czwartek, 5 listopada 2009

ŁOLABOGA!

Łolaboga, gwałtu, rety, co się dzieje… matematyka ma być obowiązkowa na maturze! Nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł, ale już współczuję wszystkim biednym humanistom, do których szacownego grona także ja się zaliczam. Gdybym musiała zdawać egzamin dojrzałości z tego przedmiotu, to swoją edukację pewnie zakończyłabym na wykształceniu podstawowym, góra średnim… Bardzo średnim.
Między Bogiem a prawdą, moja matematyczka w czwartej klasie liceum postawiła mi wprawdzie w końcu czwórkę na koniec roku, ale pod jednym warunkiem: musiałam jej solenniei uroczyście przysiąc, że nigdy więcej nie będę miała nic wspólnego zmatematyką. Obiecałam z ręką na sercu, święcie w to wierząc. Dobrze, że nie zażądała ode mnie oświadczenia na piśmie. Bo los bywazłośliwy, mój był w tej kwestii wyjątkowo wredny. Kiedy teraz robię (bo muszę) rozliczenia i wyceny, kalkulacje, wyliczam wsady i marże, przypomina mi słowo, którego nie dotrzymałam, choć dałam.
Niewiem, czy moja matematyczka jeszcze żyje, jeśli nie, to pewnie patrzy na to, co czasem wyprawiam z jej ukochaną dziedziną nauki i się w grobie przewraca.
Trudno. Trochę gimnastyki jej nie zaszkodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz