czwartek, 31 grudnia 2009

STRÓŻ


Wyszłam wczoraj z pracy bardzo późno, więc do domu udało mi się dotrzeć w środku nocy. Wdrapałam się po schodach i najciszej jak mogłam otworzyłam drzwi. Weszłam do mieszkania niemalże na palcach, żeby nikogo nie obudzić. Mąż spał już od dobrych kilku godzin, a pies dzielnie mu towarzyszył. Przez moment słychać było tylko równe oddechy moich ulubieńców.
Nagle pies jak nie buchnie szczekaniem!!! Basowym, ogłuszającym, gwałtownym, aż podskoczyłam do góry ze strachu…. Zerwał się z łóżka i jak nie ruszy w moim kierunku!!! Prawdziwy pies stróżujący...
Po chwili już mi się łasił do nóg, rozespany, cieplutki, kręcąc przepraszająco białym tyłkiem na prawo i lewo. Głaskałam go i zastanawiam się tylko nad jednym:
Kto kogo bardziej wystraszył?
Pies mnie, czy ja psa?

poniedziałek, 28 grudnia 2009

REKLAMACJA


Gdyby tak istniał punkt utylizacji niechcianych, smutnych świąt, spakowałabym swoje w wielki szary karton jeszcze zanim się zaczęły. Upchnęłabym te trzy dni, udeptała nogą, obwiązałabym papierem pakowym i po schodach, stopień za stopniem zwlokłabym je do auta. I pojechała, szybciutko, bez włączonych świateł, bo trochę wstyd, tak Boże Narodzenie wywozić do kosza. Podjechałabym cichaczem pod pojemnik, gdzie można je wyrzucić, albo oddać po prostu, wcisnąć do środka, niech je ktoś sobie zabierze, bo ja ich nie chcę. Po prostu przekazać, może komuś się przydadzą, może ktoś tęskni, potrzebuje, niech sobie je weźmie, bo mi nie pasują. Tylko uwierają, obcierają i ranią. 
Więc do dupy, to jest, chciałam powiedzieć, do pojemnika z nimi.
Albo chociaż do punktu zbiorczego.
Więc lecę.
 A tam zonk, trzeba stanąć w kolejce, nikt nie przewidział, że będzie taki ruch i takie zapotrzebowanie na utylizację.
Trzeba czekać, jakoś przetrwać ten czas, przemęczyć się jeden dzień, drugi, trzeci…
Z nudów rozgląda się więc człowiek, przygląda współtowarzyszom w ogonku.
 Stoją karnie rzędem wyleniałe starowinki i szpakowaci staruszkowie, co to zasiedli przy wigilijnym stole tylko w towarzystwie pustego miejsca. Gdzieniegdzie rodzice aniołków, wezwanych głupio i przed terminem, bo wola nieba, bo ktoś nie pomyślał, że ojciec też człowiek i chciałaby dziecko białą, puchową kołdrą otulić, zamiast z matką na niej znicze stawiać. Jest kilka kobiet, jedna ze śliwką pod okiem, bo kompot był za słodki, druga z jagodową bułą na policzku z przyczyn bliżej nieustalonych, a raczej bez przyczyny.
I kilka osób, co nie wiadomo dlaczego, po co i na co i z jakiego powodu.
 Wśród nich ja. Dziwadło.
Niby młoda taka, co jej niczego nie brakuje, niby szczęśliwa mężatka, a przyszła święta oddać, zupełnie za darmo i bez przymusu, bo ponoć smutne i samotne. Ale wymyśliła, kupę ludzi miała dookoła, z przewagą kupy co prawda, ale nie ma się przecież co awanturować, też mi powód do zwrotu - bo nie były takie, jak chciała. Reklamować chce, twierdząc, że ilość nie przeszła w jakość, powoływać się chce na gwarancję i żądać usunięcia usterek albo wymiany na nowy egzemplarz!
Naiwna jakaś albo głupia.
Wiadomo przecież, że już 27 grudnia, a po upływie tego terminu reklamacji się nie uwzględnia. Można tylko zużyte, niepotrzebne święta wrzucić do zsypu.
A ta tylko kolejkę blokuje, pociąga nosem i rozkleja się jak uszko w barszczu.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

ANIA I AGA

 Ania pracowała u nas w restauracji jako kelnerka. Drobna blondynka, bardzo zgrabna i atrakcyjna. Zawsze perfekcyjnie umalowana, ubrana i zadbana – często wpadała w oko gościom, zwłaszcza męskiej połowie. Głównie tej, która trafiała do nas z pobliskiego hotelu na kolacje biznesowe. Bogaci, dobrze ubrani panowie z grubymi portfelami interesowali się Anią.
Co z tego, że była jak bęben.
Pusta i do walenia.
Podobała się im. Z wzajemnością.
Potrafiła korzystać z okazji.
Co zmianę czekał na nią inny gość.
Wybierała głównie cudzoziemców, nie ukrywała wcale, że szuka jelenia, z którym będzie mogła wyjechać za granicę. Po kilku miesiącach znalazła – Hiszpana. Ponoć zakochała się na śmierć i życie, on także, więc wrócił do kraju, by rozwieść się z żoną. Ania tymczasem stanęła przed dylematem – okazało się, że jest w ciąży. A w związku z tym, że miłości swojego życia poszukiwała równocześnie na kilku frontach, nie była pewna z kim.
Dramat.
Ale znalazła proste rozwiązanie.
Żeby nie komplikować sobie życia.
Żeby nie wdawać się w zbędne tłumaczenia.
Na wszelki wypadek
Usunęła ciążę.

 Agę poznałam na forum internetowym, potem spotkałyśmy się w klinice leczenia niepłodności. Wysoka, uśmiechnięta brunetka, pełna radości i ciepła. Dobrze nam się rozmawiało. Czekałyśmy razem na zabieg, opowiadając sobie, jak dwie stare baby, historie naszych starań. Przez ponad dwa lata pracowała za granicą, żeby zarobić na leczenie. Właśnie zmieniła klinikę; w poprzedniej przeszła dwa zabiegi in vitro. Obydwa nieudane. Przy pierwszym do transferu w ogóle nie doszło, drugi zakończył się ciążą. Jak się okazało po miesiącu – pozamaciczną. W wyniku komplikacji usunięto jej jeden jajowód. Kiedy ją poznałam, planowała kolejną próbą, pełna nadziei i wiary, że w końcu się uda. Mówiła, że do trzech razy sztuka, że to ostatni raz, bo kończą się im siły i pieniądze. Jesienią przeszła kolejny zabieg.
Pod koniec listopada dowiedziała się, że jest w ciąży.
Na pierwszym usg zobaczyli pulsujący pęcherzyk.
Kolejny miesiąc przeleżała
Tak na wszelki wypadek.
Wczoraj poszli na drugie usg.
Okazało się, że serduszko malucha nie bije.

Wiem, jak boli brak dziecka. Nie potrafię sobie jednak nawet wyobrazić, jak boli jego strata.
Ciągle o niej myślę i nie umiem znaleźć słów pocieszenia.
 Zwłaszcza teraz, tuż przed Bożym Narodzeniem. 
Co roku obie modlimy się o to samo.
Co roku jest tak samo.
 Nie ma cudu narodzin i dzieciątka w żłóbku.
Ani mojego
Ani Agi
Ani Ani
Nie ma także sprawiedliwościNie było i nie będzie.

piątek, 18 grudnia 2009

PIES A TELEFON

 Wbrew pozorom jedno z drugim ma wiele, oj wiele wspólnego.

Nasz Travisek na przykład znakomicie sprawdza się jako budzik – kiedy kundello dochodzi do wniosku, że już nawyższa pora na powstanie, wskakuje na łóżko i zaczyna nas lizać po wystających spod kołdry częściach ciała. W przypadku braku oczekiwanej reakcji, zaczyna po nich gryźć... To samo robi, ku mojej wielkiej radości, na polecenie "Budź Pana!"

 Melodyjki też potrafi piękne wyśpiewać, o czym mieliśmy się okazję przekonać, kiedy sierściuch przechodził fazę ostrego zakochania w Betty. Ale najbardziej zaskakujące podobieństwo ujawniło się podczas ostatniego wieczornego spaceru. Piesuś sobie biegał, zwiedzał, obwąchiwał podwórkowe kąty, przychodził na zawołanie, ale po chwili kontynuował obchód. Aż nadszedł ten moment, kiedy okazało się, jak wiele wspólnego ma Białas z moim sorry ericsonem. (nie mylić proszę tego badziewia z sony ericsonem, bo to nie to samo)

Travis pobiegł do swoich czworonożnych kolegów, oddalił się trochę za bardzo, więc go zawołałam. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Reakcji brak. Zawołałam znowu. Nic.
Wtedy mnie olśniło i zrozumiałam, co się dzieje.

 Travisek po prostu, tak jak mój telefon ostatnio, stracił zasięg...

czwartek, 17 grudnia 2009

CIEKAWUSY

Łazienka, szczególnie taka jak nasza, połączona z toaletą, zazwyczaj służy celom higieniczno – intymnym. Ale nie u nas. Kiedy ma się wścibskiego męża i psa niezdrowo zainteresowanego wszystkim co się dzieje, zwłaszcza za zamkniętymi drzwiami, jej funkcja zaczyna się zmieniać. Ewoluuje w kierunku „pomieszczenia do zaskoczenia”.

Wchodzi sobie człowiek do kibelka w poszukiwaniu odrobiny samotności, a tu już się wlecze za nim ogon. Biały, na czterech łapach, bo przecież Travisek musi koniecznie zobaczyć, gdzie Pani idzie i po co. Warto się za nią potoczyć choćby na wszelki wypadek, a nóż widelec jeszcze go zostawi samego i zniknie, przepadnie. Lezie więc za mną do łazienki i jeszcze ściemnia, że mu się pić chce i koniecznie musi teraz. Zaspokoiwszy swoją psią ciekawość (vel pragnienie), opuszcza ją w najmniej odpowiednim dla mnie momencie, kiedy już się zdążę rozsiąść i rozgościć. Oczywiście drzwi nie zamykając, no bo po co?

 Pani w końcu nie królowa tylko oddźwierny, przecież se wstanie z tronu i zamknie za piesusiem. Nie tyle nawet powstanie, co zerwie się jak oparzona i potupta rączym krokiem rasowego pingwina w kierunku otwartych drzwi, wydając przy okazji wściekły okrzyk
„Travis, ty podły gnoju!”

I gdyby nie te gacie w okolicach kostek to pewnie by się zemściła na Białej Dupie, ale z nimi – nie ma szans piesuska dogonić. Haniebnie obdarta z intymności zatrzaskuje tylko drzwi z hukiem i wrzeszczy obrażona, że się w tym domu nawet nie można spokojnie skupić!!!

Wykąpać także. Ledwo woda zaszumi, już lecą dwa podglądacze paskudne, wstrętne, obrzydliwe - i jeden, i drugi. Już mordy wtykają, już zaglądają i patrzą, co robię. Zanim się obejrzę, mam towarzystwo niemile widziane, a wyjątkowo namolne i trudne zarówno do usunięcia jak i do zignorowania.

 Ledwo się ostatnio uporałam z zabiegami, co mnie od małpich praprzodków odróżnić miały, a już słyszę znajome szelesty pod drzwiami. I już mi włażą, już się pchają do łazienki dwa ciekawskie pyski, jeden za drugim. Ledwo się zdążyłam ręcznikiem owinąć, wodę z wanny wypuścić, a już pada znajome pytanie:

 - Co tam robisz ?
 - Nic nie robię – odpowiadam zgodnie z prawdą
- A co robiłaś?
- Nic nie robiłam – dopowiadam zgodnie z nieprawdą.

Ale jeden rzut wścibskiego oka na dowody rzeczowe, których nie zdążyłam spłukać, wystarczył, by krótkim nóżkom mojego kłamstewka haka podłożyć:

Tak??? Nic???
 To dlaczego wanna wygląda, jakby ktoś topił jeża????

środa, 16 grudnia 2009

KONFLIKT INTERESÓW


Ja jestem stworzeniem ciepło, a mój mąż zimnolubnym.
W związku z tym trwa nieustający konflikt interesów w naszej małej, małżeńskiej koalicji.

On otwiera okno. Ja piszczę, że zimno i lecę zamykać. Ja ciągnę ukradkiem dodatkowy kocyk do łóżka, żeby się nim opatulić po same uszy. On go usuwa z kołdry jednym, celnym kopnięciem i warczy na mnie, że i bez niego jest za gorąco. On wystawia obiad na balkon, żeby mu ostygł, ja ukradkiem zabieram go z powrotem do kuchni i podgrzewam, bo dla mnie jest za zimny. Ja marzę o wakacjach w ciepłych krajach, a ślubny przebąkuje coś o wyjeździe do Skandynawii. Ja jesienią ubieram się na cebulkę, zakładam kurtkę i czapkę, a on w listopadzie wciąga na grzbiet podkoszulkę z krótkim rękawem i idzie z psem na spacer. On się tapla przez okrągły rok w otwartych zbiornikach, w których temperatura wody nie przekracza kilku stopni, a ja do wanny leję niemalże... ukrop.
Uwielbiam gorące kąpiele. Tak się zanurzyć w pachnącej pianie, powoli, nieśpiesznie, bo trochę parzy, trzeba się przyzwyczaić do temperatury, żeby sobie potem poleżeć w stygnącej powoli wodzie i wygrzać się za wszystkie czasy…. Cudowne uczucie.
Konflikt interesów przybiera na sile, kiedy postanawiamy wykąpać się razem.
Tak jak wczoraj.
Odkręciłam kurek, wanna zaczęła się powoli wypełniać parującą wodą, kiedy do łazienki wkroczył on, krzyżówka pingwina z morsem. I rozdarł się jak stare gacie:

- Czy ty zawsze musisz lać (w oryginale: „napier*dalać” :-) ten wrzątek do wanny????!!!
Koguta będziesz skubać??!!???

poniedziałek, 14 grudnia 2009

PANIENKA

Znajoma znajomej ma do oddania labkę. Półtoraroczną, biszkoptową panienkę. Wyjeżdża z chłopakiem na stałe do Anglii, więc szuka jej nowego domu. Nie rozumiem, jak można oddać własnego psa, ale nie o tym chciałam.

Kiedy usłyszałam tę nowinę, oczęta mi się zaświeciły jak choinkowe lampki w wigilijny wieczór. Oczyma wyobraźni już widziałam dwa biszkopciki w naszym domu. Wróciłam do chaty i jazda dręczyć ślubnego – weźmy ją, przygarnijmy, Travisek będzie miał towarzystwo, nie będzie mu się nudziło, kiedy będzie siedział sam w domu, będzie się miał z kim bawić, pofiglować...  Wybrałam z całego mojego repertuaru najsłodszą z min, dorzuciłam proszące oczęta, wyszeptałam cichutko „Zgódź się Misiuniu...”.
I czekam na reakcję.
A mężyk się tylko uśmiechnął, żeby nie powiedzieć - zarechotał i mówi:

-  Kochanie, oszalałaś? Chcesz ją zostawić samą w domu z Travisem? To tak, jakby ją oddać do agencji towarzyskiej...

Mina mi zrzedła. Co fakt, to fakt.
Ale miałaby tylko jednego klienta...
A jaki byłby szczęśliwy!!!
 

niedziela, 13 grudnia 2009

GOŚĆ

Czasem patrzę na licznik odwiedzin i zastanawiam się, kto tutaj zagląda. Większość gości pewnie pozostanie tylko zmieniającą się cyferką. Niewielką ilość osób poznałam (tak trochę) dzięki korespondencji mailowej, część ujawniła się w komentarzach, a jeden osobnik – ku mojemu niebotycznemu zaskoczeniu – objawił się w moim własnym domu!!! I nie chodzi mi tu wcale o psa – Travisa. Okazało się, że bodaj najwierniejszym czytelnikiem tego bloga jest mój własny, zakontraktowany mąż. Długo żyłam w  błogiej nadziei, że może jednak nie zagląda, ale sam się ujawnił ostatnio. Gadzina... Z własnej, nieprzymuszonej woli. Ni z gruchy, ni z pietruchy oznajmił mi:

-        Zobaczysz, Travis nasra Ci do buta za to, że mu obsmarowałaś na blogu Ukochaną Betunię ....

Groźbą się nie przejęłam, bardziej faktem, że Gadzina wie to z mojego posta, czyli musiał go czytać!!! 
 Ale na wszelki wypadek zajrzałam dziś rano do kozaczka zanim go wzułam na kopytko...

środa, 9 grudnia 2009

SŁOWO PISANE

Wierzcie słowu pisanemu. Ja je zignorowałam i teraz wychodzę ze skóry. A wisiała na solarium kartka z informacją „nowe lampy”, wisiała…
Po pięciu minutach zrobiło mi się gorąco, ale olałam sprawę. Stwierdziłam, że trochę słońca w zimie, po miesiącu przerwy dobrze mi zrobi. Wypełzam po dziesięciu i z miejsca zaczęłam się czochrać jak pies Travis po powrocie ze wsi. Wieczorem odkryłam, że gaciowy róż jako kolor mojej skóry stracił na aktualności na rzecz purpurowej piwonii. W sobotę rano musiałam w trybie przyśpieszonym nabyć i narzucić na mój biedny grzbiet luźny, bawełniany wór pokutny, zamiast tradycyjnej, koszulowej bluzki. Na pytające spojrzenie mojego szefa, mocno zdziwionego moim mało kierowniczym wyglądem, odpowiedziałam: „Albo ta, albo żadna”. Bluzka ma się rozumieć.
Dobrze, że nie wybrał drugiej opcji.

niedziela, 6 grudnia 2009

ZAKOCHANY KUNDEL

Białas się zakochał. Na zabój. A raczej na zawyj. Się. Niewiele mu już brakuje.
Schudł, żreć nie chce, w mordę niczego nie weźmie poza plasterkiem szynki, a i to jednym zębem i z łaską. Siedzi w oknie balkonowym całe dnie z nosem przyklejonym do szyby i tęsknym wzrokiem zerka na spacerujące pod blokiem psiaki. Czeka, aż się pojawi.
Ona. Jedyna, wybrana, wymarzona.
Betty.

Jak na mój ludzki gust – skrzyżowanie hieny z kaczką. Mała amstafka na pokracznych łapkach, z klapniętym uchem, grzbiet jak blat stolika, a na dodatek uparta jak muł. Pomyślałabym, że nasz Białasek oślepł, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wręcz przeciwnie, raczej wzrok mu się wyostrzył. Kiedy tylko jego Wielmożność Księżniczka Betty raczy łaskawie zamajaczyć w oddali, nawet gdzieś  bardzo daleko, na krawędzi skwerka, zaczyna się psi alarm:

Jest!!! Uuuuu...!!! Przyszła!!! Ja też chcę wyjść!!! Uuuuu...!!! Już!!!! Teraz!!! Natychmiast!!! Uuuuuuu...uuuu....

Dla podkreślenia tragizmu swojej sytuacji – no, cóż, kundello nie opanował jeszcze sztuki samodzielnego otwierania drzwi (na szczęście), biega biedaczysko od okna do wyjścia, tam i z powrotem, tam i z powrotem. I wyje jak opętany, i skomli, i piszczy, i jojczy, i płacze, aż  serce i łeb pęka.

W związku z powyższym pojawił się w naszym programie dnia nowy punkt: spacer na żądanie. 
Wygląda to następująco: Biała Dupa siedzi w oknie i obserwuje podwórko. Kiedy pojawia się na nim jego ukochana, podnosi rozpaczliwe psie larum, którego na dłuższą metę znieść się nie da. Uciszyć także. Bierzemy więc smycz i niezależnie od pory dnia i nocy idziemy na spacer, to jest - na spotkanie z Betty. No właśnie, "nocy". Pan amstafki ma uroczy zwyczaj wychodzenia z nią na spacer po powrocie z pracy. Niby żaden problem, gdyby nie to, że Białas monitoruje skwerek przez okrągłą dobę, a sunia pojawia się na nim o szóstej piętnaście... Rano. I nie umyka to niestety wyostrzonej, traviskowej uwadze.

Co oczywiście oznacza rozpoczęcie koncertu. Dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Żadne argumenty nie pomogły. Żadne „przestań”, „ciszej”, „uspokój się”... W końcu wstałam i mówię do niego wprost i dosadnie:

-         Zamknij się, jak kocha to poczeka!!!
A Travis w odpowiedzi na to jak nie huknie na mnie rozżalonym basem:
-         WOW, WOW!!!!
No przegięcie, być obszczekanym przez własnego psa, który najwyraźniej mi...
pyskuje!!!
Więc znów mu mówię:
-         Słyszałeś, co do Ciebie mówię? ZAMKNIJ SIĘ!!!!
-         WOW, WOW!!!!
Sięgnęłam więc po argument najcięży:
-         Jak się nie zamkniesz, to ci utniemy jajka!!! Zobaczysz!!!
-       WOW, WOW, WOW, WOW, WOW!!!!!!!!!!

Chyba się przejął.
Ale niezupełnie o taką reakcję mi chodziło...

Dobrze, że w odpowiednim momencie wkroczył obrońca uciśnionych, czyli piesusiowy Pan i zabrał biedne, nieszczęśliwe zwierzę na spotkanie z ukochaną. Bo byłam o krok od spełnienia swojej groźby. O szóstej rano mam wyjątkowo niską tolerancje na popisy wokalne zakochanego kundla, choćbym go nawet kochała najbardziej na świecie...

sobota, 5 grudnia 2009

NIEOKREŚLENIE

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie mogę się ogarnąć i zebrać do kupy. Za coś się biorę i odkładam. Łapię się i zaraz puszczam. Zaczynam czytać książkę i nie kończę, sięgam po kolejną i znów to samo... Siadam do komputera, piszę i po kilku zdaniach przestaję, a potem kasuję.
Coś wisi w powietrzu. Chyba nie tylko nad moją głową. Moje ulubione blogi w sieci ogłaszają abdykację i upadłość, w najlepszym przypadku – przerwę techniczną.  Albo straszą brakiem nowych wpisów. Snuję się więc po sieci, jak smród po gaciach, bez celu, sensu i wyraźnych efektów. Grzebię w pustej poczcie. Szukam, do różnych drzwi pukam i nie znajduję. Rozlewam się, rozmieniam na drobne i rozpadam, starając się jednocześnie robić dobrą minę do złej gry.
Tłumaczę sobie, że to wszystko przez tą porę roku i pogodę, staram się coś działać, ogarniać się, składać i stawiać na nogi. Bez wyraźnych efektów. Kółko się zamyka i wracam do początku. Kręcę się w kółko jak pies za własnym ogonem. Toczę siłą rozpędu. Próbuję się ustawić do pionu, który zaraz zaczyna się chwiać. Sama sobie zaprzeczam.
 Szukam nie wiem czego i gubię nie wiem co.

środa, 2 grudnia 2009

KOPNIĘTY PIES

Odkryłam, że Wojas jest firmą przyjazną psom – dają do nowych butów dodatkową parę sznurówek! Jakby doskonale wiedzieli, co Białas zrobi z tymi już zainstalowanymi. Dla niedoinformowanych: zeżre. Prędzej czy później, osobiście wolę oczywiście nie gubić butów po drodze, ale z faktem, że zostaną wypatroszone, już się dawno pogodziłam. Do wszystkiego się w końcu człowiek może przyzwyczaić. Musiałabym sznurować buty kablem elektrycznym, na dodatek pod napięciem, żeby ich nie tknął. Białas te ostatnie omija szerokim łukiem, co świadczy o tym, że pamięć ma dobrą.

Bo nie zawsze tak było. Gdy był jeszcze szczeniakiem, przewody należały do stałych składników psiego menu. Zeżarł dwie ładowarki, przegryzł kabel od monitora przy komputerze, od listwy zasilającej, zdemolował kilka przedłużaczy. Doszło do tego, że kiedy zostawialiśmy psiaka samego w mieszkaniu, musieliśmy wyłączać wszystko z prądu z obawy przed jego małymi, wszędobylskimi zębami. Działo się tak do momentu, kiedy Białasek na własnej skórze przekonał się, dlaczego nie należy gryźć kabli. Zwłaszcza pod napięciem.

Siedzieliśmy sobie i oglądaliśmy jakieś filmidło, piesek coś tam grzebał za szafką, gdy nagle coś trzasnęło, strzeliło, światło przygasło, telewizor się wyłączył, a nasz labuś wyskoczył jak oparzony na środek pokoju. I zaczął ujadać piskliwym, szczeniakowatym głosikiem na niewidzialnego potwora, co go właśnie kopnął w mordkę. Po dokonaniu rutynowej inspekcji odkryliśmy, że gnojek przegryzł kabel od włączonego telewizora. Na szczęście nic mu się nie stało, ale konsekwencje tego zdarzeni odczuwamy po dziś dzień.

 Mamy kopniętego psa :-)