sobota, 7 listopada 2009

JAK ZDAWAŁAM MATURĘ


Dawno to było. Oj dawno. Za górami, za lasami, w moim rodzinnym miasteczku, w wielce szacownym liceum z tradycjami. W czasach, kiedy szczęśliwy maturzysta mógł sobie swobodnie wybrać drugi przedmiot do zdawania. No bo wiadomo co z pierwszym, wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Polski był i jest obowiązkowy, i bardzo dobrze, mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni. Żal mi jednak, że modyfikacji uległa forma egzaminu, że zastąpiono testem tradycyjne wypracowanie, które ja w swoim czasie musiałam napisać. Posługiwać się piórem umiałam całkiem przyzwoicie, toteż podeszłam do egzaminu maturalnego na zrozumiałym luzie i bez specjalnego przygotowania.
Pamiętam, że wstałam o szóstej, a ranek był rześki, wiosenny. I że pies mi przy śniadaniu wylał kubek herbaty na spodnie, tak intensywnie domagał się uwagi i pieszczot. Szłam do szkoły mokrym chodnikiem, a kasztany kwitły i pachniały jak oszalałe. Wyszłam z egzaminu raczej zadowolona, nie liczyłam na cuda, ale w pierwszym porywie optymizmu uznałam, że na czwórkę, no może z małym plusem, mogę liczyć. Wróciłam do domu, zaczęłam powtarzać materiał, powtarzać, powtarzać i… płakać. Ponieważ nagle i niespodziewanie odkryłam, że ja… nic nie umiem! Naprawdę!
Chodziłam w kółko po kuchni i ryczałam jak ranne zwierzę... Wpadłam w histerię. Mama zaalarmowana moim bekiem przybiegała z pokoju. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem już tylko siedziała na krześle i paliła papierosa za papierosem, obserwując mnie z kamienną twarzą. Rozpaczliwie próbowała skłonić mnie do zmiany decyzji. Prośbą, groźbą, szantażem i błaganiem. Bowiem oznajmiłam, że na egzamin… nie idę. Bo nic nie umiem. A nie ma się co kompromitować, skoro i tak nic nie napiszę. Lepiej się pouczyć przez dwa miesiące i iść od razu na poprawkę. Logiczne, prawda? Postanowione i już, nic do mnie nie trafiało, żadne tłumaczenia.
Mama bladła i zieleniała na zmianę, a ja ryczałam nadal, żadne argumenty do mnie nie docierały, zaparłam się czterema kopytami w ziemię. Nie pójdę i już. Bo nic nie umiem. Miałam szóstkę z historii? No miałam, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie umiem. Jeździłam na olimpiady? No jeździłam, ale to nieistotne, bo przecież nic nie umiem!!! A skoro nic nie umiem, to nie idę!!! Bo nie! Bo nic nie umiem! Buuuu!!!!
I tak w kółko kilka godzin…
Opamiętałam się jakoś przed północą, ulegałam  końcu żarliwym namowom mojej mamy i zawarłyśmy kompromis: pójdę na maturę z historii, żeby jej udowodnić, że naprawdę nic nie umiem. Najwyżej wyjdę po odczytaniu tematów. Poszłam. Mama razem ze mną. Czekała na ławeczce pod szkołą kilka godzin, kończąc w międzyczasie palić trzecią paczkę papierosów. A na mnie przed drzwiami sali czekał kolejny, podstępny kryzys: oświadczyłam historykowi, że ja jednak nie wchodzę, bo nic nie umiem. W odpowiedzi usłyszałam jednak tylko bardzo niepedagogiczne stwierdzenia o bardzo krótkiej treści i bardzo czytelnym przekazie: „Nie pierd*ol”. I zostałam wepchnięta do środka. Kiedy egzaminator rozrywał kopertę z zagadnieniami, przestałam oddychać. Na jakieś pięć minut, mózg mi się na szczęście nie uszkodził. Pierwszy, drugi, trzeci temat.… Odetchnęłam. Z ulgą.
Chwilowy niedobór tlenu widać otworzył jakaś tajemniczą klapkę w moim mózgu i opowieść o problemach gospodarki polskiej w latach 1918 – 1939 popłynęła szerokim strumieniem na papier. Po dwóch godzinach, kiedy zaczęli wypuszczać pierwsze sztuki na wizytę u Wujka Cześka, wyszłam i kiwnęłam mamie z daleka głową, że jednak piszę, chroniąc ją tym drobnym gestem przed niechybnym zawałem.
Oddałam prace jako jedna z ostatnich maturzystek, z męczącym poczuciem, że nie wyczerpałam tematu. Ale byłam jednocześnie przekonana, że raczej powinnam zdać. Kołatała mi się w głowie nieśmiała nadzieja na czwórkę z plusem.

Potem były cztery długie tygodnie oczekiwania na wynik.
 Kiedy minął pierwszy tydzień, doszłam do wniosku, że zarówno z polskiego, jak i z historii czwórka mi spokojnie wystarczy i będę się bardzo cieszyć, kiedy je dostanę. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przejęła się trochę, ale uznała, że to przecież dobra ocena.
Kiedy minął drugi tydzień, mój optymizm zdecydowanie się zmniejszył, a w końcu oklapł zupełnie, uznałam, że na czwórki z obydwóch przedmiotów nie mam absolutnie żadnych szans i będę bardzo zadowolona ze zwykłych trójek. Oczywiście opowiedziałam o tym mamie. Zaczęła się niepokoić, ale stwierdziła, że to też ocena.
Kiedy minął trzeci tydzień, zaczęłam szlochać po kątach. Odkryłam bowiem błąd ortograficzny w wypracowaniu i pomyłkę w opisie reform Grabskiego, co spowodowało, że byłam skłonna zadowolić się z obydwu przedmiotów nawet oceną mierną. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Zaczęła odpalać papierosa od papierosa i obgryzać paznokcie, ale doszła do wniosku, że ocena w sumie nie ma znaczenia.
Kiedy minął czwarty tydzień, wypełniony przeze mnie skrupulatnym doszukiwaniem się kolejnych błędów i usterek w obydwóch pracach maturalnych, przerywany już tylko całkiem jawnym szlochaniem, doszłam do smutnego wniosku, że jednak nie zdam. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przestała spać i się do mnie odzywać, na temat tej oceny nie powiedziała nawet słowa.
Na wyniki matur szłam jak na ścięcie, z grobową miną. Kiedy z nich wracałam, miałam jeszcze gorszą, bo wiedziałam, że o ocenach muszę powiedzieć mamie. Nie miałam pojęcia, jak ją na to przygotować, jak jej to przekazać, serce mi tłukło i dygotało ze strachu, tak bardzo bałam się jej reakcji. Mama dopadła mnie bramie, ja wchodziłam, ona akurat wychodziła, leciała biegiem do autobusu, zatrzymała się więc tylko na moment i szybko zapytała:
- I jak, zdałaś?
- Zdałam
… odpowiedziałam smutno.
- Co dostałaś z polskiego?
- Piątkę
-A z historii???
- Też piątkę…
…..
- ALE DOSTANIESZ WPIER*DOL!!!! 

To były najoryginalniejsze gratulacje, jakie usłyszałam z okazji zdanej matury :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz