie nobilitować, uwznioślać, promować i nagradzać.

Może to historia naszego kraju, może ciężki bagaż chrześcijańska, a może zwykły, acz wszechobecny malkontentyzm sprawia, że cierpienie w Polsce staje się miarą wartości życia. Nie cierpisz, nie żyjesz. Nie jesteś nieszczęśliwy? To najwyraźniej nie jesteś Polakiem, a już na pewno nie Polakiem prawdziwym. W naszym narodzie trwa nieustająca licytacja: na spotkaniach rodzinnych, w kolejce do lekarza, na ulicy, w tramwaju, w domu i w pracy, w konkursie onetu – kto cierpi najbardziej?

W związku z powyższym głęboko współczuję dylematów, jakie zapewne mieli głosującym na blogi z kategorii, nazwijmy ja roboczo: „Ja i moje choroby”. Bo jak ocenić? Kto cierpi mocniej? Chore dziecko, czy rodzic po jego stracie? Maluch czy dorosły? Dziecko umierające, czy takie, które będzie żyło, ale nigdy nie wyzdrowieje? Kto jest większym męczennikiem, kto jest bardziej święty? Kto powinien być wyżej w rankingu? Kto jest bardziej godzien zwycięstwa?

Nie wiem, co mnie bardziej mierzi i odrzuca – czy ludzie, którzy poprzez swoje ułomności, nieszczęścia i choroby próbują zdobyć przychylność innych - jakby wartością samą w sobie nie było to, jacy są, jak myślą, jak piszą, jak żyją. Smutne to i straszne.
Czy dla odmiany ludzie, którzy im tę pozorną przychylność ofiarowują za złoty dwadzieścia dwa. Albo piszą „pomagam”, wysyłają i już czują się lepiej, już są cacy, bo wsparli, bo zagłosowali na chore dziecko. Ale na ulicy odwrócą od niego wzrok, przejdą obojętnie. Przeczytali, wzruszyli się, wsparli je wysyłając sms i to wystarczy, już mogą się rozpływać w oceanie własnej szlachetności, już stali się dobrymi ludźmi. Jakie to proste. A jakie kuszące... widać najlepiej po wynikach tegorocznego konkursu.

Tak to już jest z Polakami – zjednoczyć ich może tylko nieszczęście i cierpienie. Cudze ma dodatkową zaletę. Pozwala poczuć się lepiej. Tanim kosztem.

czwartek, 21 stycznia 2010

PROSIAK

Od kilku tygodni trzymamy na zapleczu restauracji prosiaka. Takiego małego - grzeczny jest, nawet nie chrumka, nie hałasuje, a baaaaaardzo się przydaje. Codziennie połyka ze smakiem wszystkie resztki, które wrzucają mu do jego szeroko otwartego pyska kelnerzy. Spożywa bez protestów cytrynki, pokruszone ciastka, skórki po owocach, spija zlewki napojów, także alkoholowych. Pod koniec dnia jest obżarty i opity dosłownie jak świnia, ale o dziwo! - nie zatacza się.
W związku z tym, że prosiak ma wyjątkowo delikatny żołądek, musiałam odpowiednio przeszkolić kelnerstwo. Zostali więc poinformowani podczas zebrania, że nasze restauracyjne zwierzątko nie jada plastikowych słomek, torebek po herbacie, papierowych serwetek i wykałaczek. Bezwzględnie nie należy wrzucać mu takich rzeczy, bo może i zje, ale na pewno nie strawi. Uczuliłam personel, że jak strują prosiaka, to albo zwróci zawartość, albo trzeba mu będzie grzebać we wnętrznościach. Co prawda prosiak nie śmierdzi, no może trochę zaczyna pod wieczór, ale zawsze to niezbyt miłe zajęcie, tak zawinąć rękaw po łokieć i wsunąć mu rękę do pyska. Po usunięciu z jego środka elementów niekoniecznie spożywczych, można już spokojnie zanieść prosiaka do zmywalni, gdzie póżnym wieczorem wypróżnia się do zlewu, prosto do młynka kolonoidalnego. Dopiero jednak kiedy zostanie umyty, może spokojnie wrócić na swoje stałe miejsce, gdzie stoi sobie spokojnie aż do rana, czysty, pachnący, niebieski...
Tak, tak, niebieski!
"Prosiak" jest bowiem zwykłym koszem na zlewki. Kelnerzy zrzucają do niego resztki przed wstawieniem szkła do zmywarki...

niedziela, 17 stycznia 2010

CHWILA REFLEKSJI - PSIEJ...

Ani siarczyste mrozy, ani kopne śniegi nie zniechęcają piesusa do spacerów, a mnie – a, i owszem. Przytupuję zwykle w miejscu, zamieniając się powoli w sopel lodu, kiedy Biała Dupa biega po skwerku, zwiedza, obwąchuje i rozkłada gdzie popadnie swoje żółte wizytówki. Kundello ma w głębokim poważaniu, czytaj – we dupie (białej - należy dodać dla uzyskania jasnego obrazu sytuacji) fakt, że ja marznę. On spaceruje, to jego święte, niezbywalne, psie prawo i żadna siła nie zmusi go do skrócenia codziennego obchodu. A ja nawet nie tyle co marznę.
Ja zamarzam.
Więc kiedy wczoraj o porze zabójczej, to jest o szóstej rano obudziło mnie znajome, cichutkie, psie zawodzenie, bardzo jednoznaczne, pomyślałam sobie:

O nie, niedoczekanie Twoje, a właśnie że nie wylezę z tego cieplutkiego łóżka, nie ubiorę się i nie wyjdę z Tobą na ten mróz, tylko dlatego, że Ci się chce!!! Trzeba było myśleć wieczorem, a nie latać za suczkami. Po moim trupie. Nie, nie i jeszcze raz nie! -

 Przezornie leżałam bez ruchu, licząc że to zmyli Białą Dupę. Niestety.
Piszczenie nabrało mocy i przekształciło się w całkiem głośne jojczenie. Otworzyłam jedno oko na sekundę i zobaczyłam tuż przed swoją twarzą inne, brązowe oko. A nawet dwa, wpatrujące się we mnie wyczekująco i co najgorsze – pełne nadziei. Szybko zamknęłam swoje, co by jej nie podsycać niepotrzebnie, ale niestety, było już za późno. Radosne chlapniecie mokrym jęzorem po moim nosie aż za dobrze świadczyło o tym, że zostałam namierzona. Psi alarm uderzył z siłą wodospadu w moje bębenki. A ja się zaparłam:

Nie, nie, nie!! Nie wyjdę z Tobą, bo nie!!! Za pół godziny wraca po nocy Twój Pan, to Cię wyprowadzi, zegarek se przestaw kundlu, bo na mnie nie masz co liczyć. Możesz się spompować pod oknem, możesz się skupić, trudno, posprzątam, poświęcę się, ale NIE WYJDĘ! Słyszałeś? Możesz se wyć!

Co też uczynił, jak na wyjątkowo posłuchane zwierzę przystało. Przez następne pół godziny skomlał, piszczał, płakał, jojczył, skarżył się i trącał mnie nosem, a ja nic, serce miałam jak z kamienia – zmroziła je wizja zamiany ciepłego łóżeczka na piętnastostopniowy mróz. No już taki ze mnie zimny drań. Co prawda pod koniec zaczęłam się łamać, bo nijak nie dało się zasnąć przy tym koncercie i już, już miałam się poddać, kiedy wrócił dobry Pan o czułym serduszku i zabrał piesuska na spacer. Za co mu tak na marginesie, bardzo dziękuję.

Pan w ogóle jest Panem pełną gębą, potrafi wstać w środku nocy, żeby spełnić zachciankę swojego ulubieńca. Kiedyś zostali na noc u teściów, pies zalogował się do spania w pokoju męża, na pięterku, tam też sobie razem spokojnie zasnęli. Ale bladym świtem kundellowi przypomniało się, że na podwórku są inne pieski i doszedł do wniosku, że on chce do nich iść. Teraz, o czwartej w nocy, już, natychmiast, zaczął więc koncert pod drzwiami. Mężyk się wkurzył, bo mróz był trzaskający, śnieg sypał od dobrych kilku godzin, ale czego się nie robi dla milusińskiego, wstał, otworzył mu drzwi na korytarz, potem wyjściowe, ale jak na prawdziwego faceta przystało, lojalnie uprzedził swojego czworonożnego kumpla:

Ty się lepiej dobrze zastanów, mówię Ci !!!

Nie wiem, co zabrzmiało w jego głosie, ale pies, który zdążył już postawić przednie łapy na zaśnieżonym schodku, zatrzymał się. Obejrzał się badawczo na Pana, który tymczasem dokończył:

...bo ja Ci drzwi otwierał nie będę !!!

Pies spojrzał jeszcze raz na białe podwórka, potem na Pana, potem znów na podwórko... i zawrócił!!!

Zanim mój mąż zamknął drzwi, już leżał z powrotem na kołdrze, zwinięty w kłębek i udawał, że śpi...

sobota, 16 stycznia 2010

NIEWOLA


Mój mąż jest człowiekiem o specyficznym poczuciu humoru, które czasem ujawnia się w dość zaskakujących momentach. Niewiele mówi, ale jak już się odezwie… to zwykle brakuje mi słów i pomysłu na komentarz. Przylać ścierą przez łeb to zdecydowanie za mało, a poza tym zawsze byłam przeciwnikiem rękoczynów i przemocy fizycznej. Ale kiedyś z trudem się powstrzymałam od jej użycia...
Na naszą pierwszą rocznicę ślubu zamówiłam w cukierni pyszny tort,
bezowo– śmietanowy, oczywiście z napisem upamiętniającym pionierski rok naszego oficjalnego już pożycia małżeńskiego. W dniu imprezy wyciągnęłam go delikatnie z lodówki, wyjęłam z opakowania, żeby podać na stół przy którym czekali już zaproszeni goście. Już miałam zabierać go do salonu, kiedy mężyk rzucił okiem na tort i śmiertelnie  poważnym, zatroskanym głosem oznajmił mi:

- Kochanie, ale tu jest błąd...

Spanikowałam. Jak to błąd? Jaki błąd? To niemożliwe, sprawdzałam dwa razy, nawet
zapisałam pani na kartce te trzy wyrazy. Rzuciłam się więc do tortu i czytam, cała w nerwach, jeszcze raz czekoladowy napis: nasze imiona, myślnik -"Pierwsza rocznica ślubu".
Wszystko ok... Tak miało być, więc o co chodzi?
?????
Wietrząc jakiś podstęp, spojrzałam
na ślubnego i pytam:
- Ale gdzie? Co jest nie tak?
A mężyk mi na to:- Powinno być: „Druga rocznica ślubu”
No oszalał chłop, patrzę się na niego jak na wariata i sama siebie w myślach pytam:
Co on liczyć nie umie, czy co?. A ten się tylko uśmiecha złośliwie i mówi:
W niewoli lata się liczą podwójnie...

piątek, 15 stycznia 2010

MIŚ

Kiedyś długo zastanawiałam się nad przyczynami naszej niepłodności, zakładając, że jakieś muszą być. Szukałam odpowiedzi u lekarzy, w badaniach, w publikacjach na ten temat i nie znalazłam żadnej, która by mnie satysfakcjonowała. Bo czy za taką można uznać stwierdzenie, że czasem po prostu tak jest? Długo nie mogłam się z tym pogodzić, ciągle zadawałam sobie pytanie: „ Dlaczego? Dlaczego nie możemy mieć dziecka? Dlaczego inni mają, a my nie mamy?”.
Kiedyś, w bezsilnej złości, w smutku i całej mojej bezradności, zadałam je także mężowi. Akurat wracaliśmy z jakiejś rodzinnej imprezy, wyszliśmy z domu pełnego małych szkrabów, wsiedliśmy do samochodu i mieliśmy ruszać do własnego, pustego. W ciszy wieczoru, w ciemnym aucie, wyrwało mi się, mimowolnie wypowiedziałam je na głos, choć wiedziałam doskonale, że mój mąż odpowiedzi udzielić mi nie może, bo jej nie zna.
Myliłam się.
Kiedy zawisło w powietrzu moje smutne pytanie:
- Misiu, czemu my nie możemy mieć dzieci?
Mój mąż nagle przerwał ciszę, roześmiał się i powiedział:
- Bo ja jestem jak miś panda. Ja się nie rozmnażam w niewoli.

MÓJ PRYWATNY PROTEST

In vitro jest ścianą, do której się dochodzi. Po kilku, czasem nawet kilkunastu latach leczenia konwencjonalnymi metodami, dlatego zwykle do zabiegu przystępują ludzie czasem mocno po trzydziestce. Nie dlatego, że czekali, nie dlatego, że odkładali macierzyństwo na później, nie dlatego, że im się we łbach poprzewracało, zachciało teraz na gwizdek i już. Nikt nie zgłasza się tak po prostu do kliniki i nie życzy sobie zabiegu dla własnej wygody, to nie jest fanaberia, bo jak powszechnie zapewne wiadomo, o wiele bardziej komfortowe i przyjemniejsze jest stworzenie własnego dziecka w tradycyjny sposób J
Nikt, kto nie przetrwał kilku lat leczenia, wzlotów i upadków, miesięcy czekania, nie jest w stanie zrozumieć, ile trzeba mieć wielkiej, silnej miłości do siebie nawzajem, żeby przez to przejść. Dziecko powołane na świat tą drogą jest kwintesencją uczucia łączącego dwoje ludzi, jest wielki darem tego kogoś na górze, bo obawiam się, że bez niego nawet wiedza, medycyna i zdolności ludzkie nie są w stanie nic zdziałać. To ten ktoś decyduje, czy się uda, czy nie, czy poradzi sobie w pierwszych dniach życia ten malutki człowiek, który, nota bene, żeby było śmieszniej, smutniej i straszniej, w przypadku poronienia przed którymś tam tygodniem, człowiekiem przestaje być, przynajmniej dla tak zwanego kościoła katolickiego. Takiemu aniołkowi odmawia się nawet prawa do pochówku. Zawsze mnie to rozkładało na łopatki.
Dla par podchodzących do in vitro nawet kilkukomórkowy pozostaje małym człowiekiem, od początku do końca, niezależnie jaki będzie, szczęśliwy, czy mniej… Nikt, kto stara się o potomstwo, nie myśli ani o zabijaniu, ani o niszczeniu zarodków, to jedno wielkie kłamstwo. Jeśli ktoś nie chce już wracać po swoje „dzieci na zimowisku”, jak często dziewczyny określają zamrożone zarodki, może je przekazać do adopcji prenatalnej. Czeka się na nią miesiącami, niewiele jest osób skłonnych zrezygnować z kolejnej szansy. Obawiam się, że jedyne co jest niszczone w takiej sytuacji, to nadzieja par, które muszą czekać i nie mają żadnej gwarancji, że się doczekają.
Nie mogą wybierać, bo wyboru nie mają, prawda jest taka, że nikt w tym kraju nie jest w stanie zażyczyć sobie dziecka o określonych cechach. A trąbi się o tym dookoła, jakby było to standardem, tworząc u niezorientowanych wrażenie, że in vitro jest jak wizyta w sklepie, gdzie się zamawia blondyneczkę o niebieskich oczach, koniecznie uzdolnioną matematycznie i po dziewięciu miesiącach odbiera gotowe zamówienie. Tak naprawdę jest jeden ośrodek zajmujący się w Polsce diagnostyką prenatalną, jeśli już się ją stosuje, to pod kątem wykluczenia wad genetycznych, ale koszty takiego zabiegu są niewyobrażalne i zdecydowanie poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika. Tak jak adopcja, choć w tym przypadku to nie o kwestię finansową rozbija się sprawa. Kiedy słyszę, że w domach dziecka setki maluchów czekają na nowych rodziców, to krew mnie zalewa. Bo nie wspomina się o tym, że dziewięćdziesiąt procent z nich ma nieuregulowaną sytuację prawną i pozostaną pod opieką państwa aż do pełnoletniości, bo ich biologiczni rodzice nie zrzekli się praw do nich. Taki im bonus zostawili na nowe, niełatwe życie. W moim mieście na dziecko do adopcji czeka się nawet trzy lata. A jeśli już nawet ktoś ma tyle samozaparcia, uzbroi się w cierpliwość i uprze się jak muł bagienny, żeby mimo wielu przeszkód stworzyć małemu człowiekowi nową rodzinę, musi jeszcze spełnić szereg warunków.
 Nie, nie chodzi tu wcale o to, że musi go najpierw pokochać. Miłość? Jaka miłość, to nie wystarczy, żeby przysposobić dziecko trzeba mieć odpowiednie zarobki, metraż mieszkania, minimum trzy lata stażu małżeńskiego, a i tak nie masz szans na zostanie rodzicem adopcyjnym, jeśli nie masz ślubu, katolickie ośrodki wymagają go oczywiście w jedynej słusznej wersji, czyli kościelnej. Jestem szczęśliwą posiadaczką takowego, ale niestety – pewnie dla mnie, nie zgadzam się z wieloma poglądami kościoła. Złości mnie, że kwestia in vitro stała się orężem walki politycznej, katolickim batem, którym straszy się z ambony poszczególne frakcje polityczne, dając wprost do zrozumienia: jeśli poprzecie, to my was nie poprzemy. Sprawa jasna i prosta, jak frytka frosta.
Wścieka mnie, że przeciwko in vitro najostrzej występują księża, których problem rozmnażania nie dotyczy, a przynajmniej nie powinien, i całe grono osób, które wiek rozrodczy mają już daaaaawno za sobą. Mam w związku z tym propozycję nie do odrzucenia: niech się lepiej zajmą protestowaniem przeciwko eutanazji J
A wszystkie za i przeciw in vitro niech sobie każdy rozstrzyga sam, w swoim własnym sumieniu.

czwartek, 14 stycznia 2010

MORDERCY...?

Codziennie mijasz na ulicy morderców, tylko o tym nie wiesz. Ja mam nawet zabójców w rodzinie, kryją się z tym, co zrobili, ale i tak wszyscy wiedzą. Dowody rzeczowe nie kłamią, chociaż mają już dobre pięć lat. We wtorek zaś widziałam morderców na własne oczy. Siedzieli naprzeciwko nas, ona wysoka, bardzo szczupła, wręcz chuda, długie, jasne, proste włosy, popielaty sweterek, on z lekkim brzuszkiem, trochę niższy od niej, misowaty brunet w koszuli w kratkę. Wyglądali na smutnych i przestraszonych, on przytulał ją i uspokajał, chociaż sam miał lęk w oczach. Ale przyszła ich kolej i kiedy po kilkunastu minutach wyszli z gabinetu z małym, czarno – białym zdjęciem z usg w ręku, wszystko w ich zachowaniu się zmieniło. Ona płakała i śmiała się jednocześnie, z niego radość aż kipiała, o czymś rozmawiali, wpatrując się w widoczną na zdjęciach czarną kropeczkę.
Kilka milimetrów szczęścia.
Takich ludzi nazywa się mordercami. Takich jak my i mój mąż, jak moja przyjaciółka, która ma dzięki in vitro córeczkę, jak mój kuzyn, który jest ojcem pięcioletnich bliźniaków dzięki tej metodzie. Pisze się o tym w prasie, mówi w mediach, wykrzykuje z ambon kościelnych, oskarżając takich ludzi jak my o zabijanie własnych dzieci w okresie prenatalnym, mordowanie ich nienarodzonych sióstr i braci, o niszczenie zarodków, wyrzucanie do śmieci, a nawet – o zgrozo! – wylewanie do toalet!. Mówi się, że chcemy eksperymentować na ludziach, dokonywać selekcji, wybierać płeć, kolor włosów, oczu i porównuje nas do twórców Frankensteina. Głosi wszem i wobec, że sami jesteśmy sobie winni, bo przekładaliśmy swoje macierzyństwo na święty nigdy, bo zamiast robić dzieci, robiliśmy kariery, kończyliśmy studia, zarabialiśmy pieniądze i bogaciliśmy się. A, bym zapomniała - i braliśmy tabletki antykoncepcyjne, które w opinii polskiego społeczeństwa są jedną z podstawowych przyczyn niepłodności, zapewne także tej męskiej...  Trąbi się, że jesteśmy ułomni, bo mamy problem z poczęciem dziecka i właśnie dlatego nie powinniśmy się rozmnażać, powoływać do życia kolejnego pokolenia z defektami genetycznymi. Nie mamy prawa próbować, bo w ciążach po in vitro jest więcej poronień, przedwczesnych porodów i cesarskich cięć. Twierdzi się, że niepłodność to nie choroba, choć za taką została oficjalnie uznana, a in vitro to nie leczenie, bo ciąża i narodziny dziecka nie likwidują pierwotnej przyczyny schorzenia. Odmawia się nam leczenia refundowanego, choć tak jak inni płacimy składki na ubezpieczenie zdrowotne i podatki. Jako remedium na nasze problemy poleca się kolację przy świecach i naprotechnologię, która ma tyle z leczeniem wspólnego, co przysłowiowy piernik z wiatrakiem albo modlitwę i wiarę w cuda. Ogłasza się, że in vitro to luksus bogatych ludzi, coś na kształt operacji plastycznej, bez której można żyć, tak jak bez domu z basen czy drogiego auta. Rozpowiada się, że jesteśmy źli i grzeszni, że występujemy przeciwko Bogu, bo tylko on ma prawo dawać życie... Radzi się nam pogodzenie z sytuacją albo adopcję dziecka, bo to przecież jest takie proste jak przygarniecie pieska ze schroniska.
Mówi się wiele innych, gorszych rzeczy, których nie chcę tu powtarzać.
Słyszę i czytam takie wypowiedzi codziennie, aż włos się jeży na głowie, a mam ich sporo, w zasadzie staje mi dęba cała moja bujna, lwia grzywa. Przeraża mnie demagogia w nich zawarta, cały ten fanatyzm podszyty głupotą i niewiedzą ludzi, którym temat jest zupełnie obcy. Ta tendencja, żeby jednoznacznie określać, co jest dobre, a co złe, co czarne, a co białe. Tyle mitów narosło wokół in vitro, że mało kto po przebytym zabiegu, chce i potrafi się przyznać, że ma dzieci dzięki tej metodzie leczenia. Bo tylko czekać, tylko patrzeć, aż ktoś życzliwy poinformuje, że mamusia z tatusiem wymordowali mu liczne rodzeństwo, a on o samo jest pewnie mutantem z defektem genetycznym. Ludzie milczą, bo się boją napiętnowania, obelg, krytyki i niezrozumienia tego, jak trudne jest podjecie takiej decyzji.
 Ja też bardzo długo się bałam, że ktoś rzuci za mną to słowo: morderczyni. Straszne, ciężkie, bolesne, albo dużo zwyczajniej i prościej  – nie zrozumie naszego wyboru. Takiego, a nie innego. Dlatego nie mówiłam prawie nikomu o naszych planach, nie pisałam nigdy o tym. Ale mam noworoczne postanowienie.
Nie bać się. (cdn)

środa, 13 stycznia 2010

ZIELONE ŚWIATŁO DLA CZERWONEGO SWETERKA


To było kilka lat temu. Zobaczyłam go na wystawie i nie mogłam się oprzeć. Kupiłam maleńki, czerwony, mięciutki sweterek zapinany na białe guziczki – dla dziecka, o którym wtedy nawet nie myślałam – ot, impuls, nagły odruch serca, kupię, jest taki piękny, przecież będziemy mieć dzieci, na pewno. Wróciłam do domu i schowałam sweterek do szuflady. Nie sądziłam wtedy, że przyjdzie mi go schować tak głęboko, jak głęboko ukryłam swoje marzenie o macierzyństwie.

Wtedy jeszcze wydawało mi się to takie proste: chcieć, to móc. Wyobrażałam sobie, że pewnego dnia wręczę mojemu mężowi małe pudełeczko i powiem: "Niespodzianka". Jak w kiczowatym serialu: on zdziwiony moją tajemniczą miną otworzy je powoli i wyjmie małe buciki, a ja uśmiechnę się tylko, przytulę do niego i powiem: „Zostaniesz tatusiem”. 
Niemal słyszę chichot historii, kiedy to piszę...

Mój mąż to cudowny, dobry, cierpliwy człowiek, poznałam go, kiedy miałam siedemnaście lat. Nas związek rozpadał się kilka razy, potem sklejaliśmy go z mozołem, by znów coś popsuć i mozolnie zacząć go naprawiać. Jednocześnie dorastaliśmy oboje, czasem jako przyjaciele, czasem jako para. Prawie trzy lata temu, kiedy oboje już wystarczająco zmądrzeliśmy, a może wystarczająco zgłupieliśmy, wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem.
Odkąd pamiętam, mój mężyk chciał mieć dzieci, tak po prostu, ja do myśli o macierzyństwie musiałam dojrzeć i dorosnąć. Skończyłam studia, poszłam do pracy, szybko awansowałam, kupiliśmy mieszkanie, wyremontowaliśmy je jeszcze przed naszym ślubem. Ale już wtedy myśl o dziecku krążyła w mojej głowie. Kiedy wybierałam kolor ścian w sypialni, pomyślałam sobie – a może pomalować je na jakiś żywy, wesoły kolor? Przecież niedługo będzie pokojem dziecinnym…
Do tej pory mam odjazdowy pomarańcz za łóżkiem.

Na ślubie zamiast kwiatów dostaliśmy dziesiątki maskotek. Misie pojechały jako dar dla hospicjum dla dzieci, ale jeden został. Po prostu nie mogłam go oddać, nie wiem czemu. Posadziłam go na półce w sypialni i pomyślałam – niech czeka na swojego małego właściciela.. Na miodowe dwa tygodnie jechałam z radosną nadzieją, że być może już nie będę musiała wracać do pracy. Kiedy zwiedzaliśmy Santorini, dostałam od mojej najlepszej przyjaciółki smsa o treści: „Zostaniesz ciocią”. Okazało się, że już na moim weselu była w ciąży, a my, nie wiedząc o tym, wypiłyśmy razem morze wódki i nigdy nam chyba tak bardzo nie smakowała, jak wtedy. Kiedy dowiedziałam się, że zostanie mamą, byłam trochę zła, że na mnie nie poczekała, w końcu umawiałyśmy się przecież na wspólne spacery z wózkami. Ale pomyślałam - nic to, szybko ją dogonię.
W tym tygodniu Wiktor kończy dwa lata.

 Minął jeden miesiąc, potem drugi, trzeci, czwarty… Radosne oczekiwanie powoli zaczął wypierać lęk. Taki delikatny, malutki, ale pojawiający się coraz częściej. Mąż mnie pocieszał, przytulał, mówił, że to przez stres, że za dużo pracuję… W wigilię dwa lata temu zrobiłam pierwszy test ciążowy, w sumie nie miałam ku temu podstaw, ale pomyślałam, że może w takim dniu jednak zdarzy się cud?
Ale się nie zdarzył… Cuda generalnie mają to do siebie, że rzadko występują w naturze. Popłakałam się. Płakałam jeszcze nie raz, ale w końcu, jak na człowieka czynu przystało, postanowiłam działać. Ile można końcu czekać i lać ślozy w poduszkę? Miałam szczęście, trafiłam do fajnego, uczciwego lekarza, który postawił sprawę jasno, nie kazał uzbroić się w cierpliwość, nie pocieszał, tylko mówił co robić. Po trzech miesiącach rozłożył jednak bezradnie ręce i odesłał nas do specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności. I tam, po kolejnych badaniach, dwudziestego siódmego października usłyszeliśmy wyrok. Do tej pory pamiętam słowa lekarza. Stoją mi w uszach i dźwięczą:

 Nie macie żadnych szans na dziecko, w każdym razie nie poczęte naturalnie. Jedyną opcją jest in vitro.
 
Nie potrafię nawet opisać, co czułam. Nie płakałam, próbowałam nawet zażartować, ale kiedy wracaliśmy autem do domu, po prostu zamilkłam. Nagle mój mąż zaczął się śmiać
Gorzki był ten jego śmiech, jak wiele następnych dni i miesięcy, które upłynęły pod znakiem naszej choroby. Od tamtej pory minęły ponad dwa lata spędzone na jeżdżeniu od lekarza do lekarza, na badaniach, na braniu leków, na szukaniu przyczyn, na czekaniu na wyniki, na zabiegach diagnostycznych, na mozolnym, upierdliwym leczeniu naszej choroby.

Bo niepłodność jest chorobą, destrukcyjną, jak każda inna, a nawet bardziej.
Wyniszcza nie ciało, ale umysł i związek dwojga ludzi. W naszym małżeństwie wiele było z tego powodu smutku i cichych dni, a we mnie rozpaczy i agresji, poczucia niesprawiedliwości i pytań bez odpowiedzi. Dlaczego akurat ja? Dlaczego on, mój najukochańszy mąż, najlepszy człowiek jakiego znam? Dlaczego akurat my? Dlaczego inni mogą mieć, a my nie? Co z tego, że mamy wszystko, jak mówią niektórzy, skoro nie mamy najważniejszego?


Dziecka… Dziecko jest tym, co nadaje sens życiu.
Będę się o nie starać, dopóki nie wykorzystam wszystkich dostępnych metod, choć w sumie to dużego wyboru nie mam - tylko in vitro; w naszym przypadku - z dużo obniżoną szansą na powodzenie.

Dla jednych to synonim masowego mordu, dla kościoła grzech, dla innych fanaberia i wygodnictwo bogatych, zmanierowanych ludzi. Nie widzę się w żadnej z powyższych kategorii, bo dla nas to szansa. Jedyna. Innej nie mamy.
Zamierzam więc wykorzystać tą, która jest. Już wkrótce.


Po raz pierwszy od dwóch lat czuję, że to doskonały moment, mam jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że nadchodzi koniec tej historii, szczęśliwy koniec. Coś mi w środku mówi, że nadchodzi dobry czas, idealna pora, żeby wyciągnąć z szuflady i odkurzyć czerwony sweterek, podskórnie czuję i wierzę głęboko, że się uda, że zostanę w końcu mamą.
 
P. S. Byliśmy dziś w klinice i dostaliśmy „zielone światło”. W związku z powyższym, w ramach starań o dziecko, od przyszłego tygodnia zaczynam brać.. tabletki antykoncepcyjne. Tak, tak! Tak to już w moim życiu jest, wszystko od dupy strony…

niedziela, 10 stycznia 2010

FRANCUSKI PIESEK

Białas już jakiś czas temu opracował sobie niezbyt skomplikowany, ale bardzo skuteczny system informowania nas o swoich psich potrzebach. Kiedy chce pić, staje pod łazienką i czeka, aż ktoś się zlituje, wpuści spragnionego zwierzaka do środka,a sam weźmie do ręki blaszaną michę i naleje wody. Zniecierpliwiony, zaczyna drapać w drzwi. Dokładnie to samo robi, kiedy chce jeść. Bezbłędnie zlokalizował źródło pokarmu w naszym mieszkaniu, kiedy więc głód go przyciśnie, zajmuje strategiczną pozycję przed białymi drzwiami i czeka. Czeka, czeka, kiwa ogonem, spogląda na nas znacząco, czeka, czeka, znów rzuca nam zachęcające spojrzenie, oblizuje się, jakby całym sobą mówi:
„No wyjmij i daj mi coś dobrego!”
Ostatniego wieczoru pies znowu przyjął pozycję zasadniczą pod lodówką. Zlitowało się moje miękkie serce, zwlokłam zadek z kanapy, skoro piesek głodny, to trzeba mu coś zrobić do jedzenia. Nadrobiłam do michy bułeczki, dorzuciłam plasterków kiełbasy, dołożyłam mielonki, dosypałam suchej karmy, zalałam rosołem, wymieszałam i podetknęłam pod czarną śnupę. Niech wie, jaką ma dobrą Panią!
A pies co na to? Powąchał i …odszedł!!!!
Zachował się tym samym dokładnie tak, jak klasyczny gość naszej restauracji, żądający od obsługi telepatingu. Niewyrażone życzenia Białej Dupy rozszyfrował błyskawicznie mój mąż. Parsknął śmiechem i mówi:
- Kochanie, miała być sama kiełbasa, bez dodatków… Nie domyśliłaś się ?
Telepating. Potrzebny nawet wtedy, kiedy chcesz nakarmić psa.

sobota, 9 stycznia 2010

TELEPATING JAKO NOWY TREND W OBSŁUDZE KLIENTA

Jest coraz popularniejszy. Ma coraz większe wzięcie. Cały czas rośnie zapotrzebowanie na telepating i kursy jasnowidzenia.
Zwłaszcza wśród mojego personelu. Wyglądają profesjonalnego szkolenia z tej dziedziny jak kania dżdżu. W związku z powyższym muszę jak najszybciej dokształcić całą załogę, siebie w to włączywszy. W przeciwnym wypadku oszaleję albo ja, albo oni. Pilnie szukam więc kursu odgadywania niezwerbalizowanych pragnień, czytania w myślach na odległość, realizowania niezłożonych zamówień i uwzględniania podczas obsługi klienta  niewypowiedzianych życzeń.
Bo jak inaczej radzić sobie w takich sytuacjach, jak ta z wczoraj? Kelnerka podała Panu grzane piwo, które zamówił kilka minut wcześniej. Gość spojrzał z wyrzutem na Bogu ducha winną dziewczynę i paszczy do niej z niezrozumiałą pretensją w głosie:
- Ale ja chciałem po jedzeniu!!! – kelnerka spojrzała na gościa ze zrozumiałym zdumieniem i chyba na czole miała wypisane pytanie: „A skąd ja miałam o tym wiedzieć???”, bo nie zdążyła nawet słowa powiedzieć, kiedy Pan dodał:
- No co prawda nie powiedziałem Pani o tym, ale chciałem po jedzeniu!!! Proszę to zabrać, nie rozumie Pani, co się do niej mówi???
Co się mówi, się rozumie, co się myśli – niestety nie, warunkiem niezbywalnym jest artykulacja głosowa, albo wspomniane kursy telepatingu i jasnowidzenia. To moja ostatnia deska ratunku, zanim zdzielę realną, drewnianą dechą od serów przez łeb kogoś, kto zadaje pytania w stylu:
- Czy to jest na pewno to danie, o którym myślałem???? Bo wydaje mi się, że myślałam o czymś innym…  Co tu robi kurczak, to miał być karczek! Powiedziałem kurczak? Może. Ale miałem ma myśli karczek! Mogła się Pani domyśleć!!!
 Czy to nie proste? Po prostu gadnąć, czego Pan chciał i o czym myślał. Spojrzeć i już wiedzieć. Proste jak budowa cepa.
Żeby ułatwić życie kelnerstwu, zamierzam w najbliższym czasie ustawić na każdym stoliku w restauracji szklaną kulę, a obok posadzić tresowanego czarnego kota. No co, należy personelowi stworzyć odpowiednie warunki, jeśli się od nich wymaga jasnowidzenia. Wtedy każdy kelner będzie mógł odgadywać pragnienia swoich gości nie podchodząc nawet do stolika. Wysoko wykwalifikowany kiciuś będzie pocierał prawą łapką kryształową kulę, spoglądał głęboko w oczy zamawiającym, hipnotyzował ich, a następnie telepatycznie przekaże zamówienie personelowi. Ten już zawsze będzie wiedział czy z lodem  - czy bez, czy gazowana  -  czy nie, czy przed jedzeniem - czy po, czy duże - czy małe, czy podjeść -  czy zaczekać, czy już – czy jeszcze?… Bo teraz nawet jak spędzi przy stoliku godzinę, to bez kursów telepatingu nie ma szans spełnić wszystkich życzeń gości.  Coś wiem na ten temat, powiedziałbym nawet, że aż za dobrze...
Podlatuje do mnie ostatnio na sali COŚ. Rozkudłane, purpurowe, z pianą na pysku, ryczące niemal bez przerwy: „Kierownika!!! Kierownika!!!” – sądząc po zewnętrznych objawach wskazujących na głęboką frustrację -  niezadowolona klientka. Więc idę za owym monstrum do stolika, by przyjąć bohatersko na mą wątłą pierś grad zarzutów, którymi zasypują  mnie cztery panie, siedzące do tej pory spokojnie nad grzanym winem. Chociaż w sumie to trzy, bo jedna przepadła w toalecie, może poszła otrzeć pianę z paszczy. Jedna przez drugą, gulgoczą jak stare perliczki, nadymają poliki, gdaczą i wykrzykują:
Bo one zamawiały cztery sałatki, bo one czekają na te sałatki, bo ponad godzinę, bo co to za kelner co sałatek nie przyniósł, co to za kucharz, co sałatek nie zrobił, co to za porządki, że sałatki zaginęły, co to za kierownik, co nie dopilnował sałatek, co to za restauracja, gdzie sałatki przepadły, co to za miasto, gdzie się czeka na sałatki, co to za świat bez sałatek, sałatek sztuk cztery, żeby było jasne!!!
Zadzieram więc kiece i lece śledztwo rozpocząć: jako pierwszy podejrzany trafia na przesłuchanie kelner, lampa w oczy i mówić mi tu natychmiast, co panie zamawiały, kiedy, w jakich ilościach, czemu nie dostały. Oskarżony wije się jak piskorz na gorącej patelni, zarzeka się, przysięga i bije w piersi, że nic, nic nie zamawiały. A przynajmniej nie u niego. Jak nie u niego, no to może u kogoś innego. Ogłaszam łapankę, łowię po kolei personel, sztuka po sztuce, nikt się nie wywinie, przepytuję, węszę i szukam zamówienia. Bo może ktoś przyjął i nie przekazał, może zaginęło w systemie, zawiesiło się na łączach, może przepadła gdzieś na kuchni mała karteczka z zamówieniem. Ktokolwiek widział cztery sałatki, ktokolwiek wie, co się stało z czterema sałatkami proszony jest o zgłoszenie się do kierowniczki, która z włosem rozwianym, z sercem bijącym lata, szuka i tropi.
. Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie, było i ni ma, jak w ruskim cyrku. Na stole ni ma, na wydawce ni ma, na kasie ni ma, na kuchni ni ma, co gorsza, garkotłuki też się bronią rękami, nogami, nożami, tasakami i twierdzą, że ni ma. Na dowód, że takiego zamówienia nie było, gotowi ręce sobie obcinać i Paniom na srebrnej tacy podawać zamiast zaginionych sałatek.  
Ni ma. Przepadły bez wieści. Zaginęły, listy gończe trzeba słać, policję wzywać, niech szuka, niech przeprowadzi śledztwo, niech ściga winnych. Ale zanim przyjedzie, muszę iść, muszę poinformować o wynikach wstępnego dochodzenia, przyznać się winy, że sałatek ni ma i nikt nie wie, gdzie są. Zebrawszy całą odwagę do kupy, a raczej do nędznej kupki, kroczę jak bezbronne jagnie na rzeź. Jestem coraz bliżej, widzę, jak czekają, kły na wierzchu, wściekłe, upienione, gotowe, by rzucić mi się do gardła, a nóż widelec zżarłam im sałatki i mam je w środku?
 Co ma być to będzie, podchodzę – a razem ze mną do stolika zasiada czwarta pani, którą właśnie wróciła z toalety. Sadowi kuperek i zanim udało mi się wyartykułować cokolwiek ze ściśniętego gardła, pyta najspokojniej w świecie:
- To jak, zamówiłyście coś???? – zapadło milczenie. A pani toczy beztroskim wzrokiem dookoła, niczego nie rozumiejąc, i pyta dalej:
- To jak, zamówiłyście te sałatki czy nie? Już się dobrą godzinę zastanawiacie… - w końcu ta najbardziej jadowita pękła i mówi:
- Myślałam, że ty je zamówiłaś…
- A ja myślałam, że ty…
- Nie, nie zmawiałam. No, to poprosimy cztery sałatki, tylko szybko, bo wie Pani, bo my już tu ponad godzinę czekamy…
Ręce mi opadły i nogi, i majtki też. Podciągnęłam,  co by golizną na darmo nie świecić, bo słusznie uznałam, że nie ma co liczyć ani na "przepraszam", ani na be, ani na be, ani nawet na pocałuj mnie w dupę. Choć miałam nieodpartą chęć sama to zaproponować, Zdusiłam jednak pokusę, przyoblekłam tylko na pysk krzywy uśmiech numer pięć i nic nie powiedziałam, no bo co tu powiedzieć? Wychodząc spojrzałam na podłogę - chmmmm, mocno klejone, solidne, debowe drewno, ciężko będzie. Równo poukładane, kompletne klepki. Jaka szkoda, że tylko tutaj... Westchnęłam ciężko.
Telepating. To nasza ostatnia deska ratunku. Tylko on nas może uratować przed popadnięciem w obłęd lub wyrwaniem deski z podłogi…. W celach wiadomych :-)

wtorek, 5 stycznia 2010

KULKI

Mężyk w sobotę poleciał sobie w kulki. Nie dość, że razem ze swoimi znajomymi, to jeszcze mnie nie zabrał. W sumie trudno trochę było, bo tkwiłam w pracy, ale w niedzielę się zrehabilitował i polecieliśmy już razem.
 Szkoda tylko, że do kręgielni nie wpuszczają razem z psami - Travisek miałby niezły ubaw, obsługa pewnie także. Pobiegałby sobie piesek za kuleczkami jak go znam, tylko łapy by mu się rozjeżdżały na cztery strony świata. Nie wiem tylko, czy by sobie zębów nie wytrzaskał przy próbie wrogiego przejęcia przyciężkiej "piłeczki". Może lepiej, że nie sprawdziliśmy...

Mężyk bowiem bez większego wysiłku machał szesnastokilogramowymi kulami, kiedy ja w pocie czoła próbowałam wprawić w ruch nędzne ósemki. Jak już mi się nawet udało trafić w tor, to strącałam jeden, dwa, góra cy kręgle, a po rzucie mojego ślubnego... jeden zostawał. Prawie za każdym razem. Po kolejnym pchnięciu, kiedy znowu samotny kręgiel ostał się na torze, ślubny podrapał się po głowie, pomyślał chwilę i pyta mnie:

- Niuniu, a może on jest przyklejony???

I widzę, że się zastanawia, już patrzy na mnie podejrzliwie, jakbym miała z tym coś wspólnego! Cóż, z moich rzutów wynikało, że na stałe do podłoża przymocowane są praktycznie wszystkie. Poniosłam sromotną porażkę na całej linii. Trzy gry, każda przegrana; choć lapki wlokły mi się już po podłodze, ani razu nie udało mi się zbić wszystkich kręgli. 

Pocieszające jednak jest to, że nie tylko ja miałam pecha. Kolega, który dzień wcześniej był na wypadzie w kręgielni, także poniósł klęskę. A zapytany przez mojego uchachanego mężyka:

-  Jak tam Piotrek, był strike?

Odpowiedział krótko i treściwie:

- Tak, k*urwa, był!... W osiemdziesiątym dziewiątym!!!!

poniedziałek, 4 stycznia 2010

POKUSA


W niedzielę po świętach poszłam z Travisem na długi spacer. Po prostu musiałam wyjść z domu. Dalsze przebywanie w towarzystwie osobnika zakontraktowanego jako małżom, groziło detonacją. Byłam wściekła, smutna i zła, zabrałam więc psiura i poszłam się wysapać, wymrozić negatywne emocje.

Poleźliśmy do naszego ulubionego parku, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Travis - stawy wypełnione kaczkami po brzegi, ja – spokój, ciszę i samotność. Było wczesne, mroźne popołudnie, śnieg chrupał pod butami jak chipsy cebulowe. Wszystkie alejki były zasypany śniegiem, stawy pokrywała cienka warstwa lodu. Travisowi najwyraźniej było obojętne, czy znajdzie się na nim, czy pod nim, więc rwał się jak głupi do wody. Bałam się go spuścić ze smyczy; siła kaczego przyciągania była zbyt duża.


Połaziliśmy trochę alejkami, gapiąc się na bajkowy krajobraz; po dłuższym czasie przycupnęłam na ławce, co spowodowało nagły atak psiego niezadowolenia. Piszczał, jojczył, skomlał, no bo przecież mieliśmy spacerować, zwiedzać, wąchać, biegać i tropić, a siedzimy, o co chodzi? Nie rozumiał, że muszę pomyśleć, poukładać emocje rozedrgane, ugłaskać uczucia, wziąć na smycz szalejącą złość. Połapać słowa skaczące do gardła, bolesne jak celnie rzucony kamień, już gotowe, żeby wysypać się ze mnie jak z rozwiązanego worka.

Tkwiłam więc w miejscu i nie wiedziałam, w którą stronę ruszyć.

Obserwowałam spacerujących ludzi, zakochane, czule objęte pary, dzieci biegające po śniegu. Po drugiej stronie stawu cocer spaniel uparcie próbował wleźć na kruchy lód. Kaczki podchodziły coraz bliżej mojej ławki, wyglądając chleba i wnerwiając psa. Zniecierpliwiony sierściuch dreptał w miejscu i skarżył się coraz donośniej na swój straszliwy los uwięzionego. Tak bardzo i tak głośno, że przyciągał jak magnes spacerowiczów o miękkich sercach; co i rusz ktoś przy nim zatrzymywał, głaskał go i pocieszał. Miałam ochotę poprosić o to samo.
Był wśród nich mężczyzna z dzieckiem w wózku. Podszedł do nas, uśmiechnął się, co Travis potraktował jako nadzieję na wyzwolenie, więc natychmiast postanowił pokazać, jakim jest fajnym psem. Rzucił się w ich kierunku, żeby się przywitać, młócąc powietrze ogem jak cepem. Jego rozbuchany, psi entuzjazmem wzbudził lekki przestrach u, tak na oko, dwuletniego chłopczyka. Malec przytulił mocniej czerwonego, pluszowego Clifforda, odwrócił buzię, ale ciekawość wygrała – po chwili wyciągnął małą rączkę do sierściucha i miłość wzajemna rozkwitła na mrozie.
Zamieniłam z jego tatą kilka słów, był bardzo miły, wywiązała się między nami krótka rozmowa. Malec w wózku jednak szybko znudził się postojem, trochę zmarzł, więc panowie zaczęli się zbierać do odejścia. Tak jakoś powoli i nieśpiesznie, tata chłopca spojrzał na mnie pytająco, pogłaskał Białasa pogłowie i powiedział, ni to do niego, ni do mnie:


- Travis, a może pójdziecie z nami na spacer? Da się Pani zaprosić na gorąca kawę?


Pies całym sobą mówił, że tak, on chce, bardzo chce iść dalej, kręcił dupą, piszczał i skomlał, zdrajca jeden. Ja uruchomiłam resztki zdrowego rozsądku, z którego po świątecznym występie mojego męża zostały nawet nie resztki, tylko nędzne frędzle. Grzecznie odmówiłam, ale zaraz potem zawahałam się na moment. Błysnęła mi w głowie głupia myśl – dlaczego nie? Błysnęła i zgasła, i przeraziła mnie tym, że się w ogóle pojawiła.
Przez trzy lata naszego małżeństwa nawet przez chwilę nie zainteresował mnie inny facet. Aż do tego dnia.
Siedziałam dalej, ignorując psie protesty, patrzyłam na zamarznięty staw i myślałam o naszym związku. Wiele razy był rozbijany i sklejany, gdybym mu się tak dokładnie przyjrzeć, to rysa na rysie. Dzień wcześniej powstała kolejna, głęboka i bolesna, coś trzasnęło, co się dziwić, w końcu przysłowiowy szlag mnie trafił  w drugi dzień tak zwanych "świąt".
Coś wtedy we mnie pękło.
 Dzień później w parku pomyślałam sobie ze smutkiem, że nasze małżeństwo jest jak ten lód na jeziorku. Ciągle cały, mocny, stabilny, ale tak naprawdę porządnie potrzaskany.

Wystarczy jedna za głęboka rysa. Wystarczy nacisnąć mocno, za mocno albo całkiem lekko, ale w nieodpowiednim momencie. Wystarczy, że ktoś się przypadkiem pojawi w kiepskiej chwili. Wystarczy powiedzieć tak, zamiast nie. Wystarczy nagły spadek temperatury w związku i lód puści.


Wystarczy o jedno pęknięcie za dużo i wszystko się rozpadnie na drobne kawałki..
Tak po prostu.

niedziela, 3 stycznia 2010

MISTRZ


Nie było jakoś w te święta chętnego do wręczania upominków. Wszyscy migali się jak tylko mogli. Ja odpadłam w przedbiegach – za chuda jestem na Mikołaja. Rzuciłam okiem na uczestników wieczerzy wigilijnej i stwierdziłam, że najlepszym kandydatem do pełnienie tej zaszczytnej funkcji będzie mój mąż, przynajmniej brzuch ma. I dumnie wypina, powtarzając ulubione powiedzonko mojego taty - że porządny gospodarz ma wszystko pod dachem...

Próbowałam zachęcić mężyka, żeby choć przez chwilę poudawał świętego, a ten nic, zrobił karpia, spojrzał na mnie z byka i stanął okoniem. Chciałam go zmotywować, poprosiłam więc ładnie i zaświeciłam przykładem:

-         Misiu, zrób tak jak robi Mikołaj, tak wiesz: hooł, hooł, hooooł!
A on łypnął tylko okiem i oświadczył:

-  Hoł, hoł, hoł to robi Travis... :-)

No niby racja, ale na Mikołaja się nie nadaje, bo ze świętością nie ma nic wspólnego, a na dodatek zżera własną czapkę. Tymczasem z komentarza mojego współmałżonka wynikało niezbicie, że to aktualnie optymalny kandydat. Jakoś nie przypadło mi to do gustu, skwitowałam więc mężykową sugestię krótko

-  Baran jesteś !!!
I co słyszę?
-   Bliźniak kochanie, bliźniak...

I gadaj tu z takim. Mistrz ciętej riposty się znalazł.