wtorek, 3 listopada 2009

STRUŚ UDOMOWIONY

Mój mąż ma w sobie coś ze strusia.
Łeb w piasek i po kłopocie – jeśli nie widzimy jakiegoś problemu, a on nigdy nie widzi, to o nim nie rozmawiamy, jeśli nie rozmawiamy o jakimś kłopocie, to znaczy, że go nie ma.
Proste, prawda?
Typowo męskie podejście do sprawy. Znam je aż za dobrze z autopsji. Z moim ślubnym nie da się poważanie porozmawiać. Zwykle nie widzi w ogóle takiej potrzeby, nawet jeśli ze mnie ona wręcz się wylewa nosem, uszami i czubkiem głowy, ani jej nie czuje. Jest milczkiem, ja gadułą. Ma proste podejście do wielu zagadnień, do których ja mam skomplikowane. On nawet nie zauważy przysłowiowego włosa, ja znajdę wszędzie, obejrzę przez lupę, podzielę na czworo, wsadzę pod mikroskop, znowu obejrzę, poddam dogłębnej analizie... A potem zabiorę się za dzielenie ćwiartek na kolejne kawałki... I nie mam nawet co liczyć na wymianę zdań z mym lubym, sensowne uwagi i komentarze (stwierdzenia: "Jesteś specjalistką w wymyślaniu sobie problemów" do takowych nie kwalifikuję).
Kiedy próbuję poruszyć jakąś kwestię, która mnie dręczy, on reaguje męczeńskim jękiem z gatunku: „Ale po co ty się w ogóle nad tym zastawiasz???”. Albo zbywa mnie żartem, tak jak ostatnio. Leżymy w łóżku, smutnawo mi jakoś, mężyk przysypia, a ja usiłuję wyciągnąć z głębi duszy robaka, co mnie gryzie, ubić i poddać dokładnej sekcji, zdiagnozować rodzaj, gatunek, typ... Potrzebny mi asystent do dywagacji, pies nie gada, więc do dyspozycji zostaje mi tylko ślubny. Próbuję więc zagaić rozmowę z gatunku ważnych i w ramach wstępu mówię:
Czuję się samotna w związku…
I co słyszę w odpowiedzi?
Ale w związku z czym?..:-)

No to pogadaliśmy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz