sobota, 31 października 2009

TO JA, TYP NIEPOKORNY...


Ręce i nogi opadają. Uszy więdną. Na szczęście nie moje, tylko psie. Na nieszczęście – nie na długo. Tak na jakieś piętnaście minut, w porywach do trzydziestu. Zazwyczaj jest to akurat pół godziny po moim powrocie do domu, kiedy próbuję utrzymać nerwy na wodzy i nie sprać sierściucha na kwaśne jabłko.
Jest niereformowalny. Prawie codziennie, w tych samych okolicznościach przyrody prowadzimy te same męczące dialogi. Wracam do domu, otwieram drzwi i kiedy zamiast psa radosno – cieszącego się wita mnie kundel łasząco – przepraszający, już wiem: znowu coś rozwalił. Z duszą na ramieniu wchodzę dalej, robię obchód mieszkania i szacuję straty. Wracam pod drzwi, gdzie czeka na mnie kupka skruszonej, białej psiny i zaczynam swój monolog:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!!. Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno przynosić ich na kanapę w celach konsumpcyjnych! Nie wolno ich gryźć!!! Nie wolno wyjmować książek z regału!!! Nie wolno gryźć moich lektur! Zrozumiałeś? (Dla wywarcia lepszego efektu zwykle podtykam aktualnie poszarpany egzemplarz pod psi nos). Zrozumiałeś, ty kretynie!!!!??? Zrozumiałeś? To dlaczego znowu to zrobiłeś??? Ile razy mam Ci powtarzać??? Nie wolno! Nie wolno! NIE WOLNO!!!!
Biały Dupek po takim wykładzie staje się synonimem słowa „PRZEPRASZAM…” – ogon wciska w tyłek, uszy w łeb, przykleja się do podłogi, a kiedy jestem bardzo zła i długo krzyczę – przekręca się na grzbiet i gmera łapami w powietrzu, jakby się poddawał i mówił:
Naprawdę przepraszam. Nie chciałem. Wybacz... Nie gniewaj się na mnie. To było silniejsze ode mnie. Obiecuję, że to ostatni raz. Przepraszam. Zobacz, jak Ci ładnie merdam ogonem, jak się łaszę, przyrzekam, że już więcej tego nie zrobię…. Tylko już nie krzycz na mnie, uśmiechnij się chociaż raz, wtedy będę wiedział, że Ci przeszło…”
I zwykle tak to się kończy – ja się uśmiecham, bo pies w swojej obłudnej pokorze jest tak rozbrajający, że nie umiem długo utrzymać powagi, on rusza w szalony, radosny pęd po pokoju, bo wie, że już się nie gniewam. Zawieramy więc pakt o wzajemnej nieagresji. Obowiązuje zwykle… do następnego razu, kiedy wracam i załącza się ta sama, zdarta płyta:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!! Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno….
I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Ręce i nogi opadają. Ten pies jest niereformowalny. Jest impregnowany na subordynację, nie wiem czym, ale ktoś powinien to opatentować, to najskuteczniejszy środek świata. Jest wiedzoodporny i posłuchoodporny. Jakiś szczególny egzemplarz nam się trafił – no typ niepokorny!!!
Kiedy wracałam dziś ze swojej nowej pracy, zobaczyłam młodą kobietę prowadzącą wózek z małym dzieckiem. Do raczki spacerówki przyczepiła smycz, na której szedł spokojnie piękny golden retriever. Tak, prowadziła JEDNOCZEŚNIE wózek i psa. Jak na mój gust - szczyt nieodpowiedzialności i braku wyobraźni. Dramatyzmu całej sytuacji dodał fakt, że po drugiej stronie ulicy niespodzianie pojawił się inny pies, czarny labrador. Golden zerknął raz, drugi, mi włosy zjeżyły się na głowie, kiedy wyobraziłam sobie, co się za chwilę stanie… Golden odwrócił głowę, zerknął trzeci raz… i potruchtał spokojnie dalej obok wózka.
Byłam w szoku. Bo gdyby to był MÓJ pies, to zamiast opisanej sytuacji, miałby miejsce przyśpieszony kurs latania przeznaczony dla skromnego grona trzech niechętnych uczestników: dziecka, wózka i mnie… W roli naziemnej siły napędowej wystąpiłby Travis – bankowo. Na sto procent. Nawet na dwieście. Nawet na trzysta procent. Nie mam się co prawda czym martwić, bo ani wózka, ani potomstwa nie posiadam i nie wyglądana to, żeby się cokolwiek  miało zmienić w tej kwestii, ale jak już mam latać, to wolałabym z własnej, nieprzymuszonej woli.
Pies ma na ten temat jednak zupełnie inne zdanie. Kiedy nabierze na coś ochoty, jest mu absolutnie obojętne, czy jestem akurat przyczepiona do drugiego końca smyczy. Nie mam nad nim ponad dwukrotnej przewagi masy, tak jak ma jego Pan, niestety ważę niewiele więcej niż Biała Dupa. Słowem – po prostu mam pecha, kiedy piesuś zauważy coś interesującego.
 Dziś zobaczył tequilę. I nabrał na nią ochoty.
Nieopanowanej. Nieodpartej. Nieposkromionej.
Nie, nie mam psa – alkoholika, Tequila to piękna bokserka, którą namierzył na spacerze. Z miejsca zapał do niej sympatią. Ja także z miejsca, ale pofrunęłam. Za psem. W biegu na sto metrów pobiłabym pewnie aktualny rekord świata, gdyby nie to, że mój własny bark zaczął mnie wyprzedzać… Puściłam smycz i kundla. Moje nerwy też puściły...
Dość, powiedziałam sobie i mężykowi, kiedy wrócił z pracy. Mam dość latania za kundlem. Mam dość ciągania po trawnikach, szarpania i holowania. Mam do wyboru: dać sobie urwać rękę, albo zainwestować mądrze kilkadziesiąt złotych w metale nieszlachetne. Słowem: jutro kupuję kolczatkę. Postanowione. Zobaczymy, kto kogo przeciągnie. I opowiadam mężykowi o tym, jak ładnie i mądrze zachowywał się golden retrivera, którego widziałam po południu, jaki był zdyscyplinowany i posłuszny. Biała Dupa, jakby szukając wsparcia i obrony, wlazł przednimi łapami mojemu ślubnemu na kolana, no komitywa w najlepsze,  ten go podrapał za uchem, poczochrał po grubej sierści i mówi:
Słyszałeś piesku? Pani chce Ci kupić biżuterię.
........(konsternacja)......
Chce, żebyś był jak inne, szkolone tempe chu*je…

Ps. Czy muszę pisać, jak była puenta pańciochowego stwierdzenia?

1 komentarz:

  1. Ha ha! Uwielbiam Twojego bloga:) Świetnie się go czyta mając wrażenie, że jest się u siebie w domu, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń