piątek, 13 listopada 2009

KŁÓTNIA

Znowu się pożarłam z mężykiem. Kłótnia przebiegała w absolutnej zgodzie z naszą związkową tradycją, czyli ja mówiłam, a on milczał. Ten układ ma swoje zalety i wady, do tych ostatnich należy niestety tak zwany efekt Corega Tabs.
Niepowstrzymywana żadnymi argumentami, czy też zwykła ludzką dyskusją, rozpędzam się coraz bardziej, by w końcu uderzyć z siłą wodospadu. A zaczęło się od kropelki. Bo nawet dupy nie ruszył z kanapy. Ani jeden, ani drugi. No, żeby się przywitać. Nawet na psa nie można w tym domu liczyć. Ani buziaka nie dał, ani mordy nawet nie otworzył; kundlowego, nędznego szczeknięcia nie biorę pod uwagę.
Zostałam w ten mało finezyjny sposób ukarana, bo musiałam iść do pracy jedenastego listopada, jakby to samo w sobie nie było wystarczająca karą. Normalnie miała miejsce obraza majestatu! Jakby się sama na ochotnika zgłosiła, jakbym się pchała na siłę i napraszała.
Musiałam. Bywa. Trudno.
Jak widać także zrozumieć.
Urwałam się wcześniej, przybiegłam, przytuptałam radośnie do mężyka, a tu foch i milczenie na dzień dobry. No to mi się spiętrzyło i wodospad runął. Że nawet się nie przywitał, że milczy i tradycyjnie nic mu nie jest, że ze mną nie rozmawia, że go nie interesuję, że nie okazuje mi uczuć.
Ta sama zdarta płyta. Choć jej nie lubię, znów ją włączyłam. Zdałam sobie z tego sprawę kilka godzin później. Żeby uporządkować swoje rozdygotane wnętrze zaczęłam porządki na zewnątrz: w celach terapeutycznych wysprzątałam łazienkę na wysoki połysk.
Pomogło. Przy okazji ze zdziwieniem odkryłam, że kafelki na podłodze jednak są brązowe. Duch Einsteina się we mnie obudził i odkryłam jeszcze coś: że jednak mój mąż okazuje mi uczucia.

Najwięcej uczucia cierpliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz