piątek, 2 października 2009

PRZEPUSTKA ZA 10 ZŁ


Ładnych kilka lat temu pracowałam jako kelnerka w bardzo eleganckiej i drogiej restauracji, powiedziałbym nawet – ekskluzywnej. W owym czasie był to najlepszy lokal w mieście, w związku z czym posiadał dość szerokie grono stałych gości. Personel znał ich doskonale, wiedział, kto zamawia befsztyk krwisty, ale przypieczony, kto carpaccio z łososia na przystawkę, kto piwo ze sprite'm w proporcji jeden do trzech.
Do tej grupy należał też starszy, szpakowaty pan pod wąsem, który przychodził w każdy czwartek około południa. W garniturze, w meloniku, z laseczką, bardzo elegancki – typ angielskiego gentlemana. Zawsze zajmował to samo miejsce, przy małym stoliku numer sześć, tuż obok witryny i zamawiał espresso. Z nikim nie rozmawiał. Siedział tak czasem godzinę, czasem dwie, pił kawę małymi łyczkami, patrzył w okno i obserwował w milczeniu przechodniów. Za każdym razem po pewnym czasie prosił o podanie wrzątku, dolewał go do niedopitej kawy, jakby chciał przedłużyć przyjemność delektowania się nią. Nigdy nie prosił o rachunek, zostawiał skrupulatnie odliczoną kwotę dziesięciu złotych na stoliku i wychodził, burkając pod nosem niewyraźne „Do widzenia”. Tydzień w tydzień wracał, zamawiał espresso, pił, patrzył w okno, prosił o wrzątek, płacił i wychodził.
Pewnego dnia nie pojawił się. Nie przyszedł już nigdy więcej.
Okazało się, że jest złomiarzem. Jedna z kelnerek spotkała go na swoim osiedlu. Zobaczyła go, jak wyciąga starą lodówkę ze śmietnika i pakuje na wózek, wypełniony już po brzegi zardzewiałym żelastwem. Ubrany w jakąś starą, podartą kapotę i przybrudzone spodnie, niczym nie przypominał eleganckiego pana z restauracji. Kiedy ją zobaczył i zorientował się, że go rozpoznała, zostawił wózek i... uciekł.
Dziewczyny długo śmiały się z historii starego dziada, który zapragnął odrobiny luksusu. A mi było go żal. Zastanawiam się, jak jak bardzo chciał być kimś innym i jak bardzo wstydził się tego, kim jest. Jak bardzo chciał należeć do niedostępnej dla niego sfery, do tego świata luksusu i bogactwa. Chociaż przez moment, chociaż przez chwilę.
Tak bardzo, że raz w tygodniu kupował sobie do niego przepustkę za dziesięć złotych.
Ile musiał pracować, żeby je zarobić? Może pół dnia, może cały, może dwa dni? Nie wiem. Ale rozumiem, dlaczego przychodził. To małe, horrendalnie drogie espresso pozwalało mu pobyć kimś innym. Przez godzinę. A z dolewką z wrzątku – nawet przez dwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz