wtorek, 27 października 2009

DOGOTERAPIA


Taka moja prywatna. Na małą skalę… Mój domowy doktor leży sobie właśnie obok fotela. Jest biały, ale nie nosi fartucha. Remedium na czterech łapach. Leczy samą swoją obecnością. Wystarczy mi, że jest.
Codziennie po południu siada na balkonie i czeka, uważnie i cierpliwie wpatruje się w ludzi idących chodnikiem. Jeszcze zanim zazgrzytam kluczem w zamku, już słyszę za drzwiami szuranie pazurów o podłogę. Zdarzają się dni, kiedy za progiem nikogo nie ma, ale wtedy wita mnie odgłos klepania ogonem w kanapę. Czasem po prostu rozespanemu leniwcowi nie chce się zwlec z niej tyłka. Wtedy ja do niego idę. Witam się i chwilę głaszczę wielki, ciężki łeb, a on mruczy zadowolony. Ale są takie dni, kiedy zostaję na dłużej, kładę się obok niego, przytulam policzek do grubego, gęstego futra i leżę. Dni, kiedy wracam do domu i jest mi smutno - z różnych powodów, występujących pojedynczo lub w kupie, wiadomo, w niej zawsze raźniej. Niestety kumulacje trafiają się nie tylko w totolotku. Ostatnio mam do nich fart. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że powinnam się wybrać do Urzędu Miasta i zmienić adres na krótszy, trzyliterowy: Dół. Nic tylko się w nim zadomowić, jakiś czas już tu w końcu mieszkam, tylko meble wstawić i się urządzić, kredytu za chatę przynajmniej nie trzeba będzie spłacać, jak się okaże, że to lokum na dłużej. Pocieszające.
Trochę bardziej niż to, że jestem ostatnio, ogólnie rzecz biorąc, w emocjonalnej, czarnej dupie (nie mylić z Białą Dupą, dla okazania należnego szacunku, pisaną z wielkich liter). Z przyczyn, jak już wspominałam, rozmaitych. Bo pada. Bo jest niskie ciśnienie. Bo coś się nie udało. Bo sobie nie radzę. Bo serducho zbolałe. Bo czegoś brak. Bo idą święta. Bo nic się nie zmienia. Bo w pracy problem za problemem. Bo przyszły złe wyniki. Bo ktoś mi zrobił przykrość. Bo nie wiem, co dalej. Bo czekanie męczy i odbiera siły bardziej niż działanie. Bo klimat w pracy dobija jeszcze bardziej niż czekanie. Bo jesień, zimno i napiera…la, to jest, przepraszam bardzo... pluje żabami. Bo tak. Bo bez powodu. Bo smutno i już.
Zawsze w takiej sytuacji idę do psa. Na dogoterapię. Sesja trwa kilkanaście minut, czasem dłużej. Przytulam się do białego, traviskowego boku i tak sobie leżymy. Słucham jak regularnie i cicho bije psie serce. Drapię go po brzuchu, a on odwraca się na grzbiet i przeciąga, gmerając w powietrzu uniesionymi łapami. Tak mi dobrze, tak mi rób… Czochram łobuza za uszami, a on liże mnie po nosie, po uszach, po rękach szorstkim, ciepłym jęzorem. Kiedy płaczę, nawet bardzo cicho, przyłazi do mnie z najdalszego kąta mieszkania, wezwany jakimś szóstym zmysłem. Najpierw zagląda do pokoju, jakby sprawdzał, czy nie przeszkadza, robi nieśmiało dwa, trzy kroki. Potem podchodzi bliżej, kładzie mordę tuż przed moją twarzą, trąca mnie nosem i kiwa ogonem, jakby chciał pocieszyć. W końcu włazi na łóżko, zwija się w kłębek i kładzie tuż obok. Przytula się i grzeje. To pomaga. Na smutki i troski. Na zły dzień. Na kiepski nastrój.
Psia przylepa. Kiedy siedzę, lokuje mi się pod stopami i przyjemnie grzeje. Kiedy rozkładam się na pufie, stara się wkleić tuż obok, żeby chociaż rudziejący grzbiet pod rękę podetknąć. Zauważyliśmy jakiś czas temu zasadę, według której pies przemieszcza się po domu: gdzie my – tam i on. Jeśli oglądamy w dużym pokoju telewizję, kładzie się pod oknem albo na kanapie. Jeśli siedzimy w kuchni, śledzi spod stołu łakomym wzrokiem nasze poczynania. Kiedy idziemy się kąpać, lezie za nami do łazienki, zawiesza się przednimi łapami na krawędzi wanny, obsuwa je coraz niżej, niżej i niżej, aż prawie dotykają powierzchni wody, a on patrzy na nas, jakby pytał: „Mogę? No wiecie, dołączyć? W końcu do połowy już wszedłem…” Kiedy przenosimy się do sypialni i gasimy lampkę, nie mija nawet kilka minut, a słychać w ciemności szuranie łap, potem na moment zapada cisza, jakby Travis się zastanawiał…. Wystarczy jeden zgrabny sus i pakuje białą dupę na swoje miejsce w nogach łóżka. Tak więc co noc jedno z nas ma pecha, w zależności od tego, czy pies wybierze miejscówkę po prawej, czy po lewej stronie kanapy. Na czyją stronę padnie, ten śpi w kucki... Zepchnięty kundel, obraża się demonstracyjnie, ale nie na długo… Czeka cierpliwie, aż zaśniemy, potem zakrada się po cichu… i znów budzimy się rano w komplecie, to jest w towarzystwie psa, zwykle w pozycji na trzy łyżeczki: mężyk, ja i Biała Dupa z brzegu
Nie wyganiam go. Nie mam serca.
Mówią, że właściciele czworonogów dzielą się na dwie grypy: tych, którzy pozwalają swoim pupilom spać na łóżkach i tych, którzy się do tego nie przyznają.
Ja nie dość, że pozwalam, to jeszcze się przyznaję. Niedobra Pani, oj niedobra, choć pewnie kundel wcale tak nie myśli. W końcu to tylko pies. Ale nie dla mnie.
  Biała Dupa jest moim lekiem na całe zło. Coraz częściej. Remedium na smutki. Stał się przez te dwa lata pełnoprawnym członkiem naszej małej, niekompletnej rodziny. Ma dla mnie większą wartość niż niektórzy ludzie. Dla niego nie ma żadnego znaczenia, co robię, kim jestem, jakie mam wykształcenie, samochód, mieszkanie i stan konta. Nie interesuje go moja pozycja społeczna, wyznanie, zajmowane stanowisko, poglądy polityczne. Nie obchodzi, czy jestem piękna, czy brzydka, biedna czy bogata. Dla niego ważne jest tylko to, żebym była. Ja i Pan.
Głupi pies, a rozumie, co jest w życiu najcenniejsze: obecność. Tego kogoś, kto kocha i kogo kocha się z wzajemnością. To tylko zwierzę, a wie doskonale, lepiej od ludzi, co w życiu jest ważne – prostota: dobre jedzenie, sen, zabawa, radość, wierność, miłość.
Banalne, ale prawdziwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz