niedziela, 26 grudnia 2010

GADUŁA I MILCZEK



Wigilijny wieczór, już po kolacji. Leżymy w łóżku, przytuleni, ja gadam jak najęta, mężyk coś mi tam odmrukuje co jakiś czas. Zniecierpliwiona brakiem interakcji postanowiłam jakoś go skłonić do podjęcia bardziej ożywionej konwersacji:- Ja coś mówię do Ciebie, a Ty przysypiasz, nie śpij, pogadaj ze mną!- Tak nawijasz, że się nie da.- No dobra, już siedzę cicho, teraz Ty coś powiedz!A Mężyk na to:- Dobranoc...Po chwili oboje wybuchnęliśmy głębokim, serdecznym śmiechem
.

wtorek, 21 grudnia 2010

DRUGI BISZKOPT



Poniosło mnie wczoraj do fryzjera. Na balejaż, taki jak zwykle, złoto - rudy i strzyżenie kłaków. Panią, która mi go robiła też niestety poniosło. Chyba miała zły dzień. Po odkryciu, co mam na głowie, miałam o wiele gorszy...Zamierzałam po raz kolejny zapuszczać włosy, taką mam dziwną metodę, ciągle je podcinam i ciągle się dziwię, że są za krótkie. Niestety, wczorajsza platyna nie sprawiła, że po moich planach nie zostało nawet śladu; podobnie jak po włosach - nadawały się tylko do ścięcia na zapałkę. Niewiele to dało. Wyglądam jak własny pies, przynajmniej pod względem kolorystycznym. Jestem krótkowłosa i biszkoptowa.Niech się baba cieszy, że jej ręki nie odgryzłam. Wrrrrrrr....

poniedziałek, 20 grudnia 2010

WYRAZY MĘSKIEGO UZNANIA



Jakiś czas temu mężyk popatrzył na mój wystający, okrągły brzuch, potem popatrzył na swój, poklepał się po nim z uśmiechem zadowolenia, znów spojrzał na mój i stwierdził z niekłamaną satysfakcją:- Nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem to do Ciebie, ale...MASZ WIĘKSZEGO... :-D

piątek, 17 grudnia 2010

ŁAPOWNIK



Travis jest łapownikiem. Przekupnym i sprzedajnym zdrajcą. Jego łakomstwo nie ma granic. Jego żebractwo nie zna ograniczeń. Ani personalnych, ani terytorialnych. Każdy, kto posiada cokolwiek smacznego do jedzenia i znajduje się w zasięgu psiego nosa, staje się potencjalnym obiektem, od którego owo pachnące żarcie można pozyskać. Wszystkie chwyty i metody są dozwolone i zwykle zostają wykorzystane: merdanie ogonem, dawanie łapy, trącanie nosem, opieranie mordy na kolanach, ślinienie się i ten wzrok... To spojrzenie mówiące:"Zlituj się nade mną, zmiłuj się, podziel się, daj chociaż odrobinę, zobacz jakim jestem pięknym, sympatycznym i uroczym psem, no przecież mi nie odmówisz!"Doszło do tego, że... wstydzę się chodzić z psem po zakupy na ryneczek. Już pominę milczeniem tak żenujące psie zachowania, jak wkładanie mordy do toreb i koszyków innych kupujących, celem sprawdzenia, co dobrego nabyli. Wystarczy chwila nieuwagi, moment zagapienia się w kolejce, a brązowy nochal już gmera w siatce osoby stojącej przede mną. Ale nie to jest najgorsze. W takich przypadkach wystarczy po prostu przeprosić, uśmiechnąć się przepraszająco , wyciągnąć zdziwioną śnupę z cudzych zakupów i po raz milionowy  wytłumaczyć zdumionemu psu, że tak robić nie wolno.  Oczywiście wtedy Travis merda ogonem na znak zrozumienia i po chwili... robi dokładnie to samo.  Ale co zrobić, kiedy  Białas holuje mnie z siłą pociągowego wołu przed konkretne stanowisko, zasiada przed nim i nie chce się ruszyć??? W ekstremalnych przypadkach opiera się przednimi łapami o ladę, oblizuje mordę i skomli, żądając... łapówki. Kilka razy już próbowałam dyskretnie przeciągnąć go na krótkiej smyczy obok sklepiku z wędzonymi rybami... bezskutecznie. Nie wiem, kto ma lepszy: sprzedawczyni wzrok czy Travis węch; fakt jest faktem, pani bardzo lubi naszą Białą Dupę, a Białas bardzo lubi szprotki, które daje mu pani. Dzięki kundellowi znacząco wzrosło spożycie ryb w naszym domu, bo trochę głupio się poczęstować i nic nie kupić; nieważne, że degustuje akurat pies. Zwykle kilka razy, bo kiedy odciągamy go siłą, wykręca się dupą, siada w błocie i całym sobą pokazuje, że on się nigdzie nie wybiera, on chce jeszcze! Więc zawracamy po jeszcze jedną, pachnącą szproteczkę... I tak kilka razy. W związku z nieskrywanym urokiem osobistym i talentem żebraczym naszego psa doszliśmy do zabawnego wniosku, że w sumie to bylibyśmy go w stanie wykarmić podczas codziennych zakupów na rynku. Na szczęście bywamy tam tylko dwa razy w tygodniu, a i tak wstydzić się za łapownika zwykle trzeba kilka razy, bo zaraz za sklepem z rybami jest mięsny, gdzie pan ma zawsze pyszne okrawki dla Travisa. Za rogiem z kolei jest budka z psimi smakołykami, gdzie wędzone kości, świńskie uszy i inne tego typu specjały wabią naszego pupila swoim zapachem. A sympatyczna pani zwykle daje się naciągnąć na jakąś małą degustację... Doszło już do tego, że Travis żebrze nawet w warzywniaku. Ot, tak profilaktycznie, a nóż widelec i tutaj mu coś dobrego dadzą? Małą łapówkę, łapóweczkę dla uroczego pieska, pieseczka... Psie CBA powinno się już dawno zainteresować naszym pupilem... :-)

czwartek, 16 grudnia 2010

AKWARIUM

Jeszcze kilka tygodni temu miałam wrażenie, że mam w brzuchu... akwarium. Ciągle coś w nim bulgotało, pluskało, przelewało się, plumkało. W okolicach siedemnastego tygodnia po raz pierwszy miałam wrażenie, że coś mi się otarło o jego ścianki... coś jakby rybka. Czułam to coraz wyraźniej. Niedawno doszłam do wniosku, że rybol osiągnął niespodziewanie wyższy poziom rozwoju, zrobił się coraz bardziej ruchliwy i na dodatek - wykształcił kończyny. W ciągu ostatnich dwóch tygodni dowiedziałam się, że potrafi zrobić z nich użytek. A jaki - przekonałam się dziś rano, bo - za przeproszeniem - dostałam takiego kopa, że się... obudziłam.

Normalnie nie wierzę, że to dziewczynka!
Dziewczynki się przecież tak nie zachowują!

poniedziałek, 13 grudnia 2010

RÓŻNICA



Przeszukałam wczoraj całą łazienkę. Sprawdziłam na półce pod prysznicem, w okolicach lustra i w szafce pod zlewem. Znalazłam tylko puste opakowanie. Podeliberowałam trochę nad plastikową butelką, spróbowałam wycisnąć z niej bez powodzenia ostatnie krople, w końcu wyszłam z łazienki z kwaśną miną i oznajmiłam lubemu z niezadowoleniem:- Oliwka mi się skończyła ... :-(Na co mężyk natychmiast odparł: - Jest olej.Kujawski...:-)

piątek, 10 grudnia 2010

REMIS


Kobiety górą, czyli remis w rodzinie.    Toto jest ...
DZIEWCZYNKĄ
Będziemy mięli córeczkę. Charakterną - podejrzewam, że po mamusi. Już na samym początku usg panienka pokazała nam... język. Normalnie zero szacunku dla rodziców i to na już tym etapie! Co będzie dalej??Mała waży już 310 gram. Połowa ciąży za nami.A ja kocham słowo: "prawidłowy". Słyszałam jej dziś kilkadziesiąt razy, przy każdym pomiarze. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek sprawi mi ono tyle radości. Patrzyłam na ten zadarty nos, maleńkie palce i w głowie miałam tylko jedną myśl:Jesteś cudem. Kocham Cię Malutka.

środa, 8 grudnia 2010

ODWYK

Od kilku dni nie mamy w domu herbaty. Mieliśmy kupić podczas większych sprawunków w markecie, ale byłam święcie przekonana, że jeszcze jest, więc nie wrzuciłam jej w końcu do koszyka. W niedzielę skończyła się definitywnie. Minął poniedziałek, wtorek, wczoraj miałam kupić, ale mężyk zaoferował się, że jak wyjdzie w psem wieczorem, to podejdzie do sklepu i nabędzie ten deficytowy towar. Kiedy wróciłam ze spotkania z przyjaciółką, odkryłam, że nadal nie mamy herbaty, bo luby niesłusznie założył sobie, że pewnie ja zrobię zakupy po drodze. Kiedy dziś wieczorem wstawiłam czajnik na gaz, przyszło mi do głowy, że nas stan posiadania pod tym względem najprawdopodobniej się nie zmienił. Ale postanowiłam się upewnić. Zapytałam mężyka:

- Kupiłeś herbatę?

Uśmiechnął się tylko szeroko od ucha do ucha, co było równoznaczne z odpowiedzią i powiedział:

- Yyyyy... odzwyczajamy się :-)

wtorek, 7 grudnia 2010

POLUZOWAĆ WARKOCZYKI


Na białej półce nad telewizorem stoi kieliszek. Taki zwykły, z napisem „wyborowa”. Wsypałam do niego drobne kawałki bursztynu, żółte, pomarańczowe, brązowe. Większość wypatrzył i zebrał mężyk podczas porannego spaceru nad morzem. Byliśmy w Sopocie na początku listopada, mieliśmy wyjechać jedenastego, pojechaliśmy w końcu dzień później, bo luby musiał iść dodatkowo do pracy nawet w święto.
Tego dnia siedziałam sama w domu i zastanawiałam się, co się dzieje – z moim mężem, z nami, z naszym małżeństwem. Niby wszystko było w porządku, ale nie do końca. Jakby ktoś coś zepsuł. Czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co, mężyk był daleki, chłodny, jakby nieobecny. Nie miał ochoty na ten wyjazd, dało się to wyraźnie wyczuć. Podróż trwała o wiele dłużej niż planowaliśmy, deszcz lał całą drogę, przed samym Trójmiastem wpakowaliśmy się w gigantyczny korek. W nerwach zapadła decyzja – zawracamy, nie protestowałam, popłakałam się po prostu z bezsilności, z żalu, za tęsknoty za tym, co gdzieś uciekło, za tym czego zabrakło; sama w sumie nie wiedziałam dlaczego. Coś się działo, a ja wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, co...
W końcu dotarliśmy do Sopotu, czułam, że nie ma co przedłużać tego wypadu, był do dupy, nawet towarzystwo mojej ukochanej przyjaciółki, u której nocowaliśmy, nie było wstanie go uratować. Uzgodniliśmy, że wracamy dzień wcześniej. Mężyk wstał bladym świtem, zabrał Travisa i poszedł z nim na plażę. Ja zostałam, choć wiedziałam, że już nie zasnę. Zawinęłam się w swój smutek jak w kołdrę, szczelnie i ciasno. Po kilkunastu minutach zadzwonił telefon. Odebrałam smsa: „Chodź na wschód słońca”. Ubrałam się, po cichutku zamknęłam za sobą drzwi. Był chłodny, listopadowy poranek. Od plaży dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów, najpierw zobaczyłam szalejącego na brzegu psa. Uśmiechnęłam się, trochę smutno, bo przez moment pozazdrościłam Travisowi tego prostego, psiego szczęścia – jest fajnie, bo jest spacer, woda, piasek, pan a teraz przyszła jeszcze pani, jak tu się nie cieszyć? Potem zagwizdałam – Białas zatrzymał się na chwilę, nadstawił uszu i ruszył jak wariat w moim kierunku, wywijając ogonem jak cepem. Jeszcze kilka pisków, podskoków i zostałam godnie przywitana, ja i parówki, które przyniosłam mu w torbie.
Mężyk czekał na brzegu. Kiedy zasapana dotarłam do niego, wziął mnie za rękę i wsypał mi do garści drobne kawałki bursztynu, które zebrał na plaży. Ucieszyłam się jak dziecko. Było rześko, chłodno, zaspane słońce ledwo oderwało się od horyzontu. Poszliśmy na długi, milczący, kilkugodzinny spacer brzegiem morza.Travis pracowicie odbijał na mokrym piasku stemple łap, które kolejne fale cierpliwie wygładzały, wybiegał do przodu, wracał w radosnym pędzie, pływał, aportował wrzucone do wody patyki, szczekał i ganiał łabędzie. Ja uparcie próbowałam znaleźć chociaż jeden, chociaż malutki kawałek bursztynu. Plaża była pełna śmieci, wodorostów, patyków, pokruszonych muszli, ciężko było zauważyć małą, błyszczącą drobinkę... Ale znalazłam. Ten poranek był chyba jedynym pozytywnym momentem całego wypadu. Ale był.
Dziś siedzę i myślę sobie, że ten blog to taki mój kieliszek z bursztynami. Zbieram tu te dobre, fajne momenty z naszego życia. Wiem, że może sprawiać to wrażenie, jakby tak było stale, jakbyśmy byli idealnym małżeństwem bez żadnych problemów. W rzeczywistości bywa różnie. Raz dobrze, raz źle, raz lepiej, raz gorzej. Tylko ja po prostu nie umiem pisać o tym co smutne, złe, przygnębiające, nie umiem oswoić tego, co budzi lęk i przeraża, nie potrafię przelać na papier tego, co mnie gryzie i boli. A może po prostu nie chcę? Nie wiem. Wiem jednak, że warto w tym codziennym śmietnisku szukać tych dobrych, fajnych chwil. Tylko one mają wartość. Ostatnio doszłam do wniosku, że nie warto się rozwodzić nad tym, co było, ani zastanawiać nad tym, co będzie. Mam po prostu nadzieję, że mimo wszystko nam się uda.
Życie jest tu i teraz.
Jak kawałki bursztynu w kieliszku. Jak mandarynki w drewnianej misce obok monitora. Jak dziecko, które właśnie poruszyło mi się w brzuchu. Jak śpiący na łóżku pies, do którego zaraz się przytulę.
Warto czasem "poluzować warkoczyki"...

czwartek, 2 grudnia 2010

PROBLEM I ROZWIĄZANIE



Posiadanie psa, gdy na zewnątrz pluje żabami, zacina śniegiem i straszy mrozem, to problem. Zwłaszcza dla osobnika ciepłolubnego, który nie ma ochoty na wystawienie nawet czubka nosa za drzwi. W przeciwieństwie do sierściucha, który siedzi godzinami w oknie i jojczy, że chce na spacer, spacerek, a wspomniane warunki atmosferyczne nie robią na nim żadnego wrażenia.Ale! Na szczęście posiadanie w pakiecie razem z psem Najlepszego Na Świecie Męża rozwiązuje ten problem :-))))))

wtorek, 30 listopada 2010

TOTEK CZY TOTKA?



Jakiś czas temu, gdy dopiero przyzwyczajaliśmy się do myśli, że będziemy rodzicami, zapytałam mojego męża w żartach, co wolałby: chłopaka czy dziewczynkę. Widziałam, że wybór już został dokonany, ale co mi szkodziło pogdybać. Ja odkąd tylko pamiętam, zawsze chciałam mieć córkę, jednak kilka tygodni po zabiegu moja kobieca intuicja zaczęła mi podpowiadać, że chyba będzie inaczej. Dlatego zapytałam mężyka, co obstawia. Zdziwiłam się bardzo, kiedy luby z niezachwianą pewnością oświadczył, że on chce... dziewczynkę. Córeczkę tatusia i już. Byłam pewna, że facet będzie chciał małego facecika, takiego na swój wzór i podobieństwo, więc strzeliłam minę zdziwionego karpia, upewniłam się trzy razy, czy wie, co mówi i ... zaprzestałam dalszego indagowania. Zresztą w początkowych tygodniach niewiele rozmawialiśmy na temat malucha, dopiero do nas docierało, że naprawdę stał się cud - będziemy mieli dziecko. Mam wrażenie, że mój mąż uwierzył w to dopiero, gdy je zobaczył. Na pierwszym i drugim badaniu usg byłam w gabinecie sama, mężyk spokojnie czekał na relację lekarza, na trzecie - genetyczne, poszliśmy już razem. 18 października, na czarno - białym ekraniku luby po raz pierwszy zobaczył swoje dwunastotygodniowe maleństwo. Machało rękami i nogami, mężyk nie mógł oderwać wzroku od monitora, a mi podczas kolejnych pomiarów powoli spadał kamień z serca, bo badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Co najciekawsze, było na tyle dokładne, że pozwoliło lekarzowi na wstępne prognozy dotyczące... płci malucha. Było jeszcze za wcześnie, żeby ją określić tak na 100 %, ale mimo to chcieliśmy je poznać. Ciężko opisać moje zdziwienie i radochę mężyka, kiedy lekarz powiedział, że na 70-80% będzie... dziewczynka. Luby nie ukrywał zadowolenia, a ja pretensji do mojej kobiecej intuicji, która uparcie twierdziła coś innego. Mężyk hipotezę lekarza przyjął natychmiast za pewnik; kiedy wsiadaliśmy do auta, natychmiast poinformował ...psa (który czekał na nas na tylnym siedzeniu samochodu):"Travis, konkurencja rośnie. Będzie dwa : dwa".

poniedziałek, 29 listopada 2010

DRZEMKA

 
Travis już od jakiegoś czasu pełni funkcję naszego budzika. Między ósmą a dziewiątą rano złazi z kanapy i przychodzi do sypialni na rekonesans. Staje przy łóżku, bacznie nas obserwuje i zachęcająco merda ogonem. Latem nie odstraszał go nawet brak rekacji z naszej strony, po prostu wskakiwał na łóżko, trącał nas zimnym nosem, lizał po nosach i uszach, dopóki się nie obudziliśmy. A potem już skokom i piskom nie było końca, trzeba było zwlec się z łóżka i wyjść na spacerek.
Z nadejściem zimy, nasz budzik na czterech łapach zmodyfikował trochę swoje zwyczaje - okazało się, że ma w psich opcjach i stosuje z własnej nieprzymuszonej woli... funkcję drzemki. Owszem, nadal między ósmą a dziewiatą przyłazi do sypialni i tak jak kiedyś, sprawdza dokładnie, czy przypadkiem się nie obudziliśmy. Obserwuje nas dłuższą chwilę, ale kiedy odkrywa, że ciągle smacznie śpimy, rezygnuje z budzenia. Po chwili namysłu wskakuje na łóżko, zwija się w kłębek w okolicach moich stóp i z głębokim westchnieniem ponownie zasypia - na dziesięć, dwadzieścia minut, maksymalnie na pół godziny. 
Potem już nie ma zmiłuj...

piątek, 26 listopada 2010

SKOJARZENIE


Wieczór. Mężyk już leży na łóżku, ja siedzę obok i nacieram swój porządnie zaokrąglony brzuch oliwką. Luby przygląda się uważnie dłuższą chwilę, przygląda się... i zaczyna się śmiać. Oczywiście nie chce powiedzieć, co go tak rozbawiło, udaje, że jest śpiący - dziabię więc go palcem w bok. Raz, drugi, trzeci. Jakieś metody przymusu bezpośredniego trzeba zastosować, żeby się przyznał, co go tak rozbawiło. Domyślam się, że widok mojego wystającego bębęnka i bardzo chcę się dowiedzieć, dlaczego. Do mężyka powoli dociera, że raczej nie dam mu zasnąć, jeśli mi nie powie, zwłaszcza, że męczę go też pytaniami:
- Ale co Cię tak rozbawiło? No powiedz! Czemu się śmiejesz z mojego brzucha?
Luby, wzięty w obroty, w końcu wyrzuca z siebie odpowiedź:
- Bo zaczyna nabierać kształtów zbiornika od ZetLa*...

 (Ps. * - Kawasaki ZL 1000 - ukochany motocykl mojego męża)

wtorek, 23 listopada 2010

ŻELAZO



Odkąd zaawansowany jadłowstręt trochę odpuścił, staram się urozmaicać swoją dietę i wybierać produkty wartościowe dla malucha. Przy okazji karmię nimi i mężyka. Dziś postanowiłam przygotować na obiad wątróbkę, a do niej sałatkę z buraczków - oba produkty zawierają ponoć sporo cennych mikroelementów. Mężyk obrał ziemniaki, wątróbka nawet mu zapachniała, ale kiedy zobaczył surówkę, skrzywił się i zrobił dziwną minę. Zaczęłam mu więc tłumaczyć powody takiego, a nie innego doboru składników:- Miśku, buraczki ćwikłowe mają dużo żelaza...Burknął coś pod nosem, ale nie usłyszałam co; kiedy poprosiłam, żeby powtórzył głośniej, powiedział:- Gwoździe też mają...

niedziela, 21 listopada 2010

ODKRYCIE

 
Przez ponad trzy miesiące miałam brzuch płaski jak deska, waga też stała w miejscu jak zaklęta. Pewnego dnia ze zdziwieniem zauważyłam jednak, że coś się zmieniło. Wyszłam rano spod prysznica, zaczęłam nacierać jeszcze wilgotną skórę oliwką i dokonałam wielkopomnego odkrycia, którym natychmiast podzieliłam się z mężykiem. Niewiele myśląc, oznajmiłam ze zdziwieniem na głos:
- Cycki mi urosły!!!
Luby spojrzał fachowym, męskim okiem, uśmiechął się i z gryźwie dodał:
- Dobrze, że nie druga para... :-)

sobota, 20 listopada 2010

OBSCYMURKI DWA

Travis jest rasowym Obszczymurkiem, nie ominie tak po prostużadnego drzewa, latarni, kępki trawy, kosza na śmieci, kamienia. Przy każdej zwyżej wymienionych rzeczy i przy tysiącach innych niewymienionych, kundellozatrzymuje się na dłużej, najpierw obwąchujebardzo dokładnie, dopiero po dłuższej chwili podnosi łapę i zostawia swoją„żółtą wizytówkę”. Nie pomaga wołanie, ciągnięcie za smycz, szarpanie iproszenie, żeby się pośpieszył, nie ma mowy – Biała Dupa musi dopełnić psiegorytuału. Nawet po kilkukilometrowym spacerze, nawet kiedy wskaźniki pojemnościpsiego pęcherza stoją na rezerwie i miga czerwona lampka, Travis jest w staniewycisnąć z siebie kilka żółtych kropelek. Przymus posikiwania jest silniejszyod kryzysu w zasobach psiego pęcherza.

Ostatnio bardzo zazdroszczę Travisowi, że może sobie po prostu przystanąć na ulicy, zadrzeć łapę do góry... i po kłopocie. Kiedyś strasznie mnie to denerwowało, teraz wkońcu biednego Białasa rozumiem, bo… ciągle chce mi się sikać!!!

piątek, 19 listopada 2010

CHARAKTEREK

Bardzo szybko okazało się, że Toto jest charakterne i wybredne.
I się rządzi.
Zaczęło gdzieś w okolicach ósmego tygodnia. Poszłam rano przed pracą na moją ulubioną sałatkę, zamówiłam jak zwykle do niej pitę z czosnkiem i sok pomarańczowy. Spróbowałam – mniam, świeża sałata, tuńczyk, cebula, pomidory. Pyszna jak zwykle. Ugryzłam pitę i…. ooooooo, tego nie było w umowie!
Toto wypowiedziało się bezgłośnie, ale bardzo zdecydowanie:
- Pita nie!!!
Poczułam rozgoryczenie i bunt. Jak to nie, zawsze jem pitę, świeżą, gorącą, pachnącą, ugryzłam więc jeszcze raz.
Toto zaprotestowało jeszcze bardziej stanowczo:
- Przecież mówiłem, że pita nie! Nie słyszałaś? Nie jemy już pity!!! Bo...wiesz co! Lepiej uważaj!
No groził mi, terrorysta jeden.
Poddałam się. Pita wylądowała w koszu. Nie to nie.
Potem już było tylko gorzej.
Weryfikacja produktów żywnościowych nadających się do spożycia trwała do końca trzeciego miesiąca. Chodziłam, obwąchiwałam, próbowałam, gryzłam, odkładałam, brałam się za coś innego, bo to niedobre, to nie smakuje, to jakieś nie takie jak być powinno… Wykluczyłam całkowicie z jadłospisu mięso, bo śmierdziało na odległość, zabroniłam nawet kupowania dla psa wędzonych specjałów, po mu capiło po konsumpcji z mordy i nie byłam wstanie tego znieść. Pomagała mi tylko herbata z cytryną. Przez kilka tygodni żywiłam się owocami i śledziami w occie. Przez resztę czasu snułam się po sklepach i po domu w poszukiwaniu czegokolwiek do zjedzenia i nic mi nie odpowiadało, nawet najdziwniejsze połączenia. Zrobiłam się bardziej wybredna niż pies Travis.
Mężyk z lekkim zdziwieniem obserwował moje zachowanie, a kiedy wyjaśniłam mu ich przyczyny, westchnął głęboko i z nadzieją oznajmił

- „No cóż, może się w końcu w tym domu chętny na psie kulki znajdzie”…

TOTO

Na pierwsze usg pojechaliśy 16 września, miesiąc po transferze, dokładnie w 7 tygodniu ciąży - ja zasmarkana, kaszląca i kichająca, ale ... spokojna. Siedziałam z mężykiem pod gabinetem i nie umiałam się zdenerwować, dopiero kiedy przyszła nasza kolej zaczęły mi drżeć ręce. Czekałam na fotelu i ogladałam lampy na suficie; bałam się spojrzeć na monitor... Dopiero kiedy usłyszałam głos doktora, odwróciłam głowę, nie pamiętam, co mówił, nie mogłam oderwać wzroku od szarego ekraniku. Widac na nim było... COŚ.
 Coś, co przypominało małą rybkę, z pulsującą, ciemną kropką serduszka. Kiedy ubrałam się i wróciłam do gabinetu, dla odmiany mój mąż wpatrywał się w małe zdjęcie leżące przed nim na biurku. W pierwszą fotografię naszego dziecka :-)
Kiedy wsiedliśmy do auta, wyjęłam je jeszcze raz i gapiłam się na nie jak zaczarowana - mężyk pochylił głowę, pokazał na malucha paluchem i zapytał:
"To to?"
Oburzyłam się, że tak nieładnie mówi o naszym maleństwie, on też się obruszył, bo pytał o ciemną plamkę widoczną na zdjęciu - czy to serduszko. Ale określenie zostało.
Toto. Totek. Totusiek lub Totuśka, Totka.
Nasze dziecko. 1,15 mm cudu.
Nasza wygrana w totka :-)

środa, 17 listopada 2010

TAK BYŁO...


Po pierwszej, nieudanej procedurze in vitro, chciałam jak najszybciej podejść do drugiej, złapać się kolejnej szansy, jak tonący brzytwy…
Kiedy dowiedziałam się, że trzeba zrobić trzy miesiące przerwy między stymulacjami, byłam załamana. Lekarz nie pozostawił nam złudzeń – organizm został zbyt silnie obciążony lekami, musi odpocząć. Ja też musiałam, tylko wtedy jeszcze to do mnie nie docierało.
Potrzebowałam czasu, żeby pewne sprawy uporządkować, przemyśleć, wyjaśnić samej sobie, zrozumieć. Musiałam złapać oddech, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, a tak naprawdę – pogodzić się z myślą, że być może nigdy nie będziemy mieli dziecka.
Bardzo często w leczeniu niepłodności, po wykorzystaniu wszystkich dostępnych metod, dociera się do ściany. In vitro to ostatnia szansa, żeby ją pokonać. Do marcowego zabiegu  podchodziłam pełna nadziei i optymizmu, patrzyłam na córeczkę mojej przyjaciółki, uśmiechałam się do siebie, cieszyłam się, bo myślałam, że już niedługo też będę miała takie fajne dziecko. Byłam wtedy ucieleśnieniem naiwności i wiary, że tak zaawansowana medycyna na pewno potrafi zdziałać cuda. Nie pomyślałam nawet przez moment, że być może nigdy nie będę miała dziecka. Kiedy zobaczyłam jedna kreskę na teście, jeszcze to do mnie nie docierało. Nawet się nie popłakałam. Schowałam gdzieś bardzo głęboko cały mój żal, smutek i rozczarowanie, przykleiłam uśmiech i poszłam dalej. Tak po prostu. Chciałam być silna.
To był chyba mój największy błąd – bo po jakimś czasie wszystkie te głęboko schowane emocje wypłynęły na wierzch i uderzyły we mnie, w nas, w nasze małżeństwo ze zdwojoną siłą. Najmocniej wtedy, kiedy zrozumiałam, że być może nigdy, nikt nie powie do nas „mamo, tato”. Posypało się między nami. Były dni pełne milczenia, pretensji, niedomówień, niewiary. Przyszedł taki moment, że i ja odpuściłam – powiedziałam sobie: trudno, może tak musi być, nie ma się co szarpać i buntować, spróbujemy jeszcze raz, jak się nie uda, to jakoś się z tym pogodzę. Mam w końcu takie wiele – fajnego męża, dom, psa, pracę, zdrowie, może faktycznie nie można mieć wszystkiego, może już wyczerpałam swój limit.
Zrozumiałam, że najwyżej w moim życiu nic się nie zmieni, będzie tak jak dotychczas – słowem – dobrze. Kiedy to do mnie dotarło, odetchnęłam, ta metalowa obręcz, która ściskała mnie gdzieś w środku, zniknęła. Wzięłam głęboki oddech, w końcu zauważyłam, że jest wiosna, że świeci słońce, kwitną forsycje, a co ma być, po prostu i tak będzie, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Pogodziłam się z tym.
W sumie nie miałam innego wyjścia, ale trochę czasu mi zajęło dojście do tego odkrywczego wniosku. Po marcowym niepowodzeniu, nasze rokowania spadły z kilkunastu do kilku procent szansy na powodzenie, lekarz nie pozostawiał złudzeń, wskazał jednoznacznie przyczynę obumierania zarodków. Opcji leczenia brak. Nie próbował nawet zachęcać nas do podjęcia kolejnej próby, sami podjęliśmy taką decyzję.
Do drugiej procedury podeszliśmy z marszu, bez wielkszej nadziei, bez mówienia komukolwiek o naszych planach, w sumie nawet bez przykładania do tego jakiejś szczególnej wagi. W dniu powrotu z Turcji wzięłam pierwszy zastrzyk wyciszający.
Od początku towarzyszył mi dziwny, niczym nieuzasadniony spokój. Może dlatego, że wszystko, co przechodziłam było już znane, oswojone. Znów seria zastrzyków, znów usg, leki, kolejne zastrzyki… Punkcja 9 sierpnia. Pobrano 15 komórek, zapłodniło się 11 i tyle zaczęło się rozwijać. Dzień przed transferem mieliśmy jeszcze 9 zarodków, na różnych etapach rozwoju. Bardzo zależało mi na podaniu trzech, klinika nie chciała się zgodzić, zbyt duże ryzyko ciąży trojaczej, stanęło na tym, że jeśli będą idealne blastocysty, to zabierzemy dwie.
Transfer 14 sierpnia o dziewiątej. Jechałam zabrać swoje maluszki całkowicie spokojna, dziwnie spokojna – ja, koncertowy nerwus i panikarz. Na miejscu, gdy już czekałam w zabiegowym, przebrana i podłączona do kroplówki – potężne rozczarowanie. Zostało tylko 5 zarodków, z czego tylko jeden stał się idealną blastoscytę 4AA. Już po minie pani embriolog widziałam, że nie jest dobrze. W piątej dobie wszystkie powinny dotrzeć do tego stadium, a okazało się, że prawie połowa przestała się rozwijać, reszta utknęła na stadium zarodków skompaktowanych, z których jeszcze jeden zaczął się przekształcać we wczesną blastoscytę.
Po konsultacji z mężykiem zdecydowaliśmy się na podanie trzech zarodków, lekarz się zgodził, ich kiepski rozwój i poprzednie niepowodzenie przeważyło szalę. A mi powoli zaczynała w głowie krążyć smutna myśl o powtórce z rozrywki, że znów klapa, zwłaszcza, że klinika nie zdecydowała się na zamrożenie pozostałych zarodków, wstrzymali się z decyzją do niedzieli, bo nie rokowały co do dalszego rozwoju.
Nam pozostało czekanie…
Towarzyszy nam bez przerwy...

Ciąża po zabiegu in vitro to radość nie do opisania – że stał się cud, że się udało. I lęk nie do wyrażenia, na który nie ma lekarstwa. Można tylko czekać i liczyć mijające dni, tygodnie. Świadomość, szeroka wiedza, jaką nabywa się w trakcie leczenia wcale nie pomaga. Po pozytywnym teście kilka razy sprawdzałam przyrost bety hcg, oznaczałam poziom progesteronu; każdy wynik odbierałam z duszą na ramieniu, z panicznym lękiem, z drżeniem w sercu, czy wszystko jest ok. Tego strachu nie da się opisać, ani opanować. Przez wiele tygodni odkładałam na półkę myślenie o dziecku, które noszę w sobie, tak potwornie bałam się, że czar zaraz pryśnie, sen się skończy, że się prześni, nie chciałam o tym mówić, ani pisać, nie chciałam wyciągać tego strachu na światło dzienne. Pisanie, które zawsze mi pomagało, w tym przypadku nie było wstanie go oswoić, przywoływało tylko kolejne demony… Brałam leki osłabiające odpowiedź autoimmunologiczną organizmu, cierpliwie robiłam kolejne zastrzyki i modliłam się, żeby na usg zobaczyć serduszko… Jakby tego wszystkiego było mało, w siódmym tygodniu ciąży, pochorowałam się i to poważnie. Nie mogłam wziąć adnych leków, tydzień leżałam w łóżku, panicznie bojąc się o malucha…
Cdn.

poniedziałek, 8 listopada 2010

OTWARTE DRZWI

Przez cały tydzień po transferze czekałam na znak z nieba, na coś, co da mi odpowiedź jeszcze przed testem. Czas od soboty dłużył się w nieskończoność. Poziom progesteronu po trzech dniach powyżej normy, ale nie był niestety na tyle wysoki, by dać gwarancję sukcesu. Ale nie musiałam brać dodatkowych zastrzyków, pierwsza ulga...
Mijały dni, a ja wsłuchiwałam się w swój organizm w oczekiwaniu na jakikolwiek sygnał. Cisza była coraz bardziej przytłaczająca. Cisza. Żadnych objawów. Żadnego pobolewania w podbrzuszu, nic. Bardzo rzadko lekki ból, czasem, kilka razy na dzień, coś zakuło. Głaskałam swój brzuch delikatnie, nieśmiało i po chwili odsuwałam rękę, bo łapałam się na myśli, że może gładzę pustkę.
Obwąchiwałam kolejno wszystkie produkty spożywcze. Nawet wodę mineralną. Piątego dnia zastanowił mnie bowiem podczas picia ledwo wyczuwalny zapach boczku. Wędzonego na dodatek. Wmówiłam sobie, że sobie wmawiam. Rano nałęczowianka smakowała już normalnie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że po prostu mam pierdolca. Mimo ustalenia tego mało budującego faktu, nie zaprzestałam obwąchiwania. W piątek, kiedy weszliśmy do kina, uderzył mnie i odrzucił zapach gorącego, zjełczałego popcornu. Chyba po raz pierwszy w życiu nie zabraliśmy pełnego kubła na seans, kupiliśmy orzechy laskowe prażone w cukrze. Rozgryzałam pierwszego... miał chemiczny posmak proszku do prania. Wyplułam. Spróbowałam drugiego. Chmm…. Vizir, ixi??? Nie byłam pewna. Na wszelki wypadek wszystkie orzechy obrałam ze słodkiej skorupki. Po krótkiej chwili namysłu postanowiłam rozszerzyć grupę testową i poczęstowałam lubego. Zjadł bez słowa komentarza. Zapytałam, czy czuł ten smród w holu. Popatrzył na mnie jak na wariatkę. Zaprzestałam więc dalszych indagacji z obawy przed szybkim odtransportowaniem do najbliższego zakładu psychiatrycznego. Nie porzuciłam jednak obwąchiwania, zachowując się bezustannie jak rasowy pies tropiący. Ale ciągle wmawiałam sobie, że sobie wmawiam.
Zaostrzony, wyczulony węch został mi do dziś, ale dziwny ze mnie przedstawiciel czworonogów - mięso mi śmierdzi. Ciągle, tak jak wtedy, nie wmawiałam sobie jednak...

Kiedy w niedzielę wieczorem, w pracy, po kolejnej wizycie w toalecie, odkryłam na wkładce higienicznej kilka plamek krwi, tak wyraźnie, tak mocno poczułam, jak zamknięte drzwi lekko uchylają……
 To wystarczyło, żeby w głowie eksplodowała mi kolorowa bańka mydlana pełna marzeń, a one rozsypały się jak zwariowane confetti pojedynczych, drobnych myśli. Pierwsza, najbardziej uparta, uporczywa, przez cały wieczór siedziała mi w głowie - że to musi być to, musi, to musi być właśnie to, w myślach ciągle wracałam do jednego zdania z karty wypisu leczenia metodą ICSI: „Po 6-10 dniach od transferu może się pojawić niewielkie plamienie, które nie musi oznaczać niepowodzenia, a często jest pierwszym objawem ciąży”. 
Przez wąziutką szparę nadziei marzenia zaczęły się wymykać, wyrywać do przodu, na wolność, próbowałam je łapać, zatrzymywać, zaganiać z powrotem, bo pierwsza radość mieszała się z lękiem, ale one uciekały mi między palcami, były nie do opanowania.
Rozwijały, prostowały pogniecione, pomięte przez lata oczekiwania skrzydła…

niedziela, 7 listopada 2010

PORANEK

Tyle razy, przez tyle lat wyobrażałam sobie ten moment. W wyobraźni widziałam siebie, jak wstaję rano z łóżka i wręczam mojemu mężowi małe pudełeczko, on patrzy zdziwiony, ja uśmiecham się tajemniczo, on odwiązuje kokardę, zdejmuję pokrywkę i wyjmuje małe, dziecięce buciki…
Jak w kiczowatym filmie.
A było tak
Mężyk obudził się około dziewiątej, usiadł zaspany na krawędzi łóżka, widziałam jego pochylone, szerokie plecy. Wygrzebałam się spod pościeli, czarnej w białe owce, mojej ulubionej, przycupnęłam obok niego, w zaciśniętej piąstce trzymałam test. W końcu wyciągnęłam do lubego rękę z białym, prostokątnym, płaskim pudełeczkiem i rozprostowałam palce. Test leżał na mojej dłoni... do góry nogami. Nie do końca obudzony mężyk przetarł oczy i spytał:

- Co to jest?
- Test. Odwróć.
Wziął go niezgrabnie i przekręcił. Popatrzył.
- No i ? Co to znaczy?
- Są dwie kreski
- A ile powinno być?
- Dwie. Chyba się udało Miśku…
- No widzisz…
Uśmiechnął się, rozespany, z poduszką odbitą na policzku, z dwudniowym zarostem, objął mnie i przytulił bardzo mocno…
Pojechaliśmy na badanie z krwi. Wynik bety hcg dziewiątym dniu po transferze 215,10…

sobota, 6 listopada 2010

23.08.2012

 
Obudziłam się wcześnie, bardzo wcześnie. Strasznie chciało mi się sikać. Próbowałam zasnąć, ale doskonale widziałam, że już mi się nie uda. Serce tłukło jak ptak w klatce oszalały ze strachu, trzepotało i biło skrzydłami, próbowałam je bezskutecznie uspokoić. Spojrzałam na zegarek. Szósta trzydzieści jeden. Mężyk spał odwrócony plecami, wtulony w poduszkę. Nawet nie słyszałam, kiedy wrócił z pracy. Bałam się, że go obudzę, ale wstałam po cichutku i poszłam do łazienki. Wyjęłam pudełko, rozerwałam białą folię.

Cztery kropelki. Szybko pojawiła się bardzo wyraźna, gruba kreska testowa.
 I nic więcej.
Wpatrywałam się w ten test jak sroka w gnat, z nerwami napiętymi jak postronki, do granic wytrzymałości, powtarzając w myślach jak oszalała jedno słowo: proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, błagam, proszę, błagam.…
 Mijały minuty. Jedna, druga, proszę, błagam, proszę, proszę, proszę, trzecia, proszę, proszę, czwarta, proszę, błagam…

Na teście pojawiła się delikatna, druga kreseczka. Blada, bledziutka, jaśniuteńka... tak blada, że przez moment pomyślałam, że jej pojawienie się wywołałam siłą woli. Spojrzałam jeszcze raz. Ledwo widoczna, ale była tam.
 Druga kreska...

Aby wykluczyć, że trafił mi się wredny, podstępnie zakłamany i załgany test, zrobiłam drugi. Znów pojawiła się bledziutka druga kreska…

Nawet się nie ucieszyłam jakoś specjalnie. Poczłapałam z powrotem do łóżka, wsunęłam się pod kołdrę, a test schowałam pod poduszkę. Trzymałam go w zaciśniętej dłoni i próbowałam zasnąć, ale nadal nie mogłam. Był duszny, gorący sierpniowy poranek. Zapadałam w krótkie drzemki, tylko po to, żeby przebudzić się za moment, wyjąć test spod poduszki i sprawdzić, czy ta bledziutka druga kreska ciągle tam jest, czy na pewno nie zniknęła. Nadal była. A mi wciąż wydawało się, że śnię.

Codziennie, kiedy się budzę i dociera to do mnie po raz kolejny, tak wyraźnie i mocno, jakbym właśnie się dowiedziała, chce mi się krzyczeć z radości i płakać ze szczęścia.
Codziennie, kiedy wstaję, uśmiecham się i myślę: „Jestem w ciąży”.

sobota, 30 października 2010

WIKTOR

Moja przyjaciółka ma synka Wiktora. Młody ma prawie trzy lata i ciekawe pomysły, jak to zwykle w tym wieku bywa...

 Jest dzieckiem uroczym, bardzo inteligentnym i odrobinę rozbrykanym. Ostatnio Ewa opowiadała mi, co znowu zrobił Młody - przyszedł do niej rano zaraz po przebudzeniu i bardzo ładnie poprosił:
- "Mamusiu, pomóż mi wyciągnąć kredeczki z dvd, bo sam nie dam rady" :-)

czwartek, 28 października 2010

STORCZYKI

 
Lubię kwiaty, ale bez wzajemności. Zwłaszcza doniczkowe jakoś nie darzą mnie miłością, one chyba po prostu wyczuwają, że nie mam dla nich za wiele czasu i żeby mi oszczędzić kłopotów, umierają sobie po cichu. No dobra, zapominam o podlewaniu, przyznaję się, ale żeby tak od razu przez to się ewakuować do krainy wiecznych łowów? No bez przesady, choć faktów nie da się ukryć, mówią same za siebie...

 Cyprysiki już jakiś czas temu popełniły zbiorowe samobójstwo, zdechły wszystkie cztery na raz, w ich ślady podążyło drzewko szczęścia, dracena odchodzi powoli, acz systematycznie, zrzucając listek po listku. Reszta po prostu strajkuje i nie rośnie. Fikusiki jakie były, takie są, nic im nie ubywa, nic nie przybywa. Storczyki nie kwitną, może mają żałobę po koledze, który odszedł od nich miesiąc temu...  Ale to chyba powinny sczernić, zamiast zżółknąć...

Tak myślałam, dopóki nie przyjrzałam się im bliżej i nie odkryłam, że niedługo zapuszczą korzenie w parapecie, bo te z doniczki już dawno wylazły. Uwielbiam przesadzać, niekoniecznie jednak kwiaty, więc trochę czasu minęło zanim nabyłam odpowiednią ziemię i większe doniczki. Zamiast tego zafundowałam im na początek wietrzenie, bo zaczęli mocno dogrzewać nasze małe mieszkanko i okno jest stale otwarte. Przy okazji zapomniało mi się trochę o podlewaniu. Byłam pewna, że teraz to już je szlag trafi nieodwołalnie. Jednak wczoraj po bliższych oględzinach doszłam do zadziwiającego wniosku: storczyki są masochistami. Po dwóch tygodniach bez wody, stania w przeciągu ... zaczęły wypuszczać pąki i zamierzają zakwitnąć! 

Po przejrzeniu literatury fachowej odkryłam, że one kochają ekstremalne warunki, przez przypadek stworzyłam im takie, jakich potrzebowały, żeby zakwitnąć, bo de facto kwitną, żeby przetrwać! Opowiedziałam o tym mężykowi, który moje dokonania hodowlane podsumował krótko:

„Oooooo, to uważaj, żeby Ci teraz całego okna nie zarosły”....

środa, 20 października 2010

KRÓTKOWIDZ - CIĄG DALSZY

 
Ostatnio mężykowi podczas szlifowania wpadło coś do oka. Nawet nie zauważył, ale dokuczało mu i łzawiło tak bardzo, że w poniedziałek cała historia zakończyła się, co prawda szczęśliwie, ale jednak wizytą na pogotowiu, gdzie odłamek usunięto. Luby zaś dostał receptę na krople łagodzące i chłodzący żel do aplikowania na podrażnione ślepie. Dzielnie używał obydwu specyfików aż do dziś.
Wieczorem zadzwonił i opowiada mi zatroskanym głosem, że teraz to chyba z kolei nasz pies ma problem ze wzrokiem. Przestraszyłam się nieco i dopytuję, co się stało Traviskowi, czy wszystko z nim w porządku. I co słyszę w odpowiedzi?
- Chyba sobie podrażnił oczy tym Twoim płynem i soczewkami, bo dziś pogryzł mój żel... 
Pewnie chciał sobie nim ślepia posmarować...

sobota, 16 października 2010

MOJE PARANOJE

 
Moje paranoje dopadają mnie ostatnio szczególnie często. Wypełzają z kątów, pętają się pod nogami i sprawiają, że tracę równowagę. Wyłażą zza szafy, kiedy siedzę sama w domu, szepczą, straszą i piszą czarne scenariusze.  Wyciągają do towarzystwa lęki z mojej głowy i grasują po całym mieszkaniu, natykam się na nie wszędzie, potykam o nie i przewracam na prostej drodze. Wstaję, zbieram się i znów mnie dopadają w ciemnym kącie, gdy tylko zgaszę lampkę i przytulę głowę do poduszki, nawet na samym dnie najgłębszego snu. Lęk budzi mnie w środku nocy i rozpycha się w naszym łóżku łokciami; nie pozwala na bliskość. Próbuję znaleźć schronienie w szerokich, ciepłych i bezpiecznych ramionach mężyka, ale on tam już jest, wślizgnął się między nas niepostrzeżenie i nie daje znaleźć ukojenia. Najbardziej nienawidzę go za to, że zabiera mi radość i poczucie bezpieczeństwa.
 I tak tłukę się z nim jak błędna owca, doskonale wiedząc, że spokój mogę i muszę znaleźć sama w sobie. Tylko tam i nigdzie indziej.

piątek, 15 października 2010

KRÓTKOWIDZ



Kiedy mężyk wraca z pracy, zawsze dzwoni do mnie i melduje, w jakim stanie zastał nasze mieszkanie. A dokładnie - co podczas naszej nieobecności zmalował pies. Za spokojny był ostatnio, więc kiedy luby przez telefon poinformował mnie, że Biała Dupa powróciła do swojego nałogu i znowu ukradła mi książkę z półki, żeby ją doszczętnie przemielić, nie pozostało mi nic innego, jak tylko ustalić, którą wybrał. Z drżeniem serca zapytałam więc o to mężyka, w duszy zastanawiając, z jaką pozycją tym razem przyjdzie mi się z żalem pożegnać. Ten zastanowił się chwilę i odparł:- Nie wiem...  jakąś z wyjątkowo drobnym drukiem..- ????????????????- Bo wziął też z szafki Twój płyn do soczewek i go pogryzł. Chyba chciał je sobie założyć :-)

wtorek, 12 października 2010

TAKIE BUTY

Od kilku tygodni bezskutecznie próbuję kupić sobie zimowe buty. Kozaki konkretnie. Przedreptałam pół miasta i dwie galerie handlowe, chyba tylko po to, żeby poćwiczyć kondycję, bo efektów ta wędrówka żadnych nie przyniosła, poza takim, że zziajałam się jak pies tropiący, ale niczego niestety nie wyniuchałam

Ale, ale! Gdybym tak była na przykład ... kotem w butach, tylko chwilowo bez laczków, poszukującym stosownego obuwia, to do wyboru miałabym tysiąc wzorów i fasonów! Albo chociaż rybakiem lub zwykłym wędkarzem, spędzającym całe dnie w wodzie po kolana – wtedy na pewno znalazłabym coś dla siebie. O byciu zwykłą modelką o figurze trzciny gnącej się wdzięcznie na wietrze mogłam pomarzyć jakieś dziesięć lat i dziesięć kilogramów temu, ale gdybym przypadkiem cofnęła się w czasie i jeszcze sporo urosła, to na pewno udałoby mi się kupić coś odpowiedniego!  W czym moje nogi nie wyglądałby jak świąteczne balerony albo dwa pieski shar pei, należy dodać dla jasności sytuacji...

Ale niestety! Ani kotem w butach bez butów, ani rybołowem nie jestem, ani nawet wzrostu metr dziewięćdziesiąt nie posiadam, więc się pytam, za przeproszeniem, jak mam nosić buty, których cholewa sięga mi jak nie do pasa, to do pachwiny?  A czasem i wyżej... Mam je sobie zasznurować na szyi, że się tak głupio spytam??? A jeśli nawet, to w jaki sposób? Samodzielnie??? Nie należę do hrabianek, które przed wyjściem dzwonią złotym dzwoneczkiem, wzywają służbę i z arystokratycznym akcentem rzucają wyniosłe: „Janie, buty”, nadstawiając zgrabną nóżkę w jedwabnej pończoszce do przyodziania... Jak na razie w zębach buty przynosi mi jedynie mój pies, ale zwykle do założenia już się potem nie nadają....

 Nóż mi się wtedy w kieszeni otwiera, podobnie jak podczas wędrówki po sklepach, gdy widzę tę przebogatą ofertę, gdzie na dodatek wyoskość obcasa dzielnie konkuruje z długością cholewy. Cóż, cenię sobie własną wygodę prawie tak bardzo jak własne uzębienie, choć względy estetyczne także nie są mi obce. Kiedy przymierzam najmodniejsze w tym sezonie fasony, kiedy patrzę na siebie w lustrze, to najpierw wydaję jęk rozpaczy, a potem mam ochotę zakrzyknąć: „Hej szable w dłoń, ruszajmy w bój, hajda na koń...”.
Tylko wierzchowca brak, gdybym dorwała chociaż producenta tych cudeniek, to chętnie bym się na nim przejechała jak na siwej kobyle... I wytargała porządnie za grzywę w podzięce za ten dizajn rodem z rajtszula.

Znowu będę całą zimę chodzić goła i bosa :-(

czwartek, 7 października 2010

SZOPA



Poranki są dla mnie najtrudniejszą porą dnia. Mam naturę sowy, doskonale funkcjonuję w nocy, a kiedy dzwoni budzik, rozpaczliwie próbuję ją przedłużyć. Włączam drzemkę, potem kolejną, a kiedy już naprawdę muszę wstać, wyplątuję się z obejmujących mnie ramion mężyka, wywlekam z trudem odwłok spod ciepłej kołdry i po omacku człapię do łazienki. Tam dokonuję skomplikowanej procedury rozklejenia powiek i  z przerażeniem odkrywam, że z lustra patrzy na mnie rozmazany potwór. Tylko dzięki temu, że niedowidzę, nie uciekam z krzykiem, bo po przybliżeniu nosa do lustra i zmrużeniu ślepiów okazuje się, że to jednak nie żadna bestia, tylko moje własne oblicze w wersji porannej... No nie oszukujmy się, w pełnym makijażu śpią chyba tylko aktorki w polskich serialach, co pozwala im bladym świtem, jeszcze w łóżku olśniewać ukochanych promiennym wyglądem. Ja po przebudzeniu ciamkam paszczą i zaczynam się rozglądać po mieszkaniu w poszukiwaniu kota, który mi do niej narobił, kiedy spałam. No bo skąd ten smak, ten zapaszek...? Kiedy wraca mi przytomność umysłu, przypominam sobie, że z sierściuchów mamy tylko psa, więc dochodzę do wniosku, że może po prostu wystarczy umyć zęby. Co też czynie, próbując drugą ręką zagrabić jakoś siano na głowie, a trzecią odkręcam kran, żeby kundlowi nalać wody, bo już się wepchnął do łazienki i pokazuje, że w jego misce Sahara. Siadam sobie na tronie, Travis żłopie, chlapiąc dookoła niemiłosiernie, a ja czaję się ze srajtaśmą w dłoni, żeby wytrzeć mu mordę, zanim otworzy sobie drzwi i zaleje dodatkowo resztkami wody z pyska panele w całym mieszkaniu. Zresztą, mniejsza o podłogę, jeśli nie uda mi się przejąć laba w locie, to pójdzie wytrzeć sobie buźkę o kapę albo pościel na łóżku, higienista jeden.

wtorek, 5 października 2010

DOWCIP TYGODNIA

Mężyk w tym tygodniu pracuje na nocną zmianę. Wraca około szóstej trzydzieści, kiedy ja jeszcze smacznie śpię, bo do pobudki o 8.00 mam jeszcze półtorej godziny. Niestety, pies nie śpi... Biała Dupa czuwa na swoim posterunku przy oknie z nosem przyklejonym do szyby i wyczekuje na porót ukochanego Pańciunia. Wzrok ma doskonały, słuch także, wystarczy, że zobaczy rower lubego na horyzoncie, wystarczy, że zgrzytnie winda, a już sierściuch zaczyna koncert powitalny połączony z trabieniem na pobudkę. Pierwszy przeznaczony jest dla mężyka, druga niestety, tak przy okazji - dla mnie. Kiedy luby wchodzi do mieszkanka, pies zaczyna swój szaleńczy taniec radości: skomli, piszczy, kręci się pod nogami i całym sobą pokazuje, jak bardzo się cieszy, że jego pan już wrócił. Ja naciągam kołdrę na głowę i zgrzytając zębami ze złości, przewracam się na drugi bok i próbuję schwytać uciekający sen...
Wtedy do sypialni wpada rześki jak skowronek na wiosnę mężyk, daje mi soczystego buziaka, za nim wbiega rozradowany pies, także próbuje złożyć na moim policzku swój pocałunek - ale nie to jest najgorsze! Bo po całej ceremonii powitalnej, która wybudza mnie do reszty, luby pyta:
"Kochanie, ty jeszcze śpisz, zobacz, już jasno, wstajemy, Twoje dogi już wstały!!!"
Normalnie dowcip tygodnia... Wrrr... Jeszcze tylko cztery dni..

czwartek, 30 września 2010

SIŁA AUTORYTETU


Białas nadal nie chce żreć suchej karmy. Kulki wsypane do miski obsychają czasem dwa dni, czasem dłużej. A kundello zabiera się do nich jak pies do jeża, zachodzi raz z prawej, raz z lewej, podeliberuje nad nimi trochę, pozastanawia się parę minut, czasem od niechcenia skubnie jedną lub dwie; widać na pierwszy rzut oka, że go kują w zęby...
Więc idzie w strategiczne miejsce, siada przed lodówką, przybierając minę rasowego żebraka i czeka na zmiłowanie boskie, a konkretniej – pańciochowe, bo to zwykle mężyk łamie się pierwszy pod niemym, psim naciskiem  Ja wczoraj byłam twardsza nawet od tej obeschniętej karmy, nie dałam kundlowi przez cały dzień nic innego do jedzenia. Zaparł się w sobie, nic nie żarł, a my oboje doszliśmy do wniosku, że Travis jest po prostu smakoszem, wytrawnym degustatorem suchych kulek. Jak kiper duma nad bukietem wina, tak Białas czeka, aż kulki dojrzeją i nabiorą nowych, nieznanych psiemu podniebieniu smaków i aromatów. My też czekamy, aż kundel dojrzeje do decyzji, żeby je jednak zjeść. Mężyk dodatkowo próbuje aktywnie nakłonić psiura do konsumpcji;dziś rano, kiedy wychodził do pracy, znów wdał się w dyskusję z Travisem, informując go tonem nieznoszącym sprzeciwu:

A ty się tak nie módl nad tymi kulkami, tylko żryj,  w kiełbasę się nie zamienią!

Zachichotałam pod kołdrą, za wychodzącym mężykiem zamknęły się drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza... Nagle usłyszałam chrupanie! Pies jadł kulki...

Siła autorytetu... :-)


piątek, 24 września 2010

PORA NA LABRADORA



W związku z faktem, że przeziębienie prawie całkowicie mi przeszło... na męża, nie ma obecnie w naszej rodzinie zbyt wielu chętnych do wychodzenia na spacery z psem. Stworzyliśmy bowiem z lubym obieg zamknięty i jesteśmy bliscy opatentowanie chorobowego perpetum mobile. Zasada działania jest prosta: ja zarażam jego, on mnie i tak to się toczy po okręgu. Tylko Travis wykazuje niezmiennie odporność na wirusy, dobre samopoczucie i nieopanowaną chęć do szlajania się pod blokiem. W związku z brakiem chętnych, żeby mu towarzyszyć, wyłaniamy drogą długich pertraktacji ochotnika przymusowego, który ciągnąc za sobą gila po schodach, człapie na dół i wietrzy Białasa. Niestety, jest jednak jeden moment w ciągu dnia, kiedy na żadne pertraktacje i dyskusje po prostu nie ma szans ani czasu. Kiedy zbliża się godzina dziewiętnasta, Biała Dupa zasiada na balkonie w pozycji czujnego obserwatora i wyczekuje. Kiedy tylko w zasięgu wzroku pojawi się którykolwiek z zaprzyjaźnionych, psich kolegów, Travis wszczyna alarm. Umarłego by postawił na nogi, a co dopiero chorego. Wyje, skomli, lamentuje, opowiada w psim języku, że na dole już są inne sierściuchy i natychmiast, ale to natychmiast musimy do nich iść! Jeśli wykryje jakąkolwiek opieszałość z naszej strony, zaczyna skakać, trącać ofiarę nosem, podgryzać i szczekać. Nie da się tego na dłuższą metę znieść, a zignorować tego psiego larum nie sposób, wiem, bo próbowałam. Jest tylko jedno wyjście - po prostu trzeba natychmiast założyć buty, kurtkę i wyjść z Białą Dupą! Nie ważne, czy śpisz, jesz, oglądasz wiadomości, czy robisz cokolwiek innego. Ważne, że na dole już czekają znajome kundle - amstafka Betty i labrador Carlos, więc zaraz po wyjściu zaczyna się baraszkowanie, bieganie za piłką, figle i harce na trawniku. Pora na labradora i już...

czwartek, 16 września 2010

O PODGLĄDANIU I PODSŁUCHIWANIU


Lubię półnagie okna, pozbawione rolet, firanek, żaluzji, szczelnych, ciężkich zasłon. Zawsze gdy wieczorem idę przez miasto, wyszukuję te rozjaśnione żółtym światłem żarówki i ukradkiem zaglądam do środka. Podglądam koty śpiące na parapetach, omiatam wzrokiem pajęczyny w kątach starych kamienic, rejestruję dobiazgi zwykłego codziennego życia obcych ludzi. Na ścianie Matkę Bożą w złotej ramie i niemal pod ramię z młodym Karolem Wojtyłą, na stole bukiety kwiatów chińskich za złotych pięć i kwiatów polskich w kryształowym wazonie, między resztkami kolacji, w błękitnej poświacie włączonego telewizora. Lustruję półki z książkami u sąsiadów na parteru, co kuszą jak nieodkryta ziemia obiecana. Zaglądam przez uchylone rolety do koleżanki z drugiego, co ma męża Amerykanina, małe dziecko i czarnego kota.
Podglądam cudze życia, jego ułamki, kawałki, oprawione w ramę okna, tylko na tyle, na ile ktoś je odsłoni. Podsłuchuję przypadkowe rozmowy na ulicy, delektuję się soczystymi dialogami z podmiejskiego warzywniaka, wyłapuję soczyste fragmenty restauracyjnych konwersacji. Chłonę jak gąbka, podglądam, podsłuchuję, zapisuję. Zlepiam z fragmentów historie, układam warstwami w szufladach, przesypuję cukrem, niech leżakują, dochodzą jak mocne wino domowej roboty. Może kiedyś dojrzeje, ono lub ja - do prezentacji.
 Pisanie otwartego bloga jest pierwszym krokiem do niej, jest pozostawieniem niezasłoniętego okna, świadomą decyzją, wyborem, co ustawić w zasięgu wzroku, a co schować w ciemnej piwnicy, gdzie nie dosięgnie oko przypadkowego przechodnia. Bo wiadomo, z nimi to różnie bywa, jedni przystaną na moment, popatrzą i pójdą dalej, inni cisną kamieniem. Nauczyłam się, że nie warto się odsłaniać za bardzo, a nawet nie trzeba, bo i tak ci najwierniejsi, najbliżsi, zaprzyjaźnieni potrafią zajrzeć nawet za zaciągniętą żaluzję, widzą i potrafią wyczytać więcej niż czasem sama chcę napisać...
Wracają, tak jak i ja wracam do miejsc w sieci, które są mi bliskie, staję przed cudzymi oknami i dzięki kolejnym notatkom na blogach zaglądam w cudze życia. Lubię te moje sieciowe wędrówki, dzięki nim wiem, co ostatnio zmalował Miaukotek, dowiaduję się, jaka pogoda w Nowym Jorku i jak ciężko przykleić plaster na plecach, ze zdziwieniem odkrywam, jaką frajdę może sprawiać nauka pływania na desce. Na bieżąco śledzę postępy w budowie wymarzonego białego domu, trzymam kciuki za Większą Chatkę i ponoć zagrożone szczęście Gabona, uczę się, żeby sprawdzać kolor bejcy przed oddaniem mebli do renowacji, dowiaduję się, jak radzić sobie z plotkarską, włoską sąsiadką, trzymam kciuki za postępy i aklimatyzację przedszkolaków, jakby to były moje własne dzieci. Tak naprawdę każdy z piszących w blogosferze zostawia takie niezasłonięte, jasne okno, pozwala zajrzeć do własnego wnętrza.
 Mam swoje ulubione, do których wracam w sumie już od lat. Po uśmiech, ciętą ironię, mądre słowo, refleksję, opowieści o dzieciach i życiu, o rzeczach ważnych i pierdołach. Za wszystkie te okna wszystkim piszącym bardzo, bardzo dziękuje... pewien Podglądacz :-)

wtorek, 14 września 2010

O PAMIĘTANIU


Oglądałam ostatnio po raz kolejny „Historię kina w Popielawach” J. Kolskiego. Jeden z pierwszych kadrów pokazuje pofalowane, jasnozielone, wiosenne pola, gdzieś daleko - stara kuźnia, słychać śpiew skowronka pod błękitnym, bezchmurnym niebem. Tak zaczyna się opowieść. Zachwyciła mnie ta scena, przywołała w jednej chwili wspomnienia z dzieciństwa, wzbudziła tęsknotę za tym, co bezpowrotnie minęło, ale ciągle trwa  – w pamięci.

„Bo o tym jest ten film. O pamiętaniu” – mówi narrator, kilkuletni chłopiec, jakby czytał w moich myślach. Uśmiechnęłam się. Nie umiem w tak magiczny sposób połączyć obrazów, dźwięku i historii, jak reżyser tego filmu, ale słowo, słowo samo w sobie zawsze było mi bliskie. Od jedenastego roku życia pisałam pamiętnik, przez wiele, wiele lat. Potem pojawił się ten blog. Przegapiałam obchody jego święta, ale Klarka skłoniła mnie do refleksji nad jego ideą, do zastanowienia, po co tak naprawdę piszę.

Czas pędzi co tchu, tak szybko zaciera kontury sytuacji, zdarzeń, detale wspomnień, upraszcza i spłyca opowieści, obdziera je ze szczegółów, kolorów i słów. Zanim się obejrzę, już nie potrafię sobie przypomnieć, co zdarzyło się kilka lat temu, choć mam wrażenie, że miało to miejsce ledwie wczoraj. Zdjęcia i filmy mają moc reanimowania przeszłości, ale bez opowieści są martwe, płaskie i milczące. Dopiero słowo je wskrzesza. Doświadczyłam tego cudu podczas spotkania z moją ukochaną ciocią, najstarszą siostrą mojego taty; niedawno skończyła osiemdziesiąt lat. Kiedy wybierałam się do niej, włożyłam do torby stare, bardzo stare zdjęcia moich dziadków, pradziadków, grupowe fotografie i malutkie, wyblakłe fotki sprzed blisko stu lat. Przeglądałyśmy je razem, a ciocia opowiadała mi o miłościach dawno zmarłych, o rodzinnych mezaliansach, o szczęśliwym małżeństwie bogatej i ładnej kuzynki z biednym i dużo młodszym, ale bardzo przystojnym parobkiem, o tym, że jak szli Niemcy, to wszystkie meble z domu wyniesiono i wstawiono w kukurydzę, bo jak spalą to tylko dom, o tym, jak strasznie niebo huczało podczas bitwy nad Bzurą i jaka krwista łuna była, o zrujnowanej Warszawie, do której trafiła będąc młodziutką panienką, o tym, jak przyjeżdżała i wylatywał po nią na drogę mój tata. Był najmłodszym dzieckiem, miał pięć starszych sióstr. Ciocia Marysia opowiadała, ja słuchałam. Dopiero przykurzone, wyciągnięte z lamusa historie ożywiły stare fotografie, tchnęły w nie iskierkę dawno pogrzebanego życia.

 Słowo ma moc ocalania. Dlatego piszę. Żeby pamiętać. Żeby złapać za ogon umykającą chwilę, zamknąć ją w zdaniu i zatrzymać. Bo mi jej żal. Że tak szybko, że już i nie ma. Że tak wiele pogubiłam po drodze. Czasem wraca jakieś pojedyncze wspomnienie, zabłąkane, nieśmiałe, przyciąga je znajomy zapach, widok, skojarzenie. Dzisiejszy ciężki, zimny deszcz przypomniał mi, jak dwanaście lat temu stałam z jeszcze niemężykiem na peronie kolejowym w Łowiczu; lało jak z cebra, ale wolałam spędzić z nim chwilę dłużej niż schować się przed ulewą, lecz przed jego spojrzeniem ukryć się już nie mogłam, więc w końcu poprosiłam trochę żałośnie: „Nie patrz na mnie, wyglądam jak zmokła kura”. A on uśmiechnął się i powiedział: „Nie wiedziałem, że zmokłe kury są takie ładne”...

W ten ciężki, ponury dzień, kiedy kaszlę, kicham i chyrcham, znienacka i zupełnie bez powodu uśmiechnęłam się do siebie i do swoich wspomnień. Pewnie to kwestia coraz szybciej upływającego czasu, tkającego zegara, ale coraz częściej do nich wracam, zwłaszcza kiedy jadę do mamy i brata, do mojego rodzinnego domu i widzę, jak szybko wszystko się zmienia. Nie ma już za stajnią starej kosztelki, która rodziła najsłodsze i najtwardsze jabłka, jakie zdarzyło mi się w życiu jeść. Zniknęła akacja rosnąca za domem, zasypana już jest stara studnia, dziki bez ujarzmiony, uwięziony w kącie ogródka. A kiedyś szalał i rozrastał się, tworząc tunele, domki i zasieki idealne do zabawy w wojnę... Obeszłam podczas swojego ostatniego pobytu u mamy całą okolicę dookoła. Tyle się zmieniało. Wszystko jakoś zmalało, skurczyło się, okno, do którego ledwo sięgałam brodą, zapadło się chyba, bo mam je teraz na wysokości pasa, dziura, przez którą właziłam do kurnika zadziwiła mnie swoim rozmiarem, teraz wydaje mi się za mała nawet dla... kury. Tylko topole na łąkach są ciągle tak majestatyczne i wielkie jak za dawnych lat i na szczęście szumią cały czas tak jak kiedyś... Ale już babciny, okrągły stół, dożywający swoich dni na werandzie, okazał się przy śniadaniu taki malutki, że ledwo zmieściliśmy się przy nim we czworo; aż zajrzałam pod serwetę, żeby sprawdzić, czy to na pewno ten sam. Chowałam się pod nim przed wszystkimi potworami z bajek, niebezpieczeństwami nadchodzącego zmierzchu i całym światem...

Wiem, że nie da się go zatrzymać, nie do końca, nie całkiem, ale chociaż trochę – spróbuję. Pisząc, notując, kreśląc krótkie scenki, obrazki, czasem budując dłuższe opowieści. Bo słowo ma magiczną moc ocalania. Dla siebie i dla innych. Bardzo wyraźnie dotarło to do mnie, kiedy wzięłam do ręki moje wytęsknione, wyczekane „Chmurdalia” Joanny Bator i już na obwolucie znalazłam cytat, który mnie zachwycił:

„JESTEŚMY TYM, CO PAMIĘTAMY”

piątek, 10 września 2010

WIECZÓR


Nadal mi zimno, a mężyk nadal się ze mnie nabija. Nic nowego, po prostu nasz mały, małżeński standard. Wczoraj, kiedy wyciągnęłam z szafy polarowe spodnie od piżamy, buchnął takim śmiechem, że o mało co nie spadł z kanapy. Zignorowałam. Podobnie jak pytanie, w czym będę spała, kiedy przyjdzie prawdziwa zima i czy produkują może już dla mnie gdzieś na specjalne zamówienie piżamę - puchówkę... Stwierdziłam, że nie będę z nim gadać, bo i tak mnie nie zrozumie, więc w obliczu mojego wyniosłego milczenia, ślubny przerzucił się na rozmowę z psem. Po chwili usłyszałam, jak mówi do Białasa pokazując na mnie:- Zobacz Travis, jak zimno, ty też musisz uważać, nie śpij za blisko okna, bo jeszcze przymarzniesz do szyby...

poniedziałek, 6 września 2010

ZIIIMMMNNNOOO...

 
Ziiiimmmnnooooo mi.
Codziennie sprawdzam, czy przypadkiem nie włączyli już ogrzewania, macam zimne żeberka kaloryfera, a potem lecę przytulić się do ciepłych, mężykowych. Wyciągnęłam z szafy piżamę z długim rękawem i przytachałam na łóżko grubą, cieplutką kapę. Lubemu oczy zrobiły się wielkie jak spodki, kiedy to zobaczył, natychmiast zapytał: „Po co Ci ten kapiszon???” i zanim zdążyłam odpowiedzieć, usunął moje dodatkowe okrycie z łóżka jednym celnym wierzgnięciem nogą.

Przywlokłam z powrotem, położyłam na kołdrze, w kołdrę zawinęłam się jak w naleśnik, otuliłam dodatkowo kapą ignorując twardo śmiechy, chichy i kpiny zza moich pleców, a kiedy padł argument, że przecież jest ciepło, już bez cienia wyrzutów sumienia buchnęłam ślubnemu podstępnie jego połowę kołdry. Zanim się obejrzał, już leżał z tyłkiem na wierzchu, a ja kończyłam się mościć,  zatuliłam po same uszy i jeszcze tylko się poprawiałam, żeby mi było wygodnie.

Zrozumiałam, że przegięłam, kiedy usłyszałam za swoimi plecami głos z wyczuwalną nutą groźby, mówiący:

-TY... MOŚCICKI...!!!

Zachichotałam tylko, pomyślałam sobie, że Mościski to stoi sobie kilka przecznic dalej na postumencie w parku, marznie i moknie, a mężykowi średnio inteligentnie, ale zgodnie z prawdą, odpowiedziałam:

- Mom :-)

czwartek, 2 września 2010

KOKON


Schowałam się w sobie bardzo głęboko. Zawinęłam się szczelnie w ciepły, bezpieczny kokon niemówienia i niemyślenia. Dobrze mi tam, spokojnie i cicho. Nie chcę spotykać się, rozmawiać, nie zadaję pytań nawet samej sobie. A jeśli pojawią się jak spłoszone ptaki, które zgubiły drogę, przeganiam je szybko, żeby zostawiły mój spokój w spokoju. Dobrze mi tu, gdzie jestem, w tej chwili i w tym momencie.
Zbieram resztki lata podczas spacerów z Travisem, robię z nich kolorowe bukiety i zerkam w  kierunku w nadchodzącej jesieni...

środa, 1 września 2010

KONFRONTACJA



Po południu wyszłam na spacer z Travisem. Było zimno, zacinał drobny deszcz. Białas krążył po skwerku, węszył, sikał, słowem robił wszystko, co każdy porządny pies robi po spuszczeniu ze smyczy. Zauważyliśmy go jednocześnie. Gołąb siedział na trawie i obdziobywał skórkę chleba. Chyba nie mógł latać, bo kiedy Travis podszedł do niego, zrobił tylko kilka kroków w bok, ale nie odfrunął. Pies przyjaźnie kiwnął ogonem i korzystając z faktu, że ptak nie ucieka, wyciągnął mordę, żeby go obwąchać. Ot tak po prostu. Czarną, wilgotną śnupę dzieliły od gołębia zaledwie centymetry, kiedy ptaszysko niewiele myśląc... dziobnęło mojego psa prosto w nos! W związku z powyższym Biała Pierdoła zrezygnowała z kontynuowania tak obiecująco zapowiadającej się znajomości i zrejterowała. Bohater nie pies...

sobota, 28 sierpnia 2010

LWICA



Kiedy wróciłam po tygodniowym pobycie w Turcji, odkryłam, że nie mam już włosów. To co, miałam na głowie śmiało można było nazwać kupką mocno wypalonego przez słońce siana, sterczącymi na wszystkie strony jasnymi badylami czy też malowniczą kępą rozwichrzonej, wysuszonej na wiór trawy, ale na pewno nie włosami. Po kilkudziesięciu kąpielach w słonej wodzie, która zadziałała o wiele lepiej, a na pewno skuteczniej niż niejeden profesjonalny, fryzjerski utleniacz, moja czupryna mocno pojaśniała. Bardzo mocno, w sumie przypadkiem zrobił się ze mnie blond bond. Kłaki miałam tak jasne, że z powodzeniem mogłabym straszyć nocami po zamkach zamiast Białej Damy. Chciałam trochę zapuścić włosy, ale po trzech tygodniach nieustającej, porannej walki z wronim gniazdem na łbie, doszłam do wniosku, że prędzej się wszystkie badyle wykruszą niż ugną pod grzebieniem. Znaki czasu były aż za wyraźne: przyszła jesień, zaczęły lecieć liście z drzew i włosy z mojej głowy.... W związku z faktem, że fryzura typu: trzy włosy w cztery rzędy to niekoniecznie szczyt moich marzeń, wybrałam się ponownie do fryzjera. Rozjaśniać nie było już co, chyba że na bielszy odcień bieli, więc zażyczyłam sobie lekkie przyciemnianie, na złocisty, złotorudy, ciepły blond. Wyszłam z efektu bardzo zadowolona, zaprezentowałam się mężykowi, zapadła cisza, na jego twarzy pojawił się znajomy uśmieszek, ale w końcu powiedział tylko, że ładnie i zamilkł. Ale nie zaprzestał rzucania dziwnych spojrzeń na moją głowę. Co zerknął, to mu ten mimowolny uśmieszek wypełzał na twarz... Poczułam wewnętrzny przymus wytłumaczenia mu, że tak jest ładnie i że właśnie, że mu się podoba ten kolor, bo miałam wrażenie, że nie do końca jest przekonany. Więc wzięłam się wczoraj na spacerze za urabianie mężykowych gustów, tłumaczyłam mu jak krowie na rowie, że to taka piękna jesienna barwa, podkreślająca walory mojej lwiej grzywy i powinna mu się podobać, bo ono przecież kocha miłością bezgraniczną swoją małżonkę, swojego kudłatego lwa, lewka...W końcu ślubny nie wytrzymał, parsknął śmiechem i bardzo dyplomatycznie skomentował kolor mojej czupryny:- Ale ty wyglądasz jak lew, który pił za dużo karotki....

piątek, 27 sierpnia 2010

Z BRAKU LAKU...



Przez ponad pół tygodnia łaziłam za mężem i nudziłam, że brakuje mi psa, że nie mam kogo głaskać. Dopadałam go na łóżku, jak drzemał i głaskałam, miziałam go przy śniadaniu, chodziłam za nim po mieszkaniu i drapałam go po plecach, siadałam przy nim na sofie i dalej gładzić i głaskać. Z braku laku, a właściwie psa, dobry i mąż. Nawet lepszy pod pewnymi względami, bo choć włochaty to się przynajmniej z niego kłaki nie sypią... Obudzony po raz kolejny moim gładzeniem, luby westchnął głęboko, przewrócił się na drugi bok i z ulgą mruknął pod nosem: "Dobrze, że mnie chociaż na spacer nie wyganiasz"...Wczoraj już chyba nie wytrzymał psychicznie; kiedy byłam w pracy pojechał do rodziców i przywiózł Travisa nic mi o tym nie mówiąc. Kiedy wróciłam z pracy i otworzyłam drzwi, niespodziewanie przywitała mnie kręcąca ogonem młynka w powietrzu, rozespana... Biała Dupa. Od razu morda mi się uśmiechnęła, wszystkie smutki i troski zniknęły po jednym przytuleniu do miękkiego, biszkoptowego futra... A mężyk mógł się w końcu po nocnej zmianie w spokoju wyspać...

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

PORANNY RYTUAŁ

Pierwszą rzeczą, jaką robię po przebudzeniu, zaraz po wyłączeniu wyjącego jak dzika hiena budzika, jest... głaskanie psa. Rozwalonego na kanapie, rozłożonego pod drzwiami, chrapiącego pod oknem lub zwiniętego w kłębek w nogach naszego łóżka. Gdy gładzę wielki, biały łeb, Travis mruczy zadowolony, a kiedy czochram go za uchem, przekręca się na grzbiet i nadstawia brzuch do drapania. Miziam go tak dłuższą chwilę, potem idę do łazienki umyć zęby i wziąć prysznic. Zwykle w tym czasie pies zajmuje moje, jeszcze ciepłe, miejsce na łóżku.

Dziś rano wstałam i odruchowo zakręciłam się po mieszkaniu w poszukiwaniu Białasa i odprawienia naszego porannego rytuału. Dopiero po chwili przypomniało mi się, że mój mąż zostawił go u rodziców, że kundella chwilowo nie ma. Ogarnęłam więc chałupkę, posprzątałam, pozamiatałam, a pokaźną kupkę biszkoptowych kłaków zebranych z podłogi wyrzuciłam do kosza.

Jeszcze kilka razy w ciągu dnia złapałam się na tym, że idę do pokoju, albo do przedpokoju z zamiarem pogłaskania psiura i zatrzymuję się w pół kroku. W końcu zwierzyłam się mężykowi, opowiedziałam mu ze śmiechem o swoich mechanicznych odruchach i o tym, jak mi brakuje Białej Dupy. Ślubny spojrzał w kierunku kuchni, wskazał mi kosz na śmieci, z którego wystawały zmiecione z podłogi, travisowe kłaki i powiedział:

- Tam masz trochę pieska, idź, pogłaskaj sobie...

piątek, 20 sierpnia 2010

MIŁOŚĆ

Miłość zmienia wszystko. Rewiduje podejście do świata, stosunek do innych, odmienia perspektywę widzenia. Powoduje, że osobnik zakochany staje się bardziej troskliwy, odpowiedzialny i męski. Jednocześnie dodaje siły, energii i wiary w siebie.

W związku z nagłym i nieopanowanym atakiem uczucia do Betty, nasz najspokojniejszy na świecie pies, który nawet nie wie, jak wygląda kaganiec, nasza biała pierdoła, nasz łagodny ciapulek... odgryzł pół ucha znajomemu buldogowi francuskiemu!!!
Tylko dlatego, że ten na niego warknął w obecności lubej!
Co gorsza, na tym nie poprzestał
 Następny był biały terier, który także wybrał zły moment; nieopatrznie i bardzo pochopnie postanowił obszczekać zakochanego Białasa, kiedy ten akurat obwąchiwał zadek swojej umiłowanej. Nie trzeba było niestety długo czekać na reakcję, urażony w swej godności Travis błyskawicznie ucapił małego agresora zębami za kark, uniósł w górę i zaczął nim trząsać jak pluszową zabawką. Poderwany przez mojego męża silnym i zdecydowanym szarpnięciem za obrożę na tylne łapy, zamiast puścić psiaka, tylko sobie w powietrzu uchwyt poprawił, żeby mu przypadkiem terierek nie wypadł z pyska…

Miłość zmieniła Travisa w krwiożerczą bestię.
A wszystko to z powodu pokracznej amstafki o urodzie i wdzięku kuchennego stołka…