środa, 14 października 2009

JAK OKRADA SIĘ GOŚCI W RESTAURACJI?



Łatwo. Bardzo łatwo.
Zwłaszcza teraz, jesienią, kiedy na zewnątrz plucha, zimno i pada. Wieczorami ciepłe, przytulne wnętrze restauracji zapełnia się tłumem gości. Zwłaszcza w weekendy jest bardzo tłoczno. Ludzie wpadają na dobre jedzenie, kawę, herbatę, grzane wino. Ze znajomymi, przyjaciółmi lub po prostu parami. Kelnerstwo dwoi się i troi, na sali ciasno jak w puszcze sardynek, stoliki ustawione jeden przy drugim, łączone, przesuwane, dostawiane krzesełka, zamieszanie i ogólna bieganina, czyli idealne okoliczności przyrody dla złodzieja... któremu klienci swoje portfele podają niemalże na tacy.
Z płaszcza.
Powieszonego na oparciu krzesła, bo to przecież dla niego idealne miejsce. Propozycje zabrania odzieży wierzchniej do szatni zwykle są lekceważone, żeby nie powiedzieć, że olewane z góry cienkim sikiem. Kurteczkę personel musiałby wydrzeć gościowi siłą, uprzednio zapierając się porządnie nogą o ścianę, żeby ją skutecznie wydobyć z rąk właściciela. Płaszczyk należałoby oblać zaraz na wejściu kieliszkiem czerwonego wina, tak dla przykładu, żeby unaocznić, czym grozi pozostawienie go na krześle obok stolika – i żeby tylko tym... Mówi się, że odzież wierzchnia jest jak druga skóra, może dlatego ludzie zachowują się, jakbyśmy chcieli ich z niej obedrzeć, kiedy proponujemy zabranie jej do szatni, bezpłatnej, nota bene. Restauracja odpowiada za pozostawioną w niej odzież, za rzeczy umieszczone przy lub na stoliku – już niestety nie. Goście najwyraźniej tak kochają swoje płaszczyki, tak tęsknią za swoimi kurteczkami, że nie mogą się z nimi rozstać nawet na godzinę, bo im pęknie serce z rozpaczy. Ciekawe, czy potem nie nie pęka z żalu za własnym portfelem i jego zawartością...
Najlepszy cel do odstrzału to zakochane pary, idealna zwierzyna łowna, naiwna, niepłocha i nieco otumaniona obecnością tej drugiej połowy. On chce się pokazać, zaprosił ją na kolację i drinka, więc ma przy sobie pieniądze, żeby za to zapłacić.Czasem bardzo dużo pieniędzy. Jest skupiony na niej, stara się ją oczarować, więc wybiera celowo najmniejszy stoliczek w najciaśniejszym miejscu, żeby być bliżej i swobodnie trzymać ją za rękę. A żeby patrzeć w jej zakochane oczęta zajmuje zwykle miejsce naprzeciwko. Zdejmuje kurtkę i wiesza ją na oparciu krzesła. Portfel zostawia w jej kieszeni.
Baran. Na dodatek gotowy do strzyżenia.
Ona też niemądrzejsza.
Baranica. Następna w kolejce do golenia.
Robi dokładnie to samo, dokładając do kolekcji torebkę. Można im obojgu jedynie pogratulować, tylko nie wiem czego. Głupoty? Braku wyobraźni? Naiwności? Ewentualnie złożyć kondolencje, bo na lamenty i żale zwykle nie trzeba długo czekać. Dobrze jeśli kończy się na podeptaniu płaszcza przez przechodzących obok stolika gości. Tak jest najczęściej. Ale nie zawsze.
Złodzieje nie rzucają się w oczy, zazwyczaj przychodzą we dwóch, obaj elegancko ubrani, garnitury, białe koszule, nesesery. Często udają obcokrajowców lub rzeczywiście nimi są. Siadają tuż za plecami zakochanej pary, nierzadko przesuwają stolik pod pretekstem zbyt małej ilości miejsca, niemal wbijając sąsiadom oparcia swoich krzeseł w plecy. Kiedy jest tłok, nikogo to nie dziwi, a już na pewno nie zapatrzoną w siebie parkę. Złodzieje tak jak inni goście wieszają swoje marynarki za plecami. Zamawiają zwykle niewiele: espresso, wodę lub sok, od razu płacą, żeby móc szybko wyjść, nie czekając na rachunek. Rozsiadają się wygodnie, sączą kawę, prowadzą pseudobiznesową rozmowę, jeden obserwuje, a drugi.., korzysta z okazji i sięga po to, co podano mu na tacy... z cudzego płaszcza.
Dyskretnie wyjmuje portfel z kieszeni kurtki sąsiada, następnie wychodzi do toalety, opróżnia go i co najciekawsze – odkłada z powrotem na miejsce. Bo jeśli nawet okradany zorientuje się, że coś jest zgrane, to znajoma wypukłość wymacana naprędce przez kieszeń, uspokaja go. Brak pieniędzy wychodzi na jaw dopiero przy płaceniu rachunku, który zwykle musi uregulować niezbyt tym faktem uradowana partnerka oskubanego. O ile w międzyczasie z jej torebki umieszczonej na oparciu krzesła nie zniknęła portmonetka.
Golono, strzyżono... Pewnie w niejednej restauracji.
Do nas przychodzą bardzo rzadko, raz na pół roku, na rok, mamy stały personel, kojarzymy twarze. Osobiście mam takiego jednego „ulubieńca”, na którego „Dzień dobry” odpowiadam z miejsca uprzejmym „Do widzenia”. Jeśli akurat cierpi na chwilowy zanik pamięci, przypominam mu, że jest gościem u nas nieobsługiwanym i proszę go o opuszczenie lokalu. Jeśli idzie w zaparte i twierdzi, że go z kimś mylę, wzywam ochronę.
Bo tak. Bo uważam, że złodziejstwo należy tępić jak wszawicę, zwłaszcza jeśli jest dla kogoś sposobem na życie.
Niestety ludzkiej, bezdennej naiwności i głupoty wytępić się nie da. Dlatego nie będę pisać o zostawianiu na stolikach bez opieki telefonów komórkowych, laptopów, kluczyków do auta, dokumentów, bo o takich drobiazgach nie warto już nawet wspominać.
Bo gdyby głupota ludzka mogła latać, lewitacja byłaby zjawiskiem powszechnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz