wtorek, 13 października 2009

POSTY NIENAPISANE PRZEZ TYDZIEŃ - SKRÓT NIEKONIECZNIE TELEGRAFICZNY

Chcę zostać krową. Świętą. Taką indyjską. Chcę się uwalić, leżeć martwym bykiem i nic nie robić. No, mogłabym sobie pomachać ewentualnie ogonem, ale z braku rzeczonego zostaje mi jedynie leżenie i nicnierobienie. I chcę jeszcze, żeby nikt nie mógł mi nic zrobić, kazać, poganiać mnie, mieć do mnie pretensji, głupich uwag, ani żalów. Tak, chcę być indyjską, świętą krową!
Mam nadzieje, że to stwierdzenie nie kwalifikuje mnie jeszcze do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Choć w sumie nie jestem pewna, jeśli dodać, tak po cichu, że widzę rzeczy, których nie ma...
Jadę sobie ostatnio do mojego nowego miejsca pracy, zadowolona z siebie jak mało kiedy, bo dopięłam umowę, meble na zamówienie się robią, wchodzę do jednego z pomieszczeń, oczami wyobraźni widząc już piękne blaty ze stali nierdzewnej i... stop, stop, stop... Przecież tu miał stać stół. A co ja widzę? Rurę. Wielką, szarą rurę od podłogi do sufitu. Przecieram zaspane oczęta, patrzę – nadal stoi. Macam – no rura jak... rura, żeby się brzydko nie wyrazić. Nie oszalałam. Tylko co robi w moim blacie? Biorę plany – nie, nie oszalałam, nie ma ma na nim rury. Wołam kierownika budowy na bardzo inteligentną rozmowę:
Panie Pawle, co tu robi rura?
Stoi.
No fakt, głupie pytanie, głupia odpowiedź, pomyślałam sobie i drażę temat dalej:
Ale ja tu mam blat!
A ja mam rurę.
Ale jej nie ma na planie!
Już jest ...
Ale jakim cudem???
Dorysowaliśmy...
I weź tu człowieku nie weź od razu taksówki z kursem do wariatkowa. Te ostatnie ratują mi życie, bo za notoryczne spóźnienia już parę osób miało ochotę mnie zaszlachtować tępym, rzeźnickim nożem. Ale nic na to nie poradzę, przemieszczenie się w godzinach szczytu z punktu A do punktu B przez zakorkowane miasto bez spóźnienia się, jest możliwe tylko dzięki teleportacji. Pracuję nad opanowaniem tej sztuki. I nad tym, żeby mi wyrosła trzecia ręka, najlepiej tuż koło ucha, do trzymania telefonu. Jego dźwięk budzi we mnie nieodparte pragnienie rozdeptania jego źródła, czyli aparatu. A nogą do policzka nie dosięgnę, marne szanse, chociaż trochę szkoda. Może wtedy udałoby mi się pospać dłużej niż do siódmej rano?
Pobudki w środku nocy nigdy nie nastrajały mnie pozytywnie do nadchodzącego dnia. Ostatnio, żeby wstać, muszę niemalże dokonać gwałtu na samej sobie, wywlec siłą moje niechętne, rozpaczliwie rozespane ciało spod ciepłej kołdry i przetransportować je do łazienki. Wygrzane miejsce na łóżku natychmiast zajmuje pies, zwijając się w kłębek obok pana i patrzy na mnie jak na nienormalną, no bo kto przy zdrowych zmysłach i przy takiej pogodzie, dobrowolnie opuszczałby takie fajne miejsce do spania? No wariatka tylko.
Ja tymczasem zbieram swoje papiery, na szczęście jeszcze nie żółte i wlokę się do pracy, gdzie ledwie widząc na oczy, macam łapką po blacie w poszukiwaniu ekspresu do kawy... Dopiero jej aromatyczny zapach i smak stawiają mnie na nogi. Ósma. Dzień w wariatkowie czas zacząć. Telefon. Mail. Spotkanie. Znów telefon, telefon. Szef. Awantura. Do urzędu po papiery. Telefon. Biegiem do firmy. Spotkanie. Telefon. Wysłać zamówienie. Telefon, telefon. Pretensje. Sprawdzić godziny. Pojechać. Telefon. Wysłać fax. Telefon.
 Tak wygląda przykładowa godzina mojej pracy z minionego tygodnia. A było ich bardzo, bardzo wiele...
Jakby mało tego wszystkiego było, tej całej bieganiny, musiałam jeszcze kupić kreację na wesele przyjaciela. W zielonej, typowo letniej, nie mogłam się już wybrać, no chyba że z przybocznym dentystą tachającym składany fotel i podręczne narzędzia, bo szczękając z zimna zębami, pewnie wytłukłabym sobie z połowę. A głupio tak iść na imprezę z bramą wjazdową na przodzie.
Więc zaczęłam szukać – czegoś dłuższego, bardziej jesiennego. Po przedreptaniu całego miasta wzdłuż i w poprzek doszłam do zaskakujących wniosków: Romowie, jako mniejszość narodowa w Polsce wcale nie są dyskryminowani!!! Wręcz przeciwnie, śmiem twierdzić, że jako grupa etniczna są nawet faworyzowani, przynajmniej w kwestiach odzieżowych.
Gdybym chciała się ubrać jak Cyganka, miałabym milion możliwości do wyboru: tafty, cekiny, drapowania, marszczenia, koronki, dżety i gadżety, nic tylko wetknąć sobie jeszcze złote strusie pióra w dupę i gotowe.
Po dwóch dniach poszukiwań wpadłam w czarną rozpacz. I na pewien pomysł: uszycia kiecki. Takiej, że padnę na kolana, zacznę bić pokłony, krzycząc w ekstazie, że to ta, właśnie ta. I do tego jeszcze zapłaczę ze szczęścia (i zapłacę) – szybko okazało się, że te słowa, to niemalże synonimy. Znalazłam. Uszyłam. Włożyłam. I poszłam. Tym razem z tyłkiem na wierzchu. Niemalże. Na upartego można było uznać go za wersję ekstremalnie przedłużonych pleców.
Bawiliśmy się rewelacyjnie, mimo dość makabrycznego incydentu podczas mszy, kiedy ksiądz postanowił się pomodlić za wszystkich zmarłych i zaraz po tym stwierdzeniu wymienił imiona nowożeńców...Bez przecinka... Ci jednak nie tylko przeżyli to hasło, ale i całą imprezę w dobrym zdrowiu, które i nam, o dziwo, dopisało rankiem po weselisku, które zakończyło się zadziwiającym zakładem mojej przyjaciółki z panem młodym. Założyli się o to, czy uda się jej otworzyć kapslowaną butelkę pepsi przy użyciu... otwieracza. Zadziwiające, ale dokonała tego i nawet otrzymała nagrodę!!! I ja też – pocieszenia!!! Po tym incydencie stwierdziliśmy, że najwyższa pora iść spać...
No właśnie - spać. To jedyne czego ostatnio pragnę. Bo nic mi się nie chce. Tylko spać. Potwornie. Przez ostatni tydzień wychodziłam z domu o siódmej, rzadko wracając przed dwudziestą drugą, a często grubo po północy. Śpię po cztery godziny dziennie, prawie jak Napoleon. Dobrze, że „prawie” robi różnice, mam nadzieję, że nie skończę jak on.
Zdecydowanie wolałabym zostać świętą krową. Uwalę się tam, gdzie mnie dopadnie zmęczenie i zasnę, ta wersja jest coraz bardziej prawdopodobna, chodzi mi tylko o to, żeby mi nikt nie przeszkadzał.
Albo borsukiem. No, chciałabym zostać. Albo chociaż niedźwiedziem brunatnym. Mam ochotę  zapaść w sen zimowy i obudzić się na wiosnę. Mój mąż doskonale rozumie moje potrzeby – popatrzył ostatnio na moją smutną, zmęczoną i zaspana mordkę, przytulił i powiedział:
Tak, tak, najwyższa pora liści sobie naznosić i gawrę wymościć...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz