piątek, 27 listopada 2009

PSIA KASZANKA

Żryj to!!!!
………………..
Żryj to, słyszysz?!!!!
…………………….
Już Ci się w dupie poprzewracało!!!!
Żryj, albo dostaniesz w łeb!!!
Taki dialog obudził mnie rano. Zaintrygowana wylazłam z sypialni i zajrzałam do kuchni, gdzie w ten niepozbawiony uroku sposób mężyk próbował namówić piesusia do zjedzenia…uwaga! - kości. Świeżej, pachnącej, z dużym kawałkiem mięsa, po którą ślubny specjalnie poczłapał do sklepu. I pełnym wyrzutu gestem podtykał ją pod nos swojemu lekko rozczarowanemu pupilowi, który siedział przed nim, nieufnie obwąchując pańciochową darowiznę, a na pysku miał wypisane stwierdzenie:
...te wędzone, co ostatnio mi przyniosłeś, były lepsze…
 Aby się zrehabilitować w oczach Białej Dupy i przede wszystkim - wynagrodzić mu moją kilkutygodniową nieobecność, zaserwowałam mu na obiad wędzone udko z kurczaka. Schrupał z przyjemnością, wrócił do kuchni i zaczął się do mnie łasić. Tak przynajmniej myślałam do momentu, kiedy zorientowałam się, że obcieranie łba o moje spodnie ma dla pieska tylko i wyłącznie znaczenie higieniczne. No przyszedł sobie mordę wytrzeć, dupek jeden!
Mąż z kolei otworzył swoją ze zdziwienia, kiedy powiedziałam mu, jakim specjałem uraczyłam pieska – nawet mu kazał chuchnąć na dowód. Oj widać było, że mu żal ściska tylną część ciała, że taki smaczny kąsek dostał się Traviskowi, a nie jemu.
Choć bywało i odwrotnie. Kiedyś kupiłam naszemu pupilowi kaszankę - taką najtańszą, w grubym flaku i wrzuciłam do pojemnika w lodówce, tam, gdzie zawsze trzymamy psie żarcie. Po czym przepadłam na dwa dni w pracy. W poniedziałek zadzwonił do mnie rozżalony mężyk i zaczął jojczyć: 
-Niuniu, ugotuj coś  końcu, w domu nie ma nic do jedzenia, od trzech dni jem tylko jakąś kaszankę….

czwartek, 26 listopada 2009

NAROŻNIK

Nasz pies jest na tyle sympatyczny i uprzejmy, że nie gryzie mebli ani ścian. Wdzięczna mu jestem za to niezmiernie, bo łatwiej kupić nowe buty niż kanapę do salonu. Ale jak powszechnie wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. Także nasz pies je ma - wziął się więc jakiś czas temu za twórczą obróbkę prawego narożnika przy drzwiach wyjściowych. Linia prosta mu najwyraźniej nie odpowiadała, więc postanowił ją przerobić na krzywą i szarpaną.
Nigdy wcześniej go co prawda nie przyłapaliśmy na gorącym uczynku, ale wszystkie dowody wskazują na czyny udział Białej Dupy w tej akcji. Najpierw na ścianie pojawiały się delikatne zadrapania, coś niby na kształt śladów psich zębów, potem z dnia na dzień robiły się coraz głębsze i głębsze… W końcu naszym oczom ukazał się aluminiowy kątownik. Myśleliśmy, że powstrzyma to tajemniczego sprawcę, ale nie doceniliśmy jego determinacji.
Aktualnie dogryzł się już do muru, kto wie, ile czasu mu zajmie przegryzienie się na korytarz. W końcu to pracowita psina, tyra ciężko nawet nocą - wróciłam ostatnio z pracy o bardzo nieprzyzwoitej godzinie, otworzyłam cichutko drzwi, żeby nie obudzić mężyka i zobaczyłam  na własne oczy jak piesek pracowicie zeskrobuje gips ze ściany. Bardzo był zdziwiony moim nagłym pojawieniem się i wyraźnie zawstydzony, że go nakryłam w tak kompromitującej sytuacji, całym sobą zdawał się zaprzeczać faktom oczywistym, kiwał kitą i łasił się do mnie, jakby mówił: „Ale to nie moja morda…” .
 Kilka razy próbowaliśmy zakleić dziurę, ale nie mijało nawet kilka dni, a Białas doprowadzał narożnik do stanu wyjściowego. Daliśmy więc sobie spokój, zwłaszcza, że odkryliśmy, czemu to robi. Główną przyczyną jest to, że… urósł.
Miejsce pod drzwiami to jedna z jego ulubionych lokalizacji – gres przyjemnie chłodzi psi tyłek, a do tego doskonale słychać, co się dzieje na klatce schodowej. Spał we tej wnęce już jako szczeniak, ale wtedy narożnik go kompletnie nie interesował. Ale z czasem Białasek zwiększyłs woje gabaryty i zaczął potrzebować więcej miejsca.
Wygryzł więc narożnik, bo mu przeszkadzał - łeb mu się przestał we wnęce mieścić

środa, 25 listopada 2009

ODDECH

W końcu mam wolny dzień.
 Pierwszy od dobrych kilku tygodni, kiedy w związku z pracą wpadłam (jak śliwka w kompot) w nowe obowiązki, w sprinterskie tempo życia i w sprawy do załatwienia, rozmnażające się przez pączkowanie. Do domu wracałam tylko na noc. Jeszcze trochę i mój własny pies zacząłby na mnie szczekać. Co mu się dziwić, został w końcu zredukowany do pozycji w terminarzu, o czym nieopatrznie powiedziałam meżykowi. Jakoś tak mimochodem przyznałam się mu w rozmowie, że musiałam sobie zapisać, że mam kupić sierściuchowi jedzenie. Co natychmiast zostało wykpione z sarkastycznym wdziękiem:
- Słyszałaś Travis? Pani sobie musi ustawiać przypomnienie,że ma psa…
Chyba powinnam sobie też zapisać, że mam męża :-(

piątek, 20 listopada 2009

ZMĘCZENIE

 
Jestem tak zmęczona, że nawet nie mam siły o tym pisać.
Wstaję o siódmej, idę do pracy, wracam po północy, biorę prysznic, idę spać. I tak codziennie. Najprzyjemniejszym i najbardziej wyczekiwanym momentem mojego dnia stał się późny wieczór, kiedy w końcu mogę odpocząć, kiedy zawijam się w kołdrę i przytulam do szerokich, ciepłych pleców mężyka. Chociaż to delikatnie powiedziane. Wczoraj na przykład runęłam (na łóżko) jak stara szopa. Dobrze, że nie obok. Zasnęłam, zanim dołączył do nas pies.
Przegapiłam przez to moją ulubioną chwilę wieczoru, ten moment, kiedy gasimy światło i w mieszkaniu zapada cisza. Mężyk zwykle szybko zasypia, ja jeszcze czytam przy lampce, kiedy Biała Dupa orientuje się, że czas przeparkować tyłek na właściwe miejsce. I już po kilku minutach zaczynają delikatnie szurać psie pazury po drewnianej podłodze, a w drzwiach sypialni ukazuje się znajoma morda, z której wystaje... kolejna morda.
Nasz sierściuch bowiem przynosi ze sobą zawsze swojego najlepszego kumpla, czyli… Dinusia. Jeden zgrabny sus i Travis, niby przypadkiem, niby od niechcenia wskakuje na łóżko. Z cichym westchnieniem zwala tyłek na kapę, kładzie sobie gumowego przyjaciela obok siebie, zwija się w kłębek i zasypia. Zwykle gaszę wtedy lampkę i idę w psie ślady.

Lubię ten moment. Kiedy nasza mała rodzina „kompletuje” się w sypialni, gdy słychać wniej równy oddech mojego męża i psie posapywanie.
Dobrze mi wtedy.

No może za wyjątkiem chwil, kiedy wieczorną ciszę rozdziera nagły, przeraźliwy pisk gumowego dinozaura, naciśniętego przez przypadek lub z premedytacją. Ale z czasem przeszłam nad tym do porządku dzielnego. Doszłam do wniosku, że tak widać musi być, z bardzo prostej i logicznej przyczyny - bo każdy z nas kogoś ma:

Ja mam mężyka.
Mężyk ma psa.
Pies ma Dinusia.
A Dinuś? No właśnie, Dinuś? Zasępiłam się na moment i nawet zrobiło mi się trochę przykro, że biedny gumiak nikogo nie ma, zdążyłam już nawet dojść do wniosku, że pewnie czuje się samotny, kiedy odkryłam, że jednak kogoś ma.

Dinuś ma piszczałkę :-)

sobota, 14 listopada 2009

PANZERRPIZZA

Ja się chyba na dobre rozstanę z gotowaniem… Zrobiłam pizzę. Domową, pachnącą, ponoć bardzo dobrą. Tylko spód wyszedł mi nieco twardawy. Ale będę się trzymać wersji, że był po prostu chrupiący. Do tego micha sosu czosnkowego, moje dwie domowe mordy aż się oblizywały. Ale kiedy mężykowy nóż zazgrzytał po talerzyku raz, drugi, trzeci... na jego twarzy wypłynął charakterystyczny, złośliwy uśmieszek. I już wiedziałam, że się zaraz zacznie nabijanie z mojego antytalentu kulinarnego. Ale nie, wytrzymał do rana, dziwne, chory czy co?
Zasiedliśmy do śniadania, uprzednio niezdecydowany pasibrzuch pogrzebał trochę w lodówce, połaził po kuchni i nagle mu się przypomniało, że mamy przecież resztki wczorajszego obiadu. Więc mówi:

- Dawaj tę pancerpizzę.
Zaczęłam nieśmiało protestować i zaprzeczać – że wcale nie jest taka twarda… Ale argument mojego męża stłumił wszystkie moje protesty w zarodku:
            -Kochanie, gdyby nasz auto miało taką twardą blachę, to nie byłaby potrzebna ostatnia napawa. Rdza nie dałaby rady - nie ma noża...

piątek, 13 listopada 2009

KŁÓTNIA

Znowu się pożarłam z mężykiem. Kłótnia przebiegała w absolutnej zgodzie z naszą związkową tradycją, czyli ja mówiłam, a on milczał. Ten układ ma swoje zalety i wady, do tych ostatnich należy niestety tak zwany efekt Corega Tabs.
Niepowstrzymywana żadnymi argumentami, czy też zwykła ludzką dyskusją, rozpędzam się coraz bardziej, by w końcu uderzyć z siłą wodospadu. A zaczęło się od kropelki. Bo nawet dupy nie ruszył z kanapy. Ani jeden, ani drugi. No, żeby się przywitać. Nawet na psa nie można w tym domu liczyć. Ani buziaka nie dał, ani mordy nawet nie otworzył; kundlowego, nędznego szczeknięcia nie biorę pod uwagę.
Zostałam w ten mało finezyjny sposób ukarana, bo musiałam iść do pracy jedenastego listopada, jakby to samo w sobie nie było wystarczająca karą. Normalnie miała miejsce obraza majestatu! Jakby się sama na ochotnika zgłosiła, jakbym się pchała na siłę i napraszała.
Musiałam. Bywa. Trudno.
Jak widać także zrozumieć.
Urwałam się wcześniej, przybiegłam, przytuptałam radośnie do mężyka, a tu foch i milczenie na dzień dobry. No to mi się spiętrzyło i wodospad runął. Że nawet się nie przywitał, że milczy i tradycyjnie nic mu nie jest, że ze mną nie rozmawia, że go nie interesuję, że nie okazuje mi uczuć.
Ta sama zdarta płyta. Choć jej nie lubię, znów ją włączyłam. Zdałam sobie z tego sprawę kilka godzin później. Żeby uporządkować swoje rozdygotane wnętrze zaczęłam porządki na zewnątrz: w celach terapeutycznych wysprzątałam łazienkę na wysoki połysk.
Pomogło. Przy okazji ze zdziwieniem odkryłam, że kafelki na podłodze jednak są brązowe. Duch Einsteina się we mnie obudził i odkryłam jeszcze coś: że jednak mój mąż okazuje mi uczucia.

Najwięcej uczucia cierpliwości.

środa, 11 listopada 2009

METATEKST SAMOKRYTYCZNY

Zastanawiam się, jak długo wytrwam w postanowieniu pisania bloga. Szczerze mówiąc – nie wiem, bo ostatnio coraz wyraźniej widzę, że piszę słabiej. Jakoś nie mam siły, weny i energii na natchnione refleksje i głębokie analizy. A nie zmienia to faktu, że reprezentuję ten nieszczęsny typ osobnika, który albo robi to, co robi dobrze, albo wcale.
Najbardziej dobiło mnie ostatnie polecenie onetu, no masakra, schodzą na psy, choć do tych sympatycznych stworzeń nic akurat nie mam, jak i do samego portalu. Dokładnie rzecz biorąc schodzą na strusie. To był mizerny tekścik. Takim podstawowym poziomem samokrytyki i autorefleksji jestem się w stanie wykazać nawet przy moim obecnym poziomie zmęczenia.
 
Wiem, czym jest dobry tekst w moim wykonaniu. Ten o udomowionym ptaszysku na pewno do tego szacownego grona nie należy, ba, nawet nie ma pojęcia, że ono istnieje. Jak większość moich ostatnich notatek, niestety. Drobne scenki, śmieszne sytuacje, zapiski, ot, proza życia. Trochę to wina wewnętrznej cenzury, nie jestem w stanie jej pokonać. Nie należę do zwolenniczek wywalania parujących bebechów na wierzch i publicznego grzebania się we własnych kiszkach. Chociaż kusi mnie czasem, żeby tak sobie zasiąść i pooglądać własne wnętrze na forum publicznym. Tak dorwać się do klawiatury, zaprezentować z mało znanej strony i oświadczyć z zaskoczenia: „Proszę Państwa, oto moje jelito grube z zawartością, obok pusta macica, a dalej owrzodzony żołądek”. No, co stresy i jedzenie w biegu robią swoje!
A ja ostatnio pędzę, coraz szybciej i nie potrafię się zatrzymać. W związku z tym, coraz bardziej brak mi czegoś głębszego, jakiejś refleksji, uogólnienia, chwili zastanowienia. Nie tylko na piśmie. Coraz więcej na moim blogu tekstów nienapisanych. Pomysły pojawiają się, czasem nawet coś z nich wyrasta, wykluwa się, a ja zostawiam je samym sobie, myślę sobie – zaczekają przecież, wrócę do nich, lecę dalej, bo ciągle się gdzieś śpieszę, pędzę. A potem się dziwię, jak rolnik nad padliną prosięcia, że tak dobrze żarło, a zdechło.
Nie mierzę wartości mojej pisaniny ani ilością komentarzy, ani gwiazdkami onetu. Owszem, te ostatnie mile łechczą kobiecą próżność, ale pod jednym warunkiem – że są warte wyróżnienia. Ten nie był. Zdecydowanie. Czekam więc, aż zaspana morda Białej Dupy w końcu spadnie ze świecznika i przestanie świecić swym mizernym blaskiem na tym firmamencie onetowej chwały. Choć w przypadku tego tekstu – raczej chały, jak mi podpowiada przeuprzejma autokorekta w wordzie. Coś jest na rzeczy, skoro nawet maszyna się poznała.

niedziela, 8 listopada 2009

NIEDZIELNIE

Wiadro zimnej wody na głowę… dziś dowiedziałam się, co to znaczy.  Dosłownie. Nie w przenośni.
Pojechaliśmy sobie z mężykiem i psiutem na baseny termalne. Taka kąpiel w ukropie, na dodatek na świeżym powietrzu – miodzio. W związku z tym, że karnet obejmował także wejście do centrum spa and wellnes, poleciałam wygrzać tyłek w saunie. Ślubny powlókł się niechętnie i uciekł po pięciu minutach. A po wyjściu namówił mnie na wizytę pod fińskim cebrzykiem, używając argumentów nie do odparcia - swojej siły... Po prostu mnie pod niego wepchnął i pociągnął za łańcuch. Bardzo śmieszne. Niestety nie udało mi się zachować zalecanej w ośrodku ciszy.  Bardzo mi się nie udało…
Psiut też zażył zimnej kąpieli; chociaż karnet nie obejmował wejścia dla czterołapych gości, poradził sobie doskonale. Spuszczony ze smyczy w przyzamkowym, przepięknym, olbrzymim i mocno już jesiennym parku, bezbłędnie namierzył staw pokryty rzęsą. Już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy nagle wpadł…. zatrzask od smyczy w oczko przy obroży i jednym mocnym szarpnięciem zamiary wodołaza zostały unicestwione. Nie na długo. Woda przyciąga go jak magnes opiłki żelaza. Kiedy swoim wewnętrznym, psim gps-em namierzył przepływającą nieopodal rzekę, nic już go nie było już w stanie powstrzymać, tylko się suche liście zakotłowały. Mówię mężykowi:
- Złap go, bo zaraz się wykąpie
- Nie wykąpie się
- Wykapie się, przecież go znasz
!
- Nie wykąpie się… - na potwierdzenie tej śmiałe jtezy naszym oczom objawił się pies cały ociekający wodą - …bo już się wykąpał… ?
Sierściuch całys zczęśliwy ruszył, żeby zatoczyć kolejną rundę po parku, a ja pomyślałam sobie, że kąpiel, a może sam woda ma magiczne właściwości. Oczyszcza, ale nie tylko ciało. Coś ze mnie po tej wizycie spłynęło: kłopoty, problemy, smutki i żale. Czuję się lżejsza, spokojniejsza, jakbym zbędny balast zostawiła w wodzie…
Jedyne czego niel ubię w związku z wodą, to spacerów z psem w deszczu. Musiałam na taki dziś wyjść z Travisem, wróciłam szybko, zdjęłam buty, odwiesiłam kurtkę do szafy i już miałam się zabrać za wycieranie psich łap, kiedy odkryłam ze zgrozą, że piesuś poradził już sobie sam. Całkowicie sam. Zdolna bestia.
Tylko jak mu wytłumaczyć, że używa przedmiotów niezgodnie z przeznaczeniem? Zwłaszcza że, jak zapewne słusznie podejrzewam, robi to z premedytacją? 
Ten Biały Dupek znowu „pomylił” moją kołdrę z wycieraczką.

sobota, 7 listopada 2009

JAK ZDAWAŁAM MATURĘ


Dawno to było. Oj dawno. Za górami, za lasami, w moim rodzinnym miasteczku, w wielce szacownym liceum z tradycjami. W czasach, kiedy szczęśliwy maturzysta mógł sobie swobodnie wybrać drugi przedmiot do zdawania. No bo wiadomo co z pierwszym, wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Polski był i jest obowiązkowy, i bardzo dobrze, mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni. Żal mi jednak, że modyfikacji uległa forma egzaminu, że zastąpiono testem tradycyjne wypracowanie, które ja w swoim czasie musiałam napisać. Posługiwać się piórem umiałam całkiem przyzwoicie, toteż podeszłam do egzaminu maturalnego na zrozumiałym luzie i bez specjalnego przygotowania.
Pamiętam, że wstałam o szóstej, a ranek był rześki, wiosenny. I że pies mi przy śniadaniu wylał kubek herbaty na spodnie, tak intensywnie domagał się uwagi i pieszczot. Szłam do szkoły mokrym chodnikiem, a kasztany kwitły i pachniały jak oszalałe. Wyszłam z egzaminu raczej zadowolona, nie liczyłam na cuda, ale w pierwszym porywie optymizmu uznałam, że na czwórkę, no może z małym plusem, mogę liczyć. Wróciłam do domu, zaczęłam powtarzać materiał, powtarzać, powtarzać i… płakać. Ponieważ nagle i niespodziewanie odkryłam, że ja… nic nie umiem! Naprawdę!
Chodziłam w kółko po kuchni i ryczałam jak ranne zwierzę... Wpadłam w histerię. Mama zaalarmowana moim bekiem przybiegała z pokoju. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem już tylko siedziała na krześle i paliła papierosa za papierosem, obserwując mnie z kamienną twarzą. Rozpaczliwie próbowała skłonić mnie do zmiany decyzji. Prośbą, groźbą, szantażem i błaganiem. Bowiem oznajmiłam, że na egzamin… nie idę. Bo nic nie umiem. A nie ma się co kompromitować, skoro i tak nic nie napiszę. Lepiej się pouczyć przez dwa miesiące i iść od razu na poprawkę. Logiczne, prawda? Postanowione i już, nic do mnie nie trafiało, żadne tłumaczenia.
Mama bladła i zieleniała na zmianę, a ja ryczałam nadal, żadne argumenty do mnie nie docierały, zaparłam się czterema kopytami w ziemię. Nie pójdę i już. Bo nic nie umiem. Miałam szóstkę z historii? No miałam, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie umiem. Jeździłam na olimpiady? No jeździłam, ale to nieistotne, bo przecież nic nie umiem!!! A skoro nic nie umiem, to nie idę!!! Bo nie! Bo nic nie umiem! Buuuu!!!!
I tak w kółko kilka godzin…
Opamiętałam się jakoś przed północą, ulegałam  końcu żarliwym namowom mojej mamy i zawarłyśmy kompromis: pójdę na maturę z historii, żeby jej udowodnić, że naprawdę nic nie umiem. Najwyżej wyjdę po odczytaniu tematów. Poszłam. Mama razem ze mną. Czekała na ławeczce pod szkołą kilka godzin, kończąc w międzyczasie palić trzecią paczkę papierosów. A na mnie przed drzwiami sali czekał kolejny, podstępny kryzys: oświadczyłam historykowi, że ja jednak nie wchodzę, bo nic nie umiem. W odpowiedzi usłyszałam jednak tylko bardzo niepedagogiczne stwierdzenia o bardzo krótkiej treści i bardzo czytelnym przekazie: „Nie pierd*ol”. I zostałam wepchnięta do środka. Kiedy egzaminator rozrywał kopertę z zagadnieniami, przestałam oddychać. Na jakieś pięć minut, mózg mi się na szczęście nie uszkodził. Pierwszy, drugi, trzeci temat.… Odetchnęłam. Z ulgą.
Chwilowy niedobór tlenu widać otworzył jakaś tajemniczą klapkę w moim mózgu i opowieść o problemach gospodarki polskiej w latach 1918 – 1939 popłynęła szerokim strumieniem na papier. Po dwóch godzinach, kiedy zaczęli wypuszczać pierwsze sztuki na wizytę u Wujka Cześka, wyszłam i kiwnęłam mamie z daleka głową, że jednak piszę, chroniąc ją tym drobnym gestem przed niechybnym zawałem.
Oddałam prace jako jedna z ostatnich maturzystek, z męczącym poczuciem, że nie wyczerpałam tematu. Ale byłam jednocześnie przekonana, że raczej powinnam zdać. Kołatała mi się w głowie nieśmiała nadzieja na czwórkę z plusem.

Potem były cztery długie tygodnie oczekiwania na wynik.
 Kiedy minął pierwszy tydzień, doszłam do wniosku, że zarówno z polskiego, jak i z historii czwórka mi spokojnie wystarczy i będę się bardzo cieszyć, kiedy je dostanę. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przejęła się trochę, ale uznała, że to przecież dobra ocena.
Kiedy minął drugi tydzień, mój optymizm zdecydowanie się zmniejszył, a w końcu oklapł zupełnie, uznałam, że na czwórki z obydwóch przedmiotów nie mam absolutnie żadnych szans i będę bardzo zadowolona ze zwykłych trójek. Oczywiście opowiedziałam o tym mamie. Zaczęła się niepokoić, ale stwierdziła, że to też ocena.
Kiedy minął trzeci tydzień, zaczęłam szlochać po kątach. Odkryłam bowiem błąd ortograficzny w wypracowaniu i pomyłkę w opisie reform Grabskiego, co spowodowało, że byłam skłonna zadowolić się z obydwu przedmiotów nawet oceną mierną. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Zaczęła odpalać papierosa od papierosa i obgryzać paznokcie, ale doszła do wniosku, że ocena w sumie nie ma znaczenia.
Kiedy minął czwarty tydzień, wypełniony przeze mnie skrupulatnym doszukiwaniem się kolejnych błędów i usterek w obydwóch pracach maturalnych, przerywany już tylko całkiem jawnym szlochaniem, doszłam do smutnego wniosku, że jednak nie zdam. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przestała spać i się do mnie odzywać, na temat tej oceny nie powiedziała nawet słowa.
Na wyniki matur szłam jak na ścięcie, z grobową miną. Kiedy z nich wracałam, miałam jeszcze gorszą, bo wiedziałam, że o ocenach muszę powiedzieć mamie. Nie miałam pojęcia, jak ją na to przygotować, jak jej to przekazać, serce mi tłukło i dygotało ze strachu, tak bardzo bałam się jej reakcji. Mama dopadła mnie bramie, ja wchodziłam, ona akurat wychodziła, leciała biegiem do autobusu, zatrzymała się więc tylko na moment i szybko zapytała:
- I jak, zdałaś?
- Zdałam
… odpowiedziałam smutno.
- Co dostałaś z polskiego?
- Piątkę
-A z historii???
- Też piątkę…
…..
- ALE DOSTANIESZ WPIER*DOL!!!! 

To były najoryginalniejsze gratulacje, jakie usłyszałam z okazji zdanej matury :-)

czwartek, 5 listopada 2009

ŁOLABOGA!

Łolaboga, gwałtu, rety, co się dzieje… matematyka ma być obowiązkowa na maturze! Nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł, ale już współczuję wszystkim biednym humanistom, do których szacownego grona także ja się zaliczam. Gdybym musiała zdawać egzamin dojrzałości z tego przedmiotu, to swoją edukację pewnie zakończyłabym na wykształceniu podstawowym, góra średnim… Bardzo średnim.
Między Bogiem a prawdą, moja matematyczka w czwartej klasie liceum postawiła mi wprawdzie w końcu czwórkę na koniec roku, ale pod jednym warunkiem: musiałam jej solenniei uroczyście przysiąc, że nigdy więcej nie będę miała nic wspólnego zmatematyką. Obiecałam z ręką na sercu, święcie w to wierząc. Dobrze, że nie zażądała ode mnie oświadczenia na piśmie. Bo los bywazłośliwy, mój był w tej kwestii wyjątkowo wredny. Kiedy teraz robię (bo muszę) rozliczenia i wyceny, kalkulacje, wyliczam wsady i marże, przypomina mi słowo, którego nie dotrzymałam, choć dałam.
Niewiem, czy moja matematyczka jeszcze żyje, jeśli nie, to pewnie patrzy na to, co czasem wyprawiam z jej ukochaną dziedziną nauki i się w grobie przewraca.
Trudno. Trochę gimnastyki jej nie zaszkodzi.

wtorek, 3 listopada 2009

STRUŚ UDOMOWIONY

Mój mąż ma w sobie coś ze strusia.
Łeb w piasek i po kłopocie – jeśli nie widzimy jakiegoś problemu, a on nigdy nie widzi, to o nim nie rozmawiamy, jeśli nie rozmawiamy o jakimś kłopocie, to znaczy, że go nie ma.
Proste, prawda?
Typowo męskie podejście do sprawy. Znam je aż za dobrze z autopsji. Z moim ślubnym nie da się poważanie porozmawiać. Zwykle nie widzi w ogóle takiej potrzeby, nawet jeśli ze mnie ona wręcz się wylewa nosem, uszami i czubkiem głowy, ani jej nie czuje. Jest milczkiem, ja gadułą. Ma proste podejście do wielu zagadnień, do których ja mam skomplikowane. On nawet nie zauważy przysłowiowego włosa, ja znajdę wszędzie, obejrzę przez lupę, podzielę na czworo, wsadzę pod mikroskop, znowu obejrzę, poddam dogłębnej analizie... A potem zabiorę się za dzielenie ćwiartek na kolejne kawałki... I nie mam nawet co liczyć na wymianę zdań z mym lubym, sensowne uwagi i komentarze (stwierdzenia: "Jesteś specjalistką w wymyślaniu sobie problemów" do takowych nie kwalifikuję).
Kiedy próbuję poruszyć jakąś kwestię, która mnie dręczy, on reaguje męczeńskim jękiem z gatunku: „Ale po co ty się w ogóle nad tym zastawiasz???”. Albo zbywa mnie żartem, tak jak ostatnio. Leżymy w łóżku, smutnawo mi jakoś, mężyk przysypia, a ja usiłuję wyciągnąć z głębi duszy robaka, co mnie gryzie, ubić i poddać dokładnej sekcji, zdiagnozować rodzaj, gatunek, typ... Potrzebny mi asystent do dywagacji, pies nie gada, więc do dyspozycji zostaje mi tylko ślubny. Próbuję więc zagaić rozmowę z gatunku ważnych i w ramach wstępu mówię:
Czuję się samotna w związku…
I co słyszę w odpowiedzi?
Ale w związku z czym?..:-)

No to pogadaliśmy...

poniedziałek, 2 listopada 2009

ŻURAWIOM MÓWIĘ ZDECYDOWANE "NIE!"

Nie cierpię żurawi. Tępię te ptaszyska z uporem od dłuższego czasu, w pracy już się nie ostał ani jeden. Czasem tylko jakaś nowa, nieświadoma zagrożenia ptaszyna zapędzi się za blisko i w efekcie swojej własnej nieostrożności zwykle obrywa po dziobie. Porządnie, tak, że zazwyczaj drugi raz nie próbuje wtykać łba tam, gdzie nie powinna. Słowem: nikt przy zdrowych zmysłach, kto został uświadomiony, jak na to reaguję, nie odważy mi się zapuścić żurawia przez ramię, kiedy pracuję. Nie ma żadnego znaczenia, czy rozliczam, czy robię zestawienie, czy po się obijam, nie toleruję takiego zachowania w żadnej sytuacji
.Ale niestety nie znalazłam jeszcze skutecznego sposobu na przepłoszenie mojego domowego ptaszyska. Kiedy tylko usiądę do komputera, mężyk zaraz ląduje na oparciu fotela i zaczyna zaglądać mi przez ramię. Wnerwia mnie to. No tak mam i już, klasyczny „żuraw” w jego wykonaniu denerwuje mnie zwłaszcza wtedy, kiedy coś piszę, kompletnie nie potrafię się skupić. Macham łapą raz, drugi, trzeci, licząc, że wypłoszę gadzinę – nic, zero reakcji, siedzi i się gapi. Nic się nie boi, nie zamierza uciekać, więc zaczynam warczeć:

- Idź sobie

– Bo co?
- Idź, bo chciałam sobie pogrzebać! (w domyśle: w necie). - Piasku Ci przynieść…??... Kotku? :-)