sobota, 14 listopada 2009

PANZERRPIZZA

Ja się chyba na dobre rozstanę z gotowaniem… Zrobiłam pizzę. Domową, pachnącą, ponoć bardzo dobrą. Tylko spód wyszedł mi nieco twardawy. Ale będę się trzymać wersji, że był po prostu chrupiący. Do tego micha sosu czosnkowego, moje dwie domowe mordy aż się oblizywały. Ale kiedy mężykowy nóż zazgrzytał po talerzyku raz, drugi, trzeci... na jego twarzy wypłynął charakterystyczny, złośliwy uśmieszek. I już wiedziałam, że się zaraz zacznie nabijanie z mojego antytalentu kulinarnego. Ale nie, wytrzymał do rana, dziwne, chory czy co?
Zasiedliśmy do śniadania, uprzednio niezdecydowany pasibrzuch pogrzebał trochę w lodówce, połaził po kuchni i nagle mu się przypomniało, że mamy przecież resztki wczorajszego obiadu. Więc mówi:

- Dawaj tę pancerpizzę.
Zaczęłam nieśmiało protestować i zaprzeczać – że wcale nie jest taka twarda… Ale argument mojego męża stłumił wszystkie moje protesty w zarodku:
            -Kochanie, gdyby nasz auto miało taką twardą blachę, to nie byłaby potrzebna ostatnia napawa. Rdza nie dałaby rady - nie ma noża...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz